Kraj

Państwo razi prądem. Bo może

Anna Mikulska

W ramach walki z koronawirusem rząd umożliwił Służbie Więziennej korzystanie z paralizatorów m.in. w przypadku stawiania biernego oporu. RPO obawia się, że może dojść do nadużyć.


Mężczyzna w pomarańczowym swetrze i kajdankach leży na podłodze w toalecie. Światło jest zgaszone. W jego ciało wbite są dwa przewody, przez kilkanaście sekund przepływa nimi prąd. Mężczyzna wyje z bólu. Policjanci zadają mu pytania, potem każą ściągnąć spodnie. Nagrania z paralizatorów dokumentujące to zdarzenie ujawnił w reportażu Śmierć w komisariacie Wojciech Bojanowski.

Igor Stachowiak zmarł 15 maja 2016 roku na wrocławskim komisariacie. Trafił tam, bo przypominał mężczyznę, który wcześniej uciekł funkcjonariuszom. Przyczyną śmierci były najprawdopodobniej trzy czynniki: narkotyki w jego organizmie, rażenie paralizatorem i silny ucisk na szyję. W lutym br. zapadł prawomocny wyrok – wszyscy czterej funkcjonariusze otrzymali karę pozbawienia wolności (od dwóch do dwóch i pół roku) i czasowy zakaz wykonywania zawodu. Sąd stwierdził, że zatrzymany był torturowany, ale nie użycie paralizatora było przyczyną śmierci.

Kartonowy lewiatan z paralizatorem

Historia Stachowiaka odbiła się szerokim echem, ale jak pokazują wyniki przeprowadzonych dwa lata temu badań, które zlecił Krajowy Mechanizm Prewencji Tortur (KMPT) przy biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, właściwie nie powinna nas zaskakiwać. 71 procent Polaków sądzi bowiem, że po 1989 roku miały miejsce przypadki stosowania tortur przez funkcjonariuszy publicznych. Zarazem jednak aż 41 procent uważa, że w pewnych okolicznościach tortury mogą być uzasadnione.

Aż 41 procent badanych uważa, że w pewnych okolicznościach tortury mogą być uzasadnione.

Zdaniem dyrektora KMPT Przemysława Kazimirskiego takie wyniki to bardzo niepokojący sygnał. – W naszym społeczeństwie powszechne jest przekonanie, że organy wymiaru sprawiedliwości nie funkcjonują tak, jak należy: są za mało skuteczne, przestępczość zbyt wysoka, a wyroki zbyt niskie. Nie jesteśmy też skłonni do wybaczania i raczej oczekujemy surowego karania. To jedna z możliwych przyczyn tak wysokiego odsetka osób dających przyzwolenie na tortury – stwierdza Kazimirski.

87 procent ankietowanych wskazywało policję jako organ, z którym utożsamiają przemoc. Na drugim miejscu (45 procent) znalazła się Służba Więzienna. – Być może wyobrażenie o aparacie policyjnym od czasów PRL-u niewiele się zmieniło – dodaje dyrektor.

Nie od razu trzeba ludzi aresztować – rozmowa z Piotrem Niemczykiem

Jak wynika z wizytacji KMPT prowadzonych w ostatnich latach, właśnie na komisariatach policji najczęściej dochodzi do nadużyć, takich jak wymuszanie zeznań czy znęcanie się nad zatrzymanymi.

„Obrona przestępców”

Upominanie się o prawa skazanych czy zatrzymanych często wiąże się z ostrym sprzeciwem opinii publicznej. Po interwencji KMPT w sprawie Jakuba A., oskarżonego o brutalne zabójstwo 10-latki z Mrowin, w oczach niektórych RPO stał się „rzecznikiem zwyrodnialców mordujących dzieci”:

Mężczyzna został wyciągnięty przez funkcjonariuszy w kajdankach unieruchamiających jednocześnie ręce i nogi, boso, w samej bieliźnie i koszulce. Tak też był przetrzymywany na komisariacie.

KMPT wydał w tej sprawie oświadczenie, w którym czytamy: „Nie były potrzebne kajdanki zespolone ani chwyt obezwładniający. Zatrzymany nie stawiał oporu. Użyte przez policję środki wydają się w tym przypadku nieproporcjonalne i mają charakter pokazowy, stanowiący przykład manifestacji siły państwa wobec jednostki, do którego nie powinno dojść w demokratycznym państwie prawa”. – Musimy pamiętać, że aresztowani i więźniowie nadal są obywatelami kraju i nie tracą swoich praw, zwłaszcza praw człowieka – komentuje Kazimirski.

W prywatnych rozmowach słyszę różne opinie: jedni są przekonani, że funkcjonariusze nagminnie nadużywają swoich uprawnień i nie są z tego rozliczani; inni stwierdzają z kolei, że policjantom „dostaje się” bardziej niż przestępcom i że muszą stosować przemoc, żeby sobie z nimi poradzić. A ostatecznie są przecież tylko ludźmi. Według badań z 2015 r. 71 procent funkcjonariuszy uskarża się na niski autorytet społeczny zawodu policjanta. 87 procent z nich stwierdza z kolei, że „funkcjonariusz powinien sięgnąć po wszystkie fizycznie dostępne środki działania, kiedy pojawia się niebezpieczeństwo, że sytuacja podczas interwencji wymknie się spod kontroli”.

Zdecydowana reakcja, gdy dana osoba stwarza niebezpieczeństwo, to jedno. Co jednak w momencie, gdy zatrzymany nie stanowi zagrożenia i dochodzi wobec niego do nadużyć ze strony służb – czy wtedy możemy mówić już o torturach?

Według definicji Organizacji Narodów Zjednoczonych tortury to „każde działanie, którym jakiejkolwiek osobie umyślnie zadaje się ostry ból lub cierpienie, fizyczne bądź psychiczne, w celu uzyskania od niej lub od osoby trzeciej informacji lub wyznania, w celu ukarania jej za czyn popełniony przez nią lub osobę trzecią albo o którego dokonanie jest ona podejrzana, a także w celu zastraszenia lub wywarcia nacisku na nią lub osobę trzecią (…), gdy taki ból lub cierpienie powodowane są przez funkcjonariusza państwowego lub inną osobę występującą w charakterze urzędowym”.

Paralizatory i koronawirus

W polskim ustawodawstwie definicja pojęcia „tortury” nie istnieje. W Kodeksie Karnym znajdują się przepisy, które mówią o nadużyciu uprawnień, znęcaniu się i pozbawieniu wolności związanym ze szczególnym dręczeniem. Co to oznacza? – W każdym przypadku należy sprawdzić, czy były podstawy do stosowania danego środka przymusu bezpośredniego [czyli m.in. paralizatora – przyp. red.]. Są to głównie sytuacje zagrożenia zdrowia i życia. Ale granica między torturą a legalnym użyciem takiego środka, który ma gwarantować porządek, jest cienka – podkreśla dr Mikołaj Małecki, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W polskim ustawodawstwie definicja pojęcia „tortury” nie istnieje.

W kontekście potencjalnych nadużyć ze strony służb obawy Rzecznika Praw Obywatelskich wzbudził ostatnio nowy zapis, który pojawił się w tarczy antykryzysowej. Zgodnie z nim Służba Więzienna może używać paralizatorów w bardzo szerokim zakresie. Oznacza to m.in. możliwość rażenia prądem w celu przeciwdziałania autoagresji czy pokonania biernego oporu.

W uzasadnieniu ustawy czytamy, że nowy środek przymusu bezpośredniego „wprowadzany jest jako rozwiązanie o charakterze stałym, może mieć jednak szczególne znaczenie w kontekście zagrożenia epidemicznego związanego z COVID-19, np. w przypadku konieczności wykonania zadań służbowych w zmniejszonej obsadzie kadrowej”.

W liście skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego Adam Bodnar zwraca uwagę, że to od woli władz zależy, czy system zapobiegania torturom będzie skuteczny: „Wprowadzenie broni elektrycznej do polskich jednostek penitencjarnych nie stanowi recepty na kryzys zdrowotny wywołany pandemią COVID-19 i kadrowy Służby Więziennej. Jest krokiem wstecz w stosunku do działań, doświadczeń i dorobku międzynarodowych i krajowych instytucji ochrony praw człowieka oraz organizacji pozarządowych. Poza tym sam kształt przepisów jest niedoskonały i prowadzi do ryzyka niewłaściwych zachowań, w tym tortur” – czytamy w piśmie.

Słuchaj policjanta, on prawdę Ci powie

A jak nowe przepisy oceniają sami funkcjonariusze? Zapytałam o zdanie Andrzeja Kołodziejskiego, przewodniczącego Komisji Międzyzakładowej NSZZ Solidarność Funkcjonariuszy i Pracowników Służby Więziennej Okręgu Katowickiego: – Paralizatorów używa się na całym świecie, bo są zdecydowanie bezpieczniejsze niż broń palna, której musielibyśmy użyć np. w trakcie pościgu w zatłoczonym miejscu. W naszym środowisku od dawna były prowadzone rozmowy na temat wprowadzenia ich do katalogu środków przymusu bezpośredniego, z których możemy korzystać. Służba Więzienna jest instytucją totalną i musi mieć w posiadaniu takie narzędzia. Gdy mówimy o sytuacjach takich jak historia Stachowiaka, musimy mieć na uwadze, że to nie samo urządzenie może być niebezpieczne, tylko osoba, która się nim posługuje. Trzeba też pamiętać, że do używania paralizatora potrzebne są stosowne przeszkolenia, które służba zapewni w swoich ośrodkach szkoleniowych. Nowoczesne więziennictwo potrzebuje nowoczesnych rozwiązań, inaczej do dzisiaj chodzilibyśmy z łukami, a osadzeni mieliby kulę przykutą do nogi. I nie zapominajmy w końcu, że chodzi przede wszystkim o zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom, którzy żyją zgodnie z prawem.

Jak wynika z kolei z informacji KMPT, stosowanie środków przymusu bezpośredniego, m.in. celi zabezpieczającej, w zakładach penitencjarnych spada. Zdaniem Kazimirskiego wprowadzanie paralizatora do katalogu tych środków nie jest zatem uzasadnione.

– Uważam, że nowinki techniczne w przypadku doboru środków przymusu nie są tym, czym należy się kierować. Skoro spada zapotrzebowanie na stosowanie istniejących już środków, nie widzę argumentów przemawiających za dodawaniem kolejnego, w dodatku bardziej niebezpiecznego niż te stosowane dotychczas. Wyjątkiem jest broń palna, ale tej Służba Więzienna praktycznie wcale nie stosuje – mówi dyrektor KMPT.

Epidemia za kratkami. Więźniowie w czasach koronawirusa

Nie tylko RPO zgłasza zastrzeżenia do nowego przepisu. Pojawiają się one też ze strony prawników. – Nie widzę żadnego związku między tym zapisem a zagrożeniem COVID-19. Wprowadzanie „tylnymi drzwiami” przepisów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistym celem tarczy antykryzysowej, nie jest zgodne z prawem. Co więcej, jest to istotny i potencjalnie groźny przepis związany z uprawineniem służb, który może zakończyć się naruszeniem praw i wolności obywatelskich – komentuje dr Małecki.

Zwraca też uwagę, że podjęcie takiej decyzji powinno być wcześniej skrupulatnie przedyskutowane. Do tego jednak nie doszło. – Nie ma wątpliwości, że Służba Więzienna musi mieć uprawnienia do reagowania na niewłaściwe zachowania osadzonych – stwierdza dr Małecki i dodaje: – Nowe uprawnienia zostały jednak nadane bez merytorycznego uzasadnienia. Nie wykluczam, że takie rozwiązanie mogłoby zostać wprowadzone mimo oczywistego ryzyka nadużyć, ale niepokoi mnie, że forsujemy je w takiej ustawie i w tak szybkim trybie.

Pytanie skierowałam też do rzecznika Służby Więziennej. Nadal czekam na odpowiedź.

 

**
Anna Mikulska – z wykształcenia antropolożka kultury i dziennikarka. Współpracuje z krakowską „Gazetą Wyborczą”, publikowała m.in. na łamach „Holistic News”, magazynu „Kontakt”, nieregularnika reporterskiego „Non/Fiction” i magazynu „Kontynenty”. Jej zainteresowania to przede wszystkim migracje, prawa człowieka, globalna polityka i odpowiedzialna turystyka.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać