Kraj

Czy lewaki ubierają choinkę?

Święta odklejają się od Kościoła. Wielu z nas przeżyje je, nie myśląc nawet przez minutę o instytucji z siedzibą w Watykanie.

Kiedy byłam w liceum, wśród wielu różnych mniej lub bardziej mądrych buntów przechodziłam bunt przeciwko żywej choince. Odmawiałam jej ubierania. Ponieważ w domu nigdy nie mieliśmy choinki z metalowych drutów w plastikowej owijce imitującej igły, na lata wypadłam z zabawy w wieszanie bombek i łańcuchów. Rodzice byli i do dziś są wyrozumiali, więc choinkę ubierał ojciec, a ja w tym czasie odkurzałam.

Kilka razy poszliśmy na rodzinny kompromis – choinka w doniczce. Żywa, ale taka, co to pożyje dłużej. I serio żyją. Piszę ten felieton z domu, w którym dorastałam. Przez okno widzę trzy kilkunastometrowe drzewka, które kiedyś stały w salonie obwieszone wykonanymi przeze mnie szkaradnymi łańcuchami.

Dziś mam w domu małą choinkę sztuczno-prawdziwą. Sztuczność polega na tym, że nie jest to autentyczne małe drzewko, ale zrobiona z żywych gałązek konstrukcja kształtem przypominająca drzewko. Rok temu kupiłam na ciuchach dziewięć bombek, lekkich, tanich. I na progu kryzysu wieku średniego znowu ubieram choinkę.

W sumie co lewaczka ma począć w kwestii choinki? Rzeczywistość zastawia na lewaczkę tyle pułapek, że łatwo oblać egzamin ze słuszności. A wiadomo, że na lewicy słuszność jest najważniejsza. Ironizuję, ale tylko trochę.

Ubierać więc choinkę czy nie? Ubierając, wpisuję się w świąteczne tradycje, które są związane ze świętem religijnym, a mnie ta religia, a szczególnie jej instytucje i hierarchowie, kojarzą się niestety głównie z pazernością i bezkarnością gwałcicieli dzieci. Ale z drugiej strony to jednak wolne dni wyznaczyło państwo, a choinki nie wymyślili proboszcz z biskupem.

Moi przyjaciele ubierają taką małą choinkę zawieszoną pod żyrandolem. Ktoś wspominał, że najlepsze jest ubieranie choinki rosnącej na podwórku. Drzewek ścinać nie trzeba, a może być miło. Tylko warto darować sobie światełka, bo jednak nawalanie komuś po oknach migającymi lampkami jest słabe. Inni znajomi pieką pierniki, żeby je wieszać na choince czy jako ozdoby gdzieś w domu (a potem oczywiście jeść). Wspólne pieczenie i rozdawanie domowych pierniczków to jest coś, co kojarzy mi się z fajnymi świętami. Na szczęście mało kto z moich bliskich co roku wymienia zabawki na nowe, w nowym kolorze, tak żeby choinka wyglądała jak z żurnala. Kupowanie co roku nowych bombek to jednak przesada.

Gill-Piątek, Sipowicz, Paziński, Szumlewicz: Nasze nie-święta

A opłatek? Od wczoraj rozkminiam z bratem, skąd wziąć opłatek, jeśli chcemy uniknąć wizyty w galerii handlowej i nie kupimy go u aniołka. Z tym wyzwaniem musimy sobie poradzić dziś. Wpadliśmy oczywiście na to, że opłatek można kupić w kościele, ale pomysł jechania do kościoła w czasie świąt jakoś jest nam obcy. Podobno na poczcie są pocztówki z kawałkami opłatka, więc może kupimy kilka i wystarczy. Dzielenie się opłatkiem to w sumie spoko zwyczaj. Możliwie, że za jakiś czas w rodzinie zaginie, ale jeśli poczta nas nie zawiedzie, nie stanie się to jeszcze w tym roku.

Pasterka? Kiedyś się wybierałam, bo to była okazja do spotkania ze znajomymi. Wszyscy, którzy wyjechali z rodzinnych miasteczek, wiedzą, że ekipa znajomych zjeżdża co roku na karpia i barszcz i że najlepszą okazją do spotkania jest właśnie pasterka. Rodzina nie marudzi, że idziesz do koleżeństwa, bo mówisz, że wybierasz się do kościoła. Do kościoła nie idziesz, bo związki większości z nas z Kościołem są bardzo luźne. Spora część koleżeństwa, jak pamiętam, na pasterkę nie docierała, bo po drodze odbijała gdzieś na jednego. Taka świecka małomiasteczkowa tradycja.

Karp? Ja zwierząt nie jem od 25 lat, więc tę tradycję mam z głowy. Zresztą nigdy nie skumałam sensu jedzenia czegoś, co jest nafaszerowane ośćmi i więcej w tym plucia niż smakowania. Barszcz mogę pić wiadrami, pierogi uwielbiam. A ostatnio poznałam makówki. Nijak to jedzenie się ma do Kościoła, ale lewacka czujność każe uważać z rybą i mięsem, no i oczywiście nic nie marnować. Ja na pewno nawiozę do domu całą torbę słoików.

Nie znamy prawdziwej wartości jedzenia. Kupujemy dużo i tanio [rozmowa]

Święta odklejają się od Kościoła. Wielu z nas przeżyje je, nie myśląc nawet przez minutę o instytucji z siedzibą w Watykanie. Powoli święta odklejają się też od męczenia karpi. I całe szczęście. Dajmy im spokój i nie duśmy biedaków. Słabo za to święta odklejają się od kupowania i przesytu rzeczami. Jeśli lewaki mają w grudniu coś na sumieniu, to pewnie jest to za dużo niepotrzebnych zakupów. Bo te święta są dziś nie tyle kościelne, co na maksa kapitalistyczne.

Dla mnie święta, choć z nazwy odwołujące się do świętości, są jak rodzinne wakacje. W tym roku nie spotkamy się w dużym gronie, będę z pięcioma najbliższymi osobami, ale już się cieszę, że obejrzę z bratem Kevina, a potem Griswoldów. I przepraszam wszystkich wydawców z TVN dzwoniących z zaproszeniami, które odrzucam, ale sorry, zajęta jestem czołganiem się po podłodze z bratankiem.

W tym roku wiele rodzin nie spotka się w komplecie. Tym bardziej wszystkim lewaczkom i nielewaczkom życzę, żeby naszymi największymi życiowymi zmartwieniami były rozkminy na temat tego, czy lewica ubiera choinkę.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij