Świat

Oto prawdziwa broń masowego rażenia: gwałt wojenny

Protest antywojenny w Tallinnie

Badania pokazują, że przemoc seksualna jest jedną ze strategii wojennych, do której żołnierze są często skrupulatnie przygotowywani. Gwałt to de facto bezpłatne narzędzie, bo nie trzeba niczego inwestować poza własnym ciałem. I bardzo skuteczne. Wszystkie ofiary gwałtu wojennego, z którymi miałam okazję rozmawiać, mówią, że dla nich wojna nigdy się nie kończy – mówi nam psychoanalityczka Wiola Rębecka-Davie.

Paulina Januszewska: Gwałt to najtańsza broń wojenna, a dlaczego najskuteczniejsza?

Wiola Rębecka-Davie: Badania pokazują, że przemoc seksualna jest jedną ze strategii wojennych, do której żołnierze są często skrupulatnie przygotowywani.

Na przykład w Rwandzie milicja Hutu w celu likwidacji plemienia Tutsi, przeszła nie tylko szkolenia zbrojne, ale także psychoedukację, w ramach której nauczano, kim są kobiety Tutsi, jak uzyskiwać nad nimi kontrolę i jak ważne jest ich zapładnianie. To nie było tak, że nagle 500 tys. osób – w większości kobiet i dziewczynek – nie wiadomo czemu zostało spontanicznie zgwałconych.

Zaplanowana była na to procedura wojskowa.

Podobnie sytuacja wyglądała w czasie wojny w byłej Jugosławii. Gwałt wojenny był elementem strategii wpisanej w szkolenie Serbów. Istnieją też dokumenty potwierdzające nakaz krzywdzenia Niemek przez Rosjan w odwecie za atak Hitlera na ZSRR. Historykowi, Anthony’emu Beevorowi, który opisywał to zjawisko, analizował strategie wojska rosyjskiego i zbierał dowody na temat zorganizowanego przemysłu związanego z przemocą seksualną, w Rosji zarzuca się sympatyzowanie z nazizmem i szerzenie nieprawdy. Badacz ten twierdzi, że w czasie marszu na Berlin doszło do miliona czterystu tysięcy aktów gwałtu na napotkanych kobietach.

Czyli to coś, co jest z nami od zawsze, a jednak gwałty dokonywane przez Rosjan dziś szokują.

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że do gwałtu dochodzi na skutek nie edukacji, ale innych, bardziej spontanicznych okoliczności: alkoholu, napięcia i potrzeby rozładowania, frustracji. W gwałcie wojennym na pewno nie chodzi o przyjemność, ale o dominację oraz upokorzenie.

To jest de facto bezpłatne narzędzie, bo nie trzeba niczego inwestować poza własnym ciałem. A skuteczne dlatego, że historycznie się go od zawsze obawiamy. Gdy zaczyna się wojna, gwałt zostaje uznany za coś najgorszego, co może nam się przydarzyć, i lęk przed gwałtem zostaje w nas dużo dłużej niż np. rana po postrzale, którą zwykle można wyleczyć. Wszystkie ofiary gwałtu wojennego, z którymi miałam okazję rozmawiać, mówią, że dla nich wojna nigdy się nie kończy.

W Ukrainie trwa kolejny Majdan, tym razem ogólnonarodowy [rozmowa]

Gwałt wojenny to zbrodnia, którą latami spychano na margines zainteresowania nauki i społeczeństwa. Czy możemy, patrząc na liczbę doniesień dotyczących przemocy seksualnej dokonywanej przez Rosjan, powiedzieć, że to się dziś zmienia w kontekście ukraińskim?

Na pewno częściej zadajemy sobie pytanie, nie tylko, co mówi nauka, ale i w jaki sposób jako społeczeństwo reagujemy na przemoc seksualną i gwałt wojenny.

Musimy jednak pamiętać, że ten rodzaj zbrodni jest zawsze wpisany w konflikt zbrojny. Mimo że staram się nie angażować w toczące się w mediach społecznościowych dyskusje na ten temat, często dostrzegam jednak interpretacje, według których „tylko ruscy robią takie rzeczy”. To nieprawda.

Gdy czytamy o żołnierzu, który zgwałcił niemowlę, nagrał to, a potem sprzedawał wideo w sieci, trudno się nie zastanawiać, czy armia Putina nie przekroczyła jakiejś nowej granicy okrucieństwa. Poza tym Rosjanie mają na swoim koncie całą historię brutalnych gwałtów wojennych.

Z pewnością należy tu odnotować, że wiele z naszych przodkiń i przodków doświadczyło ich chociażby w trakcie drugiej wojny światowej z rąk żołnierzy Armii Czerwonej. Sama mam takie historie w rodzinie. Moja babcia była więźniarką w Ravensbrück. Lata spędzone w nazistowskiej niewoli wspominała o wiele gorzej niż „wyzwolenie” przez Rosjan.

Jednak – spoglądając na historię konfliktów nawet z ostatnich 40 lat – zobaczymy, że w każdej wojnie, pod każdą długością i szerokością geograficzną raportuje się przemoc seksualną.

Czemu więc tak mało o niej mówimy?

W przypadku gwałtu wojennego mamy do czynienia z tak niewyobrażalną traumą, że znalezienie odpowiedniego języka i narzędzi do mówienia o niej wydaje się trudne. Ale nie niemożliwe, bo taką, udaną zresztą próbę zaczyna podejmować coraz więcej badaczy, w tym także polskich historyków.

Na przykład kto?

W precyzyjny, naukowy sposób opisują tę problematykę: Lech Nijakowski czy badający historie dzieci urodzonych z gwałtów wojennych Jakub Gałęziowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Joanna Ostrowska w książce Przemilczane przywołuje z kolei przykłady udokumentowanej przemocy seksualnej stosowanej przede wszystkim wobec kobiet i osób LGBTQ+ w czasie Holokaustu.

Proszę jednak zauważyć, że gdy mówi się o konfliktach zbrojnych w przestrzeni publicznej, w mediach, nie sięga się po naukę. Tęgie głowy, zwykle grupa mężczyzn, polityków w programach publicystycznych, nawet obecnie mówią o wojnie jak o czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości, wpisanym w teoretyczne rozważania pt. „dlaczego Putin robi to, co robi”.

To nie jest ważne?

Myślę, że motywacje swoich działań zna tylko on sam. Reszta to spekulacje.

Mamy za sobą dekady narracji, w której brakowało kultury językowej i przekazów medialnych, pozwalających czy umiejących mówić o wojnie jako traumie, a tym właśnie ona jest.

Masakra w Buczy to ostrzeżenie na przyszłość

czytaj także

Narracja wobec wojny się zmienia, ale to raczej powolny proces. Nawet kwestia prowadzenia statystyk dotyczących gwałtu wojennego pozostawia wiele do życzenia. Jak w takim razie gromadziła pani materiał do swojej książki Rape. A History of Shame. Diary of the Survivors, która niebawem ukaże się w polskim tłumaczeniu?

Najbardziej przerażającym wnioskiem z mojej pracy rzeczywiście był deficyt badań nad tym tematem. Zbieranie danych okazało się możliwe tylko dzięki wnikliwemu analizowaniu poszczególnych konfliktów zbrojnych w kontekście lokalnym. Nie istnieje bowiem jedna baza danych. Robiąc research, znajdzie pani, oczywiście, strony, które wskazują, że w ramach konfliktu w Etiopii, Syrii czy Kongu do tej pory zaraportowano ileś tam przypadków przemocy seksualnej. Ale nikt nie przygląda się skali globalnej.

W ogóle nie da się jej określić?

Możemy przyjąć, że skoro gwałt w życiu codziennym jest zgłaszany w kilku procentach (pomiędzy 6 a 9 proc.), to w czasie wojny wskaźniki są podobne. Wydaje się, że to niewiele, ale gdy przełożymy procenty na liczbę osób, wychodzi nam kilka milionów ludzi!

Możemy się tylko domyślać, że co najmniej drugie tyle milczy o tym, czego doświadczyło – często kilkakrotnie, w wyniku gwałtów zbiorowych albo powrotów oprawców w mniejszych lub większych odstępach czasowych. Ale tego większość badań i statystyk już nie uwzględnia.

I tak jest nadal?

Ten brak dużego zaangażowania w środowisku naukowym jest dość przygnębiający. W ubiegłym roku wzięłam udział w szkoleniu na temat traumy, organizowanym przez Uniwersytet Harvarda na wydziale medycznym. Pomyślałam: „wspaniale, wreszcie spotkam ludzi, którzy zajmują się tym czym ja”. Okazało się jednak, że na 250 osób z całego świata nie było nikogo, kto naukowo bada traumę wywołaną przemocą seksualną, choć poświęcono jej co najmniej kilka spotkań.

Ma pani jednak doświadczenie współpracy z organizacjami międzynarodowymi, w tym terapeutami, działającymi w Kosowie, Sarajewie czy Rwandzie.

Cały czas brakuje mi jednak przestrzeni naukowej, dzięki której temat gwałtu wojennego był podawany nie jako news, sensacja czy coś, co wywołuje lękową histerię, że np. wkrótce powtórzy się to u nas, w Polsce, albo też uruchomi nasze zaprzeszłe historie, nieprzepracowane traumy. Nauka powinna zarówno statystycznie, jak i metodologicznie analizować wojenną przemoc seksualną w sposób wszechstronny i studzący emocje. Miałam już wiele okazji do opowiadania o traumie transgeneracyjnej w mediach i pamiętam, jeszcze parę lat temu ludzie pisali o doświadczeniach swoich babć, ale to się szybko ucięło. Później, gdy już kończyłam książkę, odezwała się do mnie masa ludzi z Polski, którzy zwracali uwagę na to, że gwałt wojenny to temat tabu.

A dziś?

Mam wrażenie, że zmierzamy w stronę absolutnej eksplozji tego tematu. We wszystkich gazetach i na portalach nagłówki krzyczą, że Rosjanie gwałcą, co jest przerażające, ale nie w tym rzecz.

A w czym?

Najistotniejsze jest to, co możemy teraz zrobić. Jak podejść do przemocy seksualnej. Jak o niej myśleć, a przede wszystkim zastanowić się, co się z nami dzieje, gdy myślimy o gwałtach na wojnie, i nauczyć się to nazywać.

Jak w takim razie przestawić dyskusję o gwałtach na nowe tory w taki sposób, by nie retraumatyzować ofiar, a siebie nie wrzucać w głębiny sensacji i lęku?

W kontekście swoich badań mówię często o syndromie gwałtu wojennego – czyli grupie długoterminowych konsekwencji doświadczenia wojny i gwałtu. Kiedy ludzie pytają mnie więc, w jaki sposób pracować z ofiarami i mówić o ich krzywdzie, zawsze odpowiadam: z różnych perspektyw, zasięgając profesjonalnej wiedzy i nie narzucając swojego punktu widzenia.

Podkreślam wagę szkoleń, bo, choć chęć pomocy jest duża i napawająca nadzieją, to musimy pamiętać, że jesteśmy dopiero na początku przebudowy narracji społecznej o wojnie i musimy robić to mądrze.

Co jeszcze?

Chciałabym też, by media potrafiły się swoją wiedzą adekwatnie dzielić, bez nakręcania niepotrzebnej sensacji. Mam tu na myśli podsycanie paniki poprzez przedstawianie bardzo szczegółowych opisów zbrodni, kobiet w podartych, zakrwawionych koszulach itp. Nawet jeśli taka scena miała miejsce, odbiorcy nie potrzebują tylu detali.

Innym zarzutem jest już wspomniane twierdzenie, że to tylko tu, tylko Rosjanie są zdolni do bestialskich czynów, co od razu uruchamia ogromny lęk, a w odpowiedzi na niego nasza psychika ludzka reaguje ucieczką lub atakiem, a nie racjonalnym działaniem. Chodzi jednak nie tylko o porzucenie tabloidowego dyskursu, ale także stosowanie odpowiednich sformułowań językowych, co – zdaję sobie sprawę – jest nie lada wyzwaniem.

Poda pani jakieś przykłady wyrażeń, które są problematyczne?

Na pewno sporym kłopotem dla dziennikarzy i osób piszących jest niekończąca się dyskusja nad słowem „ofiara”. Moja książka ukaże się jesienią w Polsce i cały czas zastanawiam się, jak przetłumaczyć słowo „survivors”. Brakuje sformułowania, które by oddało to znaczenie. „Ocalała”? „Przetrwanka”? To nie są słowa, których chcę użyć, gdy mówię o osobach doświadczonych gwałtem.

Najcichsza ze zbrodni wojennych

Sama staram się pilnować tego, by o gwałtach nie pisać w stronie biernej. Czego jeszcze unikać?

To rzeczywiście ważne, by mówić o tym, że oprawca gwałci, a nie ofiara jest gwałcona. Myślę, że najważniejszy jest demontaż tych słów i tez, które swoje źródła mają w uprzedzeniach i stereotypach, ale też unikajmy bagatelizowania pt. „na wojnie gwałt się przecież zdarza, tak to już jest, ruscy już tacy są”.

Tak, gwałt jest wpisany w wojnę, ba – stanowi też mocny rdzeń patriarchalnej kultury w czasie pokoju, ale nie może nam powszednieć. Przyzwalamy na niego, nie mówiąc o nim, nie pomagając ofiarom, sankcjonując przemoc.

Rebecca Solnit nie tak dawno temu, napisała coś, co bardzo ze mną rezonuje: „żeby zgwałcić kobietę w czasie wojny, potrzeba całej wsi”. To prawda. Gwałt nie jest wyłącznie doświadczeniem pomiędzy gwałcicielem a zgwałconą, bo istnieje cała grupa ludzi, która dopuszcza do takich aktów, grupa, która nie wyciąga ręki do ofiar, która je obwinia, rewiktymizuje, a trudne doświadczenia zamiata pod dywan.

Albo mówi, że zdarzają się fałszywe oskarżenia…

Na potrzeby swojej książki przeprowadziłam rozmowy z ponad 230 osobami z całego świata. Nie spotkałam nikogo, kto chciałby opowiadać mi tak potworne historie tylko po to, żeby zająć moją uwagę albo brać udział w kosztownym psychicznie i ekonomicznie procesie dochodzenia sprawiedliwości.

Nie wykluczam, że mogą zdarzyć się osoby, które sobie wymyślą czy stworzą taki scenariusz, ale przemoc seksualna w czasie wojny to są niewyobrażalnie okropne rzeczy, które naprawdę nie mieszczą się w ludzkiej głowie. To jedno.

Po drugie zaś, jeśli ktoś wie, jak działa trauma na poziomie neurofizjologicznym i kognitywnym, wie, że nie da się spreparować takich historii. Jako klinicystka, rozumiejąc dynamikę i działanie różnych traum, z łatwością mogę to zweryfikować. Na swoich szkoleniach ciągle słyszę pytanie: „dlaczego ofiary często zmieniają wersję wydarzeń, jednego dnia mówią coś, drugiego temu zaprzeczają?”.

I co pani im wtedy odpowiada?

Dla mnie to dowód, że mamy do czynienia z prawdą. Doświadczenie gwałtu wojennego jest tak masywnym doświadczeniem, że ofiara już na poziomie układu nerwowego nie jest w stanie go przetworzyć. Ono nie zapisuje się nam w pamięci jak film, który ma swój początek i koniec. Dlatego opowieści zgwałconych osób nie są spójne.

Nie mamy jako ludzie takich możliwości neurofizjologicznych, żeby przetrawić wszystko naraz, stąd częściowe odkrywanie zdarzeń. Tak działa trauma. Ona nie rządzi się logiką, w przeciwieństwie do tych tęgich głów, które w studiach telewizyjnych rozprawiają o wojnie.

Logiką jest to, że jest w niej zmienność i pewna sprzeczność. To wymaga przyjęcia innej perspektywy, czyli wyjścia ze stereotypowego wrażenia i oczekiwania, że przyjdzie do nas ktoś, opowie historię, my ją zapiszemy i wszystko będzie wiadomo. Nie, to tak nie zadziała. Trzeba się nauczyć jak.

Czy przy innych konfliktach to się udało?

Myślę, że świetnym rozwiązaniem systemowym w takiej sytuacji jest to, co robiła specjalna rządowa komisja w Kosowie. W jej ramach rozpatrywano wnioski osób, które ubiegają się o przyznanie statusu weterana wojennego czy heroiny wojennej. Wedle tamtejszych przepisów bycie osobą z doświadczeniem gwałtu i tortur uprawnia do ubiegania się o pomoc państwa tak samo jak walka w armii.

Jak to weryfikowano?

Przeprowadziłam tam szkolenie pokazujące, jak rozpoznać osobę z traumą wojenną. Konsekwencje tego doświadczenia bardzo często przekładają się na niemożność podejmowania pracy, fizyczne uszkodzenia, zaburzenia psychiczne, ale też wiele innych aspektów. W komisji nie ma jednak terapeutów, więc trzeba było wyjaśnić jej członkom, jak trauma przekłada się na funkcjonowanie, pokazać źródła naukowe, diagnostykę, dać twarde narzędzia i uczyć wprowadzania do języka traumy jako opisu, który jest wystarczający, by zweryfikować, czy ktoś mówi prawdę, czy nie.

Bardzo ciekawie ową nielogiczność traumy pokazuje film animowany Przeżyć, opowiadający o uchodźcy z Afganistanu, do którego różne urywki z przeszłości przychodzą w różnych momentach życia i który nie o wszystkim jest gotów opowiadać od razu.

Bardzo dobry przykład. Zadaniem osoby wysłuchującej tej historii jest dopiero jej porządkowanie. Ale to nie należy do najłatwiejszych. A na pewno takie nie jest bez odpowiedniego przeszkolenia.

W prawie międzynarodowym gwałt uznano za zbrodnię przeciwko ludzkości dość późno. Procesy w tej sprawie toczą się latami. Czy dochodzenie sprawiedliwości ma zatem jakikolwiek sens i przynosi ofiarom ulgę?

Rzeczywiście to bardzo trudna droga, bo trzeba mieć w sobie gotowość do przechodzenia przez traumę wielokrotnie. Bardzo często problemem jest też brak wsparcia systemowego. Samodzielna walka nie ma sensu. Potrzeba grupy specjalistów, którzy doholują tę sprawę aż do Hagi i potem zdołają nad nią latami pracować. Jeżeli ktoś żyje w biednym państwie, bez dostępu do pomocy prawnej i edukacji, to dochodzenie sprawiedliwości i swoich praw jest praktycznie niemożliwe, nawet jeśli ludobójstwo czy wojna były oficjalnie uznane za zbrodnie.

Tak było w Rwandzie, gdzie system nie wspierał procesów indywidualnych. Ale zdarzają się wyjątki w innych stronach świata. Tu dobrym przykładem jest sprawa Nadii Murad, jazydki, którą ISIS wykorzystywało seksualnie przez prawie dwa lata. Dzięki temu, że udało jej się uciec i podjąć pracę na rzecz ofiar, w 2018 roku została uhonorowana – wraz z doktorem Denisem Mukwege – Nagrodą Nobla. Nadia współpracuje m.in. z Amalą Clooney, która jest jedną z najbardziej znanych prawniczek zajmujących się przemocą seksualną.

Nie ma niewłaściwych reakcji na gwałt

Ale sprawa Nadii nadal się nie zakończyła.

I to pokazuje, jak wielu zmian jeszcze potrzebujemy. W procesie przeciwko ISIS mamy nie „tylko” (choć tyle powinno wystarczyć) historię Nadii, ale całą masę dowodów, które z jakichś przyczyn pozostają niewystarczające do wydania orzeczenia o zbrodni przeciwko ludzkości. Na pewno lepsze odpowiedzi na pytanie, co jest tam na tyle dyskusyjne, że przez lata nie można zakończyć tej sprawy, mają prawnicy.

Nie rozumiem tego jako klinicystka, ale na podstawie swojej pracy z osobami (Rwandyjkami, Kongijką i z osobami z Gwinei, gdzie w 2009 roku, dokładnie w Konakry, doszło do przepotwornych gwałtów i morderstw na blisko dwustu ofiarach), które są w procesie dochodzenia swoich praw, mogę stwierdzić, że ma to dla nich ogromne psychologicznie znaczenie. Ujawnianie zbrodni międzynarodowo daje nadzieję nie tylko na zadośćuczynienie finansowe, ale przede wszystkim pomaga odzyskać ofiarom podmiotowość i szansę na przejęcie kontroli nad tym, co dzieje się dalej z ich doświadczeniem. Przyjmowanie tych wniosków przez międzynarodowe trybunały jest też potwierdzeniem, że sprawcy zawinili. Sądy nie decydują się rozpatrywać czegoś, co jest wątpliwe. Po prostu długo to robią. I to dla skarżących nie jest oczywiście wystarczające w procesie leczenia, ale ma dużą moc.

Jakie znamy przypadki, gdy pomoc ofiarom wojny, a w szczególności gwałtu wojennego, była najlepsza?

Ani na poziomie społecznym, ani instytucjonalnym nie wymyślono systemów, które pozwalałyby się z tym problemem całościowo zmierzyć. Gdy się nie umie pomóc, zwykle udaje się, że problemu nie ma, i sprawa zostaje zamieciona pod dywan. Dochodzi do rewiktymizacji osób, których krzywda zostaje nieuznana, a po zakończeniu wojny zewsząd sączy się presja, by – skoro najgorsze już jest za nami – skupić się na dobrych rzeczach, a nie przeszłości.

Wojenne pokolenie naszych babć nigdy nie mówiło o gwałtach nie dlatego, że one nie miały miejsca, tylko dlatego, że nikt nie chciał o nich słuchać, nie było na to przestrzeni ani pomysłu. Dopiero w ostatnich 30 latach zaczęły zachodzić zmiany.

Ale wstyd, który pojawia się w tytule pani książki i doświadczeniu osób ocalałych z tych trudnych doświadczeń, (zdaje się) pozostał.

Wstyd to narzędzie kontroli i dyscypliny społecznej, a więc zjawisko nie stricte psychologicznie, ale powiązane także, o czym wspomniałam na początku naszej rozmowy, z kulturą i religią. Badania antropologów dowodzą, że jego wykorzystanie w celu utrzymywania określonego porządku i struktury hierarchicznej dominuje tam, gdzie wyznaje się religie monoteistyczne. W grupach natywnych, gdzie nie ma jednego boga, presja wstydu nie występuje lub jest niewielka w przeciwieństwie np. do żydów, katolików czy muzułmanów.

Poczuciem wstydu można z łatwością manipulować – w przypadku gwałtu nie tylko na poziomie oprawcy, ale całego systemu społecznego, który potępia cielesność, seksualność i generalnie kobiety.

Jakie są tego skutki?

Poprzez brak sieci wsparcia ofiary same się rewiktymizują, bo nie otrzymują pomocy z zewnątrz i nie są traktowane poważnie. Gwałt jest odpowiedzialnością grupową, a nie indywidualną. Osoba po takim doświadczeniu nie poradzi sobie sama. Sama terapia też nie rozwiąże problemu, jeśli ofiara nie będzie w stanie pójść do pracy z powodu jakichś niepełnosprawności, zaburzeń itd. Jeśli nie stworzymy kompleksowo działającego i angażującego całe społeczeństwo systemu rehabilitacji i przywracania do życia, skazujemy ludzi na ogrom cierpień. Aby to się stało, wszyscy powinniśmy mieć inne porządki w swoich głowach i przepracowane historie traum.

**

Wiola Rębecka-Davie – działaczka na rzecz praw człowieka, psychoanalityczka z ponad 25-letnim doświadczeniem, twórczyni projektu i autorka książki Rape: A History of Shame. Diary of the Survivors – to 197 rozmów z osobami, które doświadczyły gwałtu wojennego podczas konfliktów zbrojnych na całym globie. Prowadzi badania naukowe nad war rape survivors syndrome i traumą, również transpokoleniową.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Laureatka konkursu Dziennikarze dla klimatu, w którym otrzymała nagrodę specjalną w kategorii „Miasto innowacji” za artykuł „A po pandemii chodziliśmy na pączki. Amsterdam już wie, jak ugryźć kryzys”. Nominowana za reportaż „Już żadnej z nas nie zawstydzicie!” w konkursie im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją” skierowanym do młodych, utalentowanych dziennikarzy. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij