Kraj

Krwią i blizną, czyli o wychowaniu dzieci do przemocy

Joanna Ławicka

Czteroletnia dziewczynka siedzi na barkach taty i krzyczy slogan o komunistach wiszących na drzewach zamiast liści. Dorośli są zachwyceni. Dziecko już zna wroga i wie, za co może oddać życie, przelać krew i pokryć się blizną.


W psychologii rozwoju człowieka istotne miejsce zajmuje „teoria przywiązania” Johna Bowlby’ego. Mówi ona, że dla zdrowego dojrzewania dziecko potrzebuje przede wszystkim bliskiej, opartej na ufności i zaspokajaniu kluczowych potrzeb relacji z rodzicami czy opiekunami. Autor tak humanistycznego podejścia wychował się w rodzinie brytyjskiej wyższej klasy średniej. Jego ojciec, znakomity chirurg, za służbę na dworze Edwarda VII i Jerzego V w roli lekarza królewskiego, otrzymał tytuł hrabiowski. John miał pięcioro rodzeństwa i matkę, która swoje dzieci widywała godzinę dziennie, między 17 a 18. Swoje trzy córki i trzech synów podejmowała w salonie. Mieli być elegancko ubrani i porządnie uczesani. Czytała im książkę, a następnie przekazywała z powrotem pod opiekę licznych niań i guwernantek.

W wieku siedmiu lat mały John rozpoczął edukację w szkole z internatem, w której przyszłych dżentelmenów wychowywano chłostą i pogardą dla jakichkolwiek przejawów dziecięcych potrzeb. Naukę kontynuował w Wyższej Szkole Brytyjskiej Marynarki Królewskiej, gdzie próbowano mu wpajać ideały narodowe oraz miłość do dyscypliny. Jego własne doświadczenia oraz późniejsza praca w słynnej, opartej na humanistycznych ideałach szkole Summerhill dla dzieci nieprzystosowanych, pozwoliły mu stworzyć pierwszy spójny system przeciwdziałania zaburzeniom więzi i ich konsekwencjom w wychowaniu.

W czasie lekcji dzieci się nudzą [rozmowa]

Wydawałoby się, że w rzeczywistości XXI wieku podejście oparte na reżimie i dyscyplinie odeszło już do lamusa. Przecież coraz więcej rodziców poszukuje nowych ścieżek, pamiętając swoje dzieciństwo w znakomitej większości przebiegające także w cieniu srogich kar. Kiedy jednak wyjdziemy ze swojej bańki i rozejrzymy się szerzej, zobaczymy wcale nie tak radosny i oczywisty krajobraz wychowawczy.

Zobaczmy dorosłych przekonanych, że mądrze wychowywać to „ratować wychowanków nie tylko przed zagrożeniami zewnętrznymi, ale także przed nimi samymi, przed ich własną słabością i naiwnością, przed ich naturalną tendencją do egoizmu, lenistwa, wygodnictwa czy podążania za popędami albo emocjami”. Autor tych słów, ksiądz Marek Dziewiecki, napisał wiele książek i artykułów popularnych wśród rodziców i wychowawców w Polsce. Co ważniejsze – założenia opisywanej przez księdza Dziewieckiego pedagogiki integralnej stanowią rdzeń najbardziej powszechnego podejścia do dzieci w naszym społeczeństwie. Także wśród tych ludzi, którzy o pedagogice integralnej nigdy nie słyszeli, a nawet niekoniecznie czują się związani z ideałami chrześcijaństwa. Przyjrzyjmy się wypowiedzi księdza Dziewieckiego z wywiadu opublikowanego w czasopiśmie „Idziemy”:

Gdy rodzice podporządkowują się dzieciom, wtedy przegrywają jedni i drudzy. Widziałem niedawno w supermarkecie dziecko, które rzuciło się na podłogę przy stoisku ze słodyczami i krzyczało: »Mamusiu, kup mi tego batona!«. Mama ze spokojem powiedziała do synka: »Wolisz batona czy mnie? Ja idę do kasy«. Dziecko natychmiast wstało, dogoniło mamę i przytuliło się do niej. Korzystanie w takich sytuacjach przez rodziców z przewagi emocjonalnej, intelektualnej czy finansowej służy dobru dziecka. Rodzice mają możliwość zastosowania »szlabanu« na lody, ciastka, kieszonkowe, telewizor czy komputer. Powinni być uśmiechnięci i spokojni. To dziecko ma się stresować, gdy błądzi, a nie oni”.

Idę o zakład, że większość rodziców, wychowawców, a nawet specjalistów zajmujących się pedagogiką w Polsce nie zobaczy w tych zaleceniach nic rażącego. Nie zobaczą przyzwolenia, a wręcz zalecenia stosowania przemocy psychicznej wobec dziecka. Nie zobaczą, że w takim podejściu dziecko jest sprowadzone do roli błądzącej istoty, pełnej żądz i popędów – a zadaniem dorosłych jest ich poskromienie wszelkimi dostępnymi metodami.

W ten sam sposób niezwykle popularne wśród nauczycieli i rodziców jest podejście, zgodnie z którym „jeśli jakiś uczeń, znany ze swego lenistwa, przyniesie poloniście zaświadczenie o dysgrafii, to nauczyciel powinien natychmiast mu wyjaśnić, że odtąd będzie go regularnie pytał przy tablicy ze znajomości zasad ortografii” (ponownie ksiądz Dziewiecki w „Zeszytach Formacji Katechetów”). I niewielu zwróci uwagę na merytoryczny błąd zawarty w tej jakże światłej poradzie pedagogicznej – dysgrafia jest trudnością z opanowaniem czytelnego pisma odręcznego, nie ma nic wspólnego z ortografią. Niestety, dla zwolenników takich tez to nie jest istotne. Najważniejsze staje się zobrazowanie i udowodnienie wrodzonego lenistwa dziecka, jego złej woli i braku odpowiedniego zdyscyplinowania.

Nie oddajemy dziś dzieci pod opiekę niań i guwernantek przekonani, że nasza rola kończy się na zadbaniu o ich byt i rytualną godzinę wspólnego czytania książek. Nie chłoszczemy dzieci rózgami, budując w nich odporność i posłuszeństwo. Nie oddajemy ich do szkół wojskowych, by wdrukować im miłość do dyscypliny. Metody się zmieniły, ale podstawy i cele pozostają łudząco podobne.

Zza pancernej szyby nie słychać wołania o pomoc

Oprócz tysięcy młodych ludzi wychowywanych systemową, rodzinną i szkolną przemocą do dyscypliny, przemocą usankcjonowaną głęboką wiarą, że to wszystko dla dobra dziecka, w naszym krajobrazie wychowawczym mamy jeszcze inne ciekawe zjawiska. Zobaczymy w nim dzieci w mundurach wojskowych z wypiekami na twarzy przyrzekające, że będą żyć i umierać dla Polski.

Młodzieżowe organizacje, także mundurowe, nie są niczym nowym. Od ponad stu lat harcerze i harcerki realizują misję opartą na wartościach takich jak służba, samodoskonalenie i braterstwo. Wielu młodych ludzi zawdzięcza działalności harcerskiej dużo dobrego. W prawie harcerskim czytamy o prawdomówności, byciu pomocnym i oszczędnym, wolnym od nałogów. Nakazuje ono kochać i poznawać przyrodę. Narzuca także obowiązek posłuszeństwa wobec rodziców i przełożonych.

Dzieci w mundurach wojskowych z wypiekami na twarzy przyrzekają, że będą żyć i umierać dla Polski.

Formacja harcerska jest z natury hierarchiczna i oparta na systemie rozkazów i zakazów. Decydując się na udział w takiej organizacji, młody człowiek rozumie, że będzie musiał funkcjonować w określonej konwencji. Jeżeli ta konwencja mu nie odpowiada, w każdej chwili może zrezygnować z członkostwa w organizacji. Wszystkie pozostałe prawa harcerskie są sformułowane pozytywnie, a przyrzeczenie harcerskie obejmuje służbę dla kraju i pomoc bliźnim. Oczywiście, zarówno świeckie, jak i chrześcijańskie odmiany harcerstwa są w Polsce głęboko osadzone w stylach wychowawczych charakterystycznych dla całej naszej kultury, które opisałam wcześniej. Podobne niedostatki wychowawcze – z punktu widzenia budowania zdrowej relacji z dzieckiem – znajdziemy w większości organizacji młodzieżowych w Polsce. Na tym tle wyróżniają się jednak dziecięce i młodzieżowe grupy paramilitarne. Oprócz hołdowania typowym dla naszej kultury wartościom wychowawczym znajdziemy w nich coś jeszcze.

„Wstępując w szeregi ORLĄT Związku Strzeleckiego
Przyrzekam postępować stale według prawa orlęcego,
aby stać się godnymi tych orląt,
które przelaną swą krwią serdeczną
wskazały nam, jak kochać ziemię ojczystą,
jak żyć dla niej i umierać”.

Takie słowa przyrzeczenia wypowiadają kilkuletnie dzieci wstępujące do Orląt – dziecięcej struktury działającej przy Związku Strzeleckim. Prawo Orląt nakazuje im już nie tylko odwagę, wytrwałość i posłuszeństwo. Orlęta zobowiązują się także być dobrymi żołnierzami. W ten sposób następuje międzypokoleniowy transfer kulturowy wartości, które kierują człowieka i społeczeństwo nie w stronę pokoju, akceptacji i współpracy jednostek dla dobra wspólnego, lecz w kierunku walki, nieufności i budowania pozbawionych elementarnego indywidualizmu mas. Ludzi niezdolnych do krytycyzmu, ale posłusznych. Gotowych na śmierć w walce z wrogiem.

Jest 2018 rok. Czego uczy polska szkoła?

Czy dziecko wychowane w warunkach polskiego wychowania integralnego – w wersji laickiej, chrześcijańskiej lub innej – jest zdolne świadomie przyrzekać posłuszeństwo wobec rodziców i przełożonych? Jakkolwiek to przykre i dotykające prawa do zdrowej realizacji dziecięcych potrzeb w ufnej relacji z dorosłym – tak. Może świadomie przyrzekać posłuszeństwo.

Czy to samo dziecko może świadomie i ze zrozumieniem dla konsekwencji przyrzekać gotowość do śmierci w walce z wrogiem? Tylko w jednym wypadku: gdy idea wroga została wystarczająco mocno i wyraźnie zbudowana w dziecięcym umyśle. Dziecko nie może walczyć z ideą, wyobrażeniem. Emocjonalność dzieci i młodszej młodzieży jest bardzo konkretna. Znakomitym przykładem są dziecięce stany lękowe o charakterze uogólnionym. Dorośli borykający się z lękiem uogólnionym na ogół zdają sobie sprawę, że boją się „wszystkiego”, czyli „niczego konkretnego”. Dziecko jednak nie może bać się abstrakcyjnie. Jeżeli z różnych przyczyn zaczyna rozwijać lęk uogólniony, zwykle musi mu nadać jakąś konkretną treść. Boi się więc ciemności, robaków, owadów, wiatru… Różnych rzeczy, którym może przypisać moc budzenia w nim lęku.

Chcemy szkoły życia, nie przeżycia

czytaj także

Podobnie z walką i wrogiem. Dorosły może stworzyć w swoim umyśle wizję wroga abstrakcyjnego, który zagraża bezpieczeństwu a to państwa, a to wolności. Może, chociaż nazbyt często widzimy, że ten walczący odłam patriotyzmu, skłonny chwytać za karabiny, by bronić i ginąć – nie bazuje na tej dojrzalszej, abstrakcyjnej wizji wroga. Raczej, podobnie jak dzieci – lokuje poczucie zagrożenia w jakiejś konkretnej grupie ludzi – i tę koncepcję przekazuje dziecku. Dojrzała myśl o obronie ojczyzny, granic i wolności nie musi poszukiwać żadnej egzemplifikacji niebezpieczeństwa. Postrzega je na poziomie abstrakcji, która może materializować się na różne sposoby lub wcale, jeżeli zadbamy o pokój i zgodę na świecie.

Dziecięce rozumienie walki i gotowości na śmierć potrzebuje natomiast wroga określonego. Dwa lata temu oglądałam relację z koncertu zamykającego Marsz Niepodległości w Warszawie. Grano tam utwory nazwane przez organizatorów „muzyką tożsamościową”. W pewnym momencie na ekranie pojawiło się ujęcie małej, może jedenastoletniej dziewczynki, która z zapałem śpiewała pieśń wykonywaną na scenie razem z artystami. Śpiewała, a po jej czerwonej od emocji buzi spływały łzy. Tożsamościowa formacja, której poddawana była ta dziewczynka, to piosenka Europa umiera. Kiedy próbujemy wyświetlić jej tekst w internecie, musimy wyrazić zgodę i zadeklarować, że mamy 18 lat. Mała dziewczynka na błoniach stadionu w Warszawie znała te słowa na pamięć. Śpiewała je z zaciśniętymi piąstkami, płacząc. Jestem pewna, że gdyby miała złożyć przyrzeczenie, że będzie umierać broniąc ojczyzny, miałaby przed oczami wrogów, których dostarczył jej świat dorosłych w słowach zespołu Basti:

„To czas terroru, czas rzezi niewinnych ludzi w ich własnym domu
Europa pada na kolana, otwórz oczy, zrozum!
Nie dla uchodźców! Nie dla Islamu!
Nie dla faszyzmu płynącego z Koranu!”.

Dziewczynka na błoniach stadionu znała te słowa na pamięć. Śpiewała je z zaciśniętymi piąstkami, płacząc.

Razem z dziewczynką na „tożsamościowym” koncercie w tym samym krajobrazie wychowawczym i z tych samych przyczyn zobaczymy jej młodszą wersję – czterolatkę ze słodkimi kucykami, siedzącą na barkach taty podczas demonstracji. Tata, dziewczynka i wiwatujący, podchwytujący słowa dziecka tłum są nagrani i „wrzuceni do sieci” z pozytywnym, pochwalnym komentarzem na temat patriotycznego wychowania. Ta mała dziewczynka krzyczy znany slogan o komunistach wiszących na drzewach zamiast liści. Dorośli są zachwyceni. Dziecko zna wroga i wie, za co może oddać życie, przelać krew i pokryć się blizną.

Wybitny psycholog rozwoju i psychoterapeuta Erik Erikson w swoich licznych pracach dowiódł, że celem wychowania powinno być odkrywanie własnej tożsamości i budowanie indywidualnego, twórczego „Ja”, osadzonego w kontekście społecznym. W procesie dorastania, w ufnej relacji z opiekunem, młody człowiek uczy się odpowiedzialności za siebie, swój rozwój i wspólnotę, w której żyje. Jest wolny w znaczeniu możliwości doświadczania naturalnych kryzysów między ufną konstrukcją dziecięcej psychiki a wyzwaniami społecznymi. W tej ewolucji towarzyszą mu rodzice, wychowawcy, nauczyciele, znaczący dorośli – osoby, których zadaniem jest uczyć dziecko zarazem ufności i zdolności do krytycznego budowania więzi społecznych.

Dlaczego Dania to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie? Bo uczy empatii w szkole

Powstaje pytanie, czy te zasady można pogodzić z wartościami popularnych w Polsce nurtów wychowawczych. Pozostaje mieć nadzieję, że wśród dzieciaków wychowywanych krwią i blizną znajdą się w dużych ilościach duchowni, intelektualni spadkobiercy i spadkobierczynie Johna Bowlby’ego, zdolni zapomnieć o posłuszeństwie, dyscyplinie i wrogach na rzecz budowania wspólnoty ludzi wolnych, ufnych i chętnych do współpracy, a nie walki.

**
Joanna Ławicka – pedagożka specjalna, doktorka nauk społecznych w zakresie pedagogiki, prezeska zarządu Fundacji Prodeste. Jest autorką książki Nie jestem kosmitą. Mam zespół Aspergera. Prowadzi zajęcia warsztatowe dla osób z ASD oraz pracuje jako terapeutka na turnusach i koloniach.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać