Zdrowie

Czy grzybki i kwas uratują ludzkość przed zagładą?

W Polsce, podobnie jak w większości krajów świata, LSD wciąż znajduje się w wykazie substancji nieprzydatnych w medycynie oraz groźnych dla zdrowia. Choć ma to tyle wspólnego z prawdą, co polityka PiS z ochroną dzieci przed pedofilią księży.

Boicie się śmierci? Ja nie. Czujecie, że świat jest pogrążony w chaosie i zmierza ku unicestwieniu? No to macie rację. Boicie się tego? Ja niespecjalnie. Oczywiście smutno będzie oglądać śmierć milionów, a może i miliardów (o ile samemu nie będzie się w tych pierwszych milionach), ale ostatecznie żywi czy martwi, wciąż jesteśmy częścią życia planety. Dla planety i większości gatunków zwierząt, roślin i grzybów byłoby zresztą lepiej, gdyby trzy czwarte homo sapiens wymarło. Przykro mi to mówić, bo większość moich przyjaciół i bliskich wciąż jest homo sapiens, choć nie wszyscy chcą się do tego przyznać. Fakty są jednak nieubłagane. Niszczymy naszą planetę i przyrodę na skalę niespotykaną w historii ludzkości. Oczywiście pewnym pocieszeniem jest, że nigdy jeszcze tylu ludzi nie miało dostępu do czystej wody, prądu, szczepień i internetu. Tylko czy przez to naprawdę jesteśmy szczęśliwsi? Nie dość, że daliśmy sobie wmówić, żeby wodę kupować w plastikowych butelkach, to są już tacy, którzy kombinują jak sprywatyzować tę, której do butelek jeszcze wpakować się nie udało. Niestety może im to się udać, bo wody będzie nam coraz bardziej brakować. Prąd może dawać nam wiele przyjemności, ale może też służyć (i służy) do zasilania krzeseł elektrycznych, a jego wytwarzanie doprowadza do największego kryzysu, z jakim musiała się mierzyć ludzkość w swojej historii. Szczepienia okazały się tak genialnym wynalazkiem, że niektórym trudno nie węszyć w tym spisku i choć przeważnie nie mają racji, to byłoby naiwnością sądzić, że koncerny farmaceutyczne nie wykorzystują swojej pozycji, żeby sprzedawać ludziom produkty, których nie potrzebują. Internet połączył podzielony świat i przypomniał nam, że wszyscy jesteśmy jedną rodziną, ale też że nie ma nic gorszego niż problemy w rodzinie.

rys. Bruno Althamer

Trudno wam się w tym wszystkim odnaleźć? Mnie też. Nasza kultura nie uczy nas, jak radzić sobie z tego rodzaju sprzecznościami, a do tego ciągle pełna jest przemocy, manipulacji, autorytaryzmu i ludzi, którzy nie wahają się tego wykorzystywać, gdy mogą i czują, że odniosą dzięki temu jakieś osobiste korzyści. Cóż z tego, że na dłuższa metę nie mają racji, skoro przeważnie nie sposób im tego wytłumaczyć. Nic dziwnego, że mamy do czynienia nie tylko z nadchodzącą katastrofą klimatyczną, ale też plagą depresji i innych zaburzeń psychicznych. Nasza kultura premiuje socjopatów, ludzi oddzielonych od własnych uczuć, którzy są gotowi wyruchać nieprzytomną dziewczynę, nie myśląc ani przez sekundę, że ich pięć minut przyjemności, skończy się wieloletnią traumą dla osoby, którą skrzywdzili. Albo budować nową kopalnię, nie zastanawiając się, że będą mieli na rękach krew swoich dzieci i wnuków.

Psychodeliki – ani trucizna, ani panaceum. W takim razie, co?

Wciąż większość ludzi na ziemi zdaje się wyznawać patriarchalne, przemocowe i krzywdzące zasady, wymyślone tysiące lat temu przez humorzastych kolesi mieszkających w namiotach na jakiejś pustyni i rzadko mające wiele wspólnego z rzeczywistością, z którą przychodzi nam się dziś mierzyć. Oczywiście piję tu do kultury judeochrześcijańskiej, ale przecież nawet buddyści potrafią być rasistowskimi przemocowcami, choć wydawałoby się, że nie na tym polega dążenie do oświecenia. Jak to się stało, że nauki duchowe mające pozwolić nam unikać cierpienia i pielęgnować miłość tak bardzo oddzieliły się od swojej istoty? To oczywiście też jest zasługą licznych samców, którzy wypaczyli (i wypaczają) ich znaczenie dla własnych korzyści. Nie bez znaczenia jest też kapitalizm, który nagradza dążenie do krótkoterminowego zysku, a przyrodę traktuje jako zasób, którym można napalić w piecu. Nasza kultura nie tylko nie uczy nas, jak rozumieć swoje uczucia czy innych ludzi, ale nawet tego, jak zdrowo wydalać. Jak doprowadziliśmy do takiej absurdalnej sytuacji?

rys. Bruno Althamer

I co wspólnego z tym wszystkim mają psychodeliki? Ano całkiem sporo. Całkiem ładnie pokazuje to Michael Pollan w książce How to Change Your Mind. Tego amerykańskiego dziennikarza, który większość kariery poświęcił na pisanie o zdrowym jedzeniu i wciąż nie został weganinem, trudno podejrzewać o specjalny radykalizm, a jednak napisał jedną z ciekawszych książek o psychodelikach, jakie miałem przyjemność przeczytać. O renesansie psychodelicznym mówi się już od jakiegoś czasu, a badania nad medycznym zastosowaniem LSD, psylocybiny, ayahuaski czy MDMA (która psychodelikiem nie jest, ale też może pomóc ludziom w powrocie do zdrowia) są coraz bardziej zaawansowane. Jednak dzięki książce Pollana możemy być pewni, że wiedza ta trafi nie tylko do specjalistów, ale również pod strzechy. To trochę tak, jakby w Polsce książkę o psychodelikach napisała Magda Gessler albo Robert Makłowicz. To trochę tak, jakby książkę o psychodelikach (łącznie z opisem własnych tripów) wydał mój ojciec. (Zresztą są nawet z Pollanem w tym samym wieku). W sumie nie jest to aż takie nieprawdopodobne, jak się może wydawać na pierwszy rzut oka.

rys. Bruno Althamer

LSD, odkryte w 1938 przez Alberta Hofmanna, swoją potęgę ujawniło pod koniec II wojny światowej, gdy naukowiec, kierowany impulsem, postanowił wrócić do zsyntetyzowanej pięć lat wcześniej substancji, co zapewniło mu niezapomnianą drogą powrotną na rowerze do domu. Do kultury popularnej kwas trafił w latach sześćdziesiątych. Głównie dzięki Timothy’emu Leary, ale nie tylko. Właściwie większość osób, które miały do czynienia z LSD albo innymi psychodelikami, błyskawicznie (przeważnie po pierwszym tripie) zaczynała dostrzegać ich niemalże magiczny, a z pewnością cudowny potencjał. Stąd już prosta droga do przekonania, że psychodelików powinni spróbować wszyscy.

To nie do końca jest prawda, bo nie powinny ich zażywać osoby ze schizofrenią (czy skłonnościami do schizofrenii), ale dla większości zdrowej populacji nie stanowią większego zagrożenia niż wypicie butelki wina. A może nawet przynieść im to więcej korzyści (i mniejszego kaca), o ile nie będą miały pecha i bad tripa. Choć osobiście lubię myśleć, że bad trip nie zawsze musi mieć złe efekty, a czasem może mieć całkiem pozytywne. Psychodeliki nie zawsze dadzą nam to, czego chcemy, ale prawie zawsze tego, czego potrzebujemy. Bad trip może pozwolić nam zmierzyć z traumami, którym na co dzień nie pozwalamy wyjść z otchłani nieświadomości.

Psychodeliki to potężne narzędzie

Szacuje się, że w czasach, gdy psychodeliki były legalne, w samych Stanach spróbowały ich miliony ludzi. Później zresztą też cieszyły się zasłużoną popularnością, choć kultura psychodeliczna musiała zejść do podziemia, skąd dopiero powoli zaczyna się wygrzebywać. Pollan wyczerpująco i interesująco przedstawia historię tych cudownych substancji, które okazały się jednak na tyle nieprzewidywalne, że trafiły na ONZ-etowską listę substancji uznanych za szkodliwe i pozbawione medycznego zastosowania. W Polsce, podobnie jak w większości krajów świata, LSD wciąż znajduje się w wykazie substancji nieprzydatnych w medycynie oraz groźnych dla zdrowia. Choć ma to tyle wspólnego z prawdą, co polityka PiS z ochroną dzieci przed pedofilią księży.

W Warszawie wszyscy biorą dopalacze. Ale często myślą, że to koks

Fakt, że psychodeliki są traktowane podobnie jak heroina czy metaamfetamina, a znacznie gorzej niż alkohol, świetnie pokazuje jak nieracjonalna, przemocowa i chora jest nasza kultura. Trudno mi znaleźć inny powód ich delegalizacji i potępiania niż lęk ludzi u władzy, że przez te substancje mogą swoją władzę stracić i obudzić się świecie, gdy nikt ich władzy nie będzie respektował ani nawet traktował poważnie. Wyobraźcie sobie społeczeństwo złożone z Timothych Leary, czarownic, queerów, szamanów i Jasiów Kapelów, a łatwo sobie zwizualizujecie skalę przerażenie Nixonów, Putinów, Kaczyńskich i episkopatów tego świata. No dobra, mnie się chyba nikt nie boi, ale nie sposób nie zauważyć, że ciężko byłoby rządzić takim społeczeństwem. Znacznie łatwiej jest zarządzać społeczeństwem otumanionym alkoholem i zmagającym się z plagą depresji i innych zaburzeń. Brzmi jak teoria spiskowa? To przypomnijcie sobie, jak woda ognista pomogła w rozbiciu i zdziesiątkowaniu rdzennych mieszkańców Ameryk.

rys. Bruno Althamer

Co ciekawe, nie tylko władza państwowa, ale również główne religie współczesnego świata zakazują i używania psychodelików i potępiają je. Co również jest istotnym dowodem na ich degenerację. Dość powiedzieć, że w sprzyjających okolicznościach po spożyciu kilku gramów grzybków prawie każdy może przeżyć doświadczenie mistyczne. Czyżby kapłani bali się konkurencji? W końcu doświadczenie mistyczne stanowi fundament większości religii, więc sytuacja, w której religie zakazują środków, które pozwalają na spotkanie z Bogiem (jakkolwiek byśmy go definiowali), jest co najmniej dziwna. Tym bardziej że duchowni szkodzą sami sobie. Eksperymenty z podawaniem psychodelików duchownym różnych religii wskazują, że nie tylko stają się oni bardziej tolerancyjni dla innych systemów religijnych, jako ścieżek prowadzących na szczyt tej samej góry, ale również bardziej doceniają własną tradycję, a martwe dogmaty, o których czytali w świętych księgach, stają się niespodziewanie żywe. Dr William Richards, który te badania prowadził, ma wręcz nadzieję, że „pewnego dnia psychodeliki będą wykorzystywane w seminariach duchowych jako narzędzie edukacyjne”. To akurat wiem nie od Pollana, ale z wywiadu, który z naukowcem przeprowadził Maciej Lorenc, którego książkę Czy psychodeliki uratują świat? wydajemy w maju nakładem Wydawnictwa KP.

Skoki przez okno, Lenin wiecznie grzybem i inne mity o psylocybinie

Inne badania wykazały, że mózgi osób doświadczonych w medytacji są bardzo zbliżone do mózgów osób na grzybkach. Ktoś mógłby twierdzić, że branie psychodelików, zamiast spędzania lat na medytacji, jest swojego rodzaju oszustwem. Ale jest to podobne oszustwo jak jeżdżenie autem. Pan Bóg nie stworzył samochodów, więc może chciał, żebyśmy wszędzie przemierzali pieszo, i łamiąc boski zamysł, sprowadzamy na siebie zagładę. Jest to jakaś myśl, ale prawdę mówiąc podejrzewam, że zagładę sprowadza na nas ludzka pycha, a nie nadmiar osób, które mają regularne kontakty z transcendencją. Spotkanie z absolutem przeważnie jednak sprawia, że można nabrać sporo pokory w stosunku do otaczającego nas świata. Większość ludzi, którzy mieli kontakty z psychodelikami, deklaruje, że spotkanie z Bogiem pozwoliło im zrozumieć, że Bogiem jest cała przyroda, wszystkie byty ożywione i nieożywione, a także my sami jesteśmy jego częścią. Z takim poczuciem trochę trudniej pójść ściąć drzewo, zabić i zjeść zwierzę czy w ogóle skrzywdzić drugiego człowieka, który w końcu też nosi w sobie Boga. Oczywiście nie znaczy to, że ludzie, którzy przeżyli doświadczenie mistyczne, z dnia na dzień stają się świętymi, ale jednak przeważnie zaczynają mieć większą wrażliwość i uważność na przyrodę i inne byty. Gdy ostatni raz brałem grzybki, udało mi doświadczyć czegoś podobnego. Przez chwilę przestałem czuć się sobą, stałem się z jednym z muzyką, która rozbrzmiewała mi w uszach, i całym wszechświatem. Przez chwilę wiedziałem, że jestem częścią tego wszystkiego i to wszystko jest miłością, i ja też jestem miłością. Kto tego nigdy nie przeżył, niech żałuje. To naprawdę pomaga w zmaganiu się z trudami dnia codziennego i myślę, że dzięki takim doświadczeniom jestem lepszym człowiekiem.

rys. Bruno Althamer

Dzięki coraz szerzej prowadzonym badaniom wiemy, że psychodeliki mogą pomagać osobom w głębokiej depresji, uwolnić się z nałogów czy pogodzić się ze śmiercią terminalnie chorym. Przewiduje się, że mogą być kolejną generacją leków antydepresyjnych. Trudno polemizować z wynikami badań i dalej zakazywać substancji, które ewidentnie służą ludziom, więc całkiem prawdopodobne jest, że jeszcze za życia naszej generacji ich używanie w celach terapeutycznych stanie się powszechne. Pozostaje pytanie, co z użytkiem rekreacyjnym. Oczywiście jest nadzieja, że stosowanie ich jako medykamentów oswoi społeczeństwo z tymi substancjami i przestaną one być źródłem moralnej paniki i miejskich legend o wyskakiwaniu przez okno. Istnieje też całkiem uzasadniona obawa, że Putinowie i Kaczyńscy tego świata nie będą chcieli oddać władzy, którą tak łatwo opierać na strachu. Pytanie, czy władza pozostanie najsilniejszym legalnym narkotykiem czy pozwoli obywatelom na rozwój duchowy, pozostaje otwarte.

Jeśli o mnie chodzi, nie zamierzam się pytać autorytarnych przemocowców, jak mam żyć, ale nie da się ukryć, że spora część społeczeństw wciąż pozostaje pod dyskretnym urokiem dyktatorów obiecujących bezpieczeństwo i zachowanie świata tradycyjnych wartości.

Tylko że ten świat właśnie się wali. Straszenie narkotykami, gejami i uchodźcami nie powstrzyma zmian klimatu. Tymczasem coraz więcej ludzi na świecie zaczyna głośno wyrażać nadzieję, że podanie psychodelików ludziom rządzącym światem może sprawić, że przestaną oni traktować planetę jako zasób do zużycia i wykorzystania, a zaczną dostrzegać, że miłość jest pierwotną i fundamentalną zasadą życia. To zapewne oznaczałoby całkowitą przemianę świata, jaki znamy. Ale czy mamy inne wyjście? Pewnie tak. Rewolucja duchowa nie musi się opierać na zażywaniu psychodelików, może też nastąpić na drodze cierpliwej i długotrwałej pracy nad sobą. Obawiam się jednak, że nie mamy tyle czasu. Zegar tyka i nie zatrzyma się tylko po to, żeby wszyscy CEO tego świata mogli zrozumieć rzeczy podstawowe i fundamentalne. A emisje rosną.

rys. Bruno Althamer

Tymczasem dzięki grzybkom możemy zrozumieć, że rzeczy, które wydawały nam się wcześniej niemożliwe do osiągnięcia, nie są jednak aż takie trudne. Dobrym przykładem jest wychodzenie z nałogów. Alkoholikom często wydaje się, że gdy przestaną pić, ich świat się rozpadnie. Porzucenie nałogu jest jak skok w przepaść. Nikt im nie jest w stanie wytłumaczyć, że po tym skoku wylądują na pięknej łące. Tymczasem psychodeliki pozwalają rozbić utarte struktury mentalne i otworzyć nas na nowe. Jako ludzkość jesteśmy aktualnie takim alkoholikiem, który obawia się, że zaprzestanie spalania paliw kopalnych będzie końcem cywilizacji. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Gdy przestaniemy traktować planetę jako zasób, a zaczniemy widzieć w niej piękny, inteligentny i czujący byt, być może stworzymy cywilizację znacznie lepszą od większości, której do pory istniały na ziemi. (Oczywiście takie cywilizacje być może już istniały, ale nasi dzielni mężczyźni zdążyli je skutecznie rozgromić ogniem, wódą i mieczem).

Ketamina to nie magiczna pigułka

czytaj także

Jest jednak jeden poważny problem z przyśpieszeniem oświecenia klasy nam panujące, aby mogła skierować rozwój planety na bardziej ekologiczne tory. By móc zrozumieć lekcję, jaką mogą nam dać nasi zdolni nauczyciele, grzybki, musimy chcieć ją przyjąć. Niestety wydaje się, że Putinowie, Trumpowie i Kaczyńscy tego świata nie chcą rozwijać się duchowo, gdyż mają zupełnie inne priorytety. Tymczasem podanie im psychodelików znienacka może nie wywołać u nich oczekiwanego zrozumienia dla ekologii życia na ziemi. A nawet wręcz przeciwnie, może pogłębić ich psychozę i strach przed urojonymi wrogami. Obawiam się więc, że pozostaje nam stawiać na nasz własny rozwój duchowy i nadzieję, że grzybki podpowiedzą nam jakieś inne sposoby, jak uratować rasę ludzką.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.