Kultura

W „Projekcie Lady” nie ma miejsca dla Pippi Langstrumpf czy Lisbeth Salander

Projekt Lady

Wrócił „Projekt Lady”. W drugim sezonie jeszcze bardziej okrutny niż w pierwszym – mniej tu nauki, do czego służą trzy widelce, a więcej bieda-terapii. Motto programu: „szacunek, godność, zaangażowanie”, brzmi jeszcze bardziej ironicznie niż przed rokiem. Pytanie, o czyją godność tu chodzi. Na pewno nie uczestniczek.

„Hej dupeczko, daj numer do siebie, zabawimy się tak, że będziesz chciała więcej i więcej”, „ubiór à la szybki dostęp”, „towar wielokrotnie macany staje się nieatrakcyjny” – pisali studenci, którym pokazano zdjęcia uczestniczek, a uczestniczki, czytając te komentarze, zalewały się łzami. Widzowie i lewicowe dziennikarki już zdążyli skrytykować ten odcinek. A uczestniczki zdążyły już stanąć w obronie producentów („otworzyli nam oczy na świat”).

„Projekt Lady”, czyli gdzie są twoje perły?

TVN pokaże właśnie piąty odcinek. Krótkie streszczenie dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, o co chodzi. Trzynaście dziewczyn godzi się, by zamknąć je w dworku w Radziejowicach i tresować. Jest wśród nich sprzedawczyni ze spożywczaka, hostessa, bezrobotna; jedna ma parę kilogramów za dużo (jak na okładkowe standardy), inna, wychowana w domu dziecka, wadzi się ze swoją kobiecością. Ot, zwyczajne dziewczyny. „Klasa ludowa” – powiedzieliby socjologowie.

Określenie „godzą się” to zresztą pewne nadużycie – nie sądzę, żeby uczestniczki wiedziały, co je czeka, nawet jeśli w umowach, które podpisały, były odpowiednie klauzule. Nie mogły się tego dowiedzieć, nawet gdyby obejrzały pierwowzór polskiego programu, czyli brytyjskie Ladette to Lady. Bo tam nie ma tego, co zgodnie z peryferyjnymi regułami innowacyjności (mocniej, bardziej, okrutniej) dołożyli polscy producenci.

Z tatuażem na ręku mogę być i damą, i dobrym żołnierzem

Porównanie z pierwowzorem – też okrutnym i też w założeniu chybionym – obnaża jeszcze bardziej fałszywą obietnicę polskiej wersji. Brytyjski szow zderza dwie kultury obecne w UK: „ladette” to dziewczyny, które imitują wzorzec macho – piją, są wulgarne, podrywają; „lady” – wiadomo. Mniej więcej w tym czasie, kiedy powstał program, brytyjskie dziewczyny znalazły się wśród najczęściej używających przemocy kobiet na świecie. Ladette to Lady miało na to jakoś odpowiadać. A w Polsce? Bohaterki trochę przeklinają, trochę piją, ale generalnie są sympatyczne i niespecjalnie „macho”. Czy pisanie hiphopowych piosenek to takie zło, że trzeba je tępić mundurkami i ogólnikami o „dawaniu w życiu drugiej szansy”? Pierwszy publiczny występ bohaterek angielskiej serii to przyjęcie dla „najbardziej pożądanych kawalerów”, potomków arystokratów. Pierwsze przyjęcie polskich uczestniczek? Odbywa się w towarzystwie… stewardów i stewardes LOT-u. To przed tym występem dziewczyny ćwiczą, jak wysiąść z limuzyny, by nie pokazać majtek.

W szkole dla panien „imprezowiczki” uczą się, jak jeść ostrygi, jak podawać homara, układają kwiaty i szlifują akcenty. Być może brytyjska uczestniczka programu ma jakąś szansę natknąć się na lorda i wykorzystać swoją arystokratyczną intonację. A polska sprzedawczyni z Podlasia? Na co jej wiedza o tym, że „prawdziwa dama nie jada kanapek”?

Arystokracji w Polsce jest jak na lekarstwo – mimo usilnych prób reaktywacji. A zatem polskim pretendentkom zajęć z savoir-vivre’u też się skąpi, za to karmi się je bieda-coachingiem i bieda-terapią. „Dzisiaj popracujemy nad złością – zaczyna mentorka. – Poproszę, żeby każda z was opisała jakiś przykład konkretnej sytuacji, w której zareagowałyście złością”. Na oczach widzów bohaterki wchodzą w proces terapeutyczny. I dostajemy drastyczne opowieści o przemocy wobec bliskich. Może odpowiednie towarzystwa i stowarzyszenia wypowiedzą się, czy to etyczne.

„Nawet nie mogę sobie wyobrazić tego programu z mężczyznami w rolach głównych”, wyznał rozbrajająco producent brytyjskiej wersji. Wiadomo! Widział ktoś taką tresurę facetów? Nawet nie chce mi się wymieniać tych wszystkich reguł kobiecej grzeczności – przecież je znacie. Przypomina mi się za to słynne zdanie słynnego terapeuty, Marshalla Rosenberga, autora książki Porozumienie bez przemocy: „Depresja jest nagrodą za grzeczność”.

Tak zwane mentorki mają wytępić u uczestniczek jakiekolwiek przejawy spontaniczności. Żegnaj Pippi Langstrumpf i Aryo Stark! Żegnaj Erin Brockovich i Lisbeth Salander! Żegnaj Michalino Wisłocka, Halino z Dnia kobiet i wy, wszystkie żywe, żywiołowe kobiety o niewyparzonych językach, nie bez powodu wkurzone i zbuntowane. W Projekcie Lady nie ma dla was miejsca.

Ale to właśnie złe zachowanie napędza show, jak przytomnie zauważyła recenzentka „Guardiana”. Czy nie na tym właśnie polega perwersja tego programu? Oglądamy pijane dziewczyny, którym czasem wymknie się jakieś przekleństwo, czasem poplamią bluzkę – i zostają za to ukarane. I to podwójnie. Bo sprzątanie kuchni to nie jest jedyna kara („Co dzień to miałam, jak pracowałam na kuchni w Londynie”, rozsądnie komentuje jedna z uczestniczek). Druga – to niemożliwość wygranej. Uczestniczki programu nie przeskoczą przecież po szczebelkach społecznej drabiny tylko dlatego, że szynkę będą jeść z talerza, a nie z chleba.

I my to wiemy. Patrzymy na ich upokorzenia i może nawet czujemy satysfakcję.

Demokratyczny savoir vivre a „Projekt Lady”

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Szczęśniak
Agata Szczęśniak
Redaktorka OKO.press
Publicystka, redaktorka OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Doktorantka w ISNS UW. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco