Gospodarka

Patryk Jaki kocha i nienawidzi (inwestorów i matematyki)

Solidarna Polska złorzeczy na wypływające z Polski pieniądze, chociaż jej własny rząd robi wszystko, żeby przyciągnąć inwestorów zagranicznych najtańszymi możliwymi metodami: zwolnieniami z podatków, ulgami, dotacjami i tanią siłą roboczą.

Czy można nienawidzić inwestorów, jednocześnie ich kochając? Oczywiście. Obecne ugrupowanie rządzące doskonale sprawdza się w tym rozkroku, żeby nie powiedzieć – szpagacie. Polityk Solidarnej Polski Patryk Jaki przedstawił na konferencji prasowej raport sugerujący, że Polska ponosi straty finansowe związane z członkostwem w Unii Europejskiej.

Raport Jakiego, posługując się manipulacjami i karygodną metodologią, po stronie korzyści z bycia w UE wykazał wpłaty bezpośrednie do budżetu Polski (w wysokości 593 mld zł), a po stronie strat zyski unijnych firm wytransferowane do krajów macierzystych. Według „raportu Jakiego” w ten sposób w latach 2004–2020 wypłynęło z Polski netto 981 mld zł w postaci dywidend od zysków spółek z europejskim rodowodem.

Ten nieudolny i fałszujący rzeczywistość raport skrytykowali już eksperci i ekspertki ze wszystkich stron, ale my zastanówmy się, co właściwie Jaki chce nam powiedzieć? Że należałoby wyjść z Unii? A może ograniczyć zagraniczne inwestycje nad Wisłą, z powodu których te zyski i dywidendy się biorą?

Jeśli to drugie, to można to załatwić na prostsze sposoby. Na przykład uczciwymi podatkami lub rezygnacją ze wszystkich ulg inwestycyjnych i przywilejów podatkowych dla spółek. Skoro wypływające z Polski dywidendy to problem, to przestańmy w ten sposób kusić inwestorów, żeby tutaj przyjechali i coś stworzyli.

Oczywiście rządząca Polską prawica niczego takiego do głowy nie dopuszcza. PiS miał sześć lat na ograniczenie przywilejów podatkowych dla spółek, jednak nie tylko ich nie ograniczył, ale wręcz je rozszerzył. Ulgi inwestycyjne wprowadzone przez obecną koalicję przyćmiły wcześniejsze dokonania w tym zakresie, z czego w największym stopniu korzystają spółki spoza Polski. Rządzący namiętnie fetują każdą większą inwestycję zagraniczną, która pojawia się w Polsce, traktując inwestorów zagranicznych jak co najmniej zbawicieli. Jakby tego było mało, obsypują ich milionami złotych dotacji, byle tylko łaskawie zgodzili się nad Wisłą zainwestować.

Folksdojcz Morawiecki?

„Decyzja firmy Mercedes-Benz o rozpoczęciu produkcji baterii elektrycznych w Jaworze pokazuje, że stworzyliśmy przyjazny klimat inwestycyjny dla firm, które chcą się u nas rozwijać. Cieszę się, że Mercedes stawia w Polsce na najwyższą półkę technologiczną swoich produktów” – nie są to słowa „folksdojcza Tuska”, lecz obecnego premiera Mateusza Morawieckiego przy okazji nowej inwestycji Daimlera w Polsce.

Tymi patetycznymi słowami Morawiecki przywitał nad Wisłą niemiecki kapitał. Gdyby to zrobił Tusk, TVP Info przerabiałoby te słowa na niemiecki i dubbingowało Tuska w Wiadomościach TVP. Jednak w przypadku Morawieckiego to nie zdrada, lecz dowód na sprawne gospodarowanie rządzących.

„Branża motoryzacyjna jest hubem innowacyjności, rozsadnikiem innowacyjności na cały świat. Dzięki temu polscy inżynierowie przesuwają się w górę w globalnych łańcuchach wartości i rośnie konkurencyjność polskiej gospodarki” – podkreślił premier. Dziwnym trafem nie wspominał nic o dywidendach, nie pogroził palcem członkowi zarządu Mercedes-Benz Cars Markusowi Schaeferowi, żeby im przypadkiem do głowy nie przyszło wyprowadzać z Polski zysków. Opowiadał za to pięknymi słowami o korzyściach, jakie przyniesie polskiej gospodarce ta niemiecka inwestycja.

Czy Diamler zrobił nam łaskę, że zgodził się tu ulokować swój kapitał? Nie bardzo, raczej został przeku…, przepraszam, przekonany.

Otóż Daimler otrzymał dotację wysokości 19 mln euro od polskiego rządu. Poza tym ulokował swoją inwestycję w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, więc mógł skorzystać z ulg inwestycyjnych w podatku CIT. Poza tym Agencja Nieruchomości Rolnych przekazała mu swój grunt pod inwestycję. Inaczej mówiąc, rząd PiS dobrowolnie oddał Niemcom część naszych pieniędzy, a nawet kawałek naszej polskiej, rodzimej ziemi.

Czy to już jest zdrada? Czy premier Morawiecki jest niemieckim agentem? Dlaczego TVP Info tego nie grzało? Dlaczego Janusz Kowalski nie nagłośnił tej sprawy, przecież to jest skandal – przynajmniej według kryteriów Solidarnej Polski.

Miliony dla inwestorów

Premier Morawiecki może też być koreańskim agentem, to jest nawet bardziej prawdopodobne. Największy rządowy grant inwestycyjny PiS przyznał bowiem koreańskiemu LG Chem w związku z budową fabryki baterii do samochodów elektrycznych. Zezwolenie na prowadzenie działalności polskiej spółce córce LG Chem Morawiecki wręczył Koreańczykom osobiście, więc potraktował ich niemal jak odwiedzających Polskę oficjeli.

„Ta inwestycja cieszy mnie szczególnie dlatego, że ona wpisuje się bardzo mocno w naszą strategię elektromobilności. Polska staje się jednym z kluczowych węzłów globalnego łańcucha wartości, i to w przemysłach tak zaawansowanych jak elektromobilność czy przemysł motoryzacyjny” – mówił, witając przybyszy z Korei.

Oczywiście Koreańczycy również zdecydowali się zainwestować w specjalnej strefie ekonomicznej, żeby skorzystać z ulg inwestycyjnych w CIT – dokładnie rzecz biorąc, w podstrefie Wrocław-Kobierzyce, która, żeby było zabawniej, jest częścią… Tarnobrzeskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Jak wiadomo, Tarnobrzeg leży na Podkarpaciu, a nie Dolnym Śląsku, ale to szczegół. Ważniejsze jest, że Koreańczycy skorzystali także z rządowego grantu rekordowej wysokości 243 mln zł.

Kolonizacja na prawie Morawieckiego

Dociekliwi śledczy z Solidarnej Polski mogliby też poszukać w rządzie, którego są częścią, jakichś wpływów lobby bankowego. Wszak rząd byłego bankiera Morawieckiego obdarował amerykański bank JP Morgan Chase dotacją wysokości 20 mln zł, co było największym grantem udzielonym firmie z sektora finansowego. Gdyby nie ta dotacja, bankierzy z Ameryki pewnie by tu nie zainwestowali.

„W ostatnim podejściu byliśmy na krótkiej liście z Węgrami i z Czechami” – przyznała ówczesna ministra Jadwiga Emilewicz. Według niej inwestycja ta „lokuje nas bardzo wysoko na finansowej mapie Europy”, czym dała kolejny dowód na to, że rządząca Polską prawica podchodzi do zagranicznych inwestycji wręcz entuzjastycznie, nieustannie podkreślając przeróżne korzyści, jakie z nich płyną.

Przy okazji niektórych inwestycji premier Morawiecki wpadał wręcz w tony patetyczne, żeby nie powiedzieć: służalcze. Odwiedzając fabrykę Toyoty przy okazji decyzji o jej rozbudowaniu, stwierdził: „Jestem bardzo wdzięczny inwestorom japońskim i cieszę się, że tworzone są miejsca pracy dla coraz lepiej zarabiających polskich pracowników”.

Brakowało jeszcze tylko tego, żeby mówił to na kolanach i całował dłonie. Zresztą w kolejnych zdaniach wprost przyznał, że to element szerszej myśli ekonomicznej. „Powstanie więcej miejsc pracy, będziemy inwestować w niskoemisyjną mobilność. Te inwestycje są ogromną szansą rozwoju całej gospodarki, przypieczętowują też partnerstwo, o którym rozmawiałem kilka miesięcy z premierem Japonii Abe Shinzō”.

Czy Polacy się na to zgodzili? Czy było jakieś referendum w tej sprawie? Przecież oni będą potem wysyłać do Japonii dywidendy z zysków!

Jeszcze więcej ulg, niż było

Skoro rządząca Polską prawica nie lubi wyprowadzania zysków z Polski, to mogłaby je na przykład opodatkować.

Przecież pole do tego jest spore. Podatek od dochodów osób prawnych wynosi 19 proc., co stawia nas w gronie państw raczej przyjaznych korporacjom. W wielu krajach oficjalna stawka CIT jest znacznie wyższa. W Hiszpanii i Austrii wynosi 25 proc., a w Japonii i Niemczech nawet 30 proc. A to i tak nie są najwyższe stawki CIT w OECD.

Skoro polscy „eurorealiści” tak nie znoszą wypływających z Polski dywidend, to mogli podnieść opodatkowanie korporacji, zamiast obciążać społeczeństwo kolejnymi podatkami pośrednimi, takimi jak opłata cukrowa. Mogli przynajmniej zlikwidować ulgi w CIT, żeby efektywne firmy faktycznie płaciły 19 proc. od swoich dochodów, a nie 15 proc., jak jest obecnie. Zamiast tego rozszerzyli zasady przydzielania ulg inwestycyjnych ze specjalnych stref ekonomicznych na teren całego kraju.

Nieekonomiczne strefy ekonomiczne

Poza tym rządząca prawica wprowadziła wiele bardziej specjalistycznych ulg. Na przykład IP Box, czyli 5-procentowy CIT dla przedsiębiorstw osiągających dochody z rozwijania praw intelektualnych. Obecnie IP Box gorąco poleca informatykom Sławomir Mentzen.

Wprowadzono także ulgę B+R, która umożliwia odliczyć od dochodu 30 proc. kosztów pracy związanych z działalnością badawczo-rozwojową. Wprowadzono również polską odmianę „estońskiego CIT”, który w ogóle zwalnia z podatku zyski, o ile będą reinwestowane.

A przecież reinwestowane zyski według Solidarnej Polski są również niedobre, bo w raporcie Jakiego doliczyli je do kosztów, jakie ponosimy z powodu członkostwa w UE.

Logiki w tym nie ma

Jakby tego było mało, rząd kręci nosem na plany wprowadzenia globalnego CIT. W rozmowie z „Financial Times” minister finansów Tadeusz Kościński stwierdził wręcz, że dzięki niższym stawkom podatku CIT mamy szansę na przyciągnięcie innowacyjnych inwestycji z zagranicy. Dlatego też w globalnym CIT powinna zostać wprowadzona klauzula wyłączająca „istotną działalność gospodarczą”. Inaczej mówiąc, prowadzenie realnej działalności gospodarczej w danym kraju, w odróżnieniu od fikcyjnej, zakładanej tylko dla optymalizacji podatkowej, powinna być zwolniona z przepisów o minimalnym globalnym CIT. Tylko że z takiej realnej działalności również powstają zyski, a następnie dywidendy.

Mamy więc do czynienia ze zwykłą medialną hucpą. Solidarna Polska złorzeczy na wypływające z Polski dywidendy od zysków, chociaż rząd, którego ziobryści są częścią od samego początku, robi wszystko, żeby zwolnić te zagraniczne zyski z podatków i przyciągnąć inwestorów spoza Polski.

Logiki w tym nie ma, jednak nie o logikę tu chodzi, lecz o granie na antyunijnych emocjach. Wszyscy wiedzą, co zrobić, żeby zmniejszyć wypływ dywidend znad Wisły. Wystarczy zwiększyć opodatkowanie dochodów korporacyjnych oraz stawkę podatku od dochodów kapitałowych. Rządzący tego nie zrobią, bo dobrze wiedzą, że na zagranicznych inwestycjach – byłych, trwających i tych przyszłych – opiera się polski wzrost gospodarczy.

Jak wiadomo, złorzeczyć na zagranicznych inwestorów jest bardzo łatwo, za to stworzyć warunki do rozwoju bez udziału kapitału zagranicznego już znacznie trudniej. Rządząca prawica szumnie opowiadała, że to zrobi, a skończyło się na serdecznych podziękowaniach dla Toyoty.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij