Kraj

Nam się zaczęło pod dupą palić… Kim są organizatorki czarnego protestu?

Motywacje organizatorek i uczestniczek czarnego protestu były bardzo indywidualistyczne, na zasadzie „niech się państwo odpieprzy od mojego życia”. Trudno budować na tym lewicowy ruch.

Michał Sutowski: Jako badaczki największego wystąpienia społecznego ostatnich lat, rozmawiałyście z organizatorkami Czarnego Protestu – marszy w różnych miastach Polski z 3 października 2016 roku, które funkcjonowały też pod hasłem Ogólnopolski Strajk Kobiet. Zanim przeprowadziłyście wywiady, napisano już o nim sporo komentarzy. Przede wszystkim ogłoszono sukces – ze względu na skalę wydarzeń, ich rozproszenie, ponadklasowe uczestnictwo. Czy konfrontacja z osobami, które protest zorganizowały, czymkolwiek was zaskoczyła?

Zofia Włodarczyk: Nie spodziewałam się, że rola Facebooka przy organizacji protestu będzie aż tak znacząca. Od lat pisze się o roli mediów społecznościowych przy tego rodzaju akcjach – nieraz też bardzo sceptycznie – ale w tym wypadku właśnie dzięki Facebookowi w tak krótkim czasie mogły się spotkać i zorganizować dziewczyny, które wcześniej w ogóle się nie widziały.

Kiedyś mieliśmy falę entuzjazmu – że na Facebooku i Twitterze rewolucje robią się niemal same, potem przyszła fala krytyki w duchu „kliktywizmu”: zaczęto pisać, że Facebook raczej neutralizuje społeczny gniew, bo ekspresja opinii nie przekłada się na działanie.

Katarzyna Murawska: To jasne, że protest sam się nie zorganizował, ani nie zainspirował go Zuckerberg. Facebook odegrał jednak wielką rolę na kilku poziomach naraz. Po pierwsze, informował, że coś się zaczyna dziać na długo przed tradycyjnymi mediami – one zaczęły się zgłaszać do organizatorek, kiedy lawina już ruszyła. Po drugie, pozwalał się skomunikować organizatorkom w sposób, który obniżał bariery wejścia.

To znaczy?

Nie każdy jest gotów przyjść na spotkanie organizacyjne w obce miejsce – nawet jak się o nim dowie z jakiejś ulotki – gdzie pewnie nikogo nie zna, za to wszyscy tam się znają. Dla ludzi z niższym kapitałem społecznym to często problem nie do przejścia. Facebook sprawił, że ludzie mogli łatwo wykonać pierwszy krok, tzn. napisać: hej, czy potrzebna jest jakaś pomoc? To właśnie na grupach lokalnych omawiano i koordynowano działania, podział pracy, kto co załatwia itp.

By zbawić świat, kliknij tutaj

I to chyba też Facebook „uruchomił temat” poprzez masową publikację zdjęć w czerni?

KM: Faktycznie, hashtag #czarnyprotest to kolejny, a chronologicznie chyba pierwszy element sukcesu. W ramach naszych badań rozmawiałyśmy z dziewczyną, która tę akcję zainicjowała i ona sama nie spodziewała się tak dużej reakcji. Po jednym dniu to zaczęło żyć własnym życiem i budowało grunt pod demokratyczny i masowy charakter tej akcji.

Pomysłodawczyni tego hashtagu była z partii Razem. To by sugerowało, że jego „życie własnym życiem” było możliwe dlatego, że najpierw jakaś istniejąca struktura czy sieć pomogła mu się… narodzić?

ZW: Rzeczywiście partia buduje swoją markę na Facebooku od 2 lat i ma już duże grono odbiorców, które stało się motorem całej akcji #czarnyprotest. Zaskoczenie jednak wywołało rozlanie się tej inicjatywy poza środowisko lewicowe.

Rozumiem, że właśnie dzięki temu „viralowi” nagle można się było policzyć?

KM: Tak, to pozwoliło zobaczyć, że skłonnych do protestu jest mnóstwo, ale też, że łatwo się do niego przyłączyć. W małej wsi czy miasteczku można sobie zrobić selfie, które będzie częścią wielkiej akcji z gotową oprawą estetyczną – atrakcyjność wizualna tych zdjęć zachęcała do dzielenia się nimi.

ZW: Wokół tego budowały się ad hoc małe społeczności: całe klasy z nauczycielkami pozowały do zdjęcia w czerni, a nieraz też szły potem na protest.

Mówicie o tym, jak narzędzie sieciowe w połączeniu z estetyką ułatwiło akces do protestu. Ale jakie były motywacje jego uczestniczek i uczestników?

KM: Rozmawiałyśmy z dwudziestoma organizatorkami, więc jest to raczej mała próba. Odpowiedzi były tak naprawdę różne. Czytając wywiady i słuchając argumentacji, miałam wrażenie, że motywacje były bardzo indywidualne. Nie chodziło o identyfikację z jakąś grupą, środowiskiem czy ideologią, tylko o poczucie, że ktoś zabiera mi moje prawa, że chcą mi odebrać moją wolność czy, jak to ujęła jedna z rozmówczyń, że „mnie się pali koło dupy”.

ZW: Opowieści organizatorek tłumaczących, jakie motywacje nimi kierowały, były bardzo naładowane emocjonalnie. One rzeczywiście mówiły z bardzo indywidualnej perspektywy, ale wspólny był dla nich motyw narastania silnych emocji, ich spiętrzenia i potrzeby znalezienia dla nich ujścia. „Jak czegoś nie zrobię, to skończę na kardiologii” – mówiła jedna z nich.

KM: Główną emocją był gniew na to, że ktoś mnie ogranicza, że mówi mi, co mam robić w moich sprawach. Pojawiały się też wypowiedzi, że to był protest przeciwko PiS, bo to już „kolejny zamach na nasze prawa”, ale jednak takie głosy były w mniejszości.

Dziemianowicz-Bąk: Wygraliśmy bitwę, nie wojnę

A jak to się ma do poglądów na samą sprawę aborcji? Po proteście zaczęły się spory, czy uczestniczki są faktycznie pro-choice, czy np. głosowałyby za liberalizacją ustawy, a może raczej większość jest za kompromisem. Co tak naprawdę wiemy na ten temat?

KM: Jak już wcześniej wspominałyśmy, rozmawiałyśmy z organizatorkami, a nie zwykłymi uczestniczkami protestu, więc trudno nam mówić o motywacjach setek tysięcy uczestników i uczestniczek.

ZW: Można by próbować analizować hasła pojawiające się na transparentach podczas protestów i na tej podstawie określać czy uczestniczki są bardziej pro-choice czy pro-status quo. Jednak jasne jest, że to osoby z silniej sformułowanymi poglądami, które nie boją się ich manifestować, częściej tworzą takie transparenty.

Mówicie dużo o narastaniu napięcia, spiętrzaniu się emocji, jakie poprzedzało protesty. Ale co przesądziło, co było zapalnikiem? To, że ktoś zaproponował formę i estetykę protestu? Samo hasło „czarnego protestu”?

KM: Grunt był budowany od miesięcy, bo przecież na wiosnę zbierano podpisy w ramach inicjatywy ustawodawczej Ratujmy kobiety, a jeszcze wcześniej powstała na FB grupa Dziewuchy dziewuchom, służąca wymianie informacji na temat planowanego zaostrzenia przez prawicę ustawy antyaborcyjnej. Bezpośrednim impulsem były jednak wiralowo rozchodzące się po Facebooku zdjęcia w czerni.

ZW: I wezwanie Krystyny Jandy, by naśladować Islandki ze słynnego strajku kobiet z 1975 roku, kiedy protestowało 90 procent mieszkanek tego kraju. Dzięki temu wszystkiemu masowy protest uliczny stawał się coraz bardziej wyobrażalny.

KM: W naszych rozmowach powracały też wątki o demonstracjach KOD i partii Razem, które to organizacje działają przecież lokalnie. Przygotowywały one manifestacje czy pikiety również poza dużymi miastami. To kształtowało wyobraźnię: że demonstracja w małym miasteczku w ogóle jest możliwa, ale też podpowiadało, jak to zrobić. Wskazywało, że są ludzie, którzy potrafią zorganizować nagłośnienie, wiedzą, gdzie się załatwia pozwolenie na manifestację etc. I KOD, i Razem budowały taki kapitał od miesięcy – to wszystko razem pozwoliło na tak wielki sukces masowego protestu z 3 października.

ZW: Ten kapitał organizacyjny miał szczególne znaczenie w mniejszych miejscowościach, bo przecież w Warszawie czy Wrocławiu doświadczeni organizatorzy zawsze się znajdą, demonstracje w różnej skali odbywają się od zawsze i nie brakuje instytucji o dużych zasobach do takich zadań. W małych miejscowościach dużo większe znaczenie miały nieformalne sieci kontaktów – pomocne było to, że ludzie wiedzieli, do kogo mogą się odezwać w sprawach organizacji.

Nowacka: Czarny protest był egalitarny i solidarny

A jak się do tego mają np. środowiska feministyczne czy organizacje pozarządowe?

KM: Nieco mnie to zaskoczyło, że działaczki feministyczne i społeczne były na protestach masowo obecne, ale nie w grupie ścisłych organizatorek. Te z kolei wyraźnie nie chciały identyfikować siebie i protestu z żadną z partii politycznych, ale też często odcinały się od organizacji feministycznych. Środowiska pozarządowe oferowały swoją pomoc, ale ta nie zawsze była przyjmowana. Rzadko natomiast rozmówczynie same zwracały się z prośbą o pomoc do trzeciego sektora.

A z czego to wynikało? Chodziło o spór na linii – liberalizm-radykalizm? KOD versus radykalny feminizm?

KM: Czarny protest niósł inną narrację niż znana np. z Manify. Nie było tam w ogóle słychać profesjonalnego czy akademickiego dyskursu o „prawach reprodukcyjnych”, tylko hasła w rodzaju „Hańba! Posłowie budują piekło kobiet”. Przekaz profesjonalny w stylu „walczymy o prawa reprodukcyjne” trudniej umasowić.

Ale na Manifach też słychać hasła „popowe”. Pytam raczej o to, czy dystans do zorganizowanych środowisk czy organizacji pozarządowych wynikał z kwestii ideowych – aby czarny protest nie stał się „nazbyt radykalny”, czy raczej z niechęci do wszystkiego, co zorganizowane?

ZW: Tym, co sprawiło, że tak wiele kobiet i mężczyzn wyszło na ulice, co było widać na transparentach, ale i w wypowiedziach naszych rozmówczyń, było indywidualne poczucie zagrożenia. Kobiety poczuły, że to ich osobiście dotyczy – na typowych manifestacjach, w tym na Manifach, tożsamość i przekaz są bardziej „systemowe”, ale też środowiskowe. Stąd też wynikają częste spory o to, czyje to jest, a czyje nie, oskarżenia o zawłaszczenie etc. W czarnym proteście organizatorki bardzo mocno podkreślały, że to jest „ich”, a nie jakichś organizacji, środowisk, nie mówiąc o partiach politycznych. Stąd częsta na protestach lokalnych reguła „no logo”, czyli zakaz przynoszenie na marsze sztandarów partyjnych.

Ale rozumiem, że nie chodzi tylko o partie, ale o organizacje w ogóle?

W czarnym proteście organizatorki bardzo mocno podkreślały, że to jest „ich”, a nie jakichś organizacji, środowisk, nie mówiąc o partiach politycznych.

KM: Wszystko, co jest jakkolwiek „upolitycznione” traktowane było przez organizatorki jako podejrzane – z obawą, że kryją się za tym jakieś interesy poszczególnych grup czy środowisk, że protest może zostać zinstrumentalizowany. Polityka – w odróżnieniu od ruchu obywatelskiego i generalnie oddolnego – to niemal brzydkie słowo.

ZW: Organizatorki mogły też uważać, że jeśli coś zostanie zaprezentowane jako polityczne lub partykularno-środowiskowe, to łatwo będzie umniejszyć wagę sprawy, czyli wolności decydowania o sobie wszystkich kobiet. Dlatego tak ważne było pokazanie, że czarny protest nie wywodzi się wprost z żadnego istniejącego środowiska czy istniejącej już grupy, choć – jak już mówiłyśmy – i KOD, i Razem budowały dla niego dogodny kontekst.

Komentatorzy czarnego protestu podkreślali, że jego sukces miał trzy wymiary: ponadregionalny, ponadklasowy i ponadpokoleniowy. Zdjęcia i nagrania potwierdzają, że z pewnością dotyczy to uczestniczek demonstracji 3 października. A co z samymi organizatorkami? One też reprezentowały różne klasy, pokolenia i miejsca Polski?

KM: Wiemy, że protesty odbywały się naprawdę w całej Polsce, ale wśród organizatorek widać pewną prawidłowość. Nawet te z mniejszych miejscowości albo przeniosły się do nich z dużego miasta – co wpisuje się w trend inteligencji i wyższej klasy średniej, które całe życie spędzają w dużym mieście, a w pewnym momencie osiedlają się np. w Białowieży – albo wyjechały ze swoich rodzinnych domów na studia, ewentualnie mieszkały za granicą.

ZW: Niekoniecznie musiały tam studiować, często wykonywały mało wyspecjalizowane zawody, np. jedna z rozmówczyń była kelnerką w Wielkiej Brytanii, ale mają za sobą doświadczenie pobytu za granicą. Na podstawie 20 wywiadów trudno oczywiście generalizować, ale to akurat było uderzające – niezależnie, czy były przyjezdne, czy wychowały się w tych miejscowościach, miały za sobą doświadczenie życia poza małym miastem, albo poza Polską. Za to międzypokoleniowy charakter uczestnictwa potwierdzał się także wśród organizatorek, którymi były zarówno studentki, jak i babcie.

Czarny protest idzie po swoje

A co z klasami społecznymi? Wykształceniem?

KM: Akurat klasowy podział był najbardziej wyraźny: organizatorki z jednym wyjątkiem miały wyższe wykształcenie, tylko jedna nasza rozmówczyni była bez studiów. Pracowała w domu, aczkolwiek jej mąż był wcześniej komendantem policji w małym mieście, więc kapitał kulturowy mogła mieć zapośredniczony przez męża, tzn. wyższy, niż wynikałoby to z formalnego wykształcenia. Co więcej, była to matka niepełnosprawnego dziecka, której osobiste doświadczenie uświadomiło istotę tego problemu.

I być może ta dawna funkcja męża, choćby i byłego, dawała jej spory kapitał społeczny, sieć kontaktów, wiarygodność?

KM: Też miałam intuicję, że to ktoś rozpoznawalny, ale przy okazji innych badań w tej samej miejscowości pytałam o protest pracownice lokalnego urzędu, a więc przedstawicielki typowej klasy średniej – i one nie traktowały organizatorek jako osób „z towarzystwa”.

ZW: Sieci kontaktów i zaufanie społeczności miały spore znaczenie, ale np. w Płocku protest organizowały dwie dziewczyny, studentki bez doświadczenia w tym obszarze, a główną organizatorką została ta, która założyła profil Ogólnopolskiego Strajku Kobiet na Facebooku. W innej miejscowości zdarzyło się jednak, że profil na FB zainicjowała kobieta bez doświadczenia, jednak grupa lokalnych anarchistów poprosiła ją o odstąpienie im tego profilu, z uwagi na ich większe doświadczenie w organizacji manifestacji. Rzeczywiście tak zrobiła i nie odegrała potem żadnej roli.

Kubisa: Odzyskajmy Polskę dla kobiet!

Wygląda więc na to, że niezależnie od miejsca, doświadczenia aktywistycznego czy wieku poszczególnych osób, organizacją protestów z reguły zajmują się osoby z inteligencji, z doświadczeniem życia wielkomiejskiego?

KM: To rymuje mi się z moim doświadczeniem uczestnictwa w szkoleniu dla lokalnych watchdogów. Wszyscy uczestnicy albo przyjechali do gminy po studiach w wielkim mieście, albo przeprowadzili się z miasta na wieś – nie widziałam nikogo, kto by żył cały czas w swoim małym mieście. To zresztą zrozumiałe, bo komuś silnie zanurzonemu w społeczności trudniej jest prowadzić działalność strażniczą, zwłaszcza kiedy gmina jest głównym pracodawcą w okolicy.

A czy organizatorki demonstracji czarnego protestu napotykały trudności ze strony władz lokalnych?

KM: Nie, jeśli chodzi o instytucje publiczne, służby porządkowe, a nawet lokalne władze, obywało się bez napięć. Co zabawne, gdy pojawiały się jakieś trudności, np. przy rejestracji, to nie ze względu na niechęć władzy, ale prosty fakt, że w miejscowości od bardzo dawna nie było manifestacji, więc nawet policjanci nie wiedzieli, jak się właściwie rejestruje zgromadzenie. Ale się dowiedzieli i pomogli.

ZW: Z naszych rozmów wynika, że służby lokalne i władze były wręcz pozytywnie nastawione, skłonne do pomocy.

Bo w samorządach rządzi PO? Czy po prostu Polska samorządowa rządzi się swoimi prawami?

KM: Intuicyjnie powiedziałabym, że władza lokalna i centralna to jednak inne światy.

ZW: Jeden z wywiadów dotyczył miejscowości, w której władze lokalne tworzy PiS. Wiadomo, że radni nie wspierali protestu czynnie, ale kiedy marsz dotarł pod urząd gminy, to jedna czy dwie jego pracownice otwarcie się do niego przyłączyły.

A gdzie w tym proteście byli faceci?

ZW: Wśród naszych respondentów było dwóch mężczyzn, ale zdecydowana większość to kobiety. Było za to sporo „cichych bohaterów”, na zasadzie, że ktoś pomagał w organizacji nagłośnienia albo trzymał parasolkę nad głową przemawiającej.

KM: Pojawiali się jako wsparcie, ale wielkiej roli nie odegrali. Nie brakowało ich za to wśród uczestników, pamiętam np. ojca z kilkuletnią córką, który mówił, że protestuje dla jej przyszłości.

ZW: W jednej z miejscowości to mężczyzna zaczął organizować protest, ale się wycofał, bo uznał, że lepiej będzie, żeby czarny protest organizowała kobieta.

Co po czarnym proteście? Wiemy mniej więcej, kto go organizował, ale jak to zaangażowanie przełożyło się na same organizatorki? Co to wydarzenie zmieniło w ich życiu?

KM: Dość zgodnie mówiły, że to doświadczenie coś w nich przełamało – nie tyle w sensie osobistego „wydarzenia formacyjnego”, które było zapewne udziałem wielu uczestniczek, ale też ich miejsca w społeczności.

ZW: Można chyba rozróżnić trzy grupy. Pierwsza to głównie działaczki środowisk anarchistycznych i feministycznych z dużym doświadczeniem – jedna rozmówczyni z dumą opowiadała, że pierwszą demonstrację organizowała w 1997 roku. Druga grupa to osoby, które brały bierny udział, tzn. chodziły na demonstracje, ale tym razem po raz pierwszy zaangażowały się czynnie. Wreszcie były też i takie organizatorki, dla których to był pierwszy protest, z jakim miały do czynienia.

Na pewno widać zmianę w przypadku tych dwóch ostatnich grup – to najczęściej kobiety z małych miast, gdzie przez ostatnie 7-8 lat nie było żadnej demonstracji. W jednym z miast średniej wielkości dziewczyny mówiły, że od dłuższego czasu toczyły się rozmowy, także w kuluarach partii politycznych, by zorganizować protest przeciwko zanieczyszczaniu lokalnego środowiska przez wielką rafinerię, ale bano się, że nic z tego nie wyjdzie. Po czarnym proteście uznano, że skoro on się udał, to i ten nowy ma szanse. I o pomoc poproszono właśnie organizatorki czarnego protestu, które rozpoznawano odtąd jako doświadczone liderki. Także w innych miejscach organizatorki się zaktywizowały i zaczęły działać na rzecz lokalnej społeczności, również w tak niepolitycznych kwestiach, jak organizowanie pomocy lokalnym pogorzelcom. Organizacja czarnego protestu zbudowała tym kobietom lokalną – i nie tylko – rozpoznawalność, do tego stopnia, że zaczęły się do nich zgłaszać partie polityczne, by wstępowały w ich szeregi.

Lewicę odbudują kobiety

Ten kapitał umiejętności organizacyjnych, kontaktów i rozpoznawalności na pewno wzmacnia pozycję organizatorek w społeczności i zwiększa szansę, że obywatele staną się w danym miejscu aktywniejsi. Ale czy waszym zdaniem sukces czarnego protestu może wygenerować energię polityczną? Przekładalną na wynik wyborów? Pamiętamy, że inny „apolityczny” protest, czyli ten przeciwko ACTA, łączył anarcholewaków z prawicowymi libertarianami; większość ACTA-wistów zagłosowała potem na Kukiza. Czarny protest, nawet jeśli organizatorki odżegnywały się od polityki, powinien „grać” na siły liberalne i lewicowe. Są na to szanse?

Organizacja czarnego protestu zbudowała tym kobietom lokalną – i nie tylko – rozpoznawalność, do tego stopnia, że zaczęły się do nich zgłaszać partie polityczne, by wstępowały w ich szeregi.

KM: Chciałabym, żeby tak było, ale mam wiele wątpliwości. Skoro motywacje organizatorek i uczestniczek były aż tak indywidualistyczne, na zasadzie „niech się państwo odpieprzy od mojego życia”, to jednak trudno budować na tym lewicowy ruch. Zwłaszcza że niechęć do partyjnych sztandarów była właściwie powszechna. Nadzieja w tym, że na te osobiste motywacje i uczucie gniewu, że ktoś mnie ogranicza – to wszystko, co wyprowadziło kobiety na ulice – nałożyło się doświadczenie, którego już na tych ulicach doznały. Chodzi o atmosferę spontanicznego święta kobiet, poczucia solidarności, policzenia się, wrażenia, że jesteśmy wszystkie razem.

A czy nie macie wrażenia, że to właśnie czarny protest wprowadził prawa kobiet, w tym prawo do wyboru w sprawie przerwania ciąży, do głównego nurtu? Że żadna partia opozycji nie może już tego tematu zlekceważyć i nawet rząd poczuł się zmuszony cofnąć?

ZW: Nie tylko w Polsce jest taka tendencja, protesty w podobnym duchu były też w USA i Argentynie. Świadomość, że prawa kobiet to sprawy najwyższej wagi, stała się dość powszechna. Nie wiem jednak, na ile można to wpisywać w postulaty jednego nurtu politycznego. Zastanawiam się też, czy postulaty nie straciłyby mocy, gdyby przypisać je tylko jednej partii.

Tyle że bez partii, która te postulaty podejmie, nie będzie możliwa zmiana prawa, bo przecież głosują nad nim posłowie. To pytanie wykracza oczywiście poza zakres waszego badania, ale jak wyobrażacie sobie przetworzenie energii tego protestu na zmianę regulacji prawnych? A może skończy się tylko na jednorazowym akcie oporu? Na powstrzymaniu działań władzy, ale bez uruchamiania dynamiki „wahadła” na rzecz zmiany w lewo?

KM: Trudno będzie o zmiany regulacji prawnych na bardziej liberalne, dopóki mamy konserwatywny rząd PIS. Wydaje nam się, że do kolejnych wyborów i samorządowych, i parlamentarnych jest jeszcze zbyt dużo czasu, by energia wytworzona podczas czarnych protestów mogła przechylić to wahadło na lewo. Chyba, że obecna władza da kobietom kolejne preteksty do wyjścia na ulice.

To niech PO stworzy lewicę

***
W ramach seminariów badawczych Instytutu Studiów Zaawansowanych Katarzyna Murawska i Zofia Włodarczyk przygotowały analizę pt. Nam się zaczęło pod dupą palić… Czarny protest w perspektywie organizatorek. Będące jej podstawą badanie przeprowadzone pod kierunkiem dr Przemysława Sadury powstało dla Fundacji Pole Dialogu, która realizowała je na zlecenie IS UW w ramach projektu prof. Jacka Raciborskiego pt. Państwo współczesne: style działania, finansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki (2012/07/B/HS6/02270).

Katarzyna Murawska – w Instytucie Socjologii UW przygotowuje doktorat o postrzeganiu świata przez dzieci i młodzież
wykluczone społecznie. Obszarem tym zajmuje się zarówno teoretycznie, jak i praktycznie. Jest pedagożką uliczną na
Pradze Północ z ramienia Grupy Pedagogiki i Animacji Społecznej. Z Fundacją Pole Dialogu współpracowała m.in. przy
projekcie „Mikrolaboratorium partycypacji”, koordynowała też projekt „Zaprogramuj dom kultury” na Targówku. Wspierała również przekraczanie barier klasowych w partycypacji obywatelskiej w ramach projektu „Z klasą o kulturze”.

Zofia Włodarczyk – doktorantka w Instytucie Socjologii UW, badaczka i działaczka społeczna. Jako wolontariuszka
współprowadziła zajęcia w ośrodku dla uchodźców na Targówku, pracowała w obozie dla uchodźców w Serbii, była
konsultantką w telefonie zaufania dla dzieci i młodzieży. Brała udział w tworzeniu Ekologicznego Uniwersytetu Ludowego. Autorka nagradzanej pracy magisterskiej Między rodziną a lokalną społecznością. Sprawstwo w biografiach kobiet wiejskich. Od września rozpoczyna studia doktoranckie na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Krytyki Politycznej. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij