Kraj

Uniwersytet na wygnaniu

studenci uniwersytet nauka zdalna

„W więzieniu też można czytać i uczyć się zawodu. A studenci nie zostali z własnej woli w domach, tylko są w nich uwięzieni”. Reportaż Kai Puto o studentach, który rozpoczęli naukę w Krakowie, Poznaniu i Warszawie, ale z powodu pandemii mieszkają w swoich oddalonych od uniwersyteckich metropolii rodzinnych miejscowościach.

Aleksandra Pikuła studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, Katarzyna Pokora – na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, Aleksander Panasiuk wybrał Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jednak z powodu pandemii nie mieszkają w Krakowie, Poznaniu i Warszawie, lecz w swoich oddalonych od uniwersyteckich metropolii rodzinnych miejscowościach.

Z raportu think thanku Think.co przygotowanego wraz z Golub GetHouse wynika, że w ośmiu największych ośrodkach akademickich Polski zakwaterowania na rynku najmu poszukuje co roku ok. 45 proc. studentów (z czego 38 proc. wybrało prywatne nieruchomości, 7 proc. – publiczny akademik). Z kolei według danych GUS pod koniec 2018 roku w Polsce kształciło się 1,23 miliona studentów.

Zakładając, że część z nich wyprowadza się z domu rodzinnego w obrębie miasta zamieszkania, a część nawet w obliczu nauki zdalnej zdecydowała się na wynajem pokoju, możemy przyjąć, że do swoich rodzinnych miejscowości wróciło – lub w ogóle z nich nie wyjechało – od kilkadziesiąt do kilkuset tysięcy studentów. To sytuacja bez precedensu.

Samotny pomnik Studenta na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego. Fot. Jakub Szafrański

Cierpi jakość kształcenia

Zna to każdy, kto bierze udział w internetowych wideokonferencjach: dwie osoby gadają naraz, potem następuje niezręczna cisza, ktoś pyta, czy go słychać, a wtedy komuś w kadr wchodzi stary w majtkach. Kto nie bierze, niech sobie wpisze w Google Grafika „zoom bingo”. To bywa całkiem zabawne, dopóki nie staje się normą, a jednak trochę inaczej wyobrażałeś sobie studenckie życie.

Aleksandra Pikuła jest na drugim roku prawa na UJ, równolegle zaczęła też stosunki międzynarodowe. Do trzytysięcznej Kańczugi (woj. podkarpackie) wróciła już w kwietniu. Łącze, którym dysponuje w domu, nie zawsze pozwala na uczestnictwo w zajęciach. Połączenie zrywa się również podczas naszej rozmowy.

Uczniowie poza zasięgiem

– Zdarzają się problemy z siecią, a mamy obowiązek na zajęciach włączać kamerkę – opowiada Aleksandra. – Na szczęście wykładowcy są wobec tego wyrozumiali. W lipcu wyrzuciło mnie z egzaminu ustnego i bardzo się obawiałam, że będę musiała zdawać poprawkę. Ale po konsultacji z kierownikiem katedry wysłałam na uczelnię zaświadczenie z PGE, że w mojej miejscowości miały miejsce przerwy w dostawie prądu, i mogłam podejść do egzaminu, zachowując pierwszy termin.

Boisko na kampusie Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Fot. Jakub Szafrański.
Boisko na kampusie Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Fot. Jakub Szafrański

UNESCO już w maju alarmowało, że pandemia COVID-19 uwidoczniła problem wykluczenia cyfrowego, nawet w krajach rozwiniętych. – Regulaminy nakazują studentom włączanie kamer, a nie wszyscy mają dostęp do światłowodu, niektórzy mają limitowany transfer danych i muszą za niego dodatkowo płacić – komentuje Marcin Kędzierski, ekspert ds. edukacji Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. – Są takie miejsca w Polsce, w których dostępu do internetu nie ma wcale.

Wieczne problemy techniczne dekoncentrują i utrudniają przyswajanie wiedzy. – Kiedy prowadzący coś wyświetlają, muszę wyłączać kamerę i się tłumaczyć, dlaczego jej nie mam albo że nie widzę wszystkiego w czasie rzeczywistym – przyznaje Aleksandra. – To są drobne rzeczy, ale utrudniają uczestnictwo w zajęciach. Wykładowcy narzekają z kolei na brak kontaktu wzrokowego: nie są w stanie stwierdzić, czy ich słuchamy i rozumiemy. A samodyscyplina przed laptopem przez tyle godzin w ciągu dnia nie jest łatwa.

Aleksandra wspomina, że na początku pandemii niektórzy wykładowcy nie mogli się oswoić z nową rzeczywistością i nie chcieli prowadzić zajęć. – Zamiast tego przesyłali nam materiały do opracowania. Choć starali się odpowiadać na ewentualne pytania, to nie było do końca fair, szczególnie w grupach ćwiczeniowych – jedni mieli zajęcia, inni nie. Ale z tym na szczęście jest już lepiej, wykładowcy pogodzili się z formą online.

Katarzyna Pokora, studentka trzeciego roku filologii rosyjskiej i ukraińskiej UAM, ma podobne zdanie. Do Witkowa nieopodal Wrześni również wróciła w kwietniu i ma wrażenie, że jej nauka jest dużo mniej efektywna niż w uniwersyteckich murach. – Podczas zajęć czy kolokwiów ciągle są jakieś problemy techniczne, więc wykładowcy podchodzą do wszystkiego wyrozumiale – przyznaje Katarzyna. – Kończy się na tym, że dzielimy się zadaniami, ułatwiamy sobie w różny sposób pracę. Prowadzący liczą, że będziemy się uczciwie uczyć i nadrabiać zaległości, a nie zawsze tak jest. W domu bardzo trudno o samodyscyplinę.

Z badań cyberpsychologów wynika, że studenci nie powinni się czuć winni – wideokonferencje są dla ludzkiego mózgu wycieńczające. Powodem jest dezorientacja spowodowana ograniczeniem komunikatów niewerbalnych do minimum oraz przystosowanie ludzkiego wzroku do skupiania uwagi na jednym punkcie, a nie – jak na Zoomie – na galerii twarzy.

– Sama na licznych zebraniach trochę jestem, a trochę robię coś innego, raz włączam, raz wyłączam kamerkę – przyznaje prof. Mirosława Dziemianowicz, kierowniczka seminarium doktorskiego z pedagogiki oraz Interdyscyplinarnej Pracowni Współczesnych Problemów Humanistyki Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej. – W kontakcie bezpośrednim, jeśli spotkanie jest nudne, to ja doświadczam tej nudy, a to jest emocja potrzebna w komunikacji. Podczas rozmowy wideo rozpraszam się, niczemu nie poświęcam uwagi i obsługuję wiele niby-aktywności i niby-zaangażowań.

Marcin Kędzierski zwraca również uwagę na zaangażowanie samych wykładowców. – Zdalne studia to fikcja, która obnaża to, co i tak wszyscy wiedzieli przed pandemią: że dydaktyka stoi w Polsce na fatalnym poziomie i mało kto się do niej przykłada. A kto się nie przykładał do stacjonarnych zajęć, również z zajęciami online radzi sobie kiepsko.

Dziedziniec Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Fot. Jakub Szafrański.
Dziedziniec Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Fot. Jakub Szafrański

Studia to nie tylko zdobywanie wiedzy

Alek Panasiuk nie zna studiów poza ekranem komputera: dopiero co rozpoczął pierwszy rok prawa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. We wszystkich zajęciach uczestniczy zdalnie już od początku roku akademickiego przed swoim biurkiem w Siedlcach.

– Nawet nie znam ludzi ze swojego roku, z wykładowcami też nie mam kontaktu w sensie jakiejś relacji – opowiada Alek. – Grupa warszawska jest trochę bardziej zintegrowana, jeszcze w październiku mogli chodzić chociażby do barów. Ale teraz wszystko jest zamknięte, również kampus i biblioteki. Nie znam ani ludzi, ani uniwersytetu, ani miasta – w Warszawie w związku ze studiami byłem tylko trzy razy.

Strategia PiS na pandemię: najlepiej nic nie wiedzieć

Mirosława Dziemianowicz przyznaje, że studenci pierwszego roku są w wyjątkowo fatalnej sytuacji. – W naukach społecznych mówimy o progach doświadczenia i przejście z okresu szkolnego do etapu studiowania jest właśnie takim momentem. Studia to nie tylko sala wykładowa, ale również puby, kawiarnie, ogródki, okienka w zajęciach, nowe przyjaźnie, życie w akademiku czy nowym mieszkaniu. Studia to nowa samodzielność, uczenie się nowych kompetencji i zachowań, często też wyjazd do większego miasta i związana z tym przygoda.

Mirosława Dziemianowicz dodaje, że emancypacyjna funkcja edukacji jest ważniejsza niż adaptacyjna, czyli samo przygotowanie do zawodu. – Poprzez edukację w szkole wyższej buduje się kapitał społeczny i kulturowy, często robią to ludzie, którzy w swoich środowiskach nie mieli szans na działalność obywatelską, festiwal filmowy czy undergroundowe koncerty. Na uniwersytecie uczymy się też rozróżniać hierarchę opresyjną od nieopresyjnej, reagować buntem i oporem na opresję. Przez internet nie mamy okazji, by się znudzić, wkurzyć czy porozmawiać ze swoim wykładowcą, a edukacja sprowadzana jest wyłącznie do przekazywania wiedzy.

Pusta Stołówka Akademicka na kampusie SGGW. Fot. Jakub Szafrański.
Pusta Stołówka Akademicka na kampusie SGGW. Fot. Jakub Szafrański

Aleksandrze w Kańczudze bardzo tego wszystkiego brakuje: w Krakowie jest społeczniczką, udziela się w Europejskim Stowarzyszeniu Studentów Prawa, współorganizowała m.in. cykl spotkań na temat praw człowieka czy koncert charytatywny, była wolontariuszką WOŚP i Szlachetnej Paczki. Życia studenckiego i miejskiego brakuje również Katarzynie.

– Bardzo ciężko było mi wrócić do Witkowa. – przyznaje Katarzyna. – Tęsknię za samodzielnym mieszkaniem i odpowiedzialnością za swoje życie. Nie mam tu nawet z kim iść na spacer, bo ludzie się porozjeżdżali. Moje dni są do siebie bardzo podobne. Swoim znajomym z Poznania zazdrościłam szczególnie podczas Strajku Kobiet. Sama wzięłam udział w proteście w Witkowie, ale też Gnieźnie i Wrześni i super było to wesprzeć w mniejszych miastach, ale jestem pewna, że w Poznaniu wyglądało to zupełnie inaczej: że można było poczuć siłę, sprawczość i wspólnotę. Brakuje mi też życia kulturalnego: w zeszłym semestrze oglądałam koncerty, wystawy czy sztuki teatralne na onlajnie, ale teraz już mam tego dość.

Po lockdownie wszyscy będziemy mieli dość Netflixa

Mirosława Dziemianowicz sądzi, że możliwość nauki zdalnej jest bardzo wartościowa, ale wyłącznie jako forma uczenia się i studiowania. – Super, że możemy zaprosić na konferencję profesora, którego byśmy nie ściągnęli ze Stanów. Ale edukacja to relacja, w której wykładowca tworzy drugiemu człowiekowi warunki do rozwoju, żeby mógł sprawdzić swoje możliwości, potrzeby i pasje. Bez tego studia nie są właściwie potrzebne, bo wszyscy mogliby uczyć się z książek czy z internetu. Sprowadzanie edukacji do przekazywania umiejętności i przygotowania do rynku pracy to neoliberalny mit, który zabija nasze życie społeczne.

Środa, godzina 15.00. Brama główna Uniwersytetu Warszawskiego. Fot. Jakub Szafrański.
Środa, godzina 15.00, brama główna Uniwersytetu Warszawskiego. Fot. Jakub Szafrański

Izolacji towarzyszy niepewność

– We wrześniu z dwójką kolegów zaczęliśmy oglądać mieszkania, szykować się, dzielić się zadaniami: kto załatwi odkurzacz, kto sprawdzi dojazd na uczelnie itd. – mówi Alek. – Dla ludzi, którzy w rodzinie nie mają osób z wyższym wykształceniem, przeprowadzka na studia to spore wyzwanie. Informację, że wszystkie zajęcia odbędą się zdalnie, otrzymałem dopiero 25 września.

Aleksandra zaryzykowała i we wrześniu wynajęła z koleżankami pokój. Niektóre egzaminy odbywały się stacjonarnie, a uczelnia zapowiadała, że zajęcia będą miały formę hybrydową. Później okazało się, że nic z tego. – Większość moich przyjaciół w ogóle nie podjęła próby przeprowadzki. Utrzymanie w Krakowie to nie jest mały wydatek.

Katarzyna, choć tęskni za Poznaniem, przyznaje, że wolałaby skończyć studia i napisać licencjat już w formie zdalnej. – Wiem już, z jakim zamieszaniem, z iloma zadaniami wiąże się niespodziewana przeprowadzka, jak rozstraja ta niepewność wszystkiego.

Z kolei studenci wyższych lat, a także ci, którzy studia muszą łączyć z pracą, niepokoją się o swoją przyszłość. Według danych Eurostatu z powodu pandemii COVID-19 bezrobocie wśród młodych wzrosło dwukrotnie bardziej niż w przypadku starszych pracowników. „New York Times” zauważa, że to młodzi ludzie dominują w najbardziej dotkniętych restrykcjami sektorach: np. gastronomii czy turystyce.

Pub w jednym z akademików SGGW. Fot. Jakub Szafrański.
Pub w jednym z akademików SGGW. Fot. Jakub Szafrański

To z kolei odbija się na zdrowiu psychicznym studentów: według badań Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound) „satysfakcja z życia i optymizm młodych wzrosły od kwietnia, poczucie odosobnienia społecznego oraz ryzyko problemów psychicznych pozostaje wysokie”.

Z tym rozpoznaniem zgadza się Katarzyna. – Tak dla mnie, jak dla moich znajomych najtrudniejszy był kwiecień, kiedy zaczęło się robić ciepło, a my byliśmy pozamykani w domach. Na pewno pomogły wakacje, które spędziliśmy względnie normalnie. Dziś uważamy na siebie, ale nie odczuwamy takiego strachu. Przynajmniej jeśli chodzi o zdrowie, bo przyszłość jest niepewna.

Na części uniwersytetów powstały specjalne poradnie psychologiczne. Ich pracownicy przyznają w rozmowach z mediami, że szybko okazało się to bardzo potrzebne. Szczególnie na początku pandemii, ale i listopad przyniósł nową falę lęków czy stanów depresyjnych, co psychologowie łączą nie tylko z drugą falą koronawirusa, ale i sytuacją polityczną w kraju.

Wejście do pubu studenckiego. Fot. Jakub Szafrański.
Wejście do popularnego pubu studenckiego. Fot. Jakub Szafrański

Czy obecna sytuacja przynosi jakieś plusy?

– Ogromną korzyścią jest fakt, że sami dysponujemy swoim czasem i nie tracimy go na dojazdy – przyznaje Alek, kiedy pytam o korzyści z pandemii. – Dwa dni mam prawie zupełnie wolne, co pozwala mi łączyć pracę ze studiami. Dzięki temu mogę dorabiać sobie fizycznie, a nawet jeśli wypadłoby to w czasie wykładu, biorę słuchawki i odpalam wykład w tle lub go nagrywam i odsłuchuję później. Oczywiście, nie dotyczy to ćwiczeń. Z kolei znajomi ze starszych lat studiów mówią, że wreszcie mogą się wyspać.

Aleksandra cieszy się z kolei z tego, że nie musi przemieszczać się między dwoma wydziałami, łatwiejsze jest też zestrojenie planu zajęć na dwóch kierunkach. A Katarzyna przyznaje, że po przeprowadzce do Witkowa wreszcie ma czas dla siebie, bo plan zajęć ma dość niekorzystny – trudno zjeść obiad czy odpocząć, kiedy trzeba liczyć się z dojazdami na uczelnię.

O plusy dostrzegane przez studentów pytam też Mirosławę Dziemianowicz, ale pani profesor odpala: – W więzieniu też można czytać i uczyć się zawodu. A studenci nie zostali z własnej woli w domach, tylko są w nich uwięzieni. W sytuacji przymusu to psychologicznie zrozumiałe, każdy szuka plusów, jakichś pozytywów, podczas wojny ludzie również to robią. Taki mechanizm obronny.

Hall Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie w godzinach popołudniowych. Fot. Jakub Szafrański.
Hol Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie w godzinach popołudniowych. Fot. Jakub Szafrański

Ale nawet jeśli nie sami studenci, to może na pandemii mogą skorzystać ich miasta? Alek opowiada mi o swojej działalności w harcerstwie i Zespole Pieśni i Tańca Ziemi Siedleckiej „Chodowiacy”. – Dzięki temu, że tutaj jestem, nie musiałem z tego po tylu latach rezygnować. Teraz prób już nie ma, ale w październiku były, mogłem pomagać młodym tancerzom. Z kolei harcerstwo działa online. Wysyłamy dzieciakom wytyczne i pokazujemy, jak mogą przygotować się do zdobycia jakiejś sprawności. Nie pójdziemy z nimi do lasu, ale one mogą iść tam z rodzicami. Od marca działamy też na polu służby: robimy zakupy osobom na kwarantannie czy seniorom, wyprowadzamy pieski. Pomagamy też w DPS-ie.

Marcin Kędzierski – redaktor naukowy głośnego raportu Polska średnich miast. Założenia i koncepcja deglomeracji w Polsce – nie wiąże z pandemią większych nadziei, jeśli chodzi o przeciwdziałanie depopulacji. – Obecność studentów niewiele tym miastom da, bo są tam tylko czasowo. W dużych miastach czekają ich zdecydowanie lepsze perspektywy zawodowe, bo na prowincji ich po prostu nie ma. Pandemia nie pomoże depopulacji, bo ta wymaga aktywnej polityki państwa w zakresie tworzenia miejsc pracy i bazy mieszkaniowej. A to zadanie na minimum 20–30 lat.

Wejście na Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Wstęp tylko dla pracowników. Fot. Jakub Szafrański.
Wejście na Wydział Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Wstęp tylko dla pracowników. Fot. Jakub Szafrański

Pytam moich rozmówców również o demonstracje. Czy osiągnęłyby w mniejszych miastach taką skalę, gdyby nie studenci, którzy wrócili do domu? Tego, jak się zdaje, nikt nie zbadał, ale Katarzyna, Aleksandra i Alek myślą, że to całkiem możliwe. Katarzyna zamiast w Poznaniu wybrała się na protest w Witkowie, Gnieźnie i Wrześni, Aleksandra – do Rzeszowa (miała jeszcze do wyboru Przeworsk), Alek protestował w Siedlcach (ale zaznacza, że to był piątek, a na weekendy i tak planował wracać do domu).

Z tą intuicją zgadza się również Justyna Suchecka, dziennikarka specjalizująca się w tematyce edukacji. – Robiłam materiał o strajkach w mniejszych miastach i słyszałam od wielu bohaterek: „strajkowałabym w Krakowie, ale sytuacja jest jaka jest, więc strajkuję w Dąbrowie”. A także: „wcześniej bywałam już na demonstracjach w dużym mieście, więc łatwiej mi to zrobić również u siebie”. Trudno mi powiedzieć, jaką część demonstrantów stanowili uwięzieni w domach studenci, ale ta grupa z pewnością wpłynęła na frekwencję.

Justyna Suchecka opowiada mi również o tym, że dla wielu studentów mieszkających obecnie z rodzicami Strajk Kobiet stał się okazją do wymiany poglądów – i podsyła mi link do odcinka wideobloga Krzysztofa Gonciarza. – Dopiero teraz zrozumieli przepaść, jaka dzieli ich od kształtowanych przez TVP rodziców, bo zazwyczaj taki student ogranicza się w kontaktach z rodzicami do „co słychać” i „czy wszyscy zdrowi”. Jestem ciekawa, w jakim stopniu to porozbija polskie rodziny, a może wręcz przeciwnie – sprawi, że zaczną one ze sobą rozmawiać.

Czy nauka zdalna zostanie z nami na dłużej?

Prezes amerykańskiego oddziału Barclays, jednego z większych banków w Europie, uważa, że „widok zatłoczonych biur może należeć już do przeszłości”. Coraz więcej korporacji podejmuje decyzje, że zostawi pracowników w domu nawet po zakończeniu pandemii. Praca zdalna okazała się bardziej efektywna, niż obawiali się dotąd niektórzy pracodawcy, coraz łatwiej ją kontrolować, a przede wszystkim wiąże się z niższymi kosztami. Czy to czeka również studia wyższe?

– Z pewnością będzie to kuszące, bo podczas edukacji zdalnej, nie licząc inwestycji w sprzęt, uniwersytet ma mniejsze koszty: niepotrzebne są pomieszczenia, ogrzewanie, prąd, a w „sali” można zgromadzić więcej studentów – uważa Justyna Suchecka. – Szczególnie na niepublicznych uczelniach z pewnością już zacierają na to ręce. Może czekać nas powtórka z przełomu lat 90. i 00., kiedy w małych miastach uruchomiono tanie kierunki niezbyt wartościowych studiów dziennych – studia zdalne dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na przeprowadzkę. Już teraz możemy zacząć się martwić o jakość tego studiowania.

Szatnia Biblioteki Uniwersyteckiej na początku grudnia. Fot. Jakub Szafrański.
Szatnia Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie na początku grudnia. Fot. Jakub Szafrański

Marcin Kędzierski uważa z kolei, że zdalne nauczanie zostanie utrzymane, bo spora część społeczności akademickiej i tak jest zdania, że wykłady są bez sensu, więc można je przenieść do internetu w formie webinariów. – Jeśli utrzymamy na uniwersytetach model wykłady plus ćwiczenia, to nie wrócimy na uczelnie, na pewno nie w pełnym zakresie. Pytanie tylko, czy uniwersytety po pandemii nie przejdą na bardziej seminaryjny tryb pracy, choć nie podejrzewam o to konserwatywnej polskiej akademii.

– Studia zdalne jako jedyna forma kształcenia wyrządzają nam krzywdę – komentuje Mirosława Dziemianowicz. – Jeśli zostaną z nami na dłużej – a jest to możliwe, znając neoliberalizm polskiej polityki edukacyjnej – będzie to koniec uniwersytetu.

*
Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kaja Puto
Kaja Puto
Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco