Kraj

Czy damy się zaszantażować reparacjami? Nie musimy

PiS domaga się 6 bilionów złotych reparacji od Niemiec dla Polski za II wojnę światową. Obóz pisowski jest zachwycony i sumą, i twardością swojego rządu. Obóz niepisowski zaś zasadniczo przyjął strategię niekwestionowania zasadności polskich żądań i skoncentrował się na pytaniach o ich realność. Ale czy słusznie?

Z pragmatycznego punktu widzenia ma to duży sens. Spór o to, czy reparacje się należą, czy nie, byłby dla PiS-u korzystny. Nie bez znaczenia jest przecież to, że według różnych badań 47 proc. Polek i Polaków uważa, że domaganie się finansowego zadośćuczynienia jest słuszne, a 15 proc. nie ma opinii w tej sprawie.

Co jednak z pozostałymi prawie 38 proc., którzy mają poważne wątpliwości co do podnoszenia kwestii reparacji w 2022? Czy ich zdanie i odczucia nie są istotne? Wydaje mi się, że są. I dlatego piszę ten tekst.

Nazistowska łapka na opozycję

Sprawa żądań wypłaty reparacji jest wielowymiarowa. Jest tu polityka, jest prawo, ale jest i etyka. PiS-owi zależy – jak zwykle zresztą – żeby mieć monopol w orzekaniu, co jest dobre, a co złe. Sprzeciw wobec reparacji spotyka się z moralnym szantażem prawicy. Ktoś, kto nie kibicuje roszczeniom, w optyce PiS staje po stronie sprawców, akceptuje niesprawiedliwość i zdradza polski naród.

Wyrażanie wątpliwości to jednak obrona swobody dociekań moralnych i wolności w określaniu reguł etycznych, na których oparta jest nasza wspólnota. Dlatego nie dając się szantażowi PiS, dociekajmy, co może być nie tak z reparacjami z etycznego punktu widzenia.

Zacznijmy od tego, że raport, roszczenie i cała kampania pojawiają się siedem lat od przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Pisowcy rzeczywiście pracują wolno, ale nie aż tak wolno. Zbliża się kampania wyborcza i partia rządząca poszukuje dobrego tematu, żeby odwrócić uwagę od drożyzny, spowolnienia gospodarczego, braku środków z KPO, problemów z dostępnością węgla, katastrofą na Odrze i rozmaitymi drobnymi i grubymi aferami z udziałem ludzi władzy.

Brak pieniędzy z KPO to ekonomiczna zdrada stanu. Policzyliśmy, ile Polska traci przez PiS

Reparacje świetnie się nadają jako temat kampanii – budzą emocje, ożywiają doświadczenie bycia ofiarą, wskazują Polakom wroga – w tym wypadku Niemców – i pobudzają fantazję o wielkiej wygranej czekającej na końcu drogi. Wszystko to znajduje się w kalkulacjach prezesa Kaczyńskiego i jego ludzi.

Mamy zatem do czynienia z instrumentalizacją II wojny światowej. Tragiczny los milionów ludzi zostaje wykorzystany w maszynce wyborczej. PiS-owi nie chodzi przecież o zdobycie środków na powojenną odbudowę kraju, bo od wojny minęło 80 lat i Polskę lepiej lub gorzej, ale udało się dźwignąć z ówczesnych ruin. Gdyby PiS rzeczywiście chciał cokolwiek odbudowywać, jest prostsza droga – rezygnacja z niszczenia wymiaru sprawiedliwości i sięgnięcie po europejskie środki z Krajowego Programu Odbudowy.

Chodzi więc przede wszystkim o bieżący interes polityczny. Przy innych, mniejszych tematach polityczna instrumentalizacja wywoływałaby sprzeciw. To jednak rozmiar nazistowskiej zbrodni, obok której nikt nie chce stanąć, sprawia, że cynizm polityków PiS zostaje przemilczany. A cyniczne wykorzystywanie cudzego cierpienia nigdy nie jest dobre.

Niewinny jak Polak 

Oprócz celu ściśle politycznego raport o reparacjach jest też elementem prawicowej polityki historycznej. Ma ona pomóc w budowie wspólnoty narodowej opartej na niewinności i poczuciu krzywdy.

W narracji prawicy naród polski zawsze był ofiarą, nigdy sprawcą zbrodni. Od dłuższego czasu zgrzytem w tej opowieści są stosunki polsko-żydowskie przed II wojną światową, podczas wojny i tuż po niej, a także sam udział Polaków w Zagładzie. Nie dziwi zatem, że w poczet zbrodni hitlerowskich wymienionych w raporcie o reparacjach zaliczona została zbrodnia w Jedwabnem i kilka innych pogromów dokonanych przez Polaków na żydowskich współobywatelach.

J.T. Gross: Postawcie pomniki wywiezionym z miasteczek Żydom zamiast Kaczyńskiemu

Nie łudźmy się, że stało się to przypadkiem lub przez niewiedzę. Żądanie reparacji przez prawicę służy wzmocnieniu jej wyobrażeń i jej sposobu doświadczania narodu. Nie ma tu miejsca na poczucie winy czy choćby odpowiedzialności. Chodzi o wybielenie kart historii narodowej.

Słowa polskich biskupów do biskupów niemieckich z 1965 „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” zostałyby dziś przez pisowską władzę uznane za antypolskie, podobnie jak stało się to 60 lat temu. Tworzenie poczucia absolutnej szlachetności niewinności całego narodu nie jest dobre, ponieważ stępia wrażliwość etyczną.

Cały naród czeka na zadośćuczynienie

Ostatnia kwestia dotyczy delikatnego tematu zadośćuczynienia. Moja babcia była podczas wojny pracownicą przymusową w niemieckim rolnictwie. W latach 90. dostała odszkodowanie – mniej więcej równowartość dzisiejszych 2 tysięcy euro. Z pewnością miała prawo do tej rekompensaty za swoje cierpienie.

Czy gdyby dziś, kiedy moja babcia już nie żyje, rząd niemiecki wypłacał odszkodowania, czy powinienem przyjąć pieniądze za jej krzywdę? Kto jest podmiotem zadośćuczynienia? Czy bezpośredni poszkodowani, czy cały naród, który czuje się spadkobiercą ofiar?

Przyznaję, że mam problem z przyjmowaniem odszkodowania za cudze cierpienie. Gdy dotyczy rzeczywiście poszkodowanego, może on sam zdecydować, czy przyjąć, czy odrzucić zadośćuczynienie. Pozostaje to jakąś indywidualną oceną doznanego cierpienia i jego ceny. Przyjęcie zadośćuczynienia jest wówczas jednocześnie rodzajem wyrównania rachunków i zamknięciem sprawy.

Gdy zaś poszkodowanym jest cały naród, od razu uruchamiają się fantazje dotyczącego tego, kto do niego w ogóle należy, kto o tym decyduje, jak wielki jest dług innych wobec nas i jak bardzo zostaliśmy pokrzywdzeni.

Czy nie z tego wynika nieogranialna liczba 6 bilionów? Czy nie stąd wynikają pojawiające się w dyskursie okołoreparacyjnym pytania: „Jak bardzo kwitnącym krajem byłaby Polska, gdyby dostała reparacje?”. „Czy prosperity Niemiec nie jest zbudowana na naszej krzywdzie?”. Wzmocnienie tego sposobu myślenia o sobie tworzy w zasadzie niemożliwe do zaspokojenia pragnienie ostatecznego spłacenia niemieckiego długo wobec narodu polskiego. Nie jestem przekonany, czy wzmacnianie w Polakach tego pragnienia jest dobre.

Pamiętać o sprawcach i ofiarach, ale przyszłość budować w relacjach

II wojna światowa na ziemiach polskich przyniosła niewyobrażalne zbrodnie. Musimy o nich pamiętać. Na tym z pewnością polega dług wszystkich żyjących wobec ofiar. Ofiar polskich, żydowskich, romskich, homoseksualnych. Powinniśmy mówić o wszystkich ofiarach, bo zbrodnie popełniane były przez niemieckich nazistów z różnych powodów.

Mam wątpliwości, czy podniesienie kwestii reparacji wzmacnia nas etycznie. Ugruntowuje się we mnie za to poczucie, że w politycznej rozgrywce użyć można wszystkich dostępnych środków. Stępiana jest etyczna wrażliwość, której służy prawda i poczucie odpowiedzialności, a szkodzi kultywowanie niewinności. W relacjach pomiędzy narodami Polski i Niemiec ożywione zostają pragnienia, które mogą uruchomić niekończące się pretensje, roszczenia i konflikty.

Znów sondaż – 75 proc. Polaków i Polek uważa, że nie ma szans na uzyskanie reparacji. Zmysł praktyczny podpowiada, że mają rację. Ale jest jeszcze zmysł etyczny. On podpowiada, że od żądania reparacji nie staniemy się lepsi.

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Maciej Gdula
Maciej Gdula
Poseł Lewicy
Poseł Lewicy, socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: „Style życia i porządek klasowy w Polsce” (2012, wspólnie z Przemysławem Sadurą), „Nowy autorytaryzm” (2018). Od lat związany z Krytyką Polityczną.
Zamknij

20kp-logo-white-500px