Miasto

Fajne miejsca do bycia

„Trik” polega na tym, że wszystkie osoby, które do nas przychodzą, traktujemy jak ludzi, niezależnie, kim są i jak wyglądają – mówią właściciele czterech warszawskich przedsiębiorstw, w których każdy może być sobą i czuć się komfortowo.

„Strefa wolna od…”, „zakaz wstępu dla…”, „nie obsługujemy…” – co jakiś czas można zobaczyć lub usłyszeć podobne komunikaty. Są jednak miejsca, w których stawia się na otwartość i poczucie bezpieczeństwa.

W Margines Barbershop praca jest i pasją, i misją

Magdę, Tima i Borysa połączyły wspólne marzenia – wszyscy chcieli prowadzić biznes z misją, by czerpać z pracy przyjemność oraz nie ograniczać się wyłącznie do liczenia zysków i strat. Borys miał trochę gotówki, Tim fach w ręku, więc Magda, która ich obu znała, doszła do wniosku, że powinni razem działać. Pierwszy jest bardziej racjonalny, drugi mocniej stawia na emocje, ona z kolei zajmuje się kwestiami organizacyjnymi, administracyjnymi i promocyjnymi. W końcu udało się znaleźć lokal, zrobić remont i tak w samym centrum Warszawy, tuż obok Świętokrzyskiej, powstał Margines Barbershop. Pierwotnym założeniem było stworzenie miejsca głównie dla społeczności LGBT+, ale szybko okazało się, że na strzyżenie włosów i brody przychodzić chce znacznie szerszy krąg osób.

O rozpoczęciu działalności Magda, Tim i Borys zaczęli myśleć późną wiosną 2020 roku, gdy w przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiały się strefy wolne od LGBT, a kolejni politycy prześcigali się w atakowaniu mniejszości. Jak mówią – nie było innej opcji niż otwartość. W końcu Tim jest transpłciowym chłopakiem, Borys to stary lewak i punk, Magda też należy do społeczności LGBT+, jest feministką i walczy o dobro planety, wszyscy zaś są wegetarianami.

– To, co się w Polsce działo i nadal dzieje, mocno rezonuje u naszych klientek i klientów. Od samego początku czują się u nas swobodnie, więc szybko zaczynają opowiadać różne historie, często nieprzyjemne. Dzielą się także pozytywnymi doświadczeniami, mówią o swoich partnerach lub partnerkach tej samej płci albo w ogóle przychodzą z nimi i oznajmiają: „przyprowadziłem misiaka, bo zarósł”. Przypuszczam, że mogliby się krępować to zrobić w typowym barbershopie, gdzie na ekranach monitorów albo ścianach często widać roznegliżowane modelki, a w powietrzu czuć kulturę macho – mówi Magda.

– Mamy podświadomie zakodowane pewne stereotypy, a u nas one po prostu znikają – dodaje Tim. – Staliśmy się trochę taką miniporadnią, zapewniamy wsparcie psychologiczne dla osób, które tu przychodzą, i jest to super – podsumowuje Borys.

W Marginesie dobrze czują się też lubiące bardziej męskie fryzury kobiety, które w innych barbershopach nie zawsze spotykają się z przychylnym traktowaniem. Albo nie chcą ich tam obsłużyć, albo płacą więcej niż faceci. Tutaj dostają porządną usługę w tej samej cenie.

Chociaż Magda, Tim i Borys mówią głośno o swojej otwartości na wszystkich, a i lokal został udekorowany w taki sposób, że nikt nie może mieć co do tego wątpliwości, na szczęście na razie nie wydarzyło się nic złego.

– Pół żartem, pół serio, to byśmy nawet chcieli, żeby ktoś nam obrzucił okna jajkami, bo to zawsze zwiększa rozgłos – śmieją się. Co jakiś czas trafiają się tylko nieprzyjemne komentarze w sieci, ale nimi nikt się specjalnie nie przejmuje.

– Im dłużej tu pracujemy, tym bardziej rośnie zadowolenie z tego, co robimy. Może nie zarabiamy wiele, ale czujemy, że nasza działalność jest fajna i potrzebna. Bo kiedy przyjdzie do nas młoda osoba, która czuje, że jest chłopakiem, a mama wciąż nazywa ją córeczką, to może pogadać z Timem o jego doświadczeniach i tym, jak to przerabiał ze swoimi rodzicami. Ja z kolei zaoferuję pomoc mamie, bo wiem, że to nie są proste sprawy – opowiada Magda.

Strzyżenie osób w kryzysie bezdomności w Sercu Miasta. Fot. Margines barbershop/facebook.com

– Każdy dzień i każde spotkanie z nową klientką lub klientem utwierdzają nas w przekonaniu, że przychodzą do nas wspaniali ludzie, a nasz wysiłek się opłaca i jest ważny. Zależy nam na tym, by kiedyś w Polsce wszyscy byli dla siebie otwarci i traktowali się z szacunkiem – podsumowuje Tim.

Bezpieczna przystań w Ciach Fryzjer

Dla Katki Blajchert stworzenie miejsca, w którym można czuć się swobodnie i bezpiecznie, wynikało z doświadczeń dzieciństwa. Wychowywała się bowiem w dzielnicy portowej Gdańska, w miejscu, gdzie panował specyficzny klimat zapomnienia, a w czasach transformacji systemowej królowała bieda. Jej babcia wysyłała ją na różne zajęcia, muzyczne, baletowe, ale zmarła, gdy Katka miała siedem lat. W domu rodzinnym było trochę problemów, więc tym bardziej potrzebowała miejsca, w którym czułaby się dobrze. Udało się je znaleźć w Dyskusyjnym Klubie Filmowym Marchello – kupowało się bilet i siadało z ludźmi, którzy interesowali się tym samym. Było się anonimową, ale jednocześnie czuło się swoistą wspólnotę i swobodę. Po latach Katka postanowiła przenieść tę atmosferę do salonu fryzjerskiego.

Liberalizm przedstawia „Wielką Teorię Upadku Etosu Pracy”

– Żeby było zabawniej, nigdy nie chciałam być fryzjerką, uważałam, że to mało ciekawy zawód. Kiedy jednak zaczęłam studia na ASP, potrzebowałam zacząć zarabiać. A tak się składa, że cała moja rodzina to kolejne pokolenia fryzjerów i fryzjerek. Już pradziadek przed wojną, w Białymstoku, w ten sposób pracował. Po prostu kontynuuję tradycję – mówi Katka.

Katka Blajchert Fot. Ernest Winczyk

W ten sposób, już w stolicy, powstał Ciach Fryzjer, w którym nie ma znaczenia, kto kim jest, co lubi i czym się zajmuje. Jeśli jednak ktoś ma ochotę porozmawiać, to zawsze jest taka możliwość. I okazuje się, że sporo ludzi się otwiera. Katka wspomina, że kiedyś rozmawiała o książce Magdaleny Szczęśniak z… jej autorką. Po prostu nie zdawała sobie początkowo sprawy, kto siedzi na fotelu. Oprócz standardowych rozmów, jak na przykład z blogerką, która opisuje swoje podróże, zdarzają się również bardziej abstrakcyjne tematy, jak wentylacja, nauczanie domowe czy budowanie wielopiętrowych domów z gliny.

– Mamy w planach stworzenie bloga, na którym będziemy prezentować co ciekawsze rozmowy z naszymi klientkami i klientami. Interesujemy się po prostu tym, co ludzie mają do powiedzenia, a nie tym, kim są i skąd pochodzą. A oni chętnie opowiadają, bo czują się u nas dobrze. Chociaż wspominamy czasem, że jesteśmy otwarci na wszystkich, to nie afiszujemy tego bez przerwy i w każdym miejscu. Wychodzimy z założenia, że bardziej liczy się to, że ktoś jest człowiekiem, a nie, jaką łatkę można danej osobie przypiąć – podsumowuje Katka.

Burger Mama kocha wszystkich ludzi

Z tego założenia wychodzi Aleksandra Budziak, prowadząca na warszawskim Ursynowie lokal Burger Mama, która mówi, że restauracja nie jest otwarta na innych, tylko po prostu na ludzi.

– Burger Mama, jak sama nazwa wskazuje, jest mamą, która kocha swoje dzieci, bez względu na to, co które lubi, czego nie, kim jest, jaki ma kolor skóry, kogo kocha. To wartości moje i moich współpracowników – podkreśla Aleksandra Budziak.

Burger Mama to nie był jej pomysł, ale od początku była w niego mocno zaangażowana, aż w końcu, po różnych perturbacjach, została jego managerką, a obecnie jest, co mówi z pewnym rozbawieniem, wielofunkcyjną właścicielką – zajmuje się po trochu wszystkim: dostawami, gotowaniem, sprzedażą itd.

Nie planowała też głośno podkreślać, co dobrego robi, zresztą wciąż nie zawsze się tym chwali. Wynika to także z tego, że klientki i klienci wiedzą, czego mogą spodziewać się po Burger Mamie. I nie chodzi tylko o otwartość na wszystkich, ale zaangażowanie w to, co ważne. Raz na rok organizowana jest zbiórka dla schroniska dla bezdomnych zwierząt w Józefowie. Początkowo z darami jeździł samochód osobowy, obecnie kursuje już ciężarówka. W trakcie pandemii Burger Mama zapewnia stałe i regularne wsparcie dla znajdującego się niedaleko pogotowia ratunkowego.

Świat byłby lepszym miejscem bez tylu pięknych ciał

Dwa razy w tygodniu jego pracowniczki i pracownicy dostają obiady. Co jakiś czas zbierane są pieniądze dla dzieci z niepełnosprawnościami, które lubią przychodzić do restauracji. Gdy zaś ogłoszono nowy termin wyborów prezydenckich i Rafał Trzaskowski dostał bardzo mało czasu na zebranie podpisów pod kandydaturą, w Burger Mamie znalazło się miejsce na listę poparcia. Jak tłumaczy Aleksandra Budziak, niekoniecznie dlatego, że wszyscy pracownicy chcieli na niego głosować i zgadzają się z jego poglądami, tylko po prostu uważali, że jest to nie fair, iż daje się komuś tak mało czasu na rejestrację kandydatury. Chociaż większość klientek i klientów się podpisała, przyszło również bardzo dużo paskudnych maili, w których były nie tylko obraźliwe epitety, ale też groźby podpalenia lokalu.

– Nie boję się takich rzeczy, ludzka nienawiść raczej mnie smuci. Nie musimy się przecież zgadzać, ale żyjemy pod tym samym niebem. U mnie każdy jest mile widziany, zresztą jestem jedyną Polką w ekipie. Pracują u mnie Hindusi, osoby z Białorusi, Ukrainy, Rosji. Nie ma dla mnie znaczenia, skąd kto jest, ważne, jakim jest człowiekiem. Jak ktoś jest otwarty i przyjazny ludziom, to na pewno się dogadamy – podsumowuje Aleksandra Budziak.

W protesty kobiet Burger Mama również była zaangażowana – można było kupić kawę pioruńską z czekoladowymi piorunami, a cały dochód z jej sprzedaży zasilił konto Centrum Praw Kobiet.

– Są takie sytuacje, że trzeba zabrać głos, by wiadomo było, co myślimy i z czym się zgadzamy – mówi Aleksandra Budziak.

Nie wszystkim się to zawsze podoba. W opiniach Google’a ktoś napisał na przykład, że właścicielka nie wie, co robi, bo okleiła lokal plakatami strasznej, lewackiej organizacji przestępczej.

Do Moon Moon Tattoo nawet z bardzo daleka

Doskonały kontakt z ludźmi ma również Pamela, która pracuje w salonie tatuażu Moon Moon Tattoo. Mieści się on w niewielkim, mającym ledwie 8 metrów kwadratowych lokaliku na Mokotowie, wcześniej dziadek Pameli – jeden z najmłodszych uczestników powstania warszawskiego, który roznosił po tej dzielnicy listy – miał tu zakład zegarmistrzowski.

Fot. Moon Moon Tattoo/facebook.com

– To chyba po nim mam to, że lubię dłubać w małych rzeczach. Naprawianie zegarków to misterna robota, luneta w oku, małe szczypczyki. Podobnie jest w trakcie tatuowania, często jestem niemal milimetr od skóry człowieka. A do tego zawsze uwielbiałam rysować. Chodziłam zresztą do liceum plastycznego i już w wieku osiemnastu lat podjęłam pierwsze próby tatuowania. Kiedy zmarł dziadek, uznałam, że otworzę studio, bo po co wynajmować ten lokal komuś, kto zrobi tu kolejny sklep z ekskluzywnymi alkoholami? No i udało mi się to rozkręcić, nawet mimo pandemii – cieszy się Pamela.

Kiedy przejrzy się na Instagramie recenzje Moon Moon Tattoo, można dostrzec powtarzające się w nich opinie, że wpada się tam w zasadzie jak na plotki do dobrej znajomej. Ani się człowiek obejrzy, a już pół tatuażu jest zrobione. To efekt atmosfery bezpieczeństwa i komfortu, o które dba Pamela. Jak przyznaje, sama dopiero w gimnazjum spotkała się z rasizmem czy homofobią.

– W domu nigdy nie dyskutowaliśmy na temat tego, że ktoś jest gejem albo ma czarny kolor skóry. Było więc dla mnie bardzo dziwne, że komuś to przeszkadza i wyzywa osoby o innej orientacji słowem na p. Dlatego teraz głośno mówię o tym, jakie wartości są dla mnie ważne – podkreśla Pamela.

Klientki i klienci dobrze o tym wiedzą. Do Moon Moon Tattoo przychodzą na przykład drag queen – chłopaki, które się tym zajmują, wiedzą, że mogą z Pamelą pogadać o najnowszym cieniu do powiek, który sobie kupili. Dzięki temu i Pamela może dowiedzieć się czegoś nowego, bo sama się nie maluje. Często goszczą tu też pary jednopłciowe, a w jej salonie niektórzy czują się tak dobrze, że są gotowi na wiele, żeby tylko zrobić nowy tatuaż – jedna niebinarna dziewczyna przyjeżdża tu aż spod granicy z Niemcami. Wszyscy bardzo szybko się otwierają i opowiadają o swoim życiu i doświadczeniach.

W „Projekcie Lady” nie ma miejsca dla Pippi Langstrumpf czy Lisbeth Salander

– To, że nie spotkałam się z żadnymi negatywnymi reakcjami na to, co robię, może wynikać z dość bezpiecznej lokalizacji, przy głównej mokotowskiej ulicy. Wpadają zresztą do mnie także dresiarze, którzy nie mają z niczym problemu – mówi Pamela.

O tym, co robią i że są otwarci na wszystkich, niezależnie od tego, kto kim jest, Magda, Tim, Borys, Katka, Aleksandra i Pamela mówią z mniejszą lub większą częstotliwością. Wszyscy zgadzają się natomiast, że w idealnym świecie byłoby to coś normalnego i nie byłoby potrzeby w ogóle tego podkreślać. No, ale jest jak jest.

**
Jędrzej Dudkiewicz
– dziennikarz, publicysta. Stały współpracownik portalu organizacji pozarządowych NGO.pl. Publikował m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Wysokich Obcasach”, Krytyce Politycznej i Magazynie „Kontakt”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij