Historia

Dmowski swoim antysemityzmem szkodził Polsce

W antysemityzmie Dmowskiego nie chodzi o kwestie moralne i etyczne, bo te są oczywiste. Chodzi o kwestie tak ukochanej przez niego i wszędzie deklarowanej Realpolitik. Czy wysyłanie antysemity do Paryża i dawanie amunicji przeciwnikom było rzeczywiście mądrym posunięciem?

Polska literatura i prasa propagandowa poświęciły wiele lat na wyolbrzymianie roli Józefa Piłsudskiego w odzyskiwaniu przez Polskę niepodległości i przez wiele lat próbowano to wyprostować. Podobnie rzecz się ma z Romanem Dmowskim. Przykładem wyolbrzymienia roli Dmowskiego jest dyskusja, jaką wywołał Tomasz Walczak, przypominając wywiad w „Super Expressie” z profesorem Maciejem Górnym.

Dla prawicy to zdziwienie i obrazoburstwo, trochę nawet skandal. Jest tylko jeden mały problem. Otóż o tym, że Dmowski swoim antysemityzmem szkodzi Polsce, wiedzieli nie tylko jego najbliżsi współpracownicy, ale nawet sam Roman Dmowski. Największą zaś tego świadomość miał Ignacy Paderewski. Niezwykle ceniony w USA pianista i osobisty przyjaciel prezydenta Wilsona był przerażony tym, jak bardzo nienawiść do Żydów może przekreślić szanse na wolną Polskę. I chociaż samemu daleko było mu do filosemityzmu (podobnie jak Piłsudskiemu), to jednak, jak wskazuje w monografii Komitet Narodowy Polski a Ententa i Stany Zjednoczone 1917–1919 Marian Leczyk, Paderewski pisał nawet do Dmowskiego telegramy, przestrzegając przed tym, jak liberalne koła Anglii czy Francji będą postrzegały twórcę Narodowej Demokracji jako reprezentanta Polski.

Tomasz Wituch w przypisach do słynnej książki Dmowskiego Polityka polska i odbudowanie państwa polskiego pisał wprost o tym, że „niechęć, a czasem wrogość większości Żydów amerykańskich do Polski i Polaków była oczywistym faktem, rzucającym się w oczy. Paderewski niepokoił się nim szczególnie, gdyż fundamentem jego pozycji w USA była popularność. Usiłował on przez cały czas swego pobytu w Ameryce znaleźć sposób na przełamanie tej niekorzystnej dla spraw polskich postawy”. Nietrudno zgadnąć, że niechęć organizacji żydowskich do Polski była efektem m.in. antysemityzmu, który na ziemiach zaboru rosyjskiego (ale i całej Rosji) przyjmował ekstremalne formy w postaci pogromów. Notabene słowo „pogrom” weszło do języka (nie tylko) angielskiego w rozumieniu XIX-wiecznej przemocy właśnie wobec Żydów.

Zresztą nie chodziło tylko o opinię publiczną. Problem antysemityzmu, czy szerzej, w ogóle prawicowości Komitetu Narodowego Polskiego, był problemem także dla Ententy, gdyż trudno było udawać, że KNP jest jakimś rządem czy reprezentantem Polski, skoro nie reprezentowali Polaków o wszystkich poglądach. Stąd nacisk państw Ententy, aby KNP dokooptował sobie przedstawiciela stronnictw chłopskich, a nawet lewicowych. Paderewski chciał także przedstawiciela mniejszości żydowskiej, z zapraszaniem której do rozmaitych ciał fasadowych nie miał problemu na przykład okupant niemiecki w Warszawie. Nacisk musiał być silny, bo KNP zmuszony był nawet oszukiwać Ententę, wskazując, że lewicowym przedstawicielem jest… generał Haller.

Idee zamachowca po latach zwyciężyły – setna rocznica zabójstwa prezydenta RP

Może ktoś powiedzieć, że to wszystko kwestia złych języków, że to propaganda. Tyle że, głupia sprawa, negatywną ocenę Dmowskiego potwierdza… sam Dmowski. „Wiem, że prezes Komitetu w mojej osobie przedstawia ogromne strony ujemne” – pisać miał w 1917 roku do Paderewskiego. Paderewski zaś próbował ratować sytuację podróżą Dmowskiego do USA, która, jeśli chodzi o kwestie antysemityzmu, stała się, jak pisze Grzegorz Krzywiec z Instytutu Historii PAN, jedną z najbardziej spektakularnych porażek w międzynarodowej karierze Dmowskiego.

Podczas spotkań z organizacjami żydowskimi Dmowski potwierdził wszelkie swoje antysemickie obsesje, z pomysłami bojkotu i izolacji Żydów włącznie. Efektem znakomitych mów pana Romana była fala amerykańskich protestów przeciwko antysemityzmowi w Polsce oraz zwiększona międzynarodowa presja, aby zapewnić Żydom międzynarodowe bezpieczeństwo. Słowem, pełny sukces, i to tuż przed 11 listopada 1918 roku, który zastał Dmowskiego w Ameryce.

11 listopada 1918 roku nic szczególnego w Polsce się nie wydarzyło

Rzecz jasna, ta klęska tylko umocniła Dmowskiego w tym, że światem rządzą Żydzi, a on sam jest przez nich prześladowany. Żydzi mieli stać się „anonimowym mocarstwem”, które rządzi światem. „Wiedzieliśmy, że Żydzi mają dostęp do Wilsona” – pisał Dmowski we wspomnianej Polityce…, ale wkrótce okazało się, że mają dostęp także do Lloyda George’a. Tym dostępem był zwłaszcza Lewis Namier – urodzony w spolonizowanej rodzinie Żyd, współodpowiedzialny za referowanie sprawy Polski w brytyjskim MSZ. Na temat wyolbrzymionej, negatywnej roli Namiera, którego Dmowski nazywał „małym, galicyjskim Żydkiem”, pisał Bartłomiej Rusin.

Oczywiste było, że była to nienawiść wzajemna. Dmowski, zdaniem Namiera, miał oskarżyć jego i jego ojca o szpiegostwo na rzecz Austrii (co przecież karano śmiercią), z kolei Namier kłamał na temat Dmowskiego i jego koncepcji geopolitycznych. Abstrahując od tego, kto w tym sporze miał rację, nietrudno zauważyć, że konflikt Dmowskiego z jednym z kluczowych ekspertów ds. Polski na konferencji w Wersalu raczej Polsce nie pomagał. Tym bardziej że pozycja Namiera była tak silna, że po oskarżaniu go o zdradę przez Dmowskiego Ententa miała zagrozić obcięciem funduszy dla Polaków.

Co ważne, na terenach odzyskującej niepodległość Polski właśnie w tamtym okresie dochodziło do, dziś już często zapomnianych, pogromów antysemickich. Jak wskazuje Grzegorz Krzywiec w tekście Komitet Narodowy Polski wobec kolektywnej przemocy antysemickiej, tylko w listopadzie 1918 roku doszło do blisko 100 przypadków masowej i indywidualnej agresji przeciwko Żydom. O tym, że atakowano ich ciągle, wspominali w swoich dziennikach Maria Dąbrowska czy endek Juliusz Zdanowski. Wkrótce wydarzył się pogrom żydowski we Lwowie, a fala antysemickiej przemocy przelewała się także w maju i czerwcu 1919 roku, gdy w Paryżu ważyła się sprawa polskich granic.

Formalnie w jednym, jedynym oświadczeniu KNP znalazło się miejsce na potępienie pogromów, jednakże w praktyce zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej panowała propaganda, jak to opisuje Grzegorz Krzywiec, o „być może nieco przesadzonym odwecie” wobec ataków żydowskich, celowych żydowskich prowokacjach lub w ogóle niewielkich ekscesach. Problem w tym, że skoro to były „tylko niewielkie ekscesy”, to czemu Witos pisał w swoich wspomnieniach o tym, że musiał nie tylko powoływać sądy doraźne, ale wręcz wysyłać ekspedycje karne do pacyfikacji antysemickiej fali. Nietrudno sobie wyobrazić, jak używanie taktyki rozmywania winy działało na tych, którzy nasłuchali się tego jeszcze w czasach pogromów w imperialnej Rosji.

Nawróceni naziści: od Hitlera do Jezusa

czytaj także

Dmowski, widząc, co się dzieje w Polsce i jak reagują sojusznicy, zdawał więc sobie sprawę z tego, że nie tylko jego osobista obsesja, ale i antysemityzm w ogóle szkodzą Polsce. Stanisław Grabski, autor być może najciekawszych wspomnień politycznych tamtego okresu, pisał, że w pewnym momencie Dmowski prosił go, aby „spróbował się dogadać z Żydami”. Ciekawe, dlaczego do porozumienia nie doszło. Cóż, mam pewne podejrzenia.

Sytuacja na konferencji wersalskiej wyglądała więc tak, że w czasie antysemickich pogromów głównym przedstawicielem odradzającej się Polski był antysemita Dmowski, który był ze swego antysemityzmu powszechnie znany, także dlatego, że się z nim przesadnie nie krył. Tymczasem decyzje w sprawie Polski mieli podejmować nie tylko przyjaźni Polsce Francuzi, ale także niechętni Brytyjczycy i coraz bardziej obojętni Amerykanie, wśród których w eksperckim zapleczu znajdowali się także brzydzący się antysemityzmem przedstawiciele diaspory żydowskiej. Co mogło pójść nie tak?

Oczywiście odmawianie jakichkolwiek zasług Dmowskiemu podczas konferencji byłoby gumkowaniem historii. W końcu jego KNP miał to szczęście, że znalazł się pod ręką w odpowiednim miejscu i czasie, gdy – notabene znienawidzona przez Dmowskiego – rewolucja rosyjska i Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznały bezwarunkowe prawo Polski do niepodległości, co sprawiło, że wreszcie mogły je oficjalnie poprzeć także Francja i Wielka Brytania. Wszak jeszcze w dniu wybuchu rewolucji lutowej carski ambasador Izwolski odebrał od Francuzów zapewnienie, że Rosja w sprawie swoich granic z Niemcami może robić, co zechce. KNP Dmowskiego nic dla Francuzów wówczas nie znaczył.

Ginczanka jako pole walki (o znaczenia)

czytaj także

Ginczanka jako pole walki (o znaczenia)

Bożena Keff , Agata Araszkiewicz

Uznanie reprezentowanej przez KNP Polski za sojusznika, podczas gdy jedyne na wpół oficjalne wojska polskie za sprawą Piłsudskiego, Sikorskiego, Rozwadowskiego czy Hallera (do czasu) walczyły przeciwko Entencie po stronie Niemiec i Austrii, było więc ogromnym sukcesem. Być może o sukces ten byłoby łatwiej, gdyby Dmowski nie przeciągał sprawy tworzenia Armii Polskiej we Francji, m.in. poprzez osobiste wypytywanie oficerów o sprawy polityczne. Czyli także stosunek do Żydów, czym oczywiście musiał się po latach pochwalić swoim czytelnikom.

Przy czym ów sojusz z Francuzami, dziś będącymi obiektem kpin na prawicy, miał jeszcze większe znaczenie po I wojnie. To właśnie Francuzi więcej niż dyskretnym wspieraniem Polski pomogli ratować powstania śląskie, i to Ferdynand Foch zagroził Niemcom uderzeniem z Zachodu, gdy wiosną 1919 roku Niemcy ze swoją półmilionową bitną armią z Ober-Ost gotowali się razem z Rosją radziecką do ataku na Polskę. Czapkowanie Francji i otwieranie się na ekspansję jej kapitału, bo tym w istocie był ten sojusz, zapoczątkowała właśnie endecja (sojusz Korfantego z Le Rondem), która akurat w czapkowaniu doświadczenie już miała.

Kwestią otwartą jest natomiast, na ile Dmowski rzeczywiście w Wersalu swoją dyplomacją pomógł Polsce, a na ile swoim antysemityzmem zaszkodził? Na ile ewentualny sukces polskiej delegacji powstał nie dzięki Dmowskiemu, a pomimo jego antysemickich wybryków, i nie należy go raczej przypisać, jak chce na przykład prof. Górny, polskim ekspertom, w tym przede wszystkim geografowi Eugeniuszowi Romerowi i jego słynnemu atlasowi. Abstrahując już od faktu, że granice ustalone w Wersalu i tak musiały być wywalczone przez Polskę z bronią w ręku, więc umiarkowany sukces na konferencji był dość względny.

Zaremba Bielawski: Antysemityzm Dmowskiego jako projekt integracyjny

Przecież nawet słynna kilkugodzinna przemowa Dmowskiego przed Radą Dziesięciu w kilku językach, którą tak zachwyca się od lat prawica, była spowodowana tym, że, jak pisze sam Dmowski, tłumacz raz się pomylił i… był Żydem. A Dmowski nie mógł przecież mieć żydowskiego tłumacza, więc z angielskiego tłumaczył na francuski, potem znów na angielski, i tak przez bite pięć godzin.

Polska prawica tłumaczy, że ta przemowa miała załatwić Polsce granice. Jak wiadomo, gdy jesteś premierem czy ministrem spraw zagranicznych, to o niczym nie marzysz, jak tylko o pięciogodzinnym wykładzie na przemian w kilku językach, po którym porzucasz wszelkie cele polityczne własnego państwa i klękasz przed wykładowcą, oddając mu kolejne województwa na mapie. Tak właśnie działa światowa polityka – przekonuje nas prawica.

Rzecz jasna w dyplomatycznym świecie antysemityzm był tylko jednym z argumentów, który dostarczał wygodnego pretekstu, by Anglia mogła grać na minimalne osłabienie Niemiec, a USA ją w tym poprzeć. Problem w tym, że Dmowski sam ten argument pchał w ręce kluczowym politykom zwycięskich mocarstw, którzy, jak twierdzi profesor Mariusz Wołos, „mieli go po prostu za szowinistę oraz antysemitę”, choć jak wskazują inni, także za osobę dość sprytną i bystrą. Przy czym, chociaż dziś budzić to może uśmiech politowania, czasy były wówczas takie, że przynajmniej publicznie bardzo serio traktowano idee samostanowienia narodów, która, jak wspomina jeden z biografów Wilsona, zyskała na znaczeniu jako strategia propagandowego konkurowania z Leninem i jego hasłem samostanowienia ludów Europy.

Backlash: jak negacjonizm Holokaustu trafił do głównego nurtu

Co najważniejsze, w antysemityzmie Dmowskiego nie chodzi o kwestie moralne i etyczne, gdyż te są oczywiste. Chodzi o kwestie tak ukochanej przez niego i wszędzie deklarowanej Realpolitik. Czy wysyłanie antysemity do Paryża i dawanie amunicji przeciwnikom było rzeczywiście mądrym posunięciem? Czy może tylko zaspokojeniem monstrualnego ego polskiego antysemity, który w liście do Paderewskiego pisał, że „szerzej od innych rodaków obejmuje położenie międzynarodowe i ściślej pojmuje w nim rolę sprawy polskiej”? Cóż, być może w tym obejmowaniu nie wpadł na to, że skoro, jego zdaniem, światem rządzą niechętni mu Żydzi, to chociażby dla dobra ukochanej ojczyzny nie powinien pchać się do pierwszego szeregu.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij