Czytaj dalej

Nie próbujcie tłumić społecznego gniewu. On powróci jeszcze silniejszy [fragment książki]

Kiedy Samoobrona nie dostała się do sejmu w 2007 roku, uczestnicy wieczoru wyborczego PO, wśród nich Bronisław Komorowski, skandowali radośnie: „Nie ma Leppera, nie ma Leppera!”. Kłopotliwy polityk odszedł, ale gniew wyborców pozostał. Wykorzystało go PiS, z którym kilka lat później przegrali i sam Komorowski, i cała Platforma — fragment książki Tomasza Markiewki „Gniew”.


Ludzie dający upust gniewnym uczuciom potrafią zepsuć miły nastrój. Krzyki, pretensje, żądania. Kto lubi takie rzeczy? Czy nie lepiej być uśmiechniętym, miłym i zadowolonym? Pamiętajmy jednak, że gniew – tak jak każda emocja negatywna – często wskazuje na konkretny problem. Jest rodzajem alarmu: hej, coś jest nie tak. Trochę o tym zapomnieliśmy w czasach indywidualnych terapii i coachingu. (…)

Zbyt rzadko się zastanawiamy, co może być systemową przyczyną przykrych uczuć. Zbyt pochopnie lekceważymy polityczne aspekty gniewu i niezadowolenia. Zbył łatwo sprowadzamy wszystko do prywatnych problemów, które można załatwić, zapisując się na kurs pozytywnego myślenia bądź łykając kolejną dawkę lekarstwa.

Zbyt pochopnie lekceważymy polityczne aspekty gniewu i niezadowolenia.

Społeczeństwo wypierające gniew ze sfery publicznej wcale się go nie pozbywa, a tym bardziej nie rozwiązuje problemów, które tkwią u jego źródeł. Po prostu wyłącza alarm. A to nie jest zbyt mądre rozwiązanie. Gniew dalej rośnie, a my zwyczajnie nie jesteśmy tego świadomi. W końcu następuje wybuch – nagromadzone emocje okazują się już zbyt silne. Ludzie głosują na Trumpa, opowiadają się za brexitem lub rozpoczynają masowe protesty, jak we Francji. To jest właśnie ten moment, gdy przerażeni komentatorzy zaczynają mówić o „narastającej fali populizmu”. Prawda jest jednak taka, że ta fala narastała już wcześniej – nie tyle populizmu, ile niezadowolenia. Niezałatwione problemy piętrzyły się jeden na drugim, a politycy i media nie dostrzegli zagrożenia, bo alarm został wyłączony, i to często przez te same osoby, które teraz panikują.

Właśnie dlatego musimy zwalczyć pokusę traktowania „społeczeństwa bez gniewu” jako ideału, do którego należy dążyć. Na pozór to atrakcyjna wizja: ludzie są zgodni, a jeśli nie, to spory rozstrzygają na spokojnie, niczym uczestnicy uniwersyteckiego seminarium. Czyż nie tak powinno to wyglądać? Otóż nie. Ten estetyczny ideał jest groźny. (…) Gniew jest niezbywalną częścią naszych współczesnych społeczeństw. Polityka miłości, mimo że atrakcyjna, może co najwyżej odwieść naszą uwagę od problemów.

Zwolennicy praw człowieka nie potrafią się zachować, więc PiS wygrywa

Taka mniej więcej lekcja płynie z rozważań Chantal Mouffe i Ernesta Laclau – dwojga znakomitych filozofów polityki. Jak przekonują, naszym myśleniem rządzi ideał jedności, który przeniknął do polityki, i to tak bardzo, że wydaje się czymś oczywistym. Czy nie powinniśmy zmierzać do zgody i zniesienia konfliktów? Czy nie powinniśmy się jednoczyć, zwłaszcza w obliczu wielkiej tragedii bądź zagrożenia?

Mouffe i Laclau wyjaśniają, że istnieją dwa sposoby na zniesienie sporów politycznych oraz osiągnięcie ideału jedności. Pierwszy opiera się na nadziei, że kiedyś odkryjemy, jak naprawdę powinno wyglądać społeczeństwo, a wyedukowani obywatele przyznają, że to najlepsze z możliwych rozwiązań. Ta wizja pobrzmiewała trochę w koncepcji końca historii, o której pisałem. Oto odkryliśmy idealną formę polityczną, zwaną demokracją liberalną, i każda rozumna osoba powinna się na nią zgodzić. Dziś widzimy coraz wyraźniej, jak naiwne było to przekonanie.

Społeczeństwo wypierające gniew ze sfery publicznej wcale się go nie pozbywa. Po prostu wyłącza alarm, a gniew dalej rośnie.

No dobrze, „koniec historii” był przedwczesnym ogłoszeniem triumfu, ale czy sama idea ostatecznego rozstrzygnięcia naszych politycznych dylematów nie jest słuszna? Czy przy odpowiednim rozwoju wiedzy i przy odpowiednio inteligentnym społeczeństwie nie dałoby się zakończyć sporów? Czy nigdy nie poznamy prawidłowych odpowiedzi na pytania, które dziś są zarzewiem zawziętych kłótni? Cóż, rozwój poszczególnych nauk z pewnością pomaga nam prowadzić mądrzejszą politykę. To między innymi dzięki niemu wiemy o zgubnych skutkach naszego obecnego modelu gospodarczego: niszczeniu środowiska i ocieplaniu klimatu. W tym sensie możliwy jest postęp społeczny jako konsekwencja postępu naukowego. Niemniej polityka to sfera nie tylko wiedzy, ale także wartości. Dlatego nie powinniśmy się łudzić, że w końcu odkryjemy najlepsze rozwiązanie kwestii, co jest politycznie dobre, a co złe – jaki ustrój polityczny, jaki model gospodarczy, jaki wzór relacji społecznych. Na przykład żadna znana nam nauka nie odpowie na pytanie, jaki poziom nierówności społecznych jest jeszcze dopuszczalny moralnie. To przynajmniej częściowo zależy od wartości, którymi się kierujemy. Jeśli więc nasze marzenie o jedności społecznej opiera się na wierze, że znajdziemy kiedyś Jedyną Prawdziwą Odpowiedź, to jest to kruchy fundament.

A jaki jest ten drugi sposób, o którym mówią Laclau i Mouffe? Nie wiążcie z nim większych nadziei: to przemoc.

Można próbować wprowadzić jednomyślność za pomocą takiej bądź innej formy przymusu. Właśnie to starają się robić państwa totalitarne. Zwalczają wolność prasy, opozycję, wszelkie formy sprzeciwu, by wyrugować spór i gniew z domeny publicznej. W pewnym sensie podobny efekt uzyskano w społeczeństwie przedstawionym w serialu Czarne lustro, w odcinku „Na łeb na szyję”. Większość obywateli bez szemrania bierze tam udział w grze o gwiazdki, każdy z przylepionym do ust uśmiechem, bo koszty wypisania się z tej dyscyplinującej rywalizacji są zbyt duże. Za pogodnymi twarzami kryje się strach przed przemocą ze strony innych ludzi.

Mason: Skąd ten bunt?

czytaj także

Widzimy zatem, że ten drugi sposób na osiągnięcie jednomyślności jest jeszcze mniej pociągający niż pierwszy. Tamten był przede wszystkim naiwny, ten jest wprost niedopuszczalny. Stosowanie przemocy to naruszenie podstawowych praw człowieka, pomijając już fakt, że taka wymuszona jednomyślność bywa zazwyczaj pozorna. Nie bez przyczyny państwa totalitarne chcą się pozbyć wszelkich możliwości swobodnego wyrażania opinii – wiedzą, że inaczej narodowa zgoda natychmiast okazałaby się o wiele bardziej ulotna, niż wynika to z propagandy władzy. (…)

Nie dajmy się przekonać, że społeczny gniew jest przejściowym problemem wywoływanym przez demagogów. Gdyby nie Trump, gdyby nie Kaczyński, gdyby nie ci wyborcy podatni na populizm, byłoby tak pięknie… Bujda! Przed gniewem nie ma ucieczki. Zawsze ktoś będzie niezadowolony, zalękniony, wkurzony. Próba zlekceważenia gniewu lub potraktowania go jako przejawu irracjonalnych oczekiwań wyborców jest fatalnym błędem, który kończy się takimi politykami u władzy jak Trump.

Wkrótce po wygranych przez niego w 2016 roku wyborach ukazała się książka pod tytułem The Dangerous Case of Donald Trump [Niebezpieczny przypadek Donalda Trumpa]. Kilkudziesięciu specjalistów omawia w niej psychiczne problemy prezydenta. Ta publikacja – sam pomysł na nią – doskonale podsumowuje stosunek do Trumpa wielu jego przeciwników. To najgorszy, najniebezpieczniejszy, najbardziej niezrównoważony prezydent w historii i dlatego musimy się go pozbyć za wszelką cenę. Kłopot w tym, że takie podejście nie chwyta istoty problemu: Trump jest jedynie symptomem głębszych zjawisk, które nie znikną, nawet jeśli straci on władzę. Dobrze rozumie to Naomi Klein:

„Trump jako prezydent nie jest niczym szokującym. Jest raczej przewidywalną, a nawet banalną konsekwencją wszechobecnych idei i trendów, którym już dawno powinniśmy byli postawić tamę. Dlatego nawet gdyby ta koszmarna prezydentura miała się jutro skończyć, nadal musielibyśmy się mierzyć z politycznymi uwarunkowaniami, które ją stworzyły i które produkują repliki Trumpa na całym świecie.”

Kiedy Samoobrona nie dostała się do sejmu w 2007 roku, wiele osób wpadło w zachwyt. Uczestnicy wieczoru wyborczego Platformy Obywatelskiej skandowali radośnie: „Nie ma Leppera, nie ma Leppera!”. Wśród nich był między innymi Bronisław Komorowski. Z jednej strony można zrozumieć radość polityków PO, bo lider Samoobrony traktował ich wyjątkowo obcesowo. Z drugiej – była to dziecinna reakcja. Brak Leppera w sejmie nie oznaczał, że zniknęły problemy, które wcześniej zapewniły mu sukcesy wyborcze. Kłopotliwy polityk odszedł, ale gniew pozostał. Wykorzystało go PiS, z którym kilka lat później przegrali i sam Komorowski, i cała Platforma.

Dlaczego młodzi nie chodzą na KOD (wersja dla opornych)

„Konfliktów w liberalnych demokratycznych społeczeństwach nie powinno się usuwać i nie da się usunąć, bo specyfika nowoczesnej demokracji polega właśnie na uznaniu i legitymizowaniu konfliktu” – pisze Mouffe. Podobnie jest z gniewem. Można go przekształcić w siłę pozytywną lub negatywną, ale nie można się go pozbyć. Sprawna demokracja umie sobie z nim konstruktywnie radzić. Nie boi się sporów, które z niego wynikają. Niesprawna – miota się między marzeniami o nieosiągalnej powszechnej zgodzie a destruktywnymi manifestacjami wściekłości.

Żyjemy w trudnych czasach, które sprzyjają potęgowaniu się negatywnych emocji. Zauważył to już dziesięć lat temu Tony Judt: „Wkroczyliśmy w wiek braku bezpieczeństwa – brakuje nam bezpieczeństwa gospodarczego, fizycznego, politycznego. Fakt, że w znacznej mierze nie zdajemy sobie z tego sprawy, stanowi nikłą pociechę: w 1914 roku mało kto przewidywał całkowity upadek istniejącego porządku i nadejście gospodarczych oraz politycznych katastrof”. Od czasu, gdy pisał te słowa, sytuacja tylko się pogorszyła. Nie zrobiliśmy wiele, aby zapobiec kryzysowi klimatycznemu, i teraz coraz więcej ludzi odczuwa skutki tych zaniedbań. Na dodatek nadal nie radzimy sobie z rosnącymi nierównościami społecznymi. Degradacja środowiskowa plus podzielone klasowo społeczeństwo – to może być mieszanka wybuchowa. Widzieliśmy na przykładzie Francji i protestów „żółtych kamizelek”, do czego prowadzi takie połączenie. Nie jest to zachęcająca perspektywa.

Francja to okno na naszą przyszłość

Wiele osób ma poczucie, że obietnica postępu społecznego i dobrobytu nie została spełniona. Wspomina o tym Pankaj Mishra w książce Age of Anger. Przepaść między oczekiwaniami, które rozbudzono w czasach „końca historii”, a tym, co faktycznie one przyniosły, urosła do niebezpiecznych rozmiarów. Jesteśmy otoczeni obrazami bogactwa; zewsząd słyszymy, że samorealizacja jest naszym obowiązkiem: mamy wziąć sprawy we własne ręce i być ludźmi sukcesu. Jednocześnie stworzyliśmy warunki społeczne, w których stosunkowo niewielu ludzi może się tym sukcesem cieszyć. Dla reszty są codzienna niepewność, średnie warunki pracy i częstokroć marne usługi publiczne. A wszystko to w otoczeniu zdegradowanego środowiska.

Ludzie są więc źli i nie wystarczą rytualne pohukiwania na populizm, aby sobie z tą złością poradzić. Tak samo niewiele dadzą racjonalno-optymistyczne próby argumentacji, że przecież dokonaliśmy ogromnego postępu przez ostatnie sto lat.

Przed gniewem nie ma ucieczki. Próba zlekceważenia gniewu jest fatalnym błędem, który kończy się takimi politykami u władzy jak Trump.

To oczywiście prawda, warto o tym pamiętać – ale idźcie do człowieka, który jest wściekły na swoją pracę, na swoje zarobki, na brak dostępu do lekarza, i spróbujcie mu wytłumaczyć, że gdyby się urodził w XIX wieku, miałby znacznie gorzej. Naszym punktem odniesienia nie jest to, co było dwieście, sto czy nawet dziesięć lat temu, lecz to, czego oczekujemy dziś. Najgorsze, co moglibyśmy zrobić, to starać się ugasić ten gniew bez zmierzenia się z jego społecznymi przyczynami.

Nie powinniśmy się też łudzić, że te problemy nie dotykają Polski. Jesteśmy częścią świata i – jak wielokrotnie widzieliśmy w tej książce – nie omijają nas globalne trendy, choć nasze zaangażowanie w bieżące spory polityczne sprawia, że łatwo nam stracić z oczu ten szerszy obraz. Musimy zrozumieć, że gniew społeczny nie zaczyna się i nie kończy na pojedynczych politykach. Nie zniknie tylko dlatego, że jedna albo druga partia wygra czy przegra wybory. To nierealistyczne oczekiwanie, szczególnie w tak niespokojnych czasach.

Stąd naszym głównym zadaniem politycznym powinno być tworzenie warunków do tego, aby ten gniew mógł się wyrażać możliwie konstruktywnie. Próba wypchnięcia go poza politykę, jako niedostatecznie estetycznego składnika publicznej debaty, poskutkuje jedynie tym, że wróci ze zdwojoną siłą. A wtedy będziemy bezradni.

Prezes i faszyzm

 

Spoglądajmy zatem w stronę niezadowolonych, bo to tam się dzieją najważniejsze rzeczy. Gniew może skierować nasze społeczeństwa w najciemniejsze rejony, które mieliśmy nadzieję dawno zostawić za sobą, ale może też być szansą na postęp. Wybór należy do nas.

 

**Okładka książki „Gniew" Tomasza Markiewki
Fragment książki Tomasza S. Markiewki Gniew, opublikowanej w maju przez Wydawnictwo Czarne.

W tekście pominięto przypisy autora. Skróty od redakcji.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.