Kraj

Nie chcę, aby moje dzieci uczyły się kosztem zdrowia

Każdy z nas wie, co to jest dobry nauczyciel, i ma w sobie różne przekonania: to była straszna piła, płakałam przez nią pięć nocy, ale się nauczyłam do tej klasówki. Nie wiem, czy ja chcę, aby moje dzieci płakały, miały nerwice szkolne i mówiły, że dzięki temu czegoś się nauczyły. Dla mnie chyba ważniejsze jest ich zdrowie psychiczne. Rozmowa z Grzegorzem Mazurkiewiczem, szefem Zakładu Przywództwa i Zarządzania w Edukacji na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Joanna Mikulska: Gdzie jest polska szkoła teraz?

Grzegorz Mazurkiewicz: Trwa w permanentnym kryzysie od lat. Natomiast od 2015 roku jest w kryzysie totalnym wywołanym pseudoreformą, wojną ideologiczną, kontrolą, upolitycznieniem kuratoriów oraz deprofesjonalizacją nauczycieli. Gdy dwa lata temu ogłoszono strajk nauczycieli, myślałem, że postawienie tak głośno i wyraźnie problemu edukacyjnego na stole zaowocuje przynajmniej debatą. Moim zdaniem popełniono błąd, że zatrzymano się tylko na postulacie dotyczącym wynagrodzeń.

To był świetny pierwszy krok, ale nie tylko tego było trzeba. W każdej szkole nauczyciele powinni byli wtedy opowiadać, rozmawiać, nagrywać podcasty, które tłumaczyłyby lokalnym społecznościom i ich dzieciom, dlaczego strajkują, jakie postulaty stawiają. Niestety, ten konflikt został przez władze wykastrowany, nauczycieli wzięto na przeczekanie. Dość szybko pojawiło się w społeczeństwie zniecierpliwienie, że dzieci w domu, że to za długo. Ja niestety pomyliłem się, myślałem, że to będzie coś ożywczego, że da podstawy do dyskusji o nowej polskiej szkole: co chcemy zmienić, dokąd chcemy iść, ale to się nie wydarzyło w takim stopniu, aby stać się zaczynem zmiany. Nauczyciele zostali upokorzeni. Nic właściwie nie zyskali i wiele złego usłyszeli na swój temat.

Nauczyciele nie chcą być „przegrywami”, którzy dopłacają do swojego miejsca pracy

A teraz pandemia uwypukla słabości systemu: centralizację, upolitycznienie i ręczne sterowanie. Obawiam się, że ponownie nie wykorzystamy dobrego momentu do zmiany.

Możemy posłużyć się jakimś przykładem?

Zabrakło nawet takiej prostej rzeczy jak uzgodnienie, na jakiej platformie będziemy prowadzić zajęcia, każda szkoła ustalała to samodzielnie. Przy centralnie sterowanym systemie nie było żadnych decyzji w tym obszarze ani wsparcia. Znowu wszystko położono na barkach dyrektorów czy nauczycieli. I oni walczyli jak zawsze, w bardziej lub mniej heroicznych próbach. Natomiast to, w jaki sposób ubezwłasnowolniono dyrektorów, menadżerów szkół, spowodowało, że szkoła w drugiej połowie 2020 była sparaliżowana. Nie wiadomo było, co dyrektorzy mogą, a czego nie.

Na czym polegało to ubezwłasnowolnienie?

Wydawało się, że w związku z pandemią dyrektorzy dostali szerokie uprawnienia, że będą mogli decydować, czy zamykać, czy otwierać szkołę, czy przechodzić na system hybrydowy, czy działać stacjonarnie. Jednak po chwili okazało się, że nie mogą, tylko muszą radzić się sanepidu, z którym w dodatku kontakt był bardzo utrudniony. Minister Piontkowski mówił na wiosnę, że przecież podstawa programowa jest realizowana, wszystko hula, wszystko działa. Potem, w wakacje, pojawił się raport, że wszystko się udało, i to przy wsparciu ministerstwa. A jednocześnie szkoły weszły w jesienną falę pandemii zupełnie nieprzygotowane. To, że jakoś dopłynęliśmy do brzegu, to jest zasługa moim zdaniem nauczycieli i dyrektorów.

Co dyrektor może w szkole?

To jest trudne pytanie. Obie opinie, które teraz wygłoszę, są równie wiarygodne i można znaleźć na nie argumenty. Dyrektor może niewiele i przez przeróżne zakazy i nakazy, dokumenty jego rola jest ograniczona, nie ma autonomii. Natomiast z drugiej strony wiadomo, że wielu dyrektorów bierze sobie tę autonomię i ma ogromne spektrum wolności, ponieważ w praktyce, przez działanie sobie tę wolność buduje. To jest tak, że jeśli dyrektor chce powiedzieć, że ma ręce związane i nic nie może zrobić, to może tak powiedzieć, a z drugiej strony dyrektor, który ma pomysły na zmiany w szkole, przeprowadza je.

Jak w takim razie to robi?

Najczęściej jest tak, że przy podejmowaniu działania posługujemy się stereotypami. Mamy trzy poziomy: co chcę, co mogę, co muszę − wynegocjować z nauczycielami, rodzicami i uczniami. Jeśli te moje działania nie są zbyt kontrowersyjne i nie wychodzę z mojego podwórka, to mogę dużo. Druga sprawa to jest to, co ja mogę zgodnie z prawem. A trzeci poziom to są relacje z władzą, wielu dyrektorów potrafi sobie je ułożyć. Z jednej strony z samorządami, z drugiej strony z kuratorium. Ja uważam, że dyrektorzy wolności mają za mało, chociaż niektórzy mogą ją sobie wydeptać. Wolałbym jednak, aby nie trzeba było manipulować, grać, walczyć. Z drugiej strony: edukacja jest sprawą polityczną.

Chętnie posłucham więcej.

Przy każdej zmianie społecznej i politycznej nauczyciele i dyrektorzy podpisywali rodzaj kontraktu ze społeczeństwem: wy nam płacicie, a my przygotowujemy dzieci do tego, żeby były dobrymi chrześcijanami albo żeby były kreatywne, albo się świetnie odnajdywały na rynku pracy. Zadania, które się stawia przed szkołami, są sezonowe.

Jestem głębokim przeciwnikiem stwierdzenia, że szkoła ma być apolityczna, bo ci, którzy tak mówią, często mają jak najbardziej polityczne cele. Uważam, że powinniśmy grać otwarcie i w szkołach powinny być obecne wszystkie opcje polityczne. Nauczyciele i dyrektorzy powinni zabierać głos, mówić o swoich poglądach, bo ta różnorodność może nas uratować. Polityczność przestanie być podejrzana, a przeciwnicy polityczni może w końcu przestaną być wrogami.

Jako aktywista i utopista mówię: jest różnie, ale próbujmy tę agorę, jaką jest szkoła, budować, bierzmy tę wolność, starajmy się wywalczyć autonomię. Natomiast jako obywatel widzę wyraźnie, że się próbuje dyrektorom i tym aktywniejszym nauczycielom zabraniać kreowania i projektowania szkolnej rzeczywistości według własnych zasad.

A jak jest z odpowiedzialnością za wybranie którejś z tych ścieżek? Spada ona na dyrektorkę/dyrektora czy jest rozdzielana pomiędzy nauczycieli?

No niestety żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i patriarchalnym, chociaż wiele kobiet pełni funkcję dyrektora szkoły. Może mamy w edukacji też cień tego, co opisywał Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji, i nie wyrośliśmy jeszcze z folwarku.

Partycypacja w procesie decyzyjnym jest trudna do wprowadzania i nie znajduje w Polsce gruntu, na którym łatwo się przyjmuje. Dyrektorzy to zazwyczaj osoby, które indywidualnie odpowiadają. Również wtedy, kiedy mówią: zobaczcie, co wspaniałego zrobiłem. To wielkie wyzwanie przywództwa, żeby zamiast tego powiedzieć: to moi ludzie zrobili. I podobnie, odpowiedzialność jest jednostkowa − gdy trzeba znaleźć tego, kto jest odpowiedzialny za negatywne konsekwencje zarządzania. To jest smutna rzeczywistość. Jest płasko, nikt nie wystaje i tylko tam wysoko, ponad głowami widać jednego lidera, to dyrektor szkoły.

Jak może być inaczej?

W tradycji anglosaskiej istnieje poziom middle management. Nauczyciele uczą się, jak przewodzić małej grupie, a potem przewodzą większym. My mamy model bardziej autorytarny, ale ta rola przywódcza jest trudna. I jak dla mnie silnie wiąże się z tym kryzysem, którego doświadczamy. Jestem zwolennikiem tezy, że przywództwo oparte na jednym charyzmatycznym liderze się skończyło. Między innymi dlatego, że rzeczywistość jest tak skomplikowana, że jedna osoba nie jest w stanie jej ogarnąć. Limitem każdej organizacji są ograniczenia jej lidera i przywódcy.

Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wyzwania rzeczywistości, jeżeli wszystkie decyzje będziemy skupiać w jednym ręku. Legenda o tym, że jest jedna osoba, która jest nieomylna i wie wszystko, jest legendą szkodliwą dla organizacji. Szkoła nie nadąża, nie potrafi zaproponować nowych rozwiązań i to wynika z tego, że my wciąż nie możemy zagospodarować tych korzyści, które niesie za sobą przywództwo partycypacyjne, zapraszanie ludzi do stołu, do dyskusji.

Co się wtedy dzieje, gdy zaprosimy ludzi do wspólnego stołu?

Wystarczy spojrzeć na ruchy obywatelskie, na protesty, na przykład Strajk Kobiet. Było tam starcie dwóch modeli, ale też uruchomienie dużych pokładów energii: organizacyjnej i komunikacyjnej. Gdyby każdy: uczniowie, nauczyciele, rodzicie, władze lokalne wzięli cząstkę odpowiedzialności, chcieli się w to zaangażować, to stoimy przed szansą uruchomienia czegoś wielkiego.

Aż się uśmiechnęłam, gdy mówił pan o tej odpowiedzialności.

Wiem, że wizja jest może zbyt idealistyczna, ale metamorfoza powinna dotknąć różne sfery naszego życia. Porównałbym ją do sytuacji zmiany myślenia na temat spalania paliw kopalnych. Palenie węglem prowadzi do globalnego ocieplenia i jeśli chcemy w ciągu kilkudziesięciu lat doprowadzić do poziomu zero emisji, to trzeba zmienić myślenie. Tak samo przywództwo klasyczne prowadzi do przegrzania, ale jeśli zaczniemy trochę bardziej ufać ludziom, wprowadzać mniej zakazów i nakazów, a więcej zaufania do ludzi i współdzielenia odpowiedzialności, mamy szansę na zmianę.

Czy znowu mogłabym poprosić o przykład?

Jestem ze Śląska i pamiętam, że „wongiel” decydował o tym, jak ludzie tam żyli i jak spędzali czas. Piwiarnie na Śląsku otwierano o szóstej rano, bo wtedy kończyła się zmiana nocna i górnik po pracy chciał iść na piwo. To był styl życia, rozrywka, kultura, sposób spędzania czasu i sposób zarabiania pieniędzy. Wszystko. I tak samo jest z edukacją. To nie jest tak, że możemy ją zmienić za pomocą pstryknięcia, ale możemy zapoczątkować pewną falę.

Falę zmian.

Jej potencjał budzi moją nadzieję. Są oczywiście przeszkody, które powinny zostać zniesione, i nie myślę tu tylko o aktualnie rządzących, ale też o modelach mentalnych, przekonaniach na temat rzeczywistości i edukacji.

Ten model edukacji jest zabójczy i dla naszej psychiki, i dla naszego świata

Jakich?

Na przykład: co to znaczy „dobry uczeń” i „dobry nauczyciel”, po co nam egzaminy i testy. Każdy z nas ma za sobą kilkanaście tysięcy godzin obserwacji pracy nauczyciela. Każdy z nas wie, co to jest dobry nauczyciel, i ma w sobie różne przekonania: to była straszna piła, płakałam przez nią pięć nocy, ale się nauczyłam do tej klasówki. Nie wiem, czy ja chcę, aby moje dzieci płakały, miały nerwice szkolne i mówiły, że dzięki temu czegoś się nauczyły. Dla mnie chyba ważniejsze jest ich zdrowie psychiczne. Ale dorośli przez lata to akceptowali i ta przemoc obowiązywała. I to jest tylko jedna z historii, a ich przecież są setki.

Wracając jeszcze do dyrektorów. Czy oni mają sojuszników?

Jestem świadomy, że świat szkoły i edukacji jest bardzo różnorodny. Jest masa szkół, dyrektorów i nauczycieli, które zupełnie nie pasują do tego modelu hierarchicznego, który opisałem. Są też oddolne działania, organizacje takie jak Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty. Dyrektorzy, którzy są tam, na pewno mają łatwiej, bo mają wsparcie swoich kolegów i koleżanek.

Natomiast jeśli pyta pani o sojuszników, to opowiem historię, która przydarzyła się całemu mojemu zespołowi, gdy na Uniwersytecie Jagiellońskim na wydziale zarządzania przygotowywaliśmy roczny kurs szkolenia dyrektorów.

Najpierw przez rok opracowywaliśmy model i szkolenie. Zrobiliśmy przegląd literatury światowej i wypisaliśmy 96 kompetencji, które rekomendują badacze, zrobiliśmy ankietę dla potencjalnych uczestników, aby dowiedzieć się, które z tych 96 kompetencji mają, a które chcieliby rozwijać. Przepytaliśmy ponad 3500 dyrektorów. Niech pani zgadnie, jakie były wyniki.

Okazało się, że dyrektorzy potrzebują rozwoju wszystkich 96 kompetencji?

Zupełnie odwrotnie. Okazało się, że polscy dyrektorzy umieją wszystko. Zastanawialiśmy się, jakie są tego przyczyny. Czy faktycznie jest tak, że nasi dyrektorzy są świetnie przygotowani do swojej pracy? Mieliśmy hipotezę, że oni twierdzą, że tak jest, chociaż w zasadzie nie umieją zrobić realnej autoanalizy. Inną, moim zdaniem najbliższą prawdy, że oni się boją, że wyda się, że czegoś nie będą umieć, i że kłamią z lęku. Chcą za wszelką cenę się dobrze pokazać, boją się, że w przeciwnym razie ktoś może ich zwolnić. Jeśli to jest prawdziwa teza, to oznacza, że dyrektorzy żyją w wielkim stresie i są potwornie osamotnieni. Boją się ocen własnej osoby i ich szkoły.

Dlaczego dyrektorzy boją się oceny?

Żyjemy w takim społeczeństwie. Wszyscy prężą muskuły. Jak ktoś się pomyli, to jest tragedia. Nie ma miejsca na błędy. Często porównuję to do pływania. Nikt nie wskakuje od razu do wody i nie zaczyna nauki pływania od przepłynięcia dziesięciu basenów kraulem. Najpierw trzeba się z tą wodą zapoznać, często temperatura nam nie odpowiada, trzeba nauczyć się oddychać, zanurzyć, dać się unieść. Potem popływać z jakąś pomocą, wykonać parę ruchów. Zanim zaczynamy pływać w jeziorze lub rzece w nocy i w zachwycie oglądać gwiazdy na niebie, nie myśląc o tym, jak pływamy, mijają lata praktyki.

A co to jest to przywództwo edukacyjne?

Próbuję popularyzować ten termin od dłuższego czasu. To jest po prostu przywództwo w sektorze edukacji, natomiast ja twierdzę arogancko, że takie przywództwo byłoby przydatne w każdym sektorze. Przywództwo, którego głównym sposobem działania jest dbanie, aby ludzie się uczyli i rozwijali. To jest według mnie podobne do koncepcji przywództwa wyższego stopnia, którego autorem jest Ken Blanchard. Mówi on, że przywódcy pomagają się rozwijać i brać odpowiedzialność za to, co się robi.

Rozumiem, że tacy powinny być dyrektorzy.

Tak. Kiedyś robiłem zadanie na grupie 100 osób, dyrektorów i dyrektorek, i pytałem, na co przeznaczają najwięcej czasu: mówili o remontach, zbieraniu pieniędzy, budowie nowej sali gimnastycznej. Wyobrażam sobie, że czymś takim powinien się zajmować ktoś w rodzaju amerykańskiego „intendenta” zatrudnionego w urzędzie miejskim, albo jeśli ludzie nie chcą tego oddawać poza szkołę, to jakiś dyrektor administracyjny. Natomiast dyrektor powinien koncentrować się na wspieraniu nauczycieli w projektowaniu i dbaniu o środowiska uczenia się.

W ogóle dla mnie szkoła to jest taki twór, gdzie świetnie mogłaby działać idea przywództwa organicznego, czyli takiego, w którym widzimy organizację jako organizm, gdy jego różni członkowie mają różne kompetencje. Przecież jak się buduje autostrady, to zatrudnia się mnóstwo osób: archeologów, budowniczych, prawników, ludzi od mediów, ludzi, którzy negocjują z mieszkańcami przebieg trasy. Pomysł, że mogłaby to robić jedna osoba, nikomu nie przychodzi do głowy. No, a w szkole przecież też tak jest. Jest tam mnóstwo różnorodnych zadań i na prawie wszystkim zna się dyrektor.

A czy są w Polsce tacy dyrektorzy, którzy stosują tę ideę w praktyce?

Są tacy, którzy próbują się dzielić odpowiedzialnością i stosują przywództwo organiczne, ale robią to bardziej intuicyjnie. Częściej można znaleźć charyzmatycznych dyrektorów, którzy sami dają radę, niż takich, którzy pracują z grupą.

Chciałabym jeszcze wrócić do tej idei współodpowiedzialności. Czy taki zwykły rodzic, który ma dzieci w systemowej szkole, może mieć na nią wpływ?

Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałbym, że zdecydowanie tak. A teraz mówię: wciąż mam nadzieję. Kilkanaście lat temu nie miałem jeszcze prywatnego doświadczenia. Teraz mam. Spotkałem rodziców na wywiadówkach. Słyszałem różne opinie i reakcje. Mam wrażenie, że wielu rodziców jest hamulcowymi. Nie chcieliby sobie kupić telewizora sprzed dwudziestu lat, ale chcą, aby uczyć dzieci takimi metodami. Są też tacy, którzy myślą tylko o sobie i swoim dziecku i zmuszają system, aby skupiał się tylko na nich.

Z lekcji na lekcję: 5 minut przerwy na przejechanie 4 kilometrów [rozmowa z nauczycielem]

Natomiast uważam, że rodzice są szkole niezbędni i w tym nowym modelu szkoły przyszłości chciałbym, aby byli na bieżąco obecni w procesie dydaktycznym. Jeśli rodzice się nie znają z nauczycielami, to jest to dla mnie trudna sytuacja, bo jak dorośli mogą wspólnie wychować dziecko, gdy się nie znają albo sobie nie ufają. Szkoła powinna być bardziej interdyscyplinarna, holistyczna, i tam też jest miejsce dla rodziców. Zaczynając od tego, że rodzic przychodzi i mówi, co robi, gdzie pracuje, i szkoła stwarza przestrzeń, aby swoją wiedzą mógł się podzielić.

A dlaczego kiedyś pan bardziej w to wierzył?

Najpierw byłem nauczycielem i wtedy myślałem dosyć stereotypowo o roli rodziców. Potem przeniosłem się do trzeciego sektora, wtedy bardzo mocno rozwinąłem przekonanie, że partycypacja rodziców jest niezbędna w krwiobiegu szkoły. A gdy przeniosłem się na uniwersytet, teoretyczne refleksje wzmocniły jeszcze moje myślenie. Z kolei, kiedy kilka lat temu posłałem własne dzieci do szkoły, zauważyłem zarówno niewielkie zaangażowanie ze strony rodziców, jak również trudności wynikające z ich obecności w szkole. W mojej szkole zrezygnowano z dzwonków, uważam, że to była świetna decyzja, ale dyrektor tego z nikim nie skonsultował i spotkało się to z wielkim oporem rodziców. Zobaczyłem, jak trudno tę współodpowiedzialność budować. Ale nadal w nią wierzę.

Znowu wracamy do sytuacji ponoszenia odpowiedzialności za szkołę.

To przerzucanie odpowiedzialności trwa cały czas. Szczególnie widać je w czasie pandemii i zdalnego nauczania. Co chwila, gdy jest jakiś problem, władze zostawiają wszystkie decyzje po stronie nauczycieli i dyrektorów. Oficjalnie są jakieś deklaracje i puste słowa. Jeszcze rok temu dużo osób oczekiwało wsparcia ze strony ministerstwa, liczono, że ministerstwo coś zrobi. Teraz już wiadomo, że nie można na nich liczyć. Wiem, jaka jest waga tych słów, i stoi to w poprzek logiki, ale „oni” naprawdę nie zrobili nic. Myślę tu o rządzących.

A co można byłoby zrobić?

Są cztery duże obszary zaniedbań. Pierwszy to zarządzanie i sprawna komunikacja: gdzie jesteśmy, jakie są alternatywy, co moglibyśmy zrobić, czego nie. Do zarządzania takim olbrzymim systemem, jakim jest system edukacji, konieczna jest wizja i jasny przekaz. Nie wiemy, jaka jest wizja, nie ma strategii działania i nie ma strategii informowania społeczeństwa, pracowników i korzystających z systemu, partnerów i liderów. O edukacji mówi się mało.

Druga sprawa to technologia w zdalnym nauczaniu − zarówno sprzęt, infrastruktura, jak i to, co się w internecie znajduje. Wszystkie koszty przerzucono na rodziców, cały ten kłopot musieli udźwignąć rodzice, nauczyciele też pracowali na swoim prywatnym sprzęcie. Ze strony państwa nie było żadnego wsparcia. Ta słynna próba z telewizją edukacyjną to w zasadzie było ośmieszenie wszystkiego. Przecież można byłoby powołać natychmiast jakiś sztab, ja od razu mam kilka nazwisk osób, do których minister mógłby zadzwonić i których mógłby zapytać, czy zechcecie nas wesprzeć.

Szkoła z TVP, czyli jak się kończy oszczędzanie na działaniach edukacyjnych

Kolejna rzecz to sprawa relacji, bezpieczeństwa emocjonalnego, oficjalnej wytycznej, żeby nauczyciele wiedzieli, że nie muszą robić tych cholernych klasówek, żeby zagrali w coś z dziećmi.

A czwarta to naradzić się, co robić, aby dzieci przy nauczaniu online też się uczyły. Gdybym był ministrem, tobym uruchomił takie zespoły doradcze. Tak jak pani premier Finlandii, Nowej Zelandii spotykałbym się z młodzieżą i tłumaczył im aktualną sytuację. U nas zamknięto młodzież na rok i nie dano prawa do zabrania głosu. Niektórzy nauczyciele próbują coś z tym robić, inni nie, ale nie ma żadnej sugestii, że trzeba się tym zajmować.

Mój syn ma dziesięć lat i spotyka się z dziećmi naszych znajomych, ale to rodzice organizują te spotkania. Ze swoją klasą w ciągu roku spotkał się dwa razy. Nie wiem, jakie to będzie miało konsekwencje. W ogóle o tym nie myślano. Polityka edukacyjna na tym polega, że zadajemy pytania, określamy problemy, jakie mamy do rozwiązania. Zastanawiamy się, co możemy z tym zrobić. Potem szukamy rozwiązań.

U nas to wygląda tak, jakby przypadkowy ktoś rzucał śnieżkami w przejeżdżające samochody.

Znikąd nadziei.

Wszystko, co krytykuję, to są rzeczy proste. To nie jest wymyślenie szczepionki na COVID-19. Wszystko, o czym mówię, to są problemy z porządku − kolokwialnie mówiąc − kozy, sami je sobie stworzyliśmy. Poważnych problemów jest masa, a my się zajmujemy tym, czy w podręcznikach historii jest wystarczająca liczba tekstów o żołnierzach wyklętych. A trzeba myśleć o tym, jak się przygotować do świata: katastrofy klimatycznej, braku wody, migracji, walki z nierównością, czwartej rewolucji przemysłowej. Oczywiście wiem, że są ruchy oddolne, pytanie tylko, czy te strumyczki mogą się połączyć w jedną rzekę. Tutaj należy wykonać wysiłek, aby te pomysły były dyskutowane publicznie. Trzeba o tym pisać, mówić, dyskutować.

Smutno kończymy tę rozmowę.

Pocieszam się tym, że jak pod koniec lat 80. gdzieś w Bieszczadach rozmawiałem przy ognisku z Ukraińcem i on mówił mi o wolnej Ukrainie, to nie chciałem mu wierzyć. Uważałem, że nic się nie zmieni. A okazało się, że to on miał rację. To pojedyncze doświadczenie daje mi pewność, że trzeba mówić o tym, co jest nie w porządku i starać się to zmienić, bo warto.

**
dr hab. Grzegorz Mazurkiewicz − socjolog, nauczyciel i badacz. Kierownik Zakładu Przywództwa i Zarządzania w Edukacji w Instytucie Spraw Publicznych na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Absolwent Uniwersytetu Śląskiego i Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach oraz Ohio State University w USA. Kierownik wielu projektów edukacyjnych dotyczących: jakości kształcenia, ewaluacji, przywództwa edukacyjnego, wyrównywania szans, edukacji interkulturowej, zarządzania placówkami edukacyjnymi, wspierania samorządów lokalnych w tworzeniu polityki oświatowej, tworzenia systemów zapewniania jakości czy doskonalenia zawodowego nauczycieli.

Joanna Mikulska − autorka reportaży i wywiadów, trenerka w projektach społeczno-kulturalnych, animatorka kultury. Absolwentka kulturoznawstwa w Instytucie Kultury Polskiej UW i Polskiej Szkoły Reportażu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij