Zdrowie

Czy psychodeliki uratują świat? Na razie pomagają leczyć depresję [rozmowa]

Hipisi naprawdę wierzyli, że psychodeliki zbawią ludzkość. Wcześniej interesowała się nimi armia i psychiatria. Dzisiaj psychodeliki wracają do łask, a psychoterapeuci wykorzystują je do leczenia stresu pourazowego i uzależnień. Maciej Lorenc, autor książki „Czy psychodeliki uratują świat?”, odpowiada na pytania Jasia Kapeli.

Jaś Kapela: Wydałeś książkę Czy psychodeliki uratują świat?. Psychodeliki są nielegalne, więc jak mają uratować świat?

Maciej Lorenc: Zacznijmy od tego, że psychodeliki nie są dla wszystkich, a niektóre grupy osób mogą być szczególnie narażone na negatywne reakcje. Powinni o tym pamiętać wszyscy, którzy planują eksperymentować z tymi substancjami. Przygotowałem moją książkę między innymi po to, by pokazać, że w wielu krajach, takich jak Stany Zjednoczone, Kanada, Szwajcaria, czy Wielka Brytania, od lat są prowadzone legalne i niezwykle obiecujące badania dotyczące stosowania psychodelików w celach terapeutycznych. Przed tymi eksperymentami odbywają się badania przesiewowe, które pozwalają uniknąć ewentualnych reakcji niepożądanych. Badacze podkreślają, że psychodelików powinni wystrzegać się przede wszystkim ludzie, którzy mają w swojej osobistej historii albo w najbliższej rodzinie przypadki poważnych zaburzeń psychicznych takich jak schizofrenia czy choroba dwubiegunowa. Psychodeliki mogą bowiem przyspieszyć rozwój tego rodzaju dolegliwości u osób z predyspozycjami.

Nie zmienia to jednak faktu, że nielegalność tych substancji w niewielkim stopniu wynika z zagrożeń dla zdrowia, ponieważ pod względem czysto fizjologicznym są one raczej bezpieczne – oczywiście w porównaniu z innymi substancjami psychoaktywnymi. Nie uszkadzają organów. Nie znamy dawki śmiertelnej, ponieważ nikt jeszcze nie zmarł z powodu ich przedawkowania. Nie uzależniają, a wręcz mogą pomagać w leczeniu uzależnień. W badaniach przedklinicznych wykazano, że zwierzęta, które mają dostęp do psychodelików, zazwyczaj przyjmują je tylko raz, a później nie mają na nie ochoty. Nie mamy tu więc do czynienia z „pozytywnym wzmocnieniem”.

Rzeczywiście chyba trudno się uzależnić.

Jest to wręcz niemożliwe, przynajmniej na poziomie czysto fizjologicznym. Wynika to między innymi z bardzo szybkiego wzrostu tolerancji na te substancje. Gdy są przyjmowane codziennie, ich działanie szybko słabnie i już po jednym albo dwóch dniach staje się kompletnie niewyczuwalne.

Oczywiście może zdarzyć się tak, że ktoś będzie je zażywać nieodpowiedzialnie lub kompulsywnie i zrobi sobie krzywdę – na przykład aktywuje u siebie ukryte zaburzenia psychiczne, zaniedba obowiązki związane z codziennym życiem albo doprowadzi do jakiegoś wypadku. Warto jednak zaznaczyć, że nawet w przypadku regularnego przyjmowania psychodelików nie pojawia się fizjologiczna potrzeba ciągłego zażywania ani nie występuje „zespół odstawienia”. Ich wpływ na organizm jest zazwyczaj bardzo znikomy, a najbardziej widoczne efekty cielesne polegają na rozszerzeniu źrenic albo nieznacznym wzroście tętna.

Sytuacja wygląda nieco inaczej w przypadku MDMA, które nie jest klasycznym psychodelikiem, ale również bywa bardzo pomocne w terapii. Ta substancja może wywierać silniejszy wpływ na ciało, zwłaszcza na układ krążenia. Bywa również nadużywana w formie tabletek ecstasy, przez co w rekreacyjnym kontekście może pociągać za sobą ryzyko odwodnienia albo przegrzania organizmu.  Klasyczne psychodeliki takie jak psylocybina czy LSD są jednak stosunkowo bezpieczne, gdy korzysta się z nich w warunkach klinicznych.

Psychodeliki – ani trucizna, ani panaceum. W takim razie, co?

To czemu są nielegalne?

Zostały zdelegalizowane głównie ze względów społeczno-politycznych. Warto zaznaczyć, że gdy w latach 50. zaczęła się nimi interesować zachodnia nauka, traktowano je jako „cudowne leki” psychiatryczne. Uważano, że mogą pomóc w lepszym zrozumieniu stanów psychotycznych i znaleźć zastosowanie w terapii pacjentów cierpiących na różnego rodzaju dolegliwości – między innymi alkoholizm. Do połowy lat 60. opublikowano ponad tysiąc artykułów naukowych dotyczących potencjalnego zastosowania psychodelików w pracy klinicznej.

Nawet były dystrybuowane za darmo.

Tak. Pracownicy firmy Sandoz wysyłali darmowe LSD wszystkim badaczom, którzy chcieli prowadzić eksperymenty z użyciem tej substancji. W zamian oczekiwano wyłącznie informacji o jej wpływie na ludzi. Te badania pod wieloma względami były bardzo produktywne, a uczestniczyły w nich między innymi osoby zmagające się z depresją i uzależnieniami. Gdy w latach 60. psychodelikami zainteresowały się środowiska kontrkulturowe, wybuchła pewnego rodzaju panika moralna. Pojawiła się nieproporcjonalnie silna reakcja emocjonalna na wydarzenia, które w mniemaniu niektórych grup społecznych stanowiły zagrożenie dla moralności.

Jakie to wydarzenia?

Osobą najbardziej odpowiedzialną za demonizację psychodelików był prawdopodobnie Richard Nixon, który rozpoczął oficjalną wojnę z narkotykami i stwierdził, że zepchnięcie tych substancji do podziemia jest priorytetem dla państwa.

Niewątpliwie bardzo istotnym czynnikiem był fakt, że psychodeliki zostały wpisane w określony kontekst kulturowy i były stosowane przez młodych ludzi, którzy stanęli w opozycji wobec wartości swoich rodziców. Najpierw zrobili to bitnicy, a później hipisi. Młodzież była rozczarowana konsumpcjonizmem i ideą „american dream”, więc próbowała stworzyć alternatywę. Sprzeciwiała się wojnie w Wietnamie i chciała walczyć o prawa kobiet oraz mniejszości etnicznych. Skonsolidował się też wtedy ruch ekologiczny. Wszystko to było ze sobą powiązane, a młodzi ludzie uczynili z przyjmowania psychodelików coś w rodzaju rytuału przejścia, który był niezrozumiały dla ich rodziców. Starsze pokolenia używały raczej kawy i alkoholu, a ich potomstwo nagle zaczęło przyjmować substancje, które były dla nich niemal zupełnie nieznane.

Więc pokolenie rodziców postanowiło wysłać ich do więzienia?

Z dziwnego powodu ktoś rzeczywiście doszedł do wniosku, że wrzucanie młodzieży do więzienia będzie dla niej bezpieczniejsze niż pozwalanie na to, aby mogła popalać trawę czy eksperymentować z psychodelikami.

Na dodatek w 1962 roku wprowadzono w USA obostrzenia dotyczące badań klinicznych nad różnymi substancjami, aby bardziej rygorystycznie weryfikować ich skuteczność i bezpieczeństwo. Wynikało to po części z tego, że pod koniec lat pięćdziesiątych pojawił się na rynku lek o nazwie Talidomid, który był środkiem przeciwbólowym podawanym między innymi kobietom w ciąży. Okazało się, że powoduje deformacje płodów i że trafił do dystrybucji zbyt wcześnie. Ludzie zaczęli podchodzić bardziej podejrzliwie do eksperymentalnych środków farmakologicznych, co przyczyniło się do tego, że „złotym standardem” w badaniach psychofarmakologicznych stały się badania z użyciem placebo i podwójnej ślepej próby.  Polegają na tym, że jedna połowa pacjentów przyjmuje substancję czynną, a druga połowa przyjmuje substancję nieaktywną, czyli placebo. Badacze i badani aż do zakończenia eksperymentów nie wiedzą, co znajdowało się w kapsułkach. Tego rodzaju badania mają dokładnie sprawdzać właściwości leków przed wprowadzeniem ich do obiegu.

Psychodeliki to potężne narzędzie

Ale dlaczego ktoś uznał, że psychodeliki powinny być nielegalne?

Za nielegalność psychodelików odpowiadało po pierwsze wpisanie ich w kontekst kontrkulturowy, a po drugie wprowadzenie bardziej rygorystycznych procedur dotyczących sprawdzania substancji eksperymentalnych. W drugiej połowie lat 60. psychodeliki wywołały panikę moralną, a badania z ich użyciem zostały w zasadzie wstrzymane na dwie dekady. Na początku lat 90. sytuacja zaczęła się zmieniać. Amerykańskie instytucje udzielające pozwoleń na badania zaczęły być bardziej otwarte, bo pojawili się w nich nowi pracownicy. Warto pamiętać, że nawet największe instytucje są tworzone przez ludzi i że nie zawsze są to niedostępne molochy.

Wielu z tych nowych pracowników pewnie też miało w młodości doświadczenia z psychodelikami.

Tak. To też nie jest bez znaczenia. Myślę, że wiele osób, które obecnie wypowiadają się przychylnie o psychodelikach, miało w młodości bezpośredni kontakt z tymi substancjami – prawdopodobnie pozytywny. Dotyczy to zarówno badaczy, jak i dziennikarzy i środowisk związanych z mediami.

Nie zmienia to jednak faktu, że psychodeliki są w stanie rozbijać utarte struktury myślenia, przez co mogą zagrażać władzy. Rząd i usankcjonowany system władzy mają powody do tego, żeby się ich obawiać.

Psychodeliki rzeczywiście sprzyjają kwestionowaniu utartych wzorców myślenia. Wywołują tymczasową dezorganizację i rozpad dotychczasowego systemu wartości, co może być bardzo korzystne chociażby w terapii.

Mam jednak wrażenie, że antyestablishmentowe właściwości psychodelików przynajmniej w pewnej mierze były efektem myślenia życzeniowego ideologów hipisowskiej kontrkultury. Prowadzone współcześnie badania świadczą o tym, że te substancje mogą szukać swojego miejsca również w ramach mainstreamu. Obecnie interesują się nimi korporacje, a rządy dają przyzwolenie na badania z ich użyciem. Cieszą się coraz większą popularnością wśród ludzi, którzy niekoniecznie chcą sprzeciwiać się systemowi. Można więc powiedzieć, że w ostatnim czasie zmieniły swoje oblicze i przestały być narzędziem do walki z ustalonym porządkiem społecznym. Wielu osobom pomagają sprawniej funkcjonować w ramach systemu, a nie go niszczyć. Nie wszystkim się to podoba, ale tak jest.

Jak wspólnie możemy ocalić nasz świat (i dlaczego to się nie uda)

Mówi się coraz częściej o tym, że psychodeliki  mogą być nową generacją leków antydepresyjnych, ale rodzi to obawy, że zostaną zawłaszczone przez firmy, które będą sprzedawać leki na bazie psylocybiny itp.

Według mnie dokonujący się współcześnie renesans badań nad psychodelikami w niewielkim stopniu ma związek z tym, że wielu ludzi na całym świecie eksperymentuje z tymi substancjami i interesuje się nimi. Znacznie ważniejszy wydaje mi się fakt, że ogromna część populacji zmaga się z problemami psychicznymi, a konwencjonalna psychiatria nie dysponuje narzędziami, które byłyby w stanie skutecznie poradzić sobie z tą sytuacją. Około 320 milionów ludzi cierpi na depresję. Ostatnim dużym przełomem w leczeniu tej choroby było wprowadzenie leków SSRI pod koniec lat osiemdziesiątych i od tamtego czasu nie nastąpiła żadna imponująca innowacja w tej dziedzinie. Leki SSRI generalnie opierają się na tłumieniu objawów depresji, a niekoniecznie rozwiązują problem leżący u jej podłoża.

Tymczasem osób cierpiących na depresję mamy coraz więcej.

Nie tylko na depresję, ale również na wiele innych dolegliwości. Według mnie jest to czynnik, który warto brać pod uwagę podczas myślenia o tym, skąd wzięły się współczesne badania nad psychodelikami. Psychiatria poszukuje nowych narzędzi i zwróciła się między innymi ku MDMA w leczeniu stresu pourazowego oraz psylocybinie w leczeniu depresji.

Farmaceutyczny gigant oskarżony o wywołanie fali śmiertelnych przedawkowań

Jak MDMA może pomagać w leczeniu stresu pourazowego?

Zanim MDMA stało się popularną używką sprzedawaną w formie tabletek ecstasy, było skutecznie wykorzystywane przez amerykańskich terapeutów. Wielu z nich nazywało tę substancję ADAM i twierdziło, że pod jej wpływem pacjent osiąga stan pierwotnej czystości emocjonalnej.  Mówiąc w skrócie: przestaje czuć się przytłoczony swoimi trudnymi emocjami i patrzy na nie z większego dystansu, dzięki czemu jest w stanie opowiedzieć o swoich problemach z większą otwartością i ufnością.

Obecnie wiemy, że po przyjęciu MDMA obniża się aktywność ciała migdałowatego, czyli ośrodka odpowiadającego za przetwarzanie emocji takich jak strach czy gniew. Jednocześnie uwalniają się oksytocyna i prolaktyna, czyli hormony odpowiedzialne za poczucie zaufania i bliskości. Dzięki temu pacjentom, którzy nie potrafią rozmawiać o swoich trudnych doświadczeniach, łatwiej jest zbudować zdrową relację terapeutyczną. W znacznie większym stopniu są w stanie otworzyć się na psychoterapeutę i wraz z nim przepracować swoją traumę.

Badania nad MDMA prowadzi głównie organizacja MAPS, czyli Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies. Zarówno leczenie stresu pourazowego z użyciem MDMA, jak i leczenie depresji z użyciem psylocybiny uzyskało niedawno w USA status „przełomowej terapii”. Ten status pozwala znacznie skrócić procedury niezbędne do dopuszczenia substancji na rynek.

Kiedy możemy spodziewać się MDMA w aptekach?

Optymistyczne prognozy są takie, że MDMA stanie się lekiem wydawanym na receptę już w 2021 roku. Status „przełomowej terapii” świadczy o tym, że przedstawiciele instytucji rządowych aktywnie pomagają we wprowadzeniu tej substancji na rynek. Wykazują dobrą wolę, a wręcz chęć pomocy. W USA są trzy fazy badań klinicznych, a MDMA przechodzi obecnie ostatnią z nich. Podczas fazy drugiej efektywność kuracji wyniosła 54% w grupie eksperymentalnej i 23% w grupie kontrolnej, więc wyniki były ponad dwukrotnie lepsze w przypadku osób, które przyjęły substancję czynną.

Optymistyczne prognozy są takie, że MDMA stanie się lekiem wydawanym na receptę już w 2021 roku.

Terapia stosowana przez MAPS trwa mniej więcej trzy i pół miesiąca. Składa się z trzech sesji z użyciem MDMA i dwunastu spotkań, które pomagają pacjentowi przygotować się do doświadczenia, a następnie je zintegrować.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że używanie psychodelików w kontekście rekreacyjnym bardzo różni się od używania ich w kontekście terapeutycznym. Obecnie z kuracji wspomaganej MDMA korzystają przede wszystkim amerykańscy weterani wojenni i wielu z nich mówi podobno: „Nie wiem dlaczego nazywają to esctasy”. W trakcie terapii nie doświadczają ekstazy, lecz raczej otwierają się na bardzo trudne doświadczenia, z którymi nie potrafili sobie poradzić od wielu lat.

Terapeuci korzystający z MDMA twierdzą, że gdyby ktoś miał wymyślić i zaprojektować idealną substancję do leczenia stresu pourazowego, to byłoby nią właśnie MDMA. Według szacunków mniej więcej 4-5% całej populacji świata cierpi na stres pourazowy. Terapeuci – również polscy – podkreślają, że leczenie osób z tym zaburzeniem jest niezwykle trudne i wymagające, ponieważ nie są oni w stanie rozmawiać o swojej traumie. Gdy zbliżają się do źródła problemu, natychmiast wycofują się z relacji terapeutycznej.

Czy grzybki i kwas uratują ludzkość przed zagładą?

Gdy sam zaczynałem korzystać z psychodelików, nie miałem pojęcia, że można je stosować w sposób terapeutyczny. W twojej książce jest wręcz instruktaż, jak powinna wyglądać sesja terapeutyczna, żeby mogła mieć pozytywne efekty, a nawet żeby można było przeżyć doświadczenie mistyczne, które też wydaje się mieć bardzo pozytywny wpływ na psychikę człowieka.

W przypadku klasycznych psychodelików, takich jak psylocybina, meskalina czy LSD, ogromne znaczenie ma to, że ich działanie w niewielkim stopniu zależy od nich samych, a w znacznie większym stopniu od nastawienia użytkownika i od otoczenia, w którym są przyjmowane. Terapeutyczny wpływ psychodelików jest uzależnione przede wszystkim od przygotowań poprzedzających terapię i późniejszej integracji doświadczeń.

Lecznicze właściwości mistycznych przeżyć psychodelicznych zostały już całkiem nieźle przebadane przez badaczy z Johns Hopkins University czy przez badaczy z Uniwersytetu Nowojorskiego. Terapeuci starają się stworzyć sprzyjające warunki, w których uczestnik sesji będzie w stanie przeżyć doświadczenie szczytowe, a późniejszy efekt terapeutyczny jest silnie powiązany z głębią tego doświadczenia. Nie jest to chwilowa zmiana nastroju, ponieważ wpływ tych przeżyć utrzymuje się przez wiele miesięcy po sesji. Po przeżyciu głębokich stanów mistycznych wielu ludzi dostrzega pozytywne zmiany w swoim sposobie myślenia, emocjonalności i zachowaniu. O tych zmianach opowiadają nie tylko badani, ale również ich najbliższe otoczenie społeczne.

Psychodeliki są w stanie wywołać stany o ogromnym potencjale transformacyjnym.

W mniej więcej osiemdziesięciu procentach przypadków uczestnicy sesji z psylocybiną osiągają głębokie stany duchowe, które uważają za jedno z pięciu najważniejszych przeżyć w swoim życiu i porównują je ze śmiercią rodzica albo narodzinami pierwszego dziecka. Trzydzieści procent z nich wręcz twierdzi, że było to najważniejsze doświadczenie w całym ich życiu. Z tego wynika, że mamy do czynienia z substancjami, które z dużą przewidywalnością są w stanie wywołać stany o ogromnym potencjale transformacyjnym.

Warto przy tej okazji zaznaczyć, że Amerykanie mają długą tradycję badania doświadczeń mistycznych w psychologii. William James na początku XX wieku pisał o wpływie odmiennych stanów świadomości na religijność i eksperymentował z podtlenkiem azotu, czyli tak zwanym „gazem rozweselającym”. W późniejszym czasie w USA pojawiła się choćby psychologia humanistyczna i psychologia transpersonalna, więc dla tamtejszych badaczy zajmowanie się duchowością nie jest jakąś specjalną egzotyką. Istnieje tam dość długa tradycja badawcza dotycząca wpływu doświadczeń szczytowych na zdrowie psychiczne, dobrostan i codzienne funkcjonowanie.

Cała prawda o mikrodawkowaniu

czytaj także

Wydawałoby się, że doświadczenia mistyczne są zarezerwowane dla wąskiego grona świętych i osób pracujących nad rozwojem duchowym, a tymczasem okazuje się, że właściwie każdy może takie doświadczenie przeżyć w sprzyjających warunkach.

Nie każdy, ale znaczna część ludzi po przyjęciu psychodelików w odpowiednich warunkach otwiera się na tego typu doświadczenia. Zasadniczo trudno jest rozmawiać o terapeutycznym wpływie tych substancji bez odwoływania się do duchowości, co dla niektórych ludzi może być trudne do zaakceptowania. Angielscy badacze z Imperial College London wolą mówić o „rozpuszczeniu ego”, a nie o doświadczeniach mistycznych. Natomiast w USA o mistyce i doświadczeniach szczytowych mówi się bardziej wprost.

W latach 60. w pewnym sensie nastąpiła demokratyzacja doświadczeń religijnych wywoływanych przez psychodeliki, co pod pewnymi względami przyczyniło się do ich negatywnego wizerunku. Bardziej konserwatywna część społeczeństwa wydaje się bowiem zakładać, że stany mistyczne powinny być darem łaski i że bóg zsyła je na wybrańców. Badania z użyciem psychodelików wskazują natomiast na to, że na poziomie czysto biologicznym jesteśmy skonstruowani w taki sposób, aby móc przeżywać tego rodzaju stany. Każdy z nas nosi w sobie fizjologiczną strukturę pozwalającą na ich osiągnięcie i większość ludzi jest w stanie doświadczyć ich po przyjęciu psylocybiny w sprzyjających warunkach.

Ale czy nie jest to jakaś droga na skróty? Czy nie należałoby pracować nad sobą zamiast zażywać jakieś grzybki?

Badacze z Johns Hopkins University podawali psylocybinę między innymi osobom, które regularnie medytują. W wielu przypadkach te osoby ceniły sobie przeżycia psychodeliczne, ale podkreślały, że nie da się zastąpić nimi codziennej praktyki duchowej. Twierdziły, że tego rodzaju doświadczenia mogą pomóc w zrozumieniu własnej psychiki i pod pewnymi względami pokazać kierunek dalszego rozwoju duchowego, ale nie zastąpią regularności i sumienności w zgłębianiu własnego wnętrza.

Co ciekawe, gdy po raz pierwszy zbadano aktywność mózgu pod wpływem psylocybiny i LSD, zauważono tymczasową dezorganizację w „sieci standardowej aktywności” (ang. default mode network), która według badaczy odpowiada za nasze poczucie „ja”. Aktywuje się wtedy, gdy my się „dezaktywujemy”, czyli przestajemy koncentrować się na czymś konkretnym. Ogólnie rzecz biorąc, jest silnie powiązana z naszymi narracjami na temat własnej osoby, a pod wpływem psychodelików ulega dezorganizacji, przez co aktywność mózgu staje się bogatsza i bardziej złożona. Tym zmianom towarzyszą subiektywne doświadczenia rozpuszczenia codziennej tożsamości. Współcześni badacze psychodelików sugerują, że „sieć standardowej aktywności” można traktować jako fizjologiczny odpowiednik naszego ego.

Skoki przez okno, Lenin wiecznie grzybem i inne mity o psylocybinie

Rozumiem, że jest to również mechanizm pomagający w leczeniu osób cierpiących na depresję, które są silnie skoncentrowane na własnym „ja” i przeżytych traumach.

Zgadza się. Wspomniana przeze mnie sieć mózgu jest nadaktywna u osób z depresją. Był to zresztą jeden z powodów, dla których badacze z Imperial College London postanowili podać psylocybinę pacjentom zmagającym się z tak zwaną „depresją lekooporną”, a więc depresją, która nie reaguje na konwencjonalne leki. Standardowe kuracje nie były w stanie im pomóc, ale po sesji z psylocybiną znaczna większość z nich uwolniła się od symptomów. Po kilku miesiącach niektóre objawy zaczęły wracać, ale wyniki tak czy inaczej wyglądają bardzo obiecująco. Pacjenci z depresją mogliby powtarzać tę kurację na przykład co pół roku. Gdyby w ich przypadku psylocybina okazała się skuteczniejsza od konwencjonalnych leków, to według mnie powinni mieć prawo do korzystania z niej w kontekście terapeutycznym – nawet jeśli jej antydepresyjny wpływ utrzymuje się przez kilka miesięcy, a później stopniowo słabnie.

Mikrodawki. Jak to się robi w Polsce?

To na pewno lepsze niż zażywanie czterech rodzajów tabletek codziennie. Chociaż nie wiem, czy dla koncernów farmaceutycznych.

Koncerny prawdopodobnie nie byłyby zachwycone, bo specyfika terapii z użyciem psychodelików polega na tym, że podczas kuracji podaje się je tylko kilka razy. Firmy farmaceutyczne z oczywistych względów wolą sprzedawać leki, które trzeba przyjmować częściej – najlepiej codziennie. Nie zmienia to faktu, że pojawili się już inwestorzy, którzy pompują pieniądze w badania nad psychodelikami i twierdzą, że rynek jest wystarczająco duży, aby im się to opłaciło.

Firmy farmaceutyczne z oczywistych względów wolą sprzedawać leki, które trzeba przyjmować częściej – najlepiej codziennie.

Depresja jest tak rozpowszechnioną chorobą, że z ich perspektywy inwestowanie w ten obszar wydaje się być rozsądne. W ramach terapii psychodeliki są stosowane tylko raz lub kilka razy, ale należy pamiętać, że ich skuteczność w bardzo dużym stopniu zależy od przygotowań i późniejszej integracji. Cały ten proces jest rozciągnięty w czasie, więc można założyć, że ktoś znajdzie skuteczny sposób, aby na nim zarabiać. Najprawdopodobniej będzie to firma Compass Pathways, która obecnie realizuje drugą fazę badań dotyczących wpływu psylocybiny na osoby z depresją. Działa dla zysku i nie będzie udostępniać wyników swoich badań, a jej podejście w znacznym stopniu podzieliło badaczy psychodelików. Część z nich stoi po jej stronie i podkreśla, że tylko komercyjne inwestycje są w stanie zmienić obecny system i włączyć do niego terapię psychodeliczną. Inni krytykują ją za chciwość i dążenie do tego, żeby terapia psychodeliczna zmieniła się w maszynkę do zarabiania pieniędzy.

Inwestorzy zwracają jednak uwagę na to, że amerykański system kapitalistyczny działa w taki a nie inny sposób i że kapitał stojący za badaniami psychodelicznymi pomaga naukowcom we współpracy z instytucjami takimi jak FDA czy DEA.

Warto przy tej okazji zaznaczyć, że obecnie badania z użyciem psychodelików są sponsorowane przez bardzo różne środowiska. Z jednej strony wspierają je liberalni przedsiębiorcy z firm technologicznych w Dolinie Krzemowej, a z drugiej strony chociażby Rebekah Mercer, dziedziczka fortuny i zaangażowana Republikanka, która niedawno przekazała milion dolarów na badania dotyczące stosowania MDMA w badaniach stresu urazowego u weteranów, a wcześniej przeznaczyła sporo pieniędzy na kampanię wyborczą Donalda Trumpa.

Zapytałam dziewczyny o narkotyki i seks na polskich festiwalach

Rozumiem, że obecnie terapia z użyciem psychodelików odbywa się wciąż głównie w podziemiu? Są badania kliniczne, ale poza tym jest całe podziemie coachów, szamanów i psychoanalityków.

Podobno w Stanach Zjednoczonych istnieje duża podziemna sieć psychiatrów i terapeutów, którzy tak bardzo wierzą w potencjał terapeutyczny psychodelików, że wbrew obowiązującemu prawu podają je pacjentom, którzy mogą wynieść z tego jakąś korzyść.

Dość poważnym zagrożeniem jest to, że nikt nie ma nad nimi żadnej kontroli. Psychodeliki zostały zepchnięte do podziemia, przez co nie jesteśmy w stanie zapanować nad tym, kto dokładnie je podaje i w jaki sposób. Te substancje zwiększają podatność na sugestię i mogą prowadzić do powstania bardzo głębokiej więzi pomiędzy pacjentami a terapeutą, więc pojawia się ogromne pole do nadużyć. Zresztą jeden z terapeutów pracujących dla MAPS został ostatnio oskarżony o to, że wdał się w romans ze swoją klientką. MAPS natychmiast zerwało z nim współpracę, a cała ta sytuacja wywołała oburzenie ze strony innych terapeutów, którzy prowadzą legalne badania z psychodelikami. Wspominam o tym, żeby podkreślić, że swoje usługi w zakresie undergroundowej terapii psychodelicznej oferuje dużo niekompetentnych osób i że obecna sytuacja zwiększa ryzyko wystąpienia nadużyć.

Ciekawy wydaje się też potencjał psychodelików w kontekście katastrofy klimatycznej. Badania pokazują, że te substancje pozwalają pogodzić się ze śmiercią osobom terminalnie chorym. Podejrzewam, że pozwalają również pogodzić się z przemijaniem zdrowym osobom, które spodziewają się nadchodzącej katastrofy ekologicznej.

Według mnie sprawa nie jest jednoznaczna. Z jednej strony psychodeliki rzeczywiście pomagają osobom, które cierpią na nieuleczalne choroby i boją się nadchodzącej śmierci. Badacze z Johns Hopkins University, Uniwersytetu Nowojorskiego i Szwajcarii zauważyli, że po sesji psychodelicznej u tych osób następuje spadek przygnębienia i stanów lękowych, a jednocześnie wzrost otwartości i umiejętności czerpania radości z ostatnich dni, które im pozostały. Jest to niezwykle ważne, ponieważ tego rodzaju pacjenci nie mają dużo czasu, a psychodeliki wywołują u nich szybki efekt terapeutyczny, który pomaga im zbudować bliską więź z najbliższymi i umrzeć w spokoju.

Sytuacja wydaje się wyglądać nieco inaczej w przypadku osób obawiających się nadciągającej katastrofy klimatycznej. Badacze z Imperial College Londyn w kilku badaniach przyjrzeli się tej kwestii i zauważyli, że psychodeliki mogą rozbudzać w ludziach skłonności proekologiczne i uwrażliwiać ich na naturę. Albert Hoffman (odkrywca LSD – przyp. red.) już kilka dekad temu sugerował, że najlepiej jest przyjmować te substancje na łonie przyrody, i bardzo doceniał jej piękno. Co ciekawe, o doświadczeniach proekologicznych szczególnie często wydają się opowiadać użytkownicy ayahuaski, którzy po wypiciu tego wywaru czują głęboką troskę o losy naszej planety.

I postanawiają, że zaczną zajmować się permakulturą – budują ekologicznie domy i zabierają się za zrównoważone rolnictwo?

Prawdopodobnie wiele z tych osób zmienia swój styl życia. William Richard – psycholog kliniczny i teolog z Johns Hopkins University – opisał wiele ciekawych przemian, które zaszły w ludziach po sesji psylocybinowej. Wspomina na przykład o osobie, która przez wiele lat pracowała w przemyśle zbrojeniowym, a po doświadczeniu psychodelicznym wstąpiła do klasztoru zen. Nie chodzi oczywiście o to, żeby wszyscy ludzie zostali mnichami, ale ten przykład pokazuje, jak duży jest potencjał transformacyjny psychodelików. Inna osoba rzuciła swoje dotychczasowe życie i wstąpiła do Korpusu Pokoju w Afryce.

Tego rodzaju przemiany nie są regułą, ale zdarzają się szczególnie często u osób, które doznały stanów mistycznych pod wpływem psychodelików. W pewnej mierze może to wynikać z faktu, że jedną z podstawowych cech doświadczenia mistycznego jest poczucie jedności ze wszystkimi ludźmi i wszystkimi zjawiskami istniejącymi we wszechświecie. Tego rodzaju przeżyciom towarzyszy również poczucie świętości i poczucie wykroczenia poza czas i przestrzeń, a także przeświadczenie, że nie da się o nich opowiedzieć za pomocą słów. Według badaczy ten stan tymczasowego rozpuszczenia tożsamości i utraty własnego „ja” może mieć pozytywny wpływ na zachowania prospołeczne i altruistyczne.

Wchodzi Amerykanin, Czech i Indianin i rozmawiają o psychodelicznej herbatce

Mówisz o tym, jak to wygląda na świecie. W Polsce mamy do czynienia ze zgoła innym podejściem. Psychodeliki są substancjami wpisanymi na listę środków zakazanych i nie wolno ich posiadać, a Ministerstwo Zdrowia ignoruje zapytania o możliwość zmiany tego statusu. Czy są jakieś szanse na to, żeby w Polsce też były stosowane tego rodzaju terapie?

Problem z Polską polega na tym, że jako naród swoją wiedzę o psychodelikach w dużej mierze opieramy na zapośredniczonych informacjach, które w wielu przypadkach okazały się mitami. W okresie PRL-u ludzie zasadniczo nie mieli dostępu do tych substancji, a środowiska hipisowskie były stosunkowo niewielkie. Co prawda prowadzono w Polsce niewielkie eksperymenty z użyciem psychodelików, ale nie powstały spójne kręgi akademickie zainteresowane ich potencjałem. Z tego względu brakuje nam ekspertów, którzy za pomocą swojego autorytetu byliby w stanie zmienić ich wizerunek w oczach opinii publicznej.

Jednak polscy lekarze i naukowcy mają dostęp do całej światowej wiedzy i mogliby też próbować coś tutaj zmieniać.

Oczywiście są w Polsce naukowcy zaznajomieni z tematem i myślę, że ich liczba będzie wzrastać wraz z kolejnymi projektami badawczymi realizowanymi w innych krajach. Wierzę, że sytuacja zmieni się w ciągu jednego pokolenia. Prawdopodobnie za kilka lat młodzi polscy badacze zainteresowani psychodelikami uzyskają dyplomy akademickie i będą mieć większą siłę przebicia, a także więcej odwagi do tego, żeby mówić o właściwościach tych substancji i zabiegać o pozwolenia na badania z ich użyciem. W przypadku Polski psychodeliki prawdopodobnie mogłyby znaleźć zastosowanie przede wszystkim w dwóch obszarach: terapii uzależnień i leczeniu depresji.

Grzybki, które leczą, czyli czescy hipisi mają receptę na twoje problemy

Czy nie boisz się, że twoja książka będzie zachęcała ludzi do tego, żeby ćpali?

Nie, ponieważ starałem się zadbać o to, żeby znalazło się w niej dużo ostrzeżeń o ewentualnych zagrożeniach związanych z nieodpowiedzialnym przyjmowaniem psychodelików. Moim zamiarem było przedstawienie zjawiska społecznego tworzonego przez naukowców, którzy nie zachęcają do rekreacyjnego eksperymentowania z tymi substancjami, a wręcz do niego zniechęcają.

Gdy ludzie przyjmują psychodeliki wyłącznie w celu wzmacniania doznań i wywoływania pozytywnych doświadczeń, prędzej czy później zdają sobie sprawę z tego, że takie podejście nie sprawdza się na dłuższą metę. Substancje takie jak psylocybina czy LSD niezbyt dobrze sprawdzają się w roli używek przyjmowanych dla zabawy, ponieważ ich działanie jest nieprzewidywalne, a na dodatek mogą odblokowywać treści, które wcześniej pozostawały poza progiem świadomości. Za ich sprawą możemy doświadczyć konfrontacji z wypartymi aspektami własnej psychiki – niekoniecznie przyjemnymi.

Bez terapeuty w pobliżu takie doświadczenie to może być poważny problem.

Z tego względu lepiej jest przyjmować je rozsądnie, a najlepiej pod okiem wykwalifikowanej osoby, która w razie jakichkolwiek problemów będzie w stanie udzielić pomocy i zapanować nad sytuacją. Wspominałem już jednak o tym, że kliniczne eksperymenty dotyczące psychodelików są poprzedzane badaniami przesiewowymi pozwalającymi uniknąć wszystkich poważnych komplikacji. Współczesne projekty badawcze z użyciem psylocybiny wznowiono niemal dwadzieścia lat temu i przeprowadzono podczas nich ponad tysiąc sesji z użyciem tej substancji, ale wśród pacjentów nie wystąpiła dotychczas ani jedna długofalowa reakcja niepożądana.

**

Maciej Lorenc – socjolog, tłumacz, współpracownik Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej i Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, współtwórca magazynu Trans/Wizje (2011-2015).

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.