Psychologia, Świat

Nie masz auta, dzieci, nie jesz mięsa? Samą ascezą planety nie ocalisz

Czy nasze indywidualne, konsumenckie decyzje miały jakiś udział w ratowaniu chorych dzieci? Pewnie tak. Ale jednak ratowaniem chorych najefektywniej zajmuje się publiczna ochrona zdrowia. I całe szczęście.

Często słyszymy rady na temat tego, co możemy i powinniśmy zrobić dla klimatu. W radiu Tok FM jest cały podcast prowadzony przez Małgorzatę Gołotę, którego dużą część stanowią pomysły na to, jak ograniczyć swój ślad węglowy. Tego typu recept jest naprawdę mnóstwo. „Deutsche Welle” radzi, żeby nie podróżować samolotem, mniej jeździć samochodem i ograniczyć spożycie mięsa. „The Guardian” z kolei, powołując się na słynny artykuł Setha Wynesa i Kimberly Nicholas z „Environmental Research Letters”, poleca ograniczyć liczbę potomstwa, a najlepiej nie rodzić dzieci w ogóle.

Tyle że to wszystko (prawie) nie działa. Jak piszą Claudia Nisa i Jocelyn Bélanger w „Scientific American”, dobre rady, jak ograniczyć nasz wpływ na środowisko, przekładają się na ograniczenie tego wpływu w minimalnym stopniu. Badacze wiedzą, o czym mówią, ponieważ są autorami metaanalizy zamieszczonej w „Nature Communications” dotyczącej tej właśnie kwestii. Nie wystarczy więc wiedzieć, że zmiany klimatu są problemem. Sama ta wiedza dla większości z nas nie jest wystarczającym bodźcem do zmiany. A jeżeli już coś zmieniamy w naszym codziennym postępowaniu, to wyniki tej zmiany, delikatnie mówiąc, nie są imponujące.

Już czas na obowiązkowy weganizm, mniejsze mieszkania i zakaz latania

Z badań Andrei Tabi wynika, że grupa osób o poglądach proekologicznych (nazwana przez nią „Super-zielonymi”) oraz grupa osób, którym nieszczególnie leżą na sercu kwestie klimatyczne (zwana przez badaczkę „Brązowymi”), konsumują tyle samo energii elektrycznej, wykorzystują podobną ilość energii na ogrzewanie i w podobny sposób korzystają z prywatnego transportu. Tym samym mają bardzo zbliżony ślad środowiskowy. Poglądy, jak się okazuje, nie mają większego znaczenia.

Idźmy dalej. Istnieją również badania, które pokazują, że realny wpływ na nasz ślad węglowy ma nie proekologiczne nastawienie, ale dochód. Tkwi tu pewien paradoks: osoby o poglądach proekologicznych generują większy ślad węglowy niż osoby, którym klimat nie leży na sercu. Dlaczego? Ponieważ osoby proekologiczne są zazwyczaj lepiej wykształcone, a lepsze wykształcenie koreluje z wyższym dochodem. Dochód zaś jest najlepszym predyktorem skali konsumpcji energii: im więcej zarabiamy, tym więcej energii zużywamy na własne potrzeby. A to właśnie konsumpcja energii (w pewnym uproszczeniu) napędza emisje.

Zależność między śladem węglowym a zamożnością widać wyraźnie w porównaniach międzynarodowych: krajami o najniższych poziomach emisji per capita są najbiedniejsze państwa świata, gdzie poziom życia niewiele przewyższa poziom życia polskich XIX-wiecznych chłopów. Widać ją również w zestawieniach krajowych.

Z badań porównawczych przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych wynika niemal liniowa zależność między zamożnością a śladem węglowym gospodarstw domowych. Twoje indywidualne decyzje niewiele więc mogą zmienić. A nawet jest jeszcze zabawniej: wprowadzając małą zmianę, najprawdopodobniej będziesz przeceniać jej skalę. Zmiana będzie znaczyć więcej w twojej głowie niż w realnym świecie. A jak wiemy, nie zawsze wystarczy zwizualizować siebie jako zwycięzcę, żeby wygrać.

To nie znaczy oczywiście, że indywidualne decyzje nie mają żadnego znaczenia, tylko tyle, że przypisujemy im większy potencjał zmiany, niż naprawdę mogą one uczynić. W naszej chęci „zrobienia czegoś” z problemem nie ma nic dziwnego. Słysząc o katastrofie klimatycznej, ludzie często chcą mieć udział w jej zatrzymaniu. Podobnie jak widząc internetową zrzutkę na leczenie chorego dziecka, również (czasami) chcemy pomóc. Problem polega jednak na tym, że indywidualne decyzje po prostu bardzo kiepsko skalują się systemowo. I tu porównanie do wpłaty na chore dzieciaki nie jest przypadkowe.

Ratowanie świata przez indywidualne wybory można porównać do tworzenia systemu ochrony zdrowia opartego na dobrowolnych datkach. Tak, zawsze lepiej jest wpłacić parę złotych, bo coś to zawsze więcej niż nic (między innymi dlatego nie jestem zagorzałym krytykiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy). Jednak działania indywidualne to kropla w morzu potrzeb. Cynicy dodaliby jeszcze jedną uwagę. Zazwyczaj działania jednostkowe silniej oddziałują na tych, którzy je podejmują (albo myślą, że tak robią), niż na tych, którzy potrzebują pomocy.

Dlaczego tak trudno zrobić coś dla klimatu? Z kilku powodów. Ludzie z natury są po prostu wygodni. Znakomita większość nas nie jest skłonna do poświęceń i heroizmu. I nie ma w tym nic szczególnie niemoralnego; niemoralne jest wymaganie heroizmu od kogokolwiek poza samym sobą.

Ale są również inne czynniki, które wpływają na to, że trudno jest nam zmienić nawyki. Jednym z nich jest to, że nasze praktyki są związane z praktykami występującymi w naszej grupie społecznej. Jeżeli więc nasi przyjaciele często jeżdżą na wakacje, korzystają z rozrywek, podróżują, mają większe domy, to po pierwsze najpewniej znajdujemy się w górnym decylu dochodowym, a po drugie rezygnacja z dużej części tego stylu życia byłaby również rezygnacją z naszych przyjaźni.

Przeciw lewicy ascetycznej

Najważniejsza jednak kwestia została już poruszona: dobre życie oznacza wysoką konsumpcję energii. A konsumpcja energii często oznacza emisje: ponad 73 proc. emisji gazów cieplarnianych związanych jest właśnie z jej wytwarzaniem. Energia, oczywiście, nie musi być wytwarzana przy użyciu paliw kopalnych. Można się przerzucić (i ten proces już na świecie widać, przynajmniej miejscami) na odnawialne źródła energii i – być może przede wszystkim – na atom. Ale to już wykracza daleko poza jednostkowe decyzje.

Sama zmiana sposobów wytwarzania energii, choć faktycznie najdonioślejsza, zapewne nie powstrzyma katastrofy klimatycznej. Zapewne będziemy też musieli zmienić model mobilności, będziemy musieli konsumować mniej mięsa.

To ostatnie również jest problematyczne, ponieważ według FAO jego konsumpcja najpewniej wzrośnie o kilkadziesiąt procent do 2050. Ten trend będzie napędzany wzrostem populacji oraz bogaceniem się krajów najbiedniejszych (a korelacja między spożyciem mięsa i zamożnością jest bardzo silna). Wzrost popytu w tych krajach będzie tak wysoki, że ogółem ludzie będą zjadać coraz więcej mięsa, nawet gdy popyt na nie spadnie w krajach zamożnych. Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa nie pozostawia nas jednak bez nadziei. Mięso można wytwarzać w sposób, który jest znacznie mniej emisyjny (ale jak zaznacza Hannah Ritchie z platformy Our World in Data, niemal zawsze dieta roślinna jest dla klimatu lepsza niż dieta mięsna).

Monbiot: Oto sposób, by się wyżywić bez zabijania planety

Wspomniani na początku badacze Claudia Nisa i Jocelyn Bélanger proponują również wdrażanie „polityk behawioralnych”. Jeżeli chcemy obniżyć spożycie mięsa, powinniśmy zmusić sklepy do umieszczania działów mięsnych w mniej uczęszczanych częściach placówek. Jeżeli chcemy, żeby ludzie bardziej przykładali się do segregowania śmieci, to musimy postawić więcej odpowiednich koszy. A jeśli chcemy, żeby mniej podróżowali samolotami, to powinniśmy im zaproponować porównywalną co do wygody i ceny alternatywę. Można zmieniać nawyki systemowo; ale ta zmiana musi być łatwa dla obywateli i obywatelek.

Mało tego – regionalnie emisje już spadają. Od początku lat 90. Unia Europejska ścięła emisje o około 23 proc., a są to dane za rok 2018. Do 2020 roku, nawet jeżeli nie będziemy liczyć spadku emisji spowodowanej pandemią, państwom wspólnoty udało się zrobić „nadwyżkę” wobec celu przyjętego w 2014 roku. Zakładał on redukcję emisji gazów cieplarnianych o 20 proc. do 2020 roku względem roku 1990.

Tak, część tego spadku jest wynikiem eksportu emisji do krajów biedniejszych, ale nie jest prawdą, że kraje zamożne tylko w ten sposób obniżają swoją emisyjność. Z analizy opublikowanej na łamach „Nature Climate Changes”, badającej generowanie gazów cieplarnianych przez 18 rozwiniętych państw w okresie 2005–2015, wynika, że zamożnym krajom spadają również emisje konsumpcyjne. Najważniejszym czynnikiem, który spowodował spadek emisji, było obniżenie udziału paliw kopalnych w wytwarzaniu energii. Kolejnym było zmniejszenie zużycia energii. Istotnym czynnikiem było również spowolnienie gospodarcze spowodowane kryzysem 2008 roku. Do zmiany miksu energetycznego przyczyniły się polityki klimatyczne. To regulacje systemu (i procesy zmiany wydajności) były więc głównym napędem spadku emisji, a nie indywidualne działania.

UE zapala zielone światło na trasie do neutralności klimatycznej. Co robi polski rząd? Wciska hamulec

Czy to wystarczy? Nie, oczywiście to nie wystarczy, jednak daje pewną nadzieję. Już zboczyliśmy z najbardziej niebezpiecznej ścieżki emisji zwanej „business as usual”. I wpływ miały na to globalne procesy polityczne, czy też polepszenie efektywności energetycznej. A nasze indywidualne, konsumenckie decyzje? No cóż, być może miały w tym jakiś udział. Tak jak w ratowaniu chorych dzieciaków pewnie jakiś udział mają publiczne zbiórki. Jednak ratowaniem chorych najefektywniej zajmuje się publiczna ochrona zdrowia. Na szczęście.

Czy to, co zostało zrobione, wystarczy? Nie. Potrzebujemy więcej regulacji, więcej polityk, które będą zdejmowały z nas ciężar odpowiedzialności za planetę i przeniosą go na struktury państwa, które są zdolne go podźwignąć. Odpowiedzialność za planetę przeniesiona na pojedynczych ludzi brzmi jak przedsionek piekła. Nie urządzajmy go sobie, jest wystarczająco kiepsko.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij