Czytaj dalej, Kraj

Dorn konserwatysta, Dorn realista

„Choć inaczej niż Dorn mam poważne wątpliwości, czy koalicja PO-PiS wytworzyłaby nową »doktrynę państwową« godną państw centrum, do których aspirujemy – opowieść o okolicznościach jej niepowstania mówi dużo o mechanizmach polityki”. Michał Sutowski o wywiadzie rzece z Ludwikiem Dornem.

Ludwik Dorn ma w polskiej debacie publicznej ustalony wizerunek. Eks trzeci bliźniak, nawrócony (acz z zastrzeżeniami) na III Rzeczpospolitą, dyżurny analityk posunięć PiS. Przy okazji każdego kryzysu i przesilenia, lub po prostu bez okazji − takie są prawa mediów 24-godzinnych − pytany jest, co też w tej chwili kombinuje Kaczyński, jakie siedem ruchów do przodu planuje i co na to wszystko Platforma Obywatelska. Erudycyjne bon moty byłego polityka, ale też tłumacza powieści szpiegowskich, z wykształcenia socjologa, ucznia samego Jerzego Szackiego, nadają infotainmentowi TVN24 prawdziwie inteligencki sznyt. Redaktorzy mogą poczuć, że aranżują mniej prymitywną młóckę niż na co dzień, a oglądający to sympatycy opozycji zyskują poczucie, że ich obóz musi być naprawdę fajny, skoro taki błyskotliwy kaczysta zechciał być jego częścią.

Na szczęście odpytujący Dorna w książce Rzeczpospolita Trzecia i Pół – bo o niej będzie tu mowa – Jarema Piekutowski z „Nowej Konfederacji” nie oferuje nam wraz z rozmówcą rozbudowanych prolegomenów do kaczologii stosowanej. W jej miejsce dostajemy całkiem spójny i przy tym wartki wykład realistycznego konserwatyzmu. Nie tyle jako idei historycznej, ile jako współczesnego sposobu myślenia o porządkowaniu świata tak, by był z grubsza znośny do życia.

Równość? Nie ma czegoś takiego

Oczywiście, nie dla wszystkich i nie na równych prawach. Chodzi o znośne życie w warunkach nieuniknionej hierarchii społecznej i polityki opartej na dość pesymistycznej antropologii. Z celami ograniczonymi horyzontem kraju peryferyjnego i uznaniem perspektywy starszych facetów o wysokim kapitale kulturowym i społecznym jako naturalnie dominującej. A jednak, nawet czytelnik sytuujący się na lewo od centrum dostanie pożywkę dla przemyśleń daleko wykraczających poza rytualne „ło panie, jakby tak wyglądała polska prawica, to żylibyśmy w fajniejszym kraju”.

I to nie tylko dlatego, że wiele wypowiadanych w tej książce diagnoz i przemyśleń zmieściłoby się w socjaldemokratycznym kanonie. Przykładowo, diagnoza błędów polityki demograficznej PiS i recepta na jej skuteczny wariant, np. uwzględniający potrzebę dostępności mieszkań, i to jak w Wiedniu, raczej komunalnych i społecznych, niż jak w Polsce, za trzydziestoletni kredyt hipoteczny − są wyraźnie na lewo od programów większości partii w Polsce.

Z kolei w kwestii ochrony zdrowia Dorn, który jako czynny polityk PiS głęboko niesłusznie postulował „branie lekarzy w kamasze”, w książce wypowiada i takie tezy, o których część lewicy z pewnością myśli, ale boi się wypowiedzieć je na głos. Na przykład, że w warunkach ograniczonych zasobów „kryteria zasługiwania na wsparcie istnieją – względny bądź bezwzględny niedostatek, ale też i istotność danej grupy funkcjonowania i rozwoju państwa, gospodarki, kultury”. To znaczy: argumentem z „istotności”, a więc hierarchii potrzeb ogólnospołecznych, Dorn uzasadnia to, dlaczego ochrona zdrowia i nauczyciele (oraz nauczycielki) zasługiwali na podwyżki bardziej niż „głosodajni” dla PiS emeryci o bardzo różnym statusie materialnym.

To argument na lewej stronie wciąż dość obrazoburczy: oficjalna narracja uniwersalno-egalitarna skrywa jednak smutny fakt, że w realnej polityce redystrybucja bywa grą o sumie zerowej, a już na pewno nie nieskończonej. Lewicowa opowieść o tym, że więcej pieniędzy w portfelu należy się i seniorom, i pielęgniarkom, za to więcej dołożyć do wspólnego kotła powinni mieszkaniowi rentierzy, jest bowiem słuszna, ale praktyczne rozwiązanie tego rodzaju nie zawsze leży na stole. Jednocześnie Dorn pokazuje bardzo przekonująco, dlaczego poprawa jakości usług publicznych jest zarówno niezbędna, jak i prawie niewykonalna, bo nie da się robić polityki na wiele kadencji w warunkach polaryzacji. Co więcej, pogarszanie się jakości usług edukacyjnych czy zdrowotnych dokonuje się powoli, wedle zasady „gotowania żaby”, w efekcie czego teraźniejszość nie wydaje się tak zła, by ludzie wymusili radykalny przełom, ani przyszłość tak obiecująca, by politycy zgodzili się w jej imię zaryzykować.

W swym myśleniu o układach sił społecznych oraz podziale władzy, bogactwa i szacunku Dorn niekoniecznie dojdzie do wniosków zbieżnych z postępowym kanonem. Niemniej sama propozycja opisywania społeczeństwa w kategoriach konfliktu o redystrybucję oraz uznanie jest po prawej, względnie zachowawczej stronie politycznego mainstreamu dość ożywcza. Znów, niejedna posłanka partii Razem słusznie przypomni, że lewica podobne tezy głosi od lat, i to z intersekcjonalizmem w pakiecie, niemniej widzowie i redaktorzy Faktów po faktach nie zawsze tego słuchają. Jeśli zatem to Dorn ich nawróci na elementarną choćby analizę klasową – też nie będzie źle.

Jak nas Dorn widzi

Dornowa socjologia polityki budzi często opór, choć nie raz i nie dwa łapałem sam siebie na pytaniu, czy jednak to on nie ma racji − może w ramach gestu trzeba było postawić w Warszawie ten cholerny pomnik smoleński jeszcze za rządów Platformy?! Jego opisy procesów rządzących naszą zbiorową wyobraźnią – z ducha mocno konstruktywistyczne, co się oczywiście chwali – są często przekonujące. Jak pisze, ani tożsamość polityczna, ani spór partyjny nie są odzwierciedleniem żadnego narodowego eidosu, tylko efektem skomplikowanego, pełnego zakrętów i przypadków procesu społecznego.

Dorn: PiS dostaje ciosy na korpus i coraz ciężej mu oddychać

Jako zaangażowany widz i uczestnik życia politycznego Dorn pokazuje np. narastanie dualnego konfliktu, z wprowadzaniem „ludu [czyli elektoratów Samoobrony i LPR] do śródmieścia” przez PiS, podział na „panów” i „chamów” w roku 2007, niezdolność do artykulacji katastrofy smoleńskiej jako doświadczenia wspólnotowego przez ekipę Tuska czy np. podziały wewnątrz elit na dumne ze swego prowincjonalnego pochodzenia, tu przykładem jest Beata Szydło, i wstydzące się go, jak Ewa Kopacz − jako decydujące o wyborczej wiarygodności.

Trafny wydaje się też opis platformianego zapóźnienia w odczytaniu zmieniających się nastrojów Polaków po wyczerpaniu projektu „drogi na Zachód” jako jednoczącej elity i lud doktryny państwowej. Wreszcie, przekonująca jest dekonstrukcja populistycznej narracji o ciągłości konfliktu „beneficjentów układu” z „bardziej nienasyconymi” przez ćwierćwiecze III RP, która okazuje się tworem czysto propagandowym – choć dobrze ugruntowanym psychologicznie.

Krytyka rządów PiS – i pod kątem ustrojowym, i konkretnych polityk publicznych – nie jest szczególnie oryginalna; to solidna politologia z efektownymi analogiami historycznymi, widząca Polskę w jej średnim i długim trwaniu, acz daleka od symetryzmu i podkreślająca wyjątkowy − ilościowo i jakościowo − charakter obecnych rządów. Jednakowoż z faktu, że czytając Dornowe rozkminy, nie jesteśmy szczególnie zaskoczeni, trudno czynić mu zarzut. Po prostu jego opowieść przebija się czasem przez medialną papkę do głównego nurtu, jako ten subtelniejszy wariant narracji opozycyjnego komentariatu. Spośród którego, dodajmy, Dorna niewątpliwie wyróżnia ogólna trzeźwość, wybitna inteligencja, niechęć do topornych dychotomii i na dodatek poczucie humoru.

Zamykanie oczu

Żeby było jasne, Dorn jest konserwatystą i człowiekiem prawicy, choć w polskich warunkach niewątpliwie oświeconym. Trudno jednak nie westchnąć, czytając np. słowa człowieka „o nastawieniu konserwatywnym, z którego hierarchia Kościoła zrobiła pobożnego, wściekłego antyklerykała” (to sam o sobie), jakoby „okres od roku 1997 do śmierci Jana Pawła II był czasem stosunkowo udanej symbiozy społeczeństwa, państwa i Kościoła”. Albowiem – co za przypadek! – to właśnie ten okres, gdy konsensus elit pt. „zakopmy emancypację pod dywan, Unia jest najważniejsza” najsilniej blokował artykulację wszelkich postulatów wykraczających poza konserwatywne status quo.

A kiedy czytamy, jak Dorn łaskawie przyznaje, że w „poważnych” gender studies są inspirujące wątki, ale niestety marginalne na tle „potężnego, agresywnego, zagłuszającego wszystko bełkotu” – można już tylko parsknąć. A w wariancie najbardziej dla Dorna życzliwym powiedzieć, że wyważa otwarte drzwi. Tak się bowiem składa, że mnóstwo tematów, które sam wskazuje jako ważne: „nierówności na rynku pracy”, „analizy budżetu czasu gospodarstw domowych w podziale na płeć, które dają do myślenia i z których można wyciągać także wnioski dla polityki społecznej”, czy choćby męskocentryczność samochodowych testów zderzeniowych − jest przedmiotem badań i debat feministycznych od wielu lat, także w Polsce. Wystarczyło zapytać, np. jakąś feministkę.

Inna sprawa to polityka klimatyczna. Niby Dorn traktuje problem serio, niby widzi, że „to zmienia wszystko”, niby trzeźwo mówi o zagrożeniu darwinizmem społecznym (włącznie z odwołaniem do doświadczenia Zagłady), a także wskazuje na geopolityczne skutki ocieplenia globu… A jednak z ludzi próbujących mierzyć się z cywilizacyjnym kryzysem na poważnie robi nie tyle nawet fantastów, ile nowe wcielenie fanatycznych oświeceniowców. Którzy, dodajmy, tak bardzo kochają lud i dbają o warunki jego życia na planecie, że gotowi są odebrać mu politykę jako przestrzeń rosnącej wolności i emancypacji. Choć historyczno-ideowe wycieczki i kreślone przy okazji analogie bywają frapujące, to na końcu wywodu okazuje się, że np. panele obywatelskie są tylko skrytą za fasadą „woli powszechnej” scjentystyczną technokracją, zaś prawdziwa polityka rozgrywać się może jedynie między umownym Emmanuelem Macronem a umownymi „żółtymi kamizelkami”.

A jednak warto

Po pierwsze, warto poczytać, dlaczego widzenie III RP, od Mazowieckiego po Ewę Kopacz, w kategoriach politycznej ciągłości jest pozbawione sensu, jeśli nie liczyć sensu perswazyjnego, służącego Kaczyńskiemu oraz terapii grupowej jego zwolenników. Napięcia społeczne i silniejszy od nich prozachodni konsensus, wspomniane już stosunki z Kościołem, pole manewru dostępne władzy, siła dyskursów i ruchów antysystemowych, poziom zbieżności aspiracji społecznych z dyskursem elit – wszystko to bardziej różni Polskę przed i po 2004 roku, niż czyni je podobnymi.

Po drugie, z Rzeczpospolitej Trzeciej i Pół dowiemy się, jak często to, co czasem konieczne, bywa jednocześnie niewykonalne, bo interes partyjny z polityki nie daje się wyrugować. I choć inaczej niż Dorn mam poważne wątpliwości, czy koalicja PO-PiS zbudowałaby lepszą Polskę, niż mamy dziś, względnie wytworzyła jej nową „doktrynę państwową” godną państw centrum, do których aspirujemy – opowieść o okolicznościach jej niepowstania mówi dużo o mechanizmach polityki. Tych obiektywnych, wynikających z interesu partyjnego definiowanego w określonym momencie, ale też z jak najbardziej osobistych uprzedzeń ważnych ludzi w ważnych miejscach układu sił.

Dorn o Gduli: To nie nowy autorytaryzm, to sadyzm społeczny

Po trzecie, dowiemy się z tej rozmowy, dlaczego jedne instytucje − w tym rozmnożone ponad miarę powiaty – powstają, a inne w ogóle, chociaż powinny, jak „mózg państwa”, czyli niezależny od partii ośrodek prognozujący trendy, a potem koordynujący działania rządowych agend. Spojler: nie, to nie obce wywiady, nie mędrcy Syjonu, ani nawet nie zwykła ludzka głupota i zawiść sprawiły, że polskie państwo jest praktycznie ślepe na to, co czai się za horyzontem, i zdolne wyłącznie do reaktywnych i doraźnych działań. Spojler 2: to przede wszystkim wina Tuska. Dowiemy się też, że Polska w świecie nie może wszystkiego (znajdziemy w książce np. atak na świętość pt. polityka wschodnia Lecha Kaczyńskiego), acz mogłaby sporo więcej, niż robi dzisiaj.

Po czwarte, po lekturze zorientujemy się, że choć Koreą Południową ani Skandynawią szybko nie zostaniemy, to jednak reformatorskie okno możliwości się czasem otwiera.

Krótki kurs historii uwalniania zawodów prawniczych w 2001 roku (tzw. Lex Gosiewski) poprzez rozbijanie solidarności establishmentu, budowanie frontu reformatorskiego i szukanie nieoczywistych sojuszników to dla Dorna coś więcej niż okazja do szyderstw z „polityki sprzedawania cegły”, jak określa on PiS-owskie reformy sądownictwa. To też jedna z nielicznych, naprawdę optymistycznych opowieści o polityce polskiej w tej książce – bo mowa o przedsięwzięciu zarazem skutecznym, dotykającym potężnych interesów i przeprowadzonym w niekorzystnych warunkach.

Elektorat prawicy, który podzielałby diagnozy i sposób myślenia Dorna, jest dziś zbiorem bliskim pustego. To fakt nie bez związku z jego obecnym statusem coraz bardziej dobrotliwego z wiekiem emeryta politycznego; niemniej nie po to warto go czytać, by się dowiedzieć, co będzie robił nasz polityczny przeciwnik, i nie po to, by wiedzieć, co sami mamy robić. Sporo za to dzięki Dornowi zrozumiemy z warunków, w jakich tworzymy swój świat. Bo tych nie wybraliśmy, o czym nauczał Marks, a co oświecony konserwatysta doskonale rozumie. Rzeczpospolita Trzecia i Pół

**

Wywiad rzeka z Ludwikiem Dornem, Rzeczpospolita Trzecia i Pół, który przeprowadził Jarema Piekutowski, ukazał się właśnie nakładem Wydawnictwa Nowej Konfederacji.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij