Czytaj dalej, Historia

Pastwienie się nad przeszłością to bicie słabszego

Fot. wydawnictwo WAB

Nie ma co potępiać naszych przodków, można pytać oczywiście o ich motywacje, ale nie można ich wyrywać z korzeniami z epok, w których żyli – mówi Maciej Łubieński, autor książki „Łubieńscy. Portret rodziny z czasów wielkości”.

Paulina Małochleb: Jak można dzisiaj, w XXI wieku, pisać historię rodziny szlacheckiej?

Maciej Łubieński: To zagadnienie, z którym zmagałem się od początku. Zwłaszcza że pisałem ją w szczególnej sytuacji politycznej i społecznej. Kiedy na przykład wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł podejmuje jakąś decyzję, to natychmiast internet zalewa fala komentarzy nawołujących do używania gilotyn. I choć nie cierpię wojewody Radziwiłła, to taki kierunek krytyki mnie irytuje. Zdumiewa też ciągle ta fala refleksji antyszlachecko-klasowej, tak intensywnej, jakbyśmy nie przeżyli 50 lat PRL-u, gdzie temat złych panów był wałkowany do znudzenia. Potwierdza to także popularność Jakuba Szeli, pojawiającego się często w dyskursie publicznym, choć to, co zrobił z tym Radek Rak w swojej Baśni o wężowym sercu, to dla mnie mistrzostwo.

Klekot: Jakub Szela podoba się miastowym

Pogłębiająca się w ciągu ostatnich 30 lat przepaść, ujmując rzecz umownie, między beneficjentami i ofiarami transformacji doprowadziła do wzrostu nastrojów antyelitarnych – skierowanych dość szeroko – czy to przeciwko dziennikarzom „Gazety Wyborczej”, TVN-owi, biznesmenom, czy ludziom o historycznych nazwiskach. Do mnie też docierają pojedyncze głosy, zasadzające się na pytaniu, czy przepraszam za pańszczyznę. I myślę wtedy: „Za jaką pańszczyznę mam przepraszać, przecież, do cholery, wychowałem się w bloku”.

Było to mieszkanie w bloku, ale jednak dekorowane portretami przodków, a nie makatkami.

I co z tego?! Moi rodzice nie przywiązywali do tradycji rodzinnej wielkiej wagi, nie żyliśmy w kulcie przeszłości.

A jak wygląda świat PRL-u z perspektywy postpaniczyka?

Moi rodzice obracali się w towarzystwie inteligencko-warszawskim, salony z szablami na ścianach to była albo dalsza rodzina, albo zupełnie obcy ludzie, dziedzice tradycji szlacheckich, pielęgnujący wspomnienia dalszej chwały. Rodzice natomiast uważali, że takie celebrowanie przeszłości nie przystoi. Dziadek, który był katolikiem i posłem PAX-u i Znaku, wierzył w socjalizm i wychowywał mojego ojca i ciotkę w świadomości nieodwracalności zmian. Zdawał sobie sprawę – w przeciwieństwie do wielu osób ze swego pokolenia i szlacheckiej formacji kulturowej – że rewolucja październikowa i rok 1945 dokonały nieodwracalnych zmian i nie da się wrócić do świata sprzed nich. Z tradycji szlacheckiej w największym stopniu przejęli chyba elementy systemu wychowawczego, tresury dzieci, które musiały się zwracać do rodziców w trzeciej osobie – „proszę mamy, proszę ojca” – czyli to, co potocznie nazywa się manierami.

Czy pana opowieść o Łubieńskich jest formą deklaracji? Jaki jest cel takiego uwspółcześniającego spojrzenia na przeszłość własnej rodziny?

Siadałem do pracy z myślą, żeby napisać zajmującą opowieść, ale oczywiście szybko się zorientowałem, że to może być czytane jako deklaracja. Wahałem się między figurą obrońcy i prokuratora. Jako nosiciel nazwiska, naturalnie skłaniałem się ku obronie, jako człowiek wychowany w duchu krytycznym, byłem otwarty na bolesne prawdy. Więc jest w tej mojej deklaracji takie ciągłe wicie się. Bo też postawa „to zależy” wydaje mi się jakoś uczciwa. Wobec rodzinnej materii historycznej można być zarazem surowym i empatycznym, ostrym i czułym.

Ale czy jako społeczeństwo przepracowaliśmy nagłą zmianę i zniknięcie elit szlachecko-ziemiańskich? Wielu badaczy – jak na przykład Andrzej Leder czy Jan Sowa – wskazuje, że to proces, który się jeszcze nie dokonał. A pan wchodzi na to grząskie pole i jeszcze wyprowadza z niego poczet przodków.

Nie wiem, co to znaczy, że społeczeństwo przepracowuje. I kto może ogłosić, że już przepracowaliśmy, i co będzie na to dowodem. Moim zdaniem to przepracowywanie zaczęło się jeszcze przed PRL-em. Witos był premierem parę razy, stojąc na czele koalicji, która przeprowadzała mozolnie pierwszą próbę reformy rolnej. Stefan Starzyński, który był komisarzem pożyczki narodowej, kiedy nie mógł ściągnąć kasy od jakiegoś Potockiego, zaatakował go przez prasę, szydząc z wielkopaństwa z aluzjami do targowicy.

W każdym razie wchodzę na to grząskie pole, no bo jak je mam ominąć? Zresztą nie mam wśród przodków wielkich grzeszników – mój pradziadek zgadzał się na reformę rolną. Ciekawie wygląda to u mojego praprzodka: Feliks Łubieński, minister z Księstwa Warszawskiego, pisze, że chciał oczynszować chłopów jeszcze za króla Stasia, ale oni się na to nie zgodzili. Więc ja jako jego praprawnuk odczuwam dumę z postępowego przodka, ale jako historyk z wykształcenia muszę zapytać o to, w jaki sposób ta informacja została im przekazana i czy to przypadkiem nie jest uładzony życiorys kreślony we wspomnieniach. Tak więc jestem obrońcą i prokuratorem w jednym. Niech czytelnik będzie sędzią.

Leszczyński: Każdy kontakt chłopa z dworem i elitą opierał się na tym, że chłop musiał coś oddać

To, co czasem myślą pana bohaterowie, często jest jednak nie do udowodnienia. Tak dzieje się na przykład w przypadku Tekli, żony Feliksa Łubieńskiego, autorki dramatu Wanda. Nie wiemy, jaką miała motywację psychologiczną, by pisać, to pan jej tę motywację dodaje.

Oczywiście, bo moja książka nie jest traktatem historycznym o zacięciu naukowym. Gdybym pisał książkę historyczną, musiałbym najpierw poświęcić sto stron na przedstawienie narzędzi i stanu badań. Staram się być akademicko rzetelny, ale piszę tekst literacki, mogę mieszać, mogę się domyślać i dopowiadać. I tak właśnie robię, gdy czytam dramat napisany przez żonę i matkę dziesięciorga dzieci, która swą uwagę poświęca Wandzie, singielce rezygnującej z miłości w imię pasji, jaką jest polityka. Czy Tekla zazdrości Wandzie siły charakteru, wolności wyboru, szaleństwa? No bo w prawdziwym życiu, zgodnie z zasadami narzucanymi przez epokę, stawia siebie w cieniu, jest dobrą, wspierającą męża Feliksa żoną. Czasem brak źródła był błogosławieństwem, bo mogłem dość swobodnie sobie domyślać ich motywacje, dylematy, horyzont poznawczy.

Ale tutaj już rozpoczyna się literatura w stanie czystym.

Nie do końca, bo często sięgałem do różnych źródeł z epoki, ale też chciałem sam opowiadać, bo bałem się, że trzymanie się faktów będzie nudne – to w końcu jest historia rodziny urzędników i ludzi Kościoła, a nie husarzy czy hultajów, o których pisze się – mam wrażenie – łatwiej. Na przykład dużo ciekawiej byłoby napisać historię Radziwiłłów, ile w niej jest ciekawych postaci! Choćby Radziwiłł, który przechodzi na judaizm, a rodzina ubezwłasnowolnia go jako wariata.

A czy to nie jest echo kompleksu na tle pochodzenia? Że Radziwiłłowie należeli do ścisłej czołówki rodzin arystokratycznych, stali wyżej w tym łańcuchu pokarmowym niż Łubieńscy?

Nie chodzi o kompleks. Zrządzeniem losu w historii Polski pięć rodzin, które sprawowały rzeczywistą władzę, zajmowało w kolejnych epokach bardzo wysokie pozycje i wyróżniało się na tle szlachty. Reszta, między innymi tacy Łubieńscy, czasami docierała na szczyt, by tam chwilę pobyć, po czym spadała do świata średniaków.

W życiu nie słyszałem złego słowa o ludziach ze wsi!

Czy współczesność rzuca swoją siatkę wartości na przeszłość? Piszemy przecież o przeszłości najczęściej w perspektywie różnicy, zmian, które wprowadziliśmy.

Oczywiście. I tu znowu wszystko jest niejednoznaczne. Są dwie opowieści o moim pradziadku: że wykorzystywał pozycję społeczną do zaspokajania swojego seksualnego apetytu i że dawał sześć mórg ziemi matkom swoich nieślubnych dzieci. I ja teraz nie wiem: czy mam przepraszać za klasowo uprzywilejowane drapieżnictwo, czy podkreślać jego nadzwyczajne poczucie odpowiedzialności i socjal? Szkoła w Zasowie nosi imię rodziny Łubieńskich i była to inicjatywa lokalnej społeczności. Czyli pamięć po rodzinie jest dobra. Tak to rozumiem.

A czy wiadomo, jak pana pradziadek odnosił się do swoich nieślubnych dzieci? Czy te sześć mórg to był koniec jego udziału w opiece? Wspierał je później?

Jak na tamte czasy 6 mórg to jest 500+ na sterydach. To są trzy hektary. Wtedy jednohektarowych gospodarstw było wiele, więc trzy to naprawdę potężny zastrzyk. W książce wspominam dwie historie – okolicznego złodziejaszka, którego nazywano „hrabiok” i który chodził do dworu, „do starego”, po pieniądze, oraz dziewczynki, którą pradziadek kiedyś przywiózł „na wakacje” – nikt nie pytał, kto to, była w wieku jego wnuków i się z nimi bawiła. Więc jakaś więź była.

Sabotaż, uchylanie się od pracy, kpiny z panów, czasem krwawy bunt – bez tego nie zrozumiemy dzisiejszej Polski

Na temat seksualnych obyczajów szlachty Michał Garapich napisał książkę Dzieci Kazimierza, skupiającą się na postaci jego dziadka. Punktem wyjścia jest dla niego kompletne odwrócenie wartości: to, co było przez lata ukrywane, teraz wyciąga na światło dzienne. Ale każe też nam oceniać przeszłość swojej rodziny wedle absolutnie współczesnych kryteriów, zapominając o kontekście, który bardzo mocno determinuje ludzi działających. Pan tymczasem cały czas negocjuje swoją wizję historii.

Bo wydaje mi się, że nie ma co potępiać naszych przodków – można pytać oczywiście o ich motywacje, ale nie można ich wyrywać z korzeniami z epok, w których żyli. W ogóle uważam, że na potępienie zasługuje współczesność, a pastwienie się nad przeszłością to bicie słabszego.

Podam przykład spoza mojej rodziny, ale bardzo wyrazisty. W Deklaracji Niepodległości Thomas Jefferson zapisał zdanie o oczywistej równości wszystkich ludzi, a jednocześnie w swoim domu miał niewolników, z niewolnicą miał dzieci, które także miały status niewolników. A zatem to, co deklaruje, rozmija się z tym, co sam robi. To nie hipokryzja, to historia. Feliks Łubieński wprowadza kodeks Napoleona, a więc szlachcic i chłop mają być sądzeni w tych samych sądach, czym naraża się szlachcie, ale wprowadza tzw. nowelę grudniową, która wyklucza chłopów z posiadania ziemi i konserwuje układ społeczny. Trudno od człowieka urodzonego w 1758 roku wymagać świadomości inteligenta z 2020 roku.

Sądzę, że jak na tamte czasy rodzina była stosunkowo postępowa: popierała Kościuszkę, Feliks podarował przemarzniętemu Kościuszce buty, kiedy z ramienia Sejmu Czteroletniego wizytował front polsko-rosyjski – tak głosi heroiczna rodzinna legenda. Kościuszko miał być ojcem chrzestnym dziecka córki Feliksa. Ale kiedy okazało się, że na świat przyszła córka, a nie syn, postanowiono nie fatygować naczelnika – a więc ta postępowość miała granice, które wyznaczała jej epoka. Jako ojciec córki oburzam się na taką niesprawiedliwość.

Kowalczyk: Role i władza podzielone są przeważnie po staremu

W historii Łubieńskich czasem większą rolę niż polityka zdaje się odgrywać ekonomia. Przypomina pan wielki krach na giełdzie w 1873 roku, zdarzenie w polskiej historii właściwie niewspominane.

Bo w polskiej historii rytm nadają przede wszystkim powstania – albo się w nich brało udział i ginęło, albo się w nich brało udział, a potem jechało na zsyłkę. Tymczasem w 1873 roku wydarzył się krach, który spowodował załamanie rynków na świecie, padł największy dom maklerski w Nowym Jorku. Dzisiaj pamięć kulturową budujemy też w większym stopniu na podstawie dziejów Królestwa Polskiego, a przecież każdy z trzech zaborów miał swoje własne spięcia i traumy. Szlachta w jakiś sposób jednoczyła je wszystkie, przemieszczała się – jak prapradziadek Witold, który urodził się w zaborze rosyjskim, potem mieszkał w Wielkopolsce, a po krachu przeniósł się do Galicji.

Dla nas rok 1873 to data zamykająca pierwszą dekadę po klęsce powstania styczniowego, gdy trwają jeszcze represje.

No właśnie. Ta nasza historia XIX wieku skupiona jest na powstaniach, a to w ogóle nie leży w naszym współczesnym doświadczeniu. Nic nas nie łączy z tragiczną generacją 1831 czy 1863 roku. Natomiast podobni jesteśmy do należących do społecznej elity ludzi, którzy urodzili się po powstaniu styczniowym i przyszło im żyć w Galicji. Żyli w świecie bez wojen, podróżowali, uprawiali sporty, cieszyli się urokami kosmopolitycznych przyjemności. Aż nagle pojawił się 1914 rok. Piękny świat się rozsypał. Przejmująco opowiada o tym Stefan Zweig. Mam nadzieję, że nas 1914 rok nie czeka.

Który spośród krewnych wydaje się panu najbliższy?

Ciągle jestem pod największym wrażeniem Feliksa, założyciela klanu, który żył ponad 90 lat. Urodził się w 1758 roku, czyli tuż przed rewolucją przemysłową, a umierał już w świecie nowoczesnym, gdy ludzie robili zdjęcia, jeździły pociągi, nieśmiało zaczynała się epoka elektryczności. Po drodze była rewolucja francuska, narodziny Stanów Zjednoczonych, rozbiory, kilka powstań – prawdziwy historyczny rollercoaster. Feliks nie pałał specjalnym uczuciem do formacji szlacheckiej, był, można rzec, okcydentalistą, zachwycał się nowoczesną administracją, którą obserwował w Prusach. Dlatego wydaje mi się, że to dobry bohater na dzisiejsze czasy.

Wielkim odkryciem była dla mnie też Cecylia, przełożona urszulanek, zaskakujące połączenie mistycyzmu z postępowością. Ciarki mnie przechodziły, gdy czytałem, że kazała sobie robić operacje bez znieczulenia w intencji nawróceń. Ale czułem też ciarki, tyle że przyjemne, kiedy czytałem, że w urszulańskich szkołach zaszczepiała uczennicom miłość do Wyspiańskiego.

Ten mocny, głęboko zakorzeniony i konserwatywny katolicyzm to cecha wspólna Łubieńskich. Co jednak ciekawe, często właśnie on jest motorem ich działalności społecznej albo postępowości.

Tak, oni bardzo serio traktowali swoją wiarę i zasady katolicyzmu kierowali ku sobie, to znaczy więcej wymagali od siebie niż od innych. Religia to była sprawa sumienia. Wydaje mi się, że ich wiara miała rolę budującą – pchała ich w stronę ulepszania świata. Może naciągając nieco, powiedziałbym, że nie było u nich konfliktu tradycji i nowoczesności, wiary i rozumu. Chcieli zasłużyć na wieczną chwałę, ale chcieli też ulepszać świat, w którym żyli. Wierzyli i w Boga, i w postęp. Kościół bywał wiernym patronem takiej postawy. W ostatnim czasie, pomimo „lewackiego” Franciszka, wzmacnia się prąd próbujący ten związek rozerwać. Kiedy widzę księdza z tytułem profesorskim, który tłumaczy, że podczas komunii koronawirusa nie ma, bo nie obowiązują tam prawa fizyki, to… Choć jestem człowiek niewierzący, to powiem jako… może nie… a jednak nie, powiem! Jako potomek prymasów powiadam – zamilcz, głupcze!

**

Łubieńscy. Portret rodziny z czasów wielkości

Maciej Łubieński – dziennikarz, historyk, varsavianista, satyryk i współtwórca teatralno-kabaretowego Pożaru w burdelu. Autor scenariuszy programów telewizyjnych o historii i reportaży podróżniczych, libretta do musicalu Bem! Powrót człowieka armaty. Książka Łubieńscy. Portret rodziny z czasów wielkości ukazała się w tym roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Czytaj też o pańszczyźnie i ludowej historii Polski:

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Małochleb
Paulina Małochleb
Krytyczka i badaczka literatury
Literaturoznawczyni, krytyczka literacka. Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów i Stypendium Młoda Polska. W 2020 roku nominuje do Paszportów „Polityki” i zasiada w jury Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Prowadzi blog ksiazkinaostro.pl.
Zamknij