Nauka

Antynataliści klimatyczni nie ocalą planety Ziemia

Uważają za niemoralne rodzenie dzieci, których dorosłość przypadnie na okres katastrofy klimatycznej. Cóż, może tak być. Ale nie musi. A katastrofę klimatyczną zatrzyma nie to, że część osób zdecyduje się nie mieć dzieci, ale coś zupełnie innego.

Ostatnio na popularności zyskuje niszowa jeszcze do niedawna idea antynatalizmu. Najkrócej sprawę ujmując, antynatalizm jest stanowiskiem filozoficznym przypisującym negatywną wartość rodzeniu dzieci. Jednym z najczęstszych uzasadnień takiego poglądu jest to, że powołanie do życia samoświadomej istoty niechybnie wiąże się z tym, że będzie ona cierpiała. Nie da się bowiem żyć, nie cierpiąc. Ten fakt jest bezdyskusyjny. Można natomiast dyskutować o bilansie cierpienia i niecierpienia albo cierpienia i woli życia mimo tego cierpienia. Pomijając przypadki graniczne (dyskusja o antynatalizmie jest czymś innym niż dyskusja o eutanazji), większość antynatalistów mimo wszystko wydaje się przypisywać wyższą wartość życiu niż nieżyciu. Gdyby było inaczej, nie byłoby przesadnie wielu antynatalistów szerzących antynatalizm.

Coraz popularniejszy staje się nurt antynatalizmu klimatycznego. Ten także ma różne oblicza. Jednym z nich jest założenie o niemoralności rodzenia dzieci, których dorosłość przypadnie na okres nie tylko katastrofy klimatycznej, ale również na czas wywołanych przez nią konfliktów zbrojnych, kolapsów państw, powrotu do stanu wojny wszystkich ze wszystkimi. Cóż, może tak być. Ale być tak nie musi i zapewne nie będzie. A to dlatego, że skrajne scenariusze, choć mogą się wydarzyć, niemal nigdy nie są scenariuszami najbardziej prawdopodobnymi.

10 powodów, dlaczego nie należy mieć dzieci

Drugi odcień antynatalizmu klimatycznego jest formą indywidualizowania winy za zmiany klimatyczne. Klimatyczni antynataliści argumentują: jako że za powodujące ocieplenie klimatu emisje gazów cieplarnianych odpowiedzialni są ludzie, to im mniej ludzi, tym mniej emisji. Jeżeli więc zależy ci na planecie, powinieneś zachować reprodukcyjną wstrzemięźliwość i ograniczyć liczbę planowanego potomstwa. Najlepiej do zera. A jeśli rodzisz dzieci, to przyczyniasz się do katastrofy klimatycznej. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna!

Nie masz auta, dzieci, nie jesz mięsa? Samą ascezą planety nie ocalisz

To stanowisko zyskało na znaczeniu po publikacji w 2017 roku pracy Setha Wynesa i Kimberly Nicholas w Environmental Research Letters”. Tezy artykułu spopularyzował między innymi „Guardian”. I tak, pozbycie się samochodu łączy się z niewyemitowaniem ekwiwalentu 2,4 ton dwutlenku węgla rocznie na osobę. Unikanie lotu transatlantyckiego w obie strony to 1,6 tony ekwiwalentu CO2. Ale posiadanie jednego dziecka mniej to… prawie 59 ton wyemitowanego ekwiwalentu dwutlenku węgla mniej na jeden rok życia rodzica!

Dla kogoś, kto trochę orientuje się w dziedzinie tego, jak wyglądają emisje na głowę w poszczególnych krajach, sprawa może być zastanawiająca. Dlaczego? Ponieważ kraje o największej emisyjności per capita to Katar (49 ton CO2 rocznie), Trynidad i Tobago (30 ton), Kuwejt (25 ton) czy Zjednoczone Emiraty Arabskie (25 ton). Emisje CO2 na głowę w USA to około 16 ton rocznie, a w Polsce ponad 8 ton. Jak to więc możliwe, że dziecko dokłada się do naszych emisji 59 ton CO2 rocznie? Czyli więcej, niż wynoszą emisje per capita w najbardziej emisyjnych państwach świata.

Wynes i Nicholas w swojej pracy przypisali połowę wszystkich emisji dziecka (ale też ćwierć emisji wnuka, jedną ósmą emisji prawnuka itd.) rodzicowi i podzielili te emisje na lata życia rodzica. Taki sposób liczenia wzbudza jednak kontrowersje. Okazuje się bowiem, że np. generacja baby boomers jest odpowiedzialna nie tylko w całości za swoje emisje, ale również w części za emisje generacji X, milenialsów i zetów. Jednocześnie każde kolejne pokolenie (X, milenialsi i zety) również jest odpowiedzialne za wszystkie swoje emisje, a jednocześnie za część emisji przyszłych pokoleń. To tak zwany problem podwójnego liczenia.

Inną kwestią podnoszoną przez badaczy komentujących artykuł Wynesa i Nicholas jest to, że nie znamy przyszłych emisji. Wiemy np., że Unia Europejska ścięła swoje emisje od 1990 roku o 24 proc. (nie, głównym czynnikiem, który na to wpłynął, nie był eksport emisji, tylko przejście na bardziej zielone źródła energii oraz większa efektywność energetyczna). Nie możemy przewidzieć, o ile uda nam się zejść z emisji do roku 2040 czy 2060. Emisyjność nie jest więc tylko funkcją liczebności populacji, ale również polityk klimatycznych i technologii. Ciągnąc dalej: nie możemy więc w jasny sposób przypisać emisyjności naszym wnukom i wnukom naszych wnuków.

Biedni emitują mniej

Czy to wszystko znaczy, że posiadanie dziecka jest nieemisyjne? Oczywiście, że nie. Przy czym w krajach zamożnych i wśród zamożnych obywateli jakichkolwiek krajów emisyjność jest wyższa. I tu pojawia się pewien brzydki zapaszek klimatycznego antynatalizmu. Chociaż w swoich założeniach ma on dobre intencje (nawet jeśli pewne przesłanki, na których się opiera, są dyskusyjne, co widać powyżej), to niektóre facebookowe antynatalistyczne grupki aż kipią od niechęci wobec osób biedniejszych, o niższym kapitale kulturowym, którym przypisuje się nieodpowiedzialność i rozmnażanie się ponad miarę, bez oglądania się nie tylko na dobro samych dzieci, ale również na dobro planety.

To nie biedni, tylko zamożni odpowiadają za najwięcej emisji. Widać to zarówno na poziomie państw, jak i na poziomie gospodarstw domowych w poszczególnych krajach. Wyższy dochód to wygodniejsze życie, a wygodniejsze życie jest nierozerwalnie związane z wyższą konsumpcją energii. Dobrobyt zawsze wymaga konsumpcji dużych ilości energii. Bieda jest zawsze związana z niską dostępnością energii. To więc nie ci, którzy mają najwięcej dzieci (rodziny biedniejsze są częściej wielodzietne niż te zamożne), odpowiadają za najwięcej emisji. Najwyższe emisje gazów cieplarnianych można przypisać zamożnym. I lewicowi komentatorzy, i komentatorki tę kwestię silnie podkreślają. Często się jednak na tym zatrzymują.

Tymczasem to, że osoby najbiedniejsze obecnie odpowiadają za najmniejszą część emisji, nie jest rzeczą daną raz na zawsze. Oczywiście możemy stwierdzić, że najlepiej dla planety będzie, jeżeli biedni pozostaną na wieki biedni. Jednak najbardziej pożądanym scenariuszem wydaje się ten, w którym biedni stają się możliwie szybko możliwie zamożni.

Obecnie najważniejszymi motorami wzrostu emisji nie jest „bomba demograficzna”. Jest nią bogacenie się (do niedawna) biednych. Przede wszystkim gigantycznych Chin, które dzięki ogromnej podaży energii przez trzy ostatnie dekady wyciągnęły z biedy setki milionów ludzi. W kolejce po swoją rewolucję stoją setki milionów mieszkańców Indii i setki milionów mieszkańców Afryki. Czy możemy im zaoferować antynatalizm? Nie, ponieważ to nie rozwiązuje najważniejszego wyzwania, przed którym stoją miliardy (już istniejących) ludzi: chodzi o dostarczenie im możliwie bezemisyjnej energii.

W sumie już mamy u siebie antynatalizm

Jest jeszcze jedna sprawa, o której trzeba wspomnieć. Okazuje się, że niektóre postulaty antynatalistów już w zasadzie – niejako spontanicznie – wchodzą w życie. Dzietność bowiem spada niemal w całym świecie rozwijającym się.

Światowa średnia liczba dzieci rodzonych przez jedną kobietę zmniejszyła się z ponad 5 w połowie lat 60. XX wieku do około 2,5 w roku 2015. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ m.in. wzrasta edukacja kobiet i poprawia się ich status w społeczeństwach. A to właśnie lepsza edukacja kobiet, wyrównywanie ich praw oraz większa zamożność są najlepszymi środkami antykoncepcyjnymi.

Większość krajów zamożnych natomiast i tak ma współczynniki dzietności poniżej zastępowalności pokoleń. To oznacza, że każde kolejne pokolenie jest mniej liczne niż obecne. Proces ten rozpoczął się na długo przed rozpowszechnieniem klimatycznego antynatalizmu (niektórzy mogą zapytać: to dlaczego na świecie wciąż przybywa ludzi? Odpowiedź może być dla niektórych zaskakująca: ponieważ coraz więcej ludzi żyje na tyle dostatnio, żeby dożyć wieku sędziwego; jednym z największych ryzyk przedwczesnego zgonu jest po prostu skrajna bieda).

Pandemia podrzuca kobietom dodatkowe argumenty, żeby nie rodzić dzieci

Część osób po prostu bardzo chce mieć dzieci. A próby narzucenia antynatalistycznej optyki raczej nie przekonają tych, którzy są na potomstwo zdecydowani. Ruch ten może mieć pomniejsze sukcesy w ramach raczej niewielkich, silnych tożsamościowo społeczności. Jeśli jednak osoby naprawdę pragnące mieć dzieci będą środowiskowo wytykane palcami i zawstydzane, może to stanowić dla nich najzwyklejszy na świecie przejaw opresji. Warto pamiętać, że chęć posiadania potomstwa dla bardzo wielu z nas jest bardzo silną, pierwotną potrzebą.

Jeżeli natomiast rozważalibyśmy wprowadzenie czegoś na kształt antynatalistycznych polityk publicznych, otrzemy się o łamanie podstawowych praw człowieka (choć jeszcze raz podkreślę – w wielu państwach takie polityki nie są potrzebne, ponieważ dzietność w sporej części bogatych krajów i tak jest poniżej zastępowalności pokoleń).

Można walczyć o klimat, jeżdżąc SUV-em

Czy to oznacza, że indywidualne decyzje, w tym antynatalizm, są bez znaczenia? No cóż, i tak, i nie. Mój szacowny polemista (piszę to bez ironii; zawsze miło jest się pięknie nie zgadzać) Dawid Juraszek w jednym ze swoich tekstów (który jest polemiką do innego mojego tekstu zatytułowanego Przeciw lewicy ascetycznej) zwraca uwagę, że indywidualne decyzje mają potencjał politycznej zmiany. Nie twierdzę, że tak nie jest. Juraszek zapewne ma tutaj rację.

Fundamentalizm węglowy, czyli „fajne życie” na przegrzewającej się planecie

Juraszek zdaje się jednak lekceważyć fakt, że można optować za polityczną czy systemową zmianą, posiadając gromadkę dzieci, jeżdżąc SUV-em i mieszkając w 200-metrowym domu pod miastem. Z drugiej strony można dokonywać bardzo wielu osobistych wyrzeczeń i popierać politykę proekologicznych partii, które przyczyniają się do zamykania elektrowni atomowych. Na ich miejscu najczęściej rosną elektrownie gazowe, a czasem węglowe, przez to mamy do czynienia w najlepszym razie ze spowolnieniem dekarbonizacji, a czasem wręcz z rodzajem „rekarbonizacji”. Nie chodzi więc o czystość intencji, tylko o robienie tego, co najlepiej działa.

Zmiany klimatu są jednym z najważniejszych problemów, przed którymi stoi ludzkość. Jednak aby z tym problemem sobie poradzić, należy stosować nie tylko adekwatne, ale też politycznie możliwe do wprowadzenia i społecznie akceptowalne rozwiązania. Antynatalizm nie spełnia żadnego z tych kryteriów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij