Historia

Sędzia, bratanica i historycy. Polska wobec swojej przeszłości

16 sierpnia ma zostać ogłoszony wyrok w sprawie książki Jana Grabowskiego i Barbary Engelking. Jeśli sąd rozpatrujący apelację utrzyma w mocy orzeczenie sądu pierwszej instancji, nabierze ono większego znaczenia w orzecznictwie. Obrona tożsamości, dumy i godności narodowej może zacząć być traktowana jako dobra osobiste. Gdyby tak się stało niepotrzebne będą nowe prawa broniące „dobrego imienia Polski” – prawo cywilne może stać się strażnikiem, który dyskretnie i wszechobecnie czuwać będzie nad badaniami historycznymi.

9 lutego tego roku Sąd Okręgowy w Warszawie III Wydział Cywilny wydał wyrok w pierwszej instancji, w którym zobowiązał dwójkę historyków – Jana Grabowskiego oraz Barbarę Engelking – specjalistów z zakresu dziejów Zagłady w Polsce i redaktorów wydanej w 2018 roku książki Dalej jest noc – do publicznych przeprosin Filomeny Leszczyńskiej za „rozpowszechnianie w książce Dalej jest noc nieścisłych informacji” na temat działań jej wuja, Edwarda Malinowskiego, podczas wojny oraz okupacji niemieckiej w Polsce. 81-letnią Filomenę Leszczyńską w sprawie wspierała Reduta Dobrego Imienia, popierana przez państwo organizacja, której celem jest obrona „wizerunku” oraz „reputacji” Polski.

Engelking i Grabowski muszą przeprosić, Markusz tłumaczy się na policji. „To kolejna próba zduszenia wolnych badań”

Edward Malinowski w czasie wojny był sołtysem Malinowa, małej wsi położonej około czterdzieści kilometrów na południe od Białegostoku. W rozdziale Powiat bielski książki Dalej jest noc poświęconym temu regionowi pokrótce podjęto kwestię odpowiedzialności tego mężczyzny za morderstwo grupy Żydów, którzy ukrywali się w pobliskim lesie w 1943 roku.

Filomena Leszczyńska była w bardzo bliskich stosunkach ze swoim wujem. Stąd sposób, w który wspomniana książka przedstawia jego postawę z czasów wojny, a w szczególności rolę, którą odegrał przy zabójstwie grupy Żydów, okazał się dla niej krzywdzący. Z tego powodu stwierdziła, że naruszono jej dobra osobiste, chronione przez artykuły 23 i 24 Kodeksu cywilnego, które – zgodnie z orzecznictwem – zawierają w sobie również kult pamięci po osobie zmarłej. Zgodnie z przepisami prawa Filomena Leszczyńska domagała się przeprosin oraz zadośćuczynienia. Wyrok z 9 lutego oddalił powództwo w zakresie zadośćuczynienia (Sąd stwierdził, że jego celem „nie jest uzyskanie efektu schładzającego, zmierzającego do zaniechania dalszych badań naukowych zmierzających do wyjaśnienia rzeczywistych dziejów osób narodowości żydowskiej na ziemiach polskich, a taki skutek mogłoby osiągnąć zasądzenie kwoty objętej żądaniem zadośćuczynienia”), niemniej zobowiązał do publicznych przeprosin w formie zamieszczenia oświadczenia na stronie głównej Centrum Badań nad Zagładą Żydów Polskiej Akademii Nauk. Historycy odmówili złożenia przeprosin oraz wnieśli apelację. [Rozprawa przed Sądem Apelacyjnym odbyła się 27 lipca, wyrok ma zostać ogłoszony 16 sierpnia – red.].

Barbara Engelking: Przestańmy mówić o pamięci, zacznijmy mówić o trosce

czytaj także

Sprawa ta może wydawać się marginalna czy wręcz trywialna. Niemniej wpisuje się ona w serię ataków, częściowo wspieranych przez polskie władze, wymierzonych w wolność badań historycznych w Polsce – w szczególności tych dotyczących postawy Polaków nieposiadających żydowskiego pochodzenia wobec Żydów podczas drugiej wojny światowej. Należy przypomnieć, że w 2018 roku do ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej dodano art. 55a, którego ustęp pierwszy brzmiał następująco: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. (Dz. U. z 1947 r. poz. 367), lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości”.

Chcieliście polskich obozów koncentracyjnych, no to je macie

Chociaż przepis ten miał nie dotyczyć działalności naukowej i artystycznej, to i tak spotkał się z krytyką na całym świecie. W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się dziennikarze, dla których niemożliwym stało się wskazywanie na odpowiedzialność konkretnych Polaków i Polek za prześladowanie i mordowanie Żydów podczas wojny. Ministerstwo Sprawiedliwości szybko doprowadziło do uchylenia art. 55a, co z jednej strony było wynikiem międzynarodowej presji, a z drugiej porozumienia między polskim i izraelskim rządem, w ramach którego potępiono zarówno antysemityzm, jak i „antypolonizm oraz inne negatywne stereotypy narodowe” – co również spotkało się z krytyką ze względu na zrównanie „antypolonizmu” i antysemityzmu.

W tym samym roku Barbara Engelking oraz Jan Grabowski wydali Dalej jest noc, długo oczekiwane dzieło dotyczące losów Żydów w poszczególnych powiatach okupowanej Polski. Książka wywołała gniew wśród polskich środowisk nacjonalistycznych. Postrzegana jako wielkie osiągnięcie historiograficzne przez badaczy Zagłady z całego świata ze względu na jej precyzję, zastosowanie lokalnej perspektywy oraz szczegółowe opisanie relacji między Żydami a Polakami w latach wojny i okupacji, Dalej jest noc była równocześnie krytykowana przez polskie media prawicowe oraz skrajnie prawicowe. Natomiast w lutym 2019 roku zorganizowana w Paryżu konferencja o „nowej polskiej szkole” badań nad Zagładą, której częścią było zaproszenie Jana Grossa do wygłoszenia wykładu w Collège de France, została nawiedzona przez grupę „patriotów” oskarżających występujących o kłamstwa i atakowanie polskiej godności narodowej.

Leociak: Paryska awantura

czytaj także

Ta ofensywna, nazywana „polityką historyczną”, ma także swój odpowiednik instytucjonalny: przejmowanie kontroli nad muzeami historycznymi, tworzenie instytucji badawczych dublujących dotychczasowe badania uniwersyteckie, publicznie wspieranie organizacji trzeciego sektora, takich jak Reduta Dobrego Imienia. Celem jest zawsze uhonorowanie, uczczenie i obrona narodu polskiego, zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Mając na uwadze ten kontekst, należy zauważyć, że około 1700 stron Dalej jest noc zostało dokładnie przeszukanych w nadziei odnalezienia słabości metodologicznej czy błędu. I jedna – jedyna! – niejasność została znaleziona w krótkim fragmencie rozdziału napisanego przez Barbarę Engelking o powiecie bielskim na północnym wschodzie Polski. Historyczka skupiła się przede wszystkim na historii Estery Siemiatyckiej (z domu Drogicka), polskiej Żydówki, której udało się uniknąć śmierci w 1942 roku dzięki fałszywym papierom, które otrzymała poprzez sołtysa Malinowa, Edwarda Malinowskiego.

Bratanica, historycy i Reduta Dobrego Imienia

Wyrok z 9 lutego odbił się głośnym echem w świecie akademickim. Petycje naukowców wspierających Barbarę Engelking i Jana Grabowskiego spływały z całego świata, podobnie jak artykuły prasowe wskazujące na wynikające z orzeczenia sądu zagrożenia dla badań nad Zagładą. Sprawa ta okazała się głośna, a zarazem jest delikatna, z trzech powodów. Przede wszystkim dlatego, że dotyka ona związków między sędzią a historykiem, między dowodem sądowym a argumentacją historyczną w związku z przypadkiem, który opiera się badaniu różnych warstw zeznań, spośród których część powstała podczas wcześniejszych postępowań sądowych (w tej sprawie były to powojenne procesy sądowe, przeprowadzane w skomplikowanych okolicznościach politycznych, przeciwko obywatelom polskim, którzy kolaborowali z niemieckim okupantem). Ponadto, ze względu na okoliczności, w których to postępowanie było rozpoczęte, a następnie prowadzone: powtarzających się ataków władz polskich na historyków zajmujących się postępowaniem nieżydowskiej ludności polskiej wobec ich żydowskich sąsiadów podczas wojny, ale także wycofania się w 2018 roku z projektu penalizacji zniesławienia reputacji państwa lub narodu polskiego.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Sprawa ta jest delikatna – i niepokojąca – także z trzeciego powodu, który został zawarty w treści uzasadnienia wyroku, co będzie szczególnie istotne, jeśli orzeczenie zostanie utrzymane w mocy po rozpatrzeniu apelacji. Jak zostało wspomniane Filomena Leszczyńska wspierana jest przez Redutę Dobrego Imienia. Wyrok [pierwszej instancji – red.] częściowo przyznaje rację Filomenie Leszczyńskiej, zobowiązując pozwanych do złożenia przeprosin za naruszenie jej dóbr osobistych dotyczących jej związków ze zmarłym wujem, niemniej orzeczenie to porusza również kwestię godności, dumy i tożsamości narodowej, które taki przypadek może naruszyć. Należy przyjrzeć się z bliska pierwszemu wymiarowi tej sprawy, żeby móc lepiej zrozumieć stawkę związaną z drugim i trzecim – stawkę, która przekracza konflikt między bratanicą a historykami i dotyczy wpisania „tożsamości narodowej” oraz „dumy narodowej” w katalog chronionych dóbr osobistych.

Dwa świadectwa: 1949–1996

W maju 1948 roku, jak wskazuje Barbara Engelking, „12 mieszkańców wsi Malinowo wysłało list do Prokuratora przy Sądzie Okręgowym w Białymstoku, w którym oskarżali Edwarda Malinowskiego (syna Stanisława), sołtysa w czasie okupacji, o to, że «współpracował z Niemcami, a krzywdził mieszkańców wsi w najrozmaitszy sposób» […] «do Prus wyznaczał tych, kto mu się nie podobał», a «oprócz tego sołtys Malinowski Edward wydał żandarmom 18 osób ukrytych żydów w lesie wsi Malinowo, których żandarmi rozstrzelali» (…)”.

Między momentem wysłania zawiadomienia, a przewidzianą datą rozpoczęcia procesu we wrześniu 1949 roku, mieszkańcy, którzy oskarżyli sołtysa, zostali pobici przez grupę żołnierzy antykomunistycznych, złożoną z byłych członków polskiego podziemia niepodległościowego, co było sposobem wymierzenia kary. W rezultacie żaden ze świadków nie stawił się na otwarciu rozprawy. Natomiast Malinowski, zapytany o zamordowanie Żydów w lesie, wyjaśnił, że został zmuszony przez grupę Niemców do wezwania leśniczego, a następnie do pójścia z nimi celem odnalezienia kryjówki. W tym miejscu po raz pierwszy pojawia się postać Estery Siemiatyckiej, która zeznała na temat pomocy otrzymanej od Edwarda Malinowskiego w 1942 roku. Opisała, w jaki sposób zdobył on dla niej fałszywe dokumenty, dzięki którym mógł wysłać ją pod imieniem Marianny Bujalskiej na roboty przymusowe do Niemiec, co uratowało jej życie. W Niemczech, korzystając z tej tożsamości, poznała Polaka, z którym wzięła ślub i stała się Marią Wiśniewską. To pod tym imieniem składała zeznania w 1949 roku.

Estera-Marianna-Maria złożyła świadectwo po raz drugi, w 1996 roku, przed kamerami Archiwum Historii Wizualnej (Visual History Archive) Shoah Foundation Uniwersytetu Południowej Kalifornii, wielkiej inicjatywy rozpoczętej przez Stevena Spielberga. W międzyczasie wyemigrowała ona do Szwecji i przyjęła kolejne imię, Marii Wiltgren. Opowieść z 1996 roku różni się od poprzedniej. Długo opisywała swoją historię i przedstawiła bardziej skomplikowany obraz sołtysa; między innymi stwierdziła, że po powrocie do Malinowa na początku 1944 roku dowiedziała się, że sołtys pomógł Niemcom w odnalezieniu grupy Żydów ukrytych w lesie. Wszyscy z nich zostali zabici. Wytłumaczyła także swoje zeznania z procesu z 1949 roku: „Jak się skończyła wojna, to on by dostał karę śmierci. […] Ja jego uratowałam, pomimo że on dużo złego zrobił dla mnie”. Synowie Estery-Marii, wezwani na proces Barbary Engelking i Jana Grabowskiego, potwierdzili to świadectwo: ich matka zawsze mówiła, że Edward Malinowski ją oszukał, okradł i był „podłym człowiekiem”.

Sprawa ta jest skomplikowana, ale równocześnie banalna: nie mówi się tego samego przed rozliczającym przeszłość lokalnym polskim sądem komunistycznym w 1950 roku, kiedy jest sie zastraszoną, oraz wiele lat później, gdy niebezpieczeństwa już minęły i znajdziesz się przed kamerą fundacji Spielberga. Praca historyków polega właśnie na ocenie znaczenia tych kontekstów dla opowieści, zarówno ich treści, jak i formy. Historyczka Barbara Engelking nie napisała, że Malinowski wydał Żydów: wskazała, że Estera zdała sobie sprawę, podczas swojej krótkiej podróży z 1944 roku, że jest on współwinny ich śmierci, a następnie, że ta sama Estera, która stała się Marią, złożyła po wojnie zeznania na korzyść Malinowskiego.

Sąd i historycy

Historycy i sędziowie w różny sposób postrzegają związki między faktami i ich kontekstami. Współczesny historyk, obserwując proces z lat 1949-1950, bada jak okoliczności lat powojennych – utrwalenie reżimu komunistycznego, lokalne wyrównywanie rachunków krzywd oraz opór grup zbrojnych – mogą rozjaśnić przebieg procesu i uniewinnienie Malinowskiego. Stąd – jak napisał Carlo Ginzburg (w tekście Sędzia i historyk) – „historyk ma prawo dostrzec problem w takiej sprawie, którą sędzia by oddalił” (lub wydałby wyrok uniewinniający). Dla Sądu Okręgowego w Warszawie w 2021 roku fakt z 1943 roku został osądzony w 1950 roku: Malinowski został uniewinniony przede wszystkim dzięki zeznaniom Estery-Marii. Dlatego sąd w 2021 roku nie chce wchodzić na teren prawdy historycznej: w uzasadnieniu wyroku wskazano, że „(…) do kognicji sądu powszechnego nie należy rozstrzyganie sporów o charakterze historycznym” (s. 18 wyroku); sąd odrzucił wnioski dowodowe o powołanie biegłych historyków, o co wnosiła pełnomocniczka Filomeny Leszczyńskiej. Ponadto sąd podkreślił, że wolność badań naukowych jest chroniona przez prawo.

Grabowski: Polscy policjanci często mordowali Żydów. Na własną rękę i z ogromną inicjatywą

Sprawa nie dotyczy więc dowiedzenia się tego, co wydarzyło się między 1942 a 1944 rokiem w Malinowie, a przynajmniej nie do końca. To w tym punkcie pojawia się kwestia wizerunku Edwarda Malinowskiego, który to wizerunek podlega ochronie poprzez osobisty interes jego bratanicy. Stwierdzenia Estery-Marianny-Marii (historyk mógłby zauważyć, że kolejne zmiany tożsamości tej polskiej Żydówki, która próbowała wmieszać się w nieżydowską społeczność, są częścią godnych uwagi „problemów” i mogłyby rozjaśnić fakty, niemniej przejdźmy dalej) o Malinowskim różniły się: w latach 1949-1950 twierdziła, że była bez grosza, kiedy Malinowski załatwił jej fałszywe papiery, a także że dała mu na przechowanie część swojego dobytku, który udało się jej wynieść z getta w Drohiczynie, uciekając przed deportacją. W 1996 roku nadal twierdziła, że została uratowana przez sołtysa, niemniej doprecyzowała, że zabrał on jej dobytek, a dodatkowo odebrał jej połowę jej pieniędzy. Tym, co zaniepokoiło powódkę, Filomenę Leszczyńską, i czym zajął się sąd, były negatywne opinie na temat Malinowskiego zawarte w Dalej jest noc: to dlatego Barbara Engelking została zobowiązana, wraz ze współredaktorem, Janem Grabowskim, do przeprosin za rozpowszechnianie „nieścisłych informacji” oraz do poprawienia kolejnego wydania książki.

Przypadek i ramy: Filomena i polska godność narodowa

Niemniej za Malinowskim i przywiązaną do niego bratanicą wznoszą się wyższe idee, którymi są dziedzictwo narodowe, tożsamość narodowa, duma narodowa, spuścizna narodowa, tradycje przodków; a stawka historyczna i polityczna tego wyroku może znajdować się właśnie tam, na styku między dobrami osobistymi, pamięcią rodzinną a godnością narodową.

Upamiętnianie Zagłady jest łatwe – oddziela nas od Zagłady

Sąd na początku wyroku wskazał, że każda osoba może chcieć chronić pamięć o swoich bliskich, jeśli uzna, że została on naruszona: ochrona „kultu pamięci po osobie zmarłej” stanowi dobro osobiste, chronione poprzez art. 23 polskiego Kodeksu cywilnego.

Pamięć Filomeny Leszczyńskiej po jej przodku została więc naruszona i to tylko z tego powodu historycy zostali zobowiązani do przeprosin i korekty książki. Niemniej, po rozsądzeniu tego konkretnego przypadku, sąd zdecydował się na przedstawienie swoich bardziej generalnych rozważań na temat potrzeby ochrony godności, dumy oraz tożsamości narodowej poprzez dobra osobiste. To na tym polega niepokojąca specyfika tego wyroku: w sprawie Malinowskiego – jak wskazał sąd – jedynie pamięć Filomeny Leszczyńskiej o jej wuju została naruszona. Niemniej równocześnie, po stwierdzeniu tej kwestii, wyrok zmienia rodzaj argumentacji i wychodzi poza konkretny oraz indywidualny „przypadek”, by zacząć precyzować „ramy”, wewnątrz których należy zastanowić się nad kwestią dóbr osobistych związanych z pamięcią o wojnie. Inaczej mówiąc, sąd odmówił stworzenia bezpośredniego i wyraźnego związku między pamięcią o wuju, a dobrym imieniem Polski, co w pewien sposób uczyniłoby Edwarda Malinowskiego reprezentantem wszystkich przodków, którzy przeżyli wojnę, a tym samym doprowadziłoby do sytuacji, w której naruszenie pamięci o nim skutkowałoby godzeniem w pamięć o nich wszystkich. Sąd odmówił więc przejścia z poziomu „przypadku” na poziom generalny, co zresztą nie miałoby wartości prawnej. Zdecydował się natomiast na „obramowanie” przypadku poprzez generalne rozważania nad potrzebą ochrony godności narodowej poprzez dobra osobiste.

W ten sposób dochodzimy do strony 25 oraz 26 wyroku [sądu pierwszej instancji – red.], które można odczytywać jako przypomnienie zasad, które chociaż nie zostały zastosowane w sprawie Filomeny, to zasługują na znalezienie się w tym orzeczeniu. Podkreślono, że „publikowanie treści przypisujących Polakom zbrodnie Holokaustu dokonane przez III Rzeszę może być uznane za krzywdzące i godzące w poczucie tożsamości i dumy narodowej”. Poprzez to stwierdzenie sąd ponownie zajął się kwestią – która wcześniej, w 2018 roku, związana była z nowelizacją ustawy o IPN dotyczącą przypisywania zbrodni Holokaustu Polakom – żeby tym razem przenieść ją na pole prawa cywilnego, mówiąc o ataku na „poczucie tożsamości i dumy narodowej”.

Następnie sąd doprecyzował swoją myśl: „Wydarzenia historyczne, które stanowią dziedzictwo pamięci wspólnoty i jej poszczególnych członków, o bezprecedensowym charakterze, uznawane za fakt bezsporny, nie mogą być relatywizowane, albowiem godzi to w poczucie przynależności narodowej i wywołuje poczucie krzywdy, kształtując wśród opinii publicznej rażąco nieprawdziwy wizerunek Polski i przypisując Polakom cechy odzierające ich z godności i podważające poczucie ich wartości. Przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności za Holokaust, zabijanie Żydów podczas II wojny światowej i konfiskatę ich majątków, dotyka sfery dziedzictwa narodowego, a w konsekwencji, jako całkowicie nieprawdziwe i krzywdzące mogą rzutować w istotny sposób na poczucie własnej godności narodowej, burząc uprawnione – bo mające pełne oparcie w faktach – przekonanie, iż Polska była ofiarą działań wojennych zainicjowanych i prowadzonych przez Niemców, a jej obywatele, także pochodzenia żydowskiego, ponieśli daleko idące, często okrutne i nieodwracalne konsekwencje tych działań. Mogą też w istotny sposób wpływać na kształtowanie wśród współczesnych obywateli innych państw opinii o Polsce i Polakach, jako tych, których rola w czasie wojny prowadzonej w latach 1939-1945 nie była jednoznaczna”.

Fragment ten jest zawiły, powtarzalny, niemniej należy zanurzyć się w jego meandry: ktokolwiek przypisuje Polakom odpowiedzialność za śmierć Żydów podczas okupacji niemieckiej spycha na drugi plan sprawę kluczową – fakt, że Polska w całości była ofiarą Niemców. Jeśli zaczyna się więc przypisywać nieżydowskim Polakom zabójstwo czy zajęcie mienia polskich Żydów, to „relatywizuje się” cierpienie narodowe, a tym samym godzi każdego polskiego obywatela w jego poczucie „przynależności” i „godności” narodowej. W ten sposób przeprowadza się atak na „dziedzictwo” narodowe.

Żydowska opowieść nie musi krzepić polskich serc

W cytowanym fragmencie kwestia Edwarda Malinowskiego już się nie pojawia, sąd nie wraca do tej sprawy. Wyrok ogranicza się do przypomnienia, na poziomie generalnym, do czego może prowadzić oskarżanie o zabójstwo Żydów lub zagrabienie ich mienia. W żadnym momencie sąd nie stwierdza, że chodzi o oskarżenia „takie jak te, które zostały wystosowane wobec Malinowskiego”, ponieważ uznaje, że nie posiada kognicji do rozstrzygania tego rodzaju sporów. Jedynie wskazuje na ramy: Polacy są przede wszystkim ofiarami wojny i ktokolwiek oskarża ich o przestępstwa godzi w dziedzictwo narodowe, narusza poczucie przynależności i godności narodowej, które znajdują się w każdej jednostce.

Można by racjonalnie stwierdzić, że takie stanowisko, zawarte w uzasadnieniu, które zobowiązało Engelking i Grabowskiego do publicznych przeprosin w pierwszej instancji procesu cywilnego, nie ma zbyt wielkiej mocy prawnej – w szczególności, że nie wszyscy polscy prawnicy popierają pogląd włączający tożsamość narodową do katalogu dóbr chronionych przez art. 23 Kodeksu cywilnego. Bardziej alarmująca byłaby sytuacja, w której sąd drugiej instancji, rozpatrzywszy apelację, utrzymałby w mocy analizowane orzeczenie sądu pierwszej instancji, ponieważ nabrałoby ono większego znaczenia w orzecznictwie. Od tego momentu przypadki podobne do tego Filomeny Leszczyńskiej mogłyby zacząć dotyczyć ochrony tożsamości, dumy i godności narodowej traktowanych jako dobra osobiste.

Poza rozważeniami prawnymi, można dokonać także innej lektury tego wyroku, lektury historyka, „który widzi problemy”, by przywołać słowa Carlo Ginzburga. Dlaczego – po osądzeniu, że dobro osobiste Filomeny Leszczyńskiej w postaci pamięci po wuju zostało naruszone oraz odrzuceniu rozstrzygania o zachowaniach przypisywanych Malinowskiemu – zdecydowano się na przedstawienie tej długiej analizy dotyczącej godzenia w godność narodową, skoro w tym przypadku, jak stwierdził sam sąd, nie miało to miejsca? Związek między przypadkiem Filomeny Leszczyńskiej a uwagami ogólnymi jest najwyraźniej słaby: nie jest w pełni wykazany, ale istnieje.

Możemy więc dokonać podwójnej lektury: symptomatycznej i projekcyjnej. Symptomatyczna: przypadek Malinowskiego dotyka tej kwestii, która sprawia ból. Nie chcemy podjąć się jej na nowo, lecz czujemy się zobowiązani do przypomnienia, że ona boli. Projekcyjna: warszawski sąd w lutym tego roku być może położył kamień węgielny pod budowę linii orzeczniczej – pozwalającej na obronę godności narodowej poprzez instytucję dóbr osobistych, chronionych przez art. 23 Kodeksu cywilnego – która to z czasem mogłaby się umacniać i tym samym stawać się przeszkodą dla wszelkich badań historycznych nad zachowaniami nieżydowskich Polaków wobec tych, którzy takie pochodzenie posiadali, w trakcie okupacji niemieckiej.

Współcześni i przyszli historycy muszą zdać sobie sprawę, że jeśli odważą się przedstawić w swoich pracach takie zachowania, jak te przypisywane Malinowskiemu, które nie są jednoznaczne i udokumentowane przez liczne świadectwa lub, ewentualnie, są częściowo ze sobą sprzeczne, to każdy polski obywatel mógłby wystąpić z pozwem opartym na naruszeniu jego pamięci po przodkach lub jego godności, tożsamości czy dumy narodowej, domagając się zadośćuczynienia. W takiej sytuacji mogłoby nie mieć znaczenia, że to właśnie liczne i potencjalnie sprzeczne świadectwa stanowią materiał do pracy dla historyków, a ich badania polegają na rozjaśnianiu okoliczności tych świadectw, celem oceny ich zawartości; mogłoby nie mieć znaczenia, że skomplikowana sytuacja Polski z czasów wojny i okupacji mogła skłaniać jednostki do sprzecznych zachowań, na przykład ratowania jednych Żydów i zabierania ich pieniędzy oraz wydawania drugich; mogłoby nie mieć znaczenia, że w powojennej Polsce procesy dotyczące kolaborowania z wrogiem mogły być naznaczone przez brutalne wyrównywanie rachunków krzywd; i że taka kobieta jak Estera, uratowana przez mężczyznę, który równocześnie zabrał jej pieniądze oraz majątek i o którym słyszała, że pomógł w wydaniu Żydów, decydowała się zeznawać na jego korzyść w momencie, kiedy groziła mu kara śmierci. Cała ta kompleksowość mogłaby nie mieć znaczenia, jeśli narracja historyczna nie mogłaby rzucać żadnego cienia na to cenne dobro osobiste, jakim jest poczucie tożsamości i dumy narodowej. I to na tym może polegać wielkie zwycięstwo Reduty Dobrego Imienia. Ponieważ nie byłoby już potrzeby tworzenia nowych praw pamięci celem ochrony dobrego imienia Polski, gdyby polskie prawo cywilne mogło stać się strażnikiem, który dyskretnie i wszechobecnie czuwałby nad badaniami historycznymi.

**

Artur Kula – doktorant Uniwersytetu Warszawskiego oraz Szkoły Zaawansowanych Studiów w Naukach Społecznych (EHESS) w Paryżu. Absolwent historii i prawa w Kolegium MISH UW, a także historii na Uniwersytecie Oksfordzkim. Aplikant adwokacki.

Judith Lyon-Caen – profesorka w Szkole Zaawansowanych Studiów w Naukach Społecznych (EHESS) w Paryżu. W swoich pracach zajmuje się historią społecznych sposobów wykorzystywania literatury w XIX wieku oraz miejscem literatury i świadectw w historiografii dotyczącej Holokaustu.

***

Tekst ukazał się w oryginale w „La Vie des idées”. Z francuskiego przełożył autor.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco