Kraj, Muzyka

Jesteśmy na zero. Jak to się skończy, może się jakoś pozbieramy

Uczciwi i solidarni właściciele pozamykali swoje kluby i mają dziś długów po uszy. Cwaniacy zeszli do podziemia i organizowali pokątnie tajne koronaimprezy. A artyści? „Poszedłem pracować do sortowni paczek za grosze”. Sprawdziliśmy, jak polska scena elektroniczna (nie)radzi sobie z pandemią koronawirusa.

W chłodny marcowy weekend, w szczycie kolejnej fali pandemii COVID-19 i restrykcyjnych obostrzeń, w Warszawie po raz kolejny odbyło się kilka nielegalnych imprez w zamkniętych przestrzeniach, tajnych willach itd. Klubowe podziemie imprezowe w mieście działało od początku pandemii. Wstępy kosztowały jednorazowo 100–200 zł. Właściciele klubów zamkniętych przez pandemię i artyści nieprzerwanie na tych imprezach zarabiali.

A inni? Nie grali i nie organizowali imprez. Nie narażali innych. I nie zarabiali. Większość środowiska klubowego w stolicy i nie tylko stosowała się do obostrzeń i zasad bezpieczeństwa. Kluby pozostawały zamknięte przez cały czas lockdownu. Sytuacja pandemiczna dla większości polskich artystów też wyglądała podobnie – zostali pozbawieni możliwości występowania na żywo, utracili sporą część dochodów. W przypadku niektórych pandemia brutalnie zweryfikowała marzenia o karierze w muzyce.

Jaka jest pandemiczna rzeczywistość polskiej sceny elektronicznej? Przyjrzałam się temu z moimi bohaterkami i bohaterami.

Praca na etacie w agencji reklamowej

Julian Płoski ma 22 lata i mieszka w Warszawie, muzyką elektroniczną zajmuje się od około siedmiu lat. Grał na festiwalu Unsound czy Avant Art. W 2019 roku wraz z dziewczyną założył wytwórnię płyt Glamour. Jest artystą tworzącym w nurcie młodej polskiej elektroniki.

Płoski z powodu braku przychodów w pandemii zaczął szukać innego, stałego zatrudnienia. Zajmował się dorywczymi zleceniami graficznymi czy montowaniem reklamówek wideo. Ostatecznie pracę na etat znalazł w agencji reklamowej.

– Przed pandemią nie utrzymywałem się tylko z muzyki, ale byłem na dobrej drodze do tego. Myślałem, że jak skończę studia, to nie będę musiał iść do pracy, tylko trochę bardziej przyłożę się do muzyki, będę na przykład szybciej odpisywał na maile i będę mógł z tego żyć.

Marzenia zweryfikowała pandemia.

– Kompletnie nie dawałem rady. Byłem w strasznej sytuacji finansowej. Najgorszej w życiu, ale udało mi się ostatnio dorwać pracę. Płacą mi pieniądze, więc mogę żyć spokojnie.

Mniej czasu na muzykę w przypadku Płoskiego paradoksalnie przekuło się na większą liczbę kończonych tygodniowo kawałków. Jak sam mówi, komponowanie jest teraz dla niego jak prysznic po długich godzinach pracy – odpręża i ładuje w niego nową energię. Płoski odważył się na kontakt z zupełnie obcymi producentami czy producentkami. Zaczął proponować im kooperację.

– Jestem przez to bliżej środowiska niż kiedykolwiek. Pandemia dobrze robi mi pod względem nowych kontaktów i kolaboracji. Wcześniej nie robiłem tyle wspólnej muzyki z innymi artystami.

Płoski czeka na moment, w którym będzie mógł znów występować na żywo. – Nie boję się, że po pandemii nie będę miał grania – mówi. Środowisko, które organizuje koncerty, jest wąskie, wszyscy się znamy i lubimy. Kiedy znów będzie to możliwe, będę grał. Wydałem Human Sapiens EP, którego jeszcze nie grałem na żywo. Przygotowuję też dużo nowego materiału i chciałbym się nim pochwalić.

W pandemii nie skończyłem nowego utworu

Jakub Kubok w 2014 roku zaczął organizować w Krakowie cykl imprez Veni Vidi Techno. W 2016 roku założył duet muzyczny VIELD. Był menedżerem krakowskiego klubu Zet Pe Te, z czego utrzymywał się aż do początku pandemii, kiedy klub zamknął się na stałe. Aby utrzymać się na powierzchni, Kuba brał wszystkie możliwe fuchy.

– Poszedłem pracować do sortowni paczek za grosze, potem pomogła mi przyjaciółka, która zatrudniła mnie w swojej małej restauracji. Rodzice wpoili mi, że żadna praca nie hańbi, więc nie miałem większego problemu ze spadkiem jakości życia – powiedział mi Kuba.

Jakub Kubok. Fot. facebook.com

Obecnie pracuje w korporacji, która zajmuje się sprzedażą systemów do automatyzacji marketingu. Chwali sobie stałe godziny pracy i uregulowany cykl dnia, bez zarwanych nocek i przesypiania ładnej pogody w weekendy.

Jeśli chodzi o czas poświęcony muzyce, ma go teraz mało: – Przez pandemię odpadło nam z VIELD wydawnictwo na winylu w świetnej zagranicznej wytwórni, a liczyliśmy, że to będzie dla nas przełom. Kocham robić muzykę, ale jest to dla mnie proces bardzo wycieńczający emocjonalnie. Nie mam teraz do tego głowy.

Kuba nie jest odosobniony. Badania przeprowadzone przez drę Katarzynę Chajbos oraz dra Bartka Lisa z poznańskiego Centrum Kultury Zamek wykazały, że co czwarta osoba zatrudniona w kulturze na umowę cywilnoprawną straciła zatrudnienie właśnie przez zamknięcie sceny lub klubu. Większość „wolnych strzelców” zaznaczyła, że podczas pandemii w ogóle nie otrzymuje zleceń, a zatem pozbawiona jest regularnego wynagrodzenia.

Aktywne szukanie wsparcia

Raport o polskim rynku muzycznym przygotowało Narodowe Centrum Kultury. Pokazuje on, jaki odsetek polskich muzyków utrzymuje się z innych źródeł niż koncerty. Większość muzyki granej w telewizji (66 proc.) pochodzi od 25 najpopularniejszych twórców. Jeśli chodzi o sprzedaż płyt CD i winyli, artyści z TOP 25 zgarniają kolejno 40 i 50 proc. rynku. Najmniej skoncentrowany jest rynek koncertowy, gdzie artyści z TOP 25 odpowiadają jedynie za 6 proc. koncertów.

Potwierdza to Olivia, rezydentka krakowskiego festiwalu Unsound i producentka muzyki elektronicznej.

– Ze sprzedaży płyt nie da się wyżyć. Muzyka elektroniczna undergroundowa sprzedaje się w tak małej ilości, że starcza może wytwórni płytowej na opłacenie kosztów, a czasem i na to nie. Muzycy klubowi żyją z występów, a kiedy ich nie ma, nie mają z czego żyć.

Olivia. Fot. Mikołaj Perełkiewicz

Pandemia odcięła Olivię od środków do życia. – Zarabiałam, występując. Moje główne źródło zarobku to były występy za granicą. Wszystkie odwołano, kiedy wybuchła epidemia.

COVID-19 zmusił Olivię do podjęcia innej pracy. – Przez okres wakacji pracowałam u rodziców w pensjonacie i karczmie, ale gastronomia też później się pozamykała, więc był to dla mnie słaby ratunek.

Justyna Banaszczyk, inna prominentna postać polskiej muzyki elektronicznej, znana jako FOQL, dzięki programom stypendialnym i udziałom w licznych konkursach była z kolei w stanie utrzymywać się ze swojej sztuki.

– Moja sytuacja jest całkiem dobra. Dostałam kilka razy stypendium oraz miałam kilka niezłych zleceń, m.in. zamówione przez Warszawską Jesień słuchowisko, muzykę na zamówienie Zamku na Wawelu czy ilustrację dźwiękową do podcastu na temat katastrofy klimatycznej dla CSW Łaźnia – mówi Banaszczyk.

Fot. FOQL/facebook.com

– Nie mam rodziny na utrzymaniu, mam komfort życia we własnym mieszkaniu, prowadzę minimalistyczny tryb życia. Nie mam wielu potrzeb. To na pewno ułatwia przetrwanie, kiedy zarabia się stosunkowo mało. Dzięki temu na spokojnie mogę zajmować się tym, co mnie najbardziej jara, czyli siedzeniem w pracowni – mówi mi Banaszczyk.

Artystka nawołuje do solidarności środowiska muzycznego. Uważa, że środowisko powinno pomagać innym w ubieganiu się o programy stypendialne. – Ważne jest aktywne szukanie wsparcia. Wiele osób obraża się na stypendia, bo są od PiS-u, lub nie wierzy w to, że może otrzymać wsparcie. Jako środowisko powinniśmy się w tym wspierać, a nie traktować jak konkurencję.

– Sama pochodzę ze stosunkowo ubogiej rodziny, jestem trochę przyzwyczajona do takiej „życiówy” i tego, że czasem wiatr po prostu wieje w twarz – dodaje. – Nie miałabym oporów przed tym, by zatrudnić się w jakiejś innej pracy na czas pandemii. Takie jest życie, czasem trzeba zagryźć zęby i schować ego do kieszeni – mówi Banaszczyk.

Organizowane w całej Polsce nielegalne rejwy są zdaniem Banaszczyk przykładem braku solidarności i szkodzą renomie sceny klubowej.

Suplementacja wrażeń z grania na żywo 

Dla wielu muzyków klubowych spędzanie całych nocy w oczekiwaniu na swój występ i nieustanny kontakt z obcymi ludźmi to styl życia. Ale dla niektórych DJ-ów utrata kontaktów społecznych oznacza dużo poważniejsze życiowe tarapaty.

Veronica Zudova, DJ-ka występująca jako Veronicami oraz kuratorka kolektywu DŁOŃ, przyjechała do Warszawy z Azerbejdżanu. Dzięki koncertom czy imprezom udało jej się gładko wejść w miejską tkankę.

– Boję się myśleć o tym, w jakim stopniu na moje życie wpłynęła pandemia. Ten temat wywołuje we mnie bolesne emocje. Imprezy i społeczność sprawiały, że czułam się akceptowana, czułam się dobrze. Zaczęłam grać i realizować mój potencjał muzyczny, to stawało się moim życiowym celem. Działałam też społecznie, bo jako DŁOŃ organizowaliśmy wydarzenia muzyczno-artystyczno-społeczne. Osoby spoza środowiska mogą tego nie rozumieć, ale życie klubowe i imprezy przyniosły mi w życiu bardzo dużo dobrego.

Przed pandemią Veronica patrzyła na światek muzyki klubowej przez różowe okulary. Miała wrażenie, że jest częścią solidarnej, większej grupy. COVID-19 sprawił, że niemal każdy poszedł w swoją stronę i realizował własną strategię przetrwania.

– Z dnia na dzień okazało się, że nie ma przy mnie nikogo – wyznaje Veronica.

Polskie techno? „Mistrzowie melanżu” edukowani w piątkowy wieczór na YouTubie

Veronica na pewien czas została bez pracy: – Wpadłam w panikę, nie wiedziałam, co zrobić i gdzie zarabiać pieniądze. Teraz pracuję z domu jako tłumaczka i copywriterka. Trochę zwolniłam, studiuję i pracuję, ale czuję brak czegoś bardzo ważnego. Ważnej części mnie – dodaje.

Veronicami. Fot. @K35 photo

Veronica nie zdecydowała się na wzięcie udziału w nielegalnie organizowanych koronaimprezach. Podobnie jak Kajetan Łukomski, DJ i aktywista znany jako Avtomat, również niekryjący do nich niechęci:

– Każde rozwiązanie jest lepsze niż promocja niebezpiecznych dla zdrowia koronaimprez. Regularne, cotygodniowe imprezy w zamkniętych, niewentylowanych pomieszczeniach i bez zachowania środków ostrożności w szczycie zachorowań to po prostu brak szacunku dla publiki i bliskich jej osób. Nie mówiąc o tym, że niweczy to starania reszty sceny, która w nadziei na rychłe zniesienie obostrzeń powstrzymuje się od grania i cierpliwie czeka na lepszy czas – mówi Avtomat.

– Nielegalne imprezy to wstyd dla całego środowiska – krzywi się Veronica. – Niby jesteśmy w tej sytuacji wszyscy razem, ale ktoś sobie myśli, że jest ponad prawem. Bardzo dużo ludzi cierpi z powodu lockdownu, chociażby na depresję, a niektórzy kompletnie nie zawracają sobie głowy żadną refleksją w tej sprawie.

Zgłoś nielegalną imprezę

Kasia Konachowicz (Dj Emoji Face), członkini kolektywu Destitute, od kilku lat praktycznie codziennie porusza w social mediach ważne tematy dotyczące polskiej sceny muzyki elektronicznej. W pandemii naraziła się na falę hejterskich komentarzy, bo zaczęła ujawniać osoby i kluby organizujące nielegalne imprezy w czasie lockdownu.

– Rzeczywiście ostatnio zmieniłam się w internetową trollkę, łącznie z tym, że zostawiałam negatywne oceny na pewnych fanpejdżach – opowiada mi Kasia. – Reakcje ludzi na moje działania są różne. Nie boję się konfrontacji z osobami łamiącymi prawo czy tego, że nie zagram w jakimś miejscu. Są sprawy, dla których warto się pokłócić – mówi.

– To jest nie fair na wielu poziomach – mówi Konachowicz. – Ta pandemia nie skończy się prędko, jeśli w każdy weekend odbywać się będzie kilkanaście czy kilkadziesiąt imprez. Osoby organizujące te wydarzenia powinny to zrozumieć, inaczej organizowanie legalnych imprez będzie niemożliwe jeszcze przez długi czas – irytuje się.

Pierwsze stwarzanie techna

czytaj także

Pierwsze stwarzanie techna

Marcelo Zammenhoff

Środowiskotwórcze miejsca na skraju bankructwa. Niektóre uratowały zrzutki

– Nie, nie da się organizować bezpiecznych imprez w pandemii – rozpoczyna rozmowę ze mną Jan Chrzan, jeden z kuratorów kolektywu regime i organizator wydarzeń we wrocławskim Uczuleniu.

– Są rzeczy, które są poza twoją kontrolą jako organizatora. Nie można polegać na tym, że ludzie sami będą się pilnować. Szybko przekonaliśmy się, że nie da się upilnować ludzi po kilku piwkach. Oczywiście każdy jest dorosły i bierze za siebie odpowiedzialność, ale są momenty, w których my jako organizatorzy bierzemy odpowiedzialność za ludzi. Nie chcę, żeby komuś coś się stało – wyjaśnia.

Czy po pandemii dalej będzie organizować wydarzenia? – Uwielbiam robić imprezy. To mnie nakręca. To jest moje życie. Teraz idę innymi dostępnymi ścieżkami, pracuję i studiuję, ale te marzenia pozostają. Jak czegoś słucham i mi się to podoba, od razu myślę, że kiedyś na pewno zaproszę tę osobę do klubu – mówi Chrzan.

Ekipa Pogłosu. Fot. facebook.com

Innym ważnym miejscem na mapie klubowej jest warszawski Pogłos. Swoim modelem biznesowym pokazuje, że nie trzeba mieć dużo, żeby działać. Pieniądze są im niezbędne do funkcjonowania, zapewnienia stabilności i rozwoju, ale nie są wszystkim. Pogłos to działalność utrzymująca się za pomocą ludzi i dotacji. Dzięki wiedzy i wsparciu spółdzielni ludzie razem tworzą wydarzenia. Oddolnie, ale w sposób profesjonalny.

W pandemii Pogłos, oprócz kilku koncertów, które odbyły się w zgodzie z obostrzeniami, nie zorganizował żadnej imprezy. Ich wpływy zostały znacznie ograniczone. Członkowie spółdzielni postanowili zdobyć pieniądze ze zbiórki publicznej.

– Mieliśmy duże wątpliwości, czy ją organizować. Takie rzeczy kojarzą nam się raczej z funduszem na realizację marzeń, a nie na utrzymywanie firmy – mówi Karol Czerniakiewicz z Pogłosu. – Ale zdecydowaliśmy się, bo nie było żadnych sygnałów ze strony państwa w sprawie funduszy pomocowych. Widzieliśmy, jak nasze środki kurczą się z dnia na dzień.

– Pogłos zawsze stawiał na społeczność, a teraz przekonaliśmy się, jaką ma ona moc. Naszą działalnością wielokrotnie staraliśmy się pomagać najróżniejszym inicjatywom czy grupom. W trudnym dla nas czasie ten kapitał się zwrócił. Ładna i budująca historia – mówi Karol.

Dzięki zbiórce na powierzchni utrzymali się także właściciele gorzowskiego SEJF & DYM. Mateusz Rosiński, jeden ze współzałożycieli, był zrozpaczony: – Odkąd organizuję wydarzenia w kulturze, nie miałem jeszcze takiego momentu, żeby myśleć o rzuceniu tego wszystkiego – opowiada Rosiński. – Nie chce nam się robić wydarzeń online. Miałem do tego serce jeszcze na początku, ale teraz uważam, że ludzie tym gardzą. Uzbierały nam się długi i jest to problem wszystkich ludzi prowadzących teraz miejscówki. Gdyby nie zrzutka, musielibyśmy się zamknąć – mówi Rosiński.

Czekali z decyzją o zrzutce dość długo, bo liczyli, że miasto anuluje im zaległe opłaty za czynsz. Niestety, tak się nie stało.

– Zwróciliśmy się do społeczności, do ludzi, którzy kojarzą nasze miejsce. Budujące było najbardziej to, że po czterech godzinach trwania zrzutki uzbieraliśmy całą kwotę. Wpłacali zarówno ludzie z lokalnej społeczności, jak też osoby z całej Polski, a nawet z zagranicy. Często też muzycy, którzy u nas występowali. To było super! Dostaliśmy zastrzyk energii – opowiada Rosiński.

Co to oznacza dla przyszłości miejsca?

– Jesteśmy na zero. Jak to się skończy, może się jakoś pozbieramy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kasia Jaroch
Kasia Jaroch
Dziennikarka muzyczna
Dziennikarka zajmująca się tematyką kultury, w szczególności zainteresowana regionem Europy Środkowo-Wschodniej. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Stale współpracuje z Krytyką Polityczną. Z wykształcenia prawniczka i filolożka.
Zamknij