Kultura, Muzyka

Unsound: solidarni w rejwie


Konrad Wojnowski

„W 2008 roku robiliśmy festiwal na Białorusi. W hotelowej windzie zagadnął mnie młody chłopak, który wyglądał jak agent KGB nieudolnie przebrany za studenta. Zapytał, co ja tu robię, odpowiedziałam, że festiwal, a on na to: czy będzie tam muzyka rewolucyjna? Mówię, że elektroniczna. Aha, okej, czyli bez słów? To w porządku” – z Małgorzatą Płysą i Matem Schulzem, współorganizatorami krakowskiego festiwalu Unsound, rozmawiają Kaja Puto i Konrad Wojnowski.


Kaja Puto: Tematem przewodnim tegorocznej edycji festiwalu Unsound jest solidarność – jak rozumiem, chodzi o uczczenie trzydziestolecia pierwszych wolnych wyborów. Czyli co, rejwerzy będą śmigać w koszulkach z napisem „Konstytucja”?

Małgorzata Płysa: Pierwszym impulsem do wykorzystania potrzebnego, naszym zdaniem, hasła „solidarność” była oczywista inspiracja trzydziestoleciem wyborów, ale myślimy o 1989 roku szerzej – jako o roku, który przyniósł całą masę zmian, zarówno pozytywnych, jak i tych, co do których nadal jest wiele wątpliwości. Nie myślimy o tej rocznicy też tylko w kontekście polskim: to również rok upadku muru berlińskiego, wydarzeń na placu Tiananmen oraz okres rozmów, dzięki którym Nelson Mandela wyszedł z więzienia na początku 1990.

#Rejwolucja róż

Wiele z tych różnych wydarzeń było wynikiem wspólnego, kolektywnego działania, solidarności jednostek działających w imię idei i walki o zmianę – ten aspekt był główną inspiracją w wyborze motywu przewodniego. Polska legenda Solidarności jest idealnym przykładem takiego działania i jednocześnie jest jednym z flagowych haseł, z którymi Polska kojarzy się na świecie. Poniekąd wykorzystujemy znajomość tego słowa i historii, poszerzając znaczenie pojęcia o to, które jest bliższe nam czy środowisku muzyki elektronicznej w ogóle – o szeroko pojętą solidarność ze słabszymi czy uciskanymi.

Dodatkowym impulsem było również zaproszenie nas do współtworzenia programu artystycznego gdańskiego festiwalu Solidarity of Arts przez Europejskie Centrum Solidarności.

Mat Schulz: Połowa publiczności festiwalowej przyjeżdża z zagranicy, a połowa z Polski, więc sądzę, że każdy będzie mógł zrozumieć to zgodnie z własnym doświadczeniem.

MP: Myślimy o solidarności również w kontekście budowania wspólnoty podczas festiwalu – o festiwalu jako działaniu kolektywnym i wspólnocie, jaka wokół niego się tworzy. Oprócz nocnego programu muzycznego mamy program dzienny, czyli dyskusje i filmy.

Konrad Wojnowski: No właśnie, po co wam w ogóle jest temat festiwalu? Większość tego rodzaju eventów muzycznych nie ma tego rodzaju programu dziennego, nie posługuje się kategoriami politycznymi.

KP: Innymi słowy, dlaczego nie chodzi tylko o to, żeby się napić, czy tam nawciągać, i pójść potańczyć?

MP: Dzięki tematowi przewodniemu w ciekawszy sposób możemy się skupić na doborze artystów i elementów programu, budując spójną całość, której towarzyszy też konkretna oprawa wizualna. Utrudniamy sobie zadanie, ale nie chcemy po prostu wybrać kilkunastu przypadkowych muzyków, którzy nam się podobają, są akurat na trasie, i sprzedać na ich koncerty bilety.

Współpracujemy z artystami, którzy nie żyją w oderwaniu od rzeczywistości społeczno-politycznej swoich krajów, a te kraje często są nam odległe kulturowo. Zapraszamy ich do dzielenia się z krakowską publicznością swoimi doświadczeniami i przemyśleniami również w ramach programu dyskusyjnego. Nie chodzi tylko o to, że w różnych zakątkach świata rozwijają się ciekawe zjawiska, ale też o fakt, że ci artyści oprócz swojej muzyki przywożą tutaj pewien bagaż, pewne doświadczenie, które niedobrze byłoby zignorować.


MS: Przez ostatnie kilka lat nasz program się zmieniał, bo zmieniał się świat, który staje się coraz bardziej niestabilny. Ciężko udawać, że nic się dzieje, nie reagować i dobrze się bawić. Wiele gatunków muzyki, które prezentujemy, jest zresztą nie od dziś uwikłanych politycznie, jak powiązane z tożsamością rasową Detroit techno czy brytyjski rave skonfliktowany z rządami Margaret Thatcher. Dziś również wielu artystów sceny elektronicznej nie ukrywa swojego zaangażowania politycznego.

MP: W muzyce klubowej mamy z jednej strony kult jednostki – DJ-a czy selekcjonera – a z drugiej wiele przykładów aktywizmu na rzecz społeczności czy twórczości stworzonej w wyniku kolektywnego działania. Parę lat temu gościliśmy na przykład kolektyw Discwoman i dyskutowaliśmy o relacjach między techno a feminizmem.

15 lat Hyperdubu: psychogeografia zatopionego Londynu i basowa globalna wioska

KP: A jak ten temat solidarności odbije się w tegorocznym programie?

MS: Zawsze dajemy sobie sporo przestrzeni na interpretację motywu przewodniego – tym bardziej przy tak znaczącym w Polsce haśle. Moor Mother w projekcie z London Contemporary Orchestra będzie mówić o niewolnictwie. Dreamcrusher opisuje swoją muzykę jako nihilistyczno-queerowy protest. Lingua Ignota jest ofiarą przemocy domowej i w utworach opisuje swoją chęć zemsty. Kolejnym przykładem jest brazylijska grupa Teto Preto, która powstała w trakcie zamachu stanu w 2016 roku i otwarcie krytykuje polityczną sytuację kraju oraz warunki, w jakich żyją czarne oraz queerowe społeczności.

Artyści klubowi czasem nie potrzebują słów, by wyrazić swoje zdanie. Przykładem chociażby Paula Temple, która wydała album techno o kryzysie klimatycznym i uchodźczym, czy JD Twitch, który gra i wydaje „muzykę przeciwko faszyzmowi”. W tym roku zamierzamy także podkreślić znaczenie kolektywów artystycznych, które zrzeszają artystów o progresywnych wartościach, dzięki którym muzyka wciąż się rozwija. W tym roku na Unsoundzie będzie można posłuchać artystów zrzeszonych w Room 4 Resistance w Berlinie, Club Chai w Oakland, Nyege Nyege w Kampali czy SVBKVLT w Szanghaju. Praca z takimi organizacjami wymaga od nas dużego zaangażowania. Artyści nie są znani, a koszty ich sprowadzenia przekraczają czasem nakład wymagany, by zaprosić gwiazdę. Dodatkowo często trzeba też pomóc zorganizować im inne występy w Europie.


Mało który festiwal dokłada sobie takiej pracy. Bardzo ważne jest dla nas prezentowanie takich artystów jak chociażby Msylma, który pochodzi z Arabii Saudyjskiej, mieszka w Egipcie i przyjedzie do Krakowa z zespołem. Zagra u nas swój premierowy koncert z materiałem, który stał się sensacją w świecie muzyki niezależnej, ale nikt nie wie, jak zabrzmi na żywo. Takich historii z przeszłości mamy sporo. Dziś Otim Alpha z Ugandy, Linn da Quebrada z Brazylii, FAKA z RPA czy Lechuga Zafiro z Urugwaju mają agentów i koncertują dość regularnie w Europie. Działamy w ten sposób od lat, ale chcemy to mocniej zaznaczyć.

Jeśli chodzi o Polskę, trudniej jest znaleźć muzykę stojącą w opozycji do zastanej rzeczywistości. Rzadkim przykładem jest Siksa. Z motywem przewodnim wiążą się jednak takie działania jak powołanie Orkiestry Okrągłego Stołu, której członkami są muzycy Remontu Pomp. To zespół perkusyjny, w którym występują również osoby z niepełnosprawnościami. Dołączą do nich muzycy ze sceny jazzowej. W przewrotny sposób do motywu nawiąże WIXAPOL, który o Polsce opowie, inspirując się jednocześnie Prześnioną rewolucją Andrzeja Ledera i muzyką z Ekwadoru 2000 w Manieczkach.

W programie znajduje się również instalacja Incoming Richarda Mosse’a, która w konfrontacyjny sposób traktuje o kryzysie uchodźczym. Tematyka będzie również obecna w programie filmowym, który traktuje o ekologii, osobach szukających azylu, rosnącej popularności radykalnej prawicy, feminizmie czy konfliktach na tle rasowym. Jeszcze więcej interpretacji będzie oferować obszerny program dyskusyjny, który trwa codziennie od południa do wieczora i na który wstęp jest darmowy.

Jeśli chodzi o Polskę, trudniej jest znaleźć muzykę stojącą w opozycji do zastanej rzeczywistości.

MP: Program festiwalu i artyści w nim występujący dystansują nas trochę od czasów Solidarności, które kojarzą się z muzyką rockową czy poezją śpiewaną. Teraz tego rodzaju działania urzeczywistniają się w innych gatunkach, mniej dosłownych. Pamiętam, jak w 2008 roku robiliśmy festiwal na Białorusi i w hotelowej windzie dołączył do mnie młody chłopak, który wyglądał jak stereotypowy agent KGB, nieudolnie przebrany za studenta. Zapytał, co ja tu robię, odpowiedziałam, że festiwal, a on na to: czy będzie tam muzyka rewolucyjna? Mówię, że elektroniczna. Aha, okej, czyli bez słów? To w porządku.

KW: Zapraszacie muzyków z różnych kultur, z różnych kontekstów i mieszacie ich ze sobą w line-upach. Macie potrzebę, by zbudować z tego jakąś nową ramę, nową tożsamość dla sceny muzyki elektronicznej?

MP: Unsound jest raczej punktem spotkań, nie chcemy nikogo wtłaczać w jakąś zunifikowaną narrację.

MS: Dokładnie, zresztą temat solidarności wziął się też z tego, co festiwal już reprezentuje i ucieleśnia. Doświadczenie wspólnoty, które tworzy się każdego roku podczas festiwalu, trwa wraz z muzyką po jego zakończeniu. Wahałbym się nazwać to bańką informacyjną, bo przecież dochodzi tu też do spotkań i wymiany opinii wśród bardzo różnorodnej publiczności. Tym właśnie różni się Unsound czy berliński CTM od innych festiwali. Ale jeśli ktoś chce po prostu wpaść do hotelu Forum potańczyć, to też nic nie stoi na przeszkodzie.

Tam, gdzie kończy się polityka, azylu udziela sztuka

KP: No i tyle mówimy o solidarności z innymi, a na Unsound i tak chodzi głównie globalna wielkomiejska klasa średnia, dość podobni do siebie ludzie.

MP: Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że festiwal nie przełamuje wszystkich barier klasowych. Istniejemy trochę w swojej bańce – czy w Polsce, czy na świecie, bo wszędzie globalnemu połączeniu gustów jednej grupy towarzyszy coraz większa polaryzacja opinii i zamykanie się na innych. Po sprzedaży biletów widać jednak, że na festiwal zjadą się ludzie nie tylko z wielkich ośrodków miejskich, ale i z mniejszych miejscowości w całej Polsce. Staramy się więc, w miarę możliwości, wychodzić poza tę bańkę. Na przykład zawsze zostawiamy pulę biletów na ostatnią chwilę, by były jak najtańsze dla polskiego uczestnika [bilety kosztują od 30 do 90 zł, a wstęp na niektóre koncerty jest darmowy – przyp. red.].

Dzięki temu otwieramy się na wielu uczestników imprez, którzy nie wiedzą, czym jest Unsound, ale przez przypadek dołączyli do tej bańki i może dzięki temu dojdzie do interakcji. Jedyne, czego oczekujemy, to wzajemny szacunek wśród uczestników, co zresztą formułujemy wprost w programie, w ramach naszej kampanii Mutual Respect. To oczywiście bywa trudne na imprezach klubowych, bo to miejsca, w których czasami poluzowują się hamulce.

Hakujemy korporacyjne technologie, żeby tworzyć performans

KW: Pamiętam, jak w zeszłym roku na imprezę wpadły ziomki w garniturach i skórzanych butach i szeptali między sobą coś w rodzaju: „Boże, widziałeś? Tam jest mężczyzna, który udaje kobietę”. Później porozmawiałem z nimi chwilę i miałem wrażenie, że facet pozbył się swojej początkowej nieufności.

MP: Powoli staramy się walczyć z tą nieufnością i niezrozumieniem – np. pracujemy z ochroniarzami, by ich uwrażliwić na fakt, że na festiwal przychodzi m.in. społeczność LGBT+, co może prowadzić do kłopotliwych sytuacji – ochroniarze nie wiedzą, czy skierować osobę na kontrolę do kobiety czy mężczyzny z ekipy. Myślę, że takie zderzenia światów mogą jednak przynieść wzajemne zrozumienie. W międzynarodowym gronie niestety czasami przeszkadza w tym bariera językowa. Wielu ciekawych artystów to właśnie reprezentacja sceny queerowej z różnych krajów świata. W tym roku to m.in. zespół Teto Preto, nowojorczyk LSDXOXO, czy duet Eris Drew i Octo Octa, które w ramach walki o widoczność osób trans założyły niedawno wytwórnię T4T LUV NRG. Unsound w tym roku to chyba największy przegląd twórczości reprezentantów sceny queerowej w Polsce – dzięki temu liczymy, że wiele uprzedzeń, obecnych również na stosunkowo progresywnej scenie klubowej, zacznie powoli znikać i pojawi się większa solidarność w różnorodności.

KW: Holly Herndon, kompozytorka i doktorantka Uniwersytetu Stanforda, która będzie w tym roku waszym gościem, uważa, że nie możemy myśleć dziś o solidarności wyłącznie z podmiotami ludzkimi, że musimy to pojęcie rozszerzyć.

MP: Nadal mamy jeszcze wiele do zrobienia, jeśli chodzi o solidarność – czy też jej brak – w odniesieniu do zwierząt czy środowiska naturalnego w obliczu nadciągającej katastrofy klimatycznej. Z tego względu na festiwalu pojawią się wątki ekologiczne, przy czym oczywiście mamy świadomość, że jesteśmy w tej kwestii hipokrytami, bo festiwal ze względu na swój międzynarodowy charakter pozostawia po sobie pokaźny ślad węglowy. Postaramy się jednak wykorzystać obecność tylu osób, by mówić o tym problemie szerzej i zrekompensować przynajmniej część strat.

KW: Problem globalnego ocieplenia nie jest jednak tylko problemem społecznym, ale także technologicznym. Obie sfery mieszają się dziś do tego stopnia, że bez sensu oddzielać je od siebie. Dziś nie bez racji mówi się przecież o „wychowywaniu” sztucznej inteligencji…

MP: Na pewno odpowiedzialne wykorzystanie nowoczesnych technologii, jak zaangażowanie sztucznej inteligencji w różne sfery życia, i wpływ, jaki może to mieć zarówno na społeczeństwo, jak i na środowisko, jest wielkim wyzwaniem. Mam nadzieję, że w przypadku artystów – świetnym przykładem jest tu właśnie Holly – istotna będzie świadomość tego, że sztuczna inteligencja nie ma na celu wyparcia ludzkiej twórczości, ale współdziałanie z nią w tworzeniu nowej jakości z uwzględnieniem aspektu jej wpływu na środowisko naturalne.

W zeszłym roku zorganizowaliśmy warsztaty, podczas których grupa uczestników stworzyła bota służącego publiczności do komunikacji podczas festiwalu. W programie było też kilka dyskusji dotyczących AI, która staje się narzędziem czy bytem współtworzącym wiele ciekawych prac.


MS: Interesuje nas również zestawienie bardzo odmiennych sposobów korzystania z technologii. Spośród tegorocznych gości po jednej stronie spektrum sytuują się na przykład Holly Herndon i Emptyset, którzy latami pracują z technologią machine learning i nowatorskim oprogramowaniem, po drugiej stronie zaś Robert Henke, który w swojej pracy używa maszyn z początku lat 80., ale po to, by robić muzykę jak najbardziej współczesną, wolną od nostalgii za starymi czasami.

KW: A co takiego spaja te tak odmienne poszukiwania? Czy zgodzilibyście się ze zdaniem Sianne Ngai, który pisała, że współcześnie poszerzyliśmy repertuar stosowanych na co dzień kategorii estetycznych: nie szukamy już tylko tego, co piękne, dobre czy prawdziwe, lecz także tego, co urocze [cute], interesujące [interesting] lub dziwaczne [zany]. Zwłaszcza ta ostatnia kategoria wydaje się szczególnie bliska wielu twórcom zapraszanym na festiwal. Weźmy chociażby jedną z zeszłorocznych imprez, podczas której na jednej scenie odbywał się żywiołowy koncert Iglooghost z przedziwnymi wizualizacjami przedstawiającymi rozmowy nastolatków o ich cyfrowych zwierzątkach, a w tym samym czasie w zaciemnionym pokomunistycznym koktajlbarze muzycy grali spokojny jazz.

MS: Hmmm… ja bym chyba na określenie Unsoundu użył słowa „ekscentryczny”.

MP: Nie no, proszę cię, ekscentryczny to mi się kojarzy z bohemą po pięćdziesiątce, z facetami w golfach, którzy przesiadują w krakowskich kawiarniach, coś jak ty, Mat [śmiech].

MS: No dobra, zany to dobre słowo. Faktycznie, no bo jak inaczej określić jazzową enklawę w Hotelu Forum, strefę chilloutu na imprezie techno, na której można wypić koktajl i posłuchać improwizacji?

MP: Może i tak. Mamy dużo sympatii do rzeczy prowokacyjnych, ale nie głupio prowokacyjnych, lecz zmuszających do myślenia i interakcji.

KW: Ngai uważa, że tak bardzo się wyalienowaliśmy od świata przez technologię, że zaczęliśmy doceniać rzeczy uderzająco bezsensowne. Ale czy wspólnota takich entuzjastów dziwaczności – bądź co bądź odmieńców – jest w ogóle możliwa?

MS: No tak, bo w takiej interpretacji Unsound jest po prostu zlotem freaków… Bardzo mi się podoba to pytanie i chyba odpowiem na nie twierdząco. Wiemy, że jednym festiwalem nie zmienimy świata, ale możemy chociaż dać schronienie przed jego niebezpieczeństwami. Chcemy uczynić go miejscem, w którym możemy ten świat i innych lepiej zrozumieć. Zanim zacząłem pracę przy festiwalu, byłem pisarzem i w ten sposób myślę też o tworzeniu festiwalu: jako o budowaniu czegoś kreatywnego.

Gruzja: Co udało się wywalczyć rejwerskimi protestami?

KP: Na Unsoundzie jest też sporo polskiej muzyki, co nie zawsze jest oczywiste na festiwalach muzycznych, które wolą raczej ściągać gwiazdy z Zachodu. Parę lat temu występował Zespół Pieśni i Tańca Śląsk, w tym roku mamy na przykład Wixapol z programem inspirowanym Prześnioną rewolucją Andrzeja Ledera…

MS: O tak, to ostatnie to będzie bardzo zany [śmiech].

Jednym festiwalem nie zmienimy świata, ale możemy chociaż dać schronienie przed jego niebezpieczeństwami.

MP: Chcemy pokazywać polskie rzeczy zagranicznej publiczności, ale też robimy to dla polskiej sceny muzycznej. Wobec tego, jak różnorodna i ciekawa jest scena lokalna, byłoby nie fair, gdybyśmy nie zapraszali twórców, którzy są nam bliscy. Chcemy dać im platformę do zrobienia czegoś ciekawego, czegoś… no właśnie, dziwnego, a nie tylko wystąpienia w charakterze supportu przed dużym headlinerem.

KP: W tym roku odbędzie się siedemnasta edycja Unsoundu. Kraków się przez te lata bardzo zmienił. Jak wykorzystujecie specyfikę tego miasta? Czy raczej chcecie na nią wpływać?

MP: Kraków jest szczególnym miejscem, pełnym ciekawych przestrzeni, które wykorzystujemy na potrzeby festiwalu – jak chociażby Hotel Forum, kopalnia soli Wieliczka, magazyny kolejowe na Kamiennej czy dancing Feniks. Miasto wspiera działania festiwalowe, jest naszym głównym partnerem. Wiemy, że to wielka część sukcesu Unsoundu, że festiwal odbywa się w Krakowie, który poza łatwością pieszego przemieszczania się po centrum jest stosunkowo niedrogi dla przyjezdnych z Polski czy zagranicy.


Jednocześnie cały czas odbywają się tu festiwale, co bywa też minusem, bo ich liczba sprawia, że mniejsze inicjatywy czy scena klubowa przeżywają sporo trudności i migrują do ośrodków z bardziej różnorodną ofertą. Jednocześnie boom turystyczny sprawia, że infrastruktura miasta zamyka się na undergroundowe działania, bo zamiast klubów buduje się hotele. Widzimy ten paradoks, bo chociaż też padamy ofiarą festiwalizacji krakowskiej kultury, to jednocześnie przykładamy do tego rękę…

MS: Jesienią miasto trochę się uspokaja i jest świetną przestrzenią dla festiwalu: wszędzie jest blisko, można dojść piechotą, życie toczy się w zwolnionym tempie. Łatwo wytworzyć poczucie, że życie miasta kręci się wokół Unsoundu. Kraków faktycznie się zmienił, odkąd przyjechałem tu pierwszy raz w latach 90. Tęsknię za czasami, kiedy tętnił życiem artystycznym, było mnóstwo takich miejsc na Starym Mieście – dawny Piękny Pies czy Pod Jemiołą. Ich klimat budował tożsamość miasta. Dziś tego już nie ma – to wynik masowej turystyki i gentryfikacji.

Sto Rozbratów na stulecie Rozbratu

MP: Gentryfikacji, która, dodajmy, przyspiesza z każdym rokiem, przez co coraz ciężej jest nam znaleźć ciekawe miejsca na koncerty. Jak tylko znajdziemy takie miejsce, zaraz adaptuje się je pod kolejny apartamentowiec czy biurowiec. Z drugiej strony oczywiście sami z tej „cudzej” infrastruktury chętnie korzystamy.

MS: I mamy taką aspirację, żeby Unsound stał się przestrzenią, w której ludzie mogą się spotkać i poczuć, że Kraków może znów mieć w sobie to coś. Nie chodzi o to, by przywrócić atmosferę sprzed lat, ale by znów można było poczuć w nim powiew świeżości.

 

**
Małgorzata Płysa jest dyrektorką wykonawczą festiwalu Unsound, a Mat Schulz – dyrektorem programowym.

Kaja Puto – dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015–2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.

Konrad Wojnowski – adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ. Napisał jedną książkę o Hanekem i jedną o katastrofach. Publikował w „Didaskaliach” i „TDR”. Obecnie zajmuje się probabilistyką i awangardowymi epistemologiami w XX w.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.