Unia Europejska

Widmo zielonego komunizmu krąży po Europie

Narracja konserwatywnej prawicy, według której system uprawnień do emisji drenuje Polskę, jest specyficznym szaleństwem Europy, wręcz „zielonym komunizmem”, i nie przynosi żadnych dobrych efektów, to zwyczajne nieprawdy. Czytaj: kłamstwa.

„Trzeba to powiedzieć wprost: mamy do czynienia z szaleństwem. Z ordynarną, brutalną próbą odebrania nam tego, co udało nam się z wielkim mozołem osiągnąć po wyjściu z komuny. Teraz komuna wraca, tyle że przemalowana na zielono” – w tym alarmistycznym tonie red. Łukasz Warzecha na łamach portalu Warsaw Enterprise Institute skwitował projekt unijnego programu „Fit for 55”, który zakłada między innymi objęcie opłatami za emisje CO2 transportu drogowego.

Świetnie oddaje to ogólne podejście konserwatywnej prawicy do systemu opłat za emisje dwutlenku węgla stosowanego w UE: wredna Bruksela chce nam w ten sposób coś odebrać, to zwykły szwindel, skok na nasze pieniądze. „W imię tego tematu jedna tylko Polska zostanie w najbliższych latach puknięta na, skromnie licząc, bilion” – napisał o polityce klimatycznej Rafał Ziemkiewicz.

Spisek niemiecko-brukselski, czyli… Czesi zamknęli nam kopalnię

Gdy prawica lokująca się na prawo od PiS mówi o unijnej walce z kryzysem klimatycznym, zwykle nie zagłębia się w szczegóły, lecz pozostaje na poziomie emocjonalnych okrzyków. Stale przewija się w niej kilka motywów. Po pierwsze, opłaty za emisje CO2 to okradanie Polski przez Brukselę. Po drugie, polityka klimatyczna UE oparta na systemie handlu prawami do emisji EU ETS to szaleństwo, gdyż nikt inny na świecie tego nie stosuje, więc sami sobie zakładamy pętlę na szyję – a przynajmniej na szyję naszej gospodarki. Po trzecie wreszcie, całe to szaleństwo jest zupełnie bezsensowne, gdyż nie wpływa na zmniejszenie emisji, a jedynie podnosi koszty energii. Jak można się łatwo domyślić, praktycznie wszystkie te tezy są fałszywe.

Pieniądze zostają nad Wisłą

System opłat za emisje CO2 wdrożony przez UE jak na razie obejmuje tylko kilka sektorów generujących dwutlenek węgla. Między innymi energetykę, energochłonne sektory przemysłu takie jak huty żelaza, a także komercyjne lotnictwo pasażerskie. Sektory objęte systemem EU ETS odpowiadają za 40 proc. emisji CO2 w Unii Europejskiej, a więc większość emitowanego dwutlenku węgla wciąż pozostaje poza systemem. Poszczególne sektory otrzymują pule praw do emisji, z których część jest przydzielana bezpłatnie, a część sprzedawana na aukcjach. Na przykład lotnictwo pasażerskie wciąż jest uprzywilejowywane, gdyż aż 85 proc. praw z jego puli otrzymuje za darmo. Jednak lotnictwo i tak emituje więcej CO2, niż przypada mu w puli, musi więc dokupywać prawa do emisji od podmiotów, które ją skutecznie ograniczają i mogą swoje prawa odsprzedać. Część „aukcyjna” jest sprzedawana przez poszczególne państwa na aukcjach właśnie, które odbywają się co tydzień. Oczywiście bierze w nich udział również Polska.

Aukcje są stosunkowo proste. Podmioty chcące nabyć uprawnienia składają oferty, które są układane od najwyższej w dół. Na ich podstawie określana jest cena rozliczenia, a prawa otrzymują ci oferenci, których zaproponowana cena przewyższa cenę rozliczenia, przy czym wszyscy i tak płacą tę drugą – tj. rozliczeniową.

I teraz najważniejsze – pieniądze z aukcji trafiają nie do mitycznej Brukseli, tylko do budżetu państw członkowskich. Czyli również do budżetu Polski. Przekłada się to na miliardy złotych dodatkowych wpływów budżetowych co roku. Według oficjalnej informacji polskiego rządu z kwietnia ubiegłego roku wpływy z systemu EU ETS zasiliły budżet Polski łączną kwotą 20,5 mld zł. W kolejnych 10 latach wpływy przekroczą 100 mld zł. Połowę tej kwoty Polska może wydać właściwie dowolnie, natomiast drugą połowę musi spożytkować na osiąganie celów klimatycznych, czyli na przykład na subwencjonowanie zielonych inwestycji.

W Polsce kwoty te w dużej mierze zasilają zielone fundusze uruchomione nad Wisłą. Między innymi „Mój Prąd”, który dofinansowuje instalację paneli fotowoltaicznych. To dzięki niemu przeżywamy obecnie prawdziwy boom fotowoltaiczny – łączna moc instalacji ze złożonych do tej pory wniosków to 1,2 GW (cała moc fotowoltaiki w Polsce to niecałe 5 GW). Wpływy z opłat za emisje zasilają także program „Czyste Powietrze”, który dofinansowuje wymianę domowych źródeł ogrzewania na bardziej ekologiczne. W ramach tego programu do tej pory podpisano 225 tys. umów na łączną kwotę prawie 4 mld zł. Inaczej mówiąc, opłaty za emisje trafiają w znacznej części do polskich gospodarstw domowych. Pozostałe środki są wydatkowane z budżetu na różne cele publiczne. Te kwoty nie wypływają z Polski, tylko wracają różnymi kanałami do naszej gospodarki.

Bal na Titanicu, czyli jak Bełchatów odchodzi od węgla (choć jeszcze o tym nie wie)

Co więcej, część wpływów z opłat za emisje pobieranych przez państwa członkowskie zasili utworzony właśnie Fundusz Modernizacyjny. W latach 2021–2030 ma do niego trafić 14 mld euro ze sprzedaży uprawnień w ramach systemu EU ETS. Środki te popłyną jedynie do 10 najbiedniejszych państw UE, czyli także Polski. Nasz kraj otrzyma z niego aż 43 proc. tej puli, które zostaną przeznaczone na inwestycje ograniczające eksploatację zasobów nieodnawialnych. Tak więc Fundusz Modernizacyjny to dodatkowy kanał, którym popłyną do Polski środki z handlu prawami do emisji.

Meksyk i Chiny też to robią

Opodatkowywanie emisji CO2 nie jest niczym niezwykłym. Własne systemy podatków węglowych stosuje już kilkadziesiąt państw na całym świecie. Według wydanego przez Bank Światowy przewodnika Carbon Tax Guide już we wczesnych latach 90. podatek węglowy wprowadziły państwa nordyckie. Jednym z pierwszych państw stosujących system uprawnień do emisji była też Szwajcaria, która wdrożyła swój system w 2008 roku. Szwajcaria bywa określana przez prawicę jako państwo idealne, wolnorynkowe i skonfederowane, tymczasem szwajcarski system opodatkowywania emisji CO2 jest jednym z najbardziej rygorystycznych. W prowadzonym przez OECD indeksie Carbon Prices Scores (CPS60) Szwajcaria zajęła pierwsze miejsce z wynikiem 69 proc. Oznacza to, że aż ponad dwie trzecie tamtejszych emisji jest obciążonych przeciętnie kwotą 60 euro za tonę CO2. Zresztą szwajcarski system jest właśnie integrowany z unijnym EU ETS.

Oczywiście, jakiś klimatosceptyczny prawicowiec mógłby zauważyć, że to po prostu kaprysy bogaczy. Szwajcarzy są zamożni, więc mogą sobie wdrażać podatki od węgla, a my jesteśmy biedni i nas nie stać. Tylko że podatki węglowe wprowadziły już także państwa wyraźnie biedniejsze od nas, na przykład Meksyk i Argentyna. Co więcej, ich systemy uprawnień do emisji są całkiem rygorystyczne – według Carbon Prices Scores zostały ocenione na 30 proc. Czyli wyżej niż między innymi Japonia, która obciąża jedną czwartą swoich emisji przeciętną kwotą 60 euro za tonę CO2.

Tu oczywiście musi pojawić się sztandarowy „argument z Chin”. Wszystkie te nasze wysiłki i tak pójdą na marne, gdyż największy emitent CO2 ma gdzieś politykę klimatyczną, stawia tysiące nowych bloków węglowych i się z nas śmieje. No i to też nie jest do końca prawda. W Chinach w tym roku ruszył właśnie na pełną skalę chiński system handlu uprawnieniami do emisji CO2. Wdrażany jest on już od 2017 roku.

Nowy Wielki Marsz. Czy już wkrótce będziemy mówić po chińsku?

Faktem jest, że chiński system jak na razie jest zdecydowanie mniej surowy niż systemy europejskie. Cena uprawnień wynosi tam ok. 8 dolarów, czyli jest kilkukrotnie niższa niż w Europie. Według analizy portalu Biznes Alert jest on raczej nakierowany na zmniejszanie emisji relatywnych, czyli w odniesieniu do jednostki energii, a nie nominalnych. Chiński system został wyceniony w Carbon Prices Scores na 9 proc., czyli bardzo słabo. Nie zmienia to faktu, że Chiny również wdrażają swój własny system handlu prawami do emisji. On właściwie dopiero rusza, więc w niedalekiej przyszłości może się zaostrzyć – w UE początkowo prawa do emisji również były bardzo tanie. Warto też wskazać, że Chińczycy także wyznaczyli sobie cele klimatyczne: chcą osiągnąć neutralność klimatyczną do 2060 roku, a więc 10 lat później niż UE. Od 2030 roku mają tam zacząć spadać także emisje nominalne.

Wyższe opłaty to niższe emisje

Podobne systemy działają też między innymi w Kanadzie, Australii, Kalifornii czy w stanie Waszyngton. Nie są więc one żadnym szaleństwem, tylko kształtującą się właśnie normą wśród państw rozwiniętych. Co więcej, są one skuteczne w takim znaczeniu, że przyczyniają się do ograniczania emisji CO2 – przynajmniej w tych państwach, w których działają. Dowodzi tego OECD w raporcie Effective Carbon Rates 2021. Niska emisyjność gospodarki jest silnie skorelowana z restrykcyjnością krajowego podatku węglowego – nic więc dziwnego, że najmniej emisyjna jest Szwajcaria, która też stoi na czele indeksu Carbon Prices Scores.

To oczywiście nie jest jeszcze żaden dowód. Może być przecież tak, że państwa mające niskoemisyjne gospodarki wprowadzają sobie bardziej restrykcyjne systemy, gdyż im to nie szkodzi. Jednak obserwowana jest także korelacja zaostrzania lokalnego systemu z ograniczaniem emisji. Przeciętnie wzrost efektywnego obciążenia emisji tony CO2 o 10 euro prowadzi do ograniczenia emisji o 7,3 proc. „Wzrost indeksu CPS60 o jeden punkt procentowy jest związany z 1,8-procentowym spadkiem intensywności węgla w PKB” – piszą autorzy raportu. Co więcej, analitycy OECD zaobserwowali również korelację między podnoszeniem opodatkowania emisji CO2 a wzrostem gospodarczym. „Państwa, które stosują opodatkowanie emisji dwutlenku węgla jako podstawę swojej polityki klimatycznej, redukują emisje w bardziej ekonomiczny sposób, a tym samym osiągają lepsze wyniki gospodarcze” – czytamy w konkluzji. I dalej: „Kraje, które dekarbonizują swoje gospodarki bardziej ekonomicznie, prawdopodobnie osiągną lepsze wyniki w wielu obszarach, w tym w poziomie PKB na mieszkańca”. Inaczej mówiąc, polityka klimatyczna to nie tylko koszt, ale też inwestycja, która się zwraca w postaci przyszłego wzrostu zamożności.

Nie będzie lepszego czasu na transformację energetyczną

Jak widać, Łukasz Warzecha i Rafał Ziemkiewicz byliby uznawani za radykalnych prawicowców także w Meksyku i Argentynie. Niedługo trudno będzie im znaleźć miejsce na Ziemi, w którym nie czuliby się prześladowani przez zielony komunizm. Systemy opodatkowywania emisji dwutlenku węgla już niedługo będą normą, która przestanie kogokolwiek dziwić – dyskutowana będzie za to skala obciążeń, ich zakres oraz niezbędne wsparcie dla gospodarstw domowych, by koszty transformacji energetycznej ponieśli najzamożniejsi, a nie ubodzy.

Te koszty będą zapewne liczone w setkach miliardów złotych, więc temat jest bardzo istotny. Nie zmienia to jednak faktu, że narracja konserwatywnej prawicy, według której system uprawnień do emisji drenuje Polskę, jest specyficznym szaleństwem Europy i nie przynosi żadnych dobrych efektów, to zwyczajne nieprawdy, czytaj: kłamstwa. Oczywiście, z szerzenia kłamstw można całkiem nieźle żyć, więc trudno przypuszczać, że czołowi polscy sceptycy klimatyczni przestaną je wtłaczać do głów swoich wiernych czytelników i jutubowych widzów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij