Kraj

Co pandemia i lockdown zrobiły z naszym seksem?

Sypialnia zamieniona na home office, fryzjer zamknięty, kurier dowozi pizzę. Z czym przychodzimy na terapię i jak wygląda nasze życie seksualne w czasie pandemii? Rozmowa z seksuolożką i psychoterapeutką Agatą Loewe.

Katarzyna Przyborska: Rozciągnięty dres, nieogolone brody, nieuczesane włosy, w rozmemłanym łóżku i z laptopem na poduszce. Tak ludzie pokazywali się w mediach społecznościowych w czasie pandemii. Co mówią pacjenci w gabinecie? Czy lockdown zmienił zasady gry seksualnej, czy też przyniósł jakiś rodzaj zgnuśnienia?

Agata Loewe: Obawiam się, że to drugie.

Czyli ten luz ma niewiele wspólnego z trendami body positive?

Niewiele. Dbając o siebie, ludzie mówią: chcę dla ciebie ładnie wyglądać. Choć oczywiście to też jest skomplikowane, bo kiedy nakładam makijaż, to dlatego, że sama się czuję wtedy bardziej atrakcyjna, ale nie zawsze wiem, że ktoś mnie tak postrzega. Jednak sam fakt, że my się czujemy ze sobą sexy, niesamowicie wpływa na nasz seksualny nastrój.

To może było odwrotnie niż przed pandemią: przed komputerem ludzie siedzieli w dresach, a potem do łazienki, rach-ciach i kolację jedli już razem piękni i atrakcyjni?

Niestety to też się rzadko działo. Ludzie zamawiali dużo jedzenia, mniej się ruszali − to wybrzmiewało na terapiach. Wiele osób wpadło w depresyjne emocje. Zeszłoroczny sezon bikini został spisany na straty, bo stres, lockdown, a potem znowu październik, stres i znów lockdown. Osoby, które wcześniej w swoim planie tygodnia miały siłownię, basen, fryzjera, paznokcie czy masaż, a potem to wszystko się skończyło, czuły najpierw złość, a później rezygnację.

I apatię albo frustrację, bo czas stał się bardzo jednostajny, bez świąt, bez wyróżników. Mieliśmy sporo doniesień o depresji, o wzroście przemocy domowej. Czy seks w pandemii okazał się regulatorem tych napięć?

Seks może być regulatorem, ale jego brak również – kto ma seks, ma władzę, ale też te osoby, które odmawiają seksu, tę władzę mają.

Seks w czasie pandemii? Może nam pomóc przetrwać izolację

Czyli seks staje się narzędziem polityki wewnętrznej w związku…

Oczywiście. To zintensyfikowało się, kiedy zostaliśmy zamknięci w czterech ścianach. Jeśli wcześniej denerwował nas kubek pozostawiony w zlewie, lecz sami byliśmy zajęci, to ten kubek można było łatwo przeoczyć lub zignorować, ale kiedy spędzamy we wspólnej przestrzeni 24 godziny na dobę, to najmniejsze rzeczy stają się istotne. Niby głupi kubek, ale tak naprawdę może chodzić o szacunek do siebie nawzajem: czy mnie słuchasz, czy zwracasz uwagę na moje potrzeby.

I w pewnym momencie jedna strona chce seksu, a druga mówi: a ja bym chciał, żebyś umył ten kubek. Ja w terapii łączę dwie specjalizacje: psychologiczną i seksuologiczną. Zawsze mnie ciekawi, czy ludzie kłócą się rzeczywiście o kubek, czy jednak o seks.

I co się okazuje najczęściej?

Że wiele konfliktów dnia codziennego może wynikać z głębokich seksualnych frustracji. Na ogół trzeba sięgnąć głębiej, żeby zobaczyć, co nie działa i jak to naprawić. Sytuacja komplikuje się jeszcze w pandemii, bo mamy do tego całą rodzinę na kupie, może małe dzieci w domu. Wszystko staje się ogromnym stresorem.

Może dzięki temu zaczniemy się zastanawiać, kiedy właściwie zaczyna się seks? Może wcale nie od pieszczot czy inicjacji, ale znacznie, znacznie wcześniej. Na przykład od współpracy, uważności na siebie?

Z tym że u par heteroseksualnych częściej mamy do czynienia z tradycyjnym rozdziałem zadań, wynikającym z przypisanych ról społecznych. Ujawnia się dysproporcja: jedna osoba ma ten przywilej, że może się zamknąć w pokoju, pracować z komputerem i być gotowa na seks wieczorem, a druga pozostaje odpowiedzialna za ogarnianie całej rzeczywistości wokół. Do tego dochodzi jeszcze faktor socjoekonomiczny.

To znaczy?

Kiedy zamknięte są szkoły i przedszkola, w domu wygrywa ten, kto więcej zarabia. Wracamy do takiego hierarchicznego, patriarchalnego układu.

Mam wrażenie, że temat socjoekonomiczny i argumenty feministyczne zazwyczaj są łagodzone w rozmowach na temat seksu. Tymczasem 70 proc. kobiet w ciągu życia ma problemy seksualne, które można zdiagnozować jako zaburzenia. Trudno się jednak dziwić, skoro żyją one w sytuacji permanentnej opresji. Brak pożądania albo bolesny seks często nie mają podłoża fizjologicznego, ale są bardzo silnie powiązane z owym elementem psychologicznym, z poczuciem braku własnej autonomii, bezpieczeństwa.

Kto nam zepsuł seks? Nie tylko Kościół i kapitalizm

Czy w to poczucie godzi też wielka polityka? Na przykład wyrok pseudotrybunału Julii Przyłębskiej, zaostrzający przepisy aborcyjne?

Myślę, że tak. Prawa reprodukcyjne są częścią praw seksualnych człowieka. Kobieta, która nie może decydować o swoim ciele, o tym, czy chce używać tego ciała do rozmnażania, czy beztroskiej przyjemności, traci autonomię.

No ale jak to? − zapytają konserwatyści. Przez wieki w tradycyjnym podziale ról kobieta zapewniała opiekę domownikom, gotowała, sprzątała, rodziła dzieci i jeszcze dostarczała seksu. Co się zmieniło?

W trakcie pandemii bardzo silnie uwidoczniła się ta powtórna socjalizacja kobiet do ról matek i opiekunek. Jest napięta sytuacja, wszyscy są zdenerwowani, ale to kobiety często są uczone, że swój własny stres należy schować i pomóc rozładować go innym. Ja będę cichutko jak myszka z dziećmi, żebyś ty mógł spokojnie pracować. Wróciło przekonanie, że osoba, która zarabia więcej, robi coś bardziej pożytecznego, więc może sobie pozwolić na więcej. To zjawisko powinno nas przerażać.

Tradycyjny podział ról, w którym kobiety zajmują się dziećmi, a mężczyźni nie, sprawia, że kobiety są przebodźcowane przez dzieci, a mężczyźni mają deficyt dotyku, który w efekcie może zagwarantować im tylko seks.

Kobiety częściej wykonują więc pracę emocjonalną, domową, biorą odpowiedzialność za relacje. Chcą się też często realizować, piąć się w karierze. A mają być jeszcze gotowe na seks. Jak niby mają to wszystko zrobić?

Żeby dobry seks mógł się odbyć, musimy sami czuć się dobrze. Być w stanie zaparkować różne sprawy życia codziennego poza swoim ciałem. Niestety wiele kobiet (ale nie tylko!) wchodzi w seksualną sytuację w bardzo dużym napięciu: już, już, tylko posprzątam zabawki, włączę pralkę, ogarnę jedną rzecz na mailu i już w błogości będę sobie z partnerem tantrycznie oddychać. A przecież to tak nie działa.

Dlaczego?

Potrzebna jest przestrzeń i czas. Dzięki fizycznej zmianie miejsca – z pracy do domu albo z domu do restauracji czy kina – możemy też zmienić nastrój, zostawić różne problemy za sobą, wejść w nastrój seksualny. A w czasie pandemii nawet sypialnia mogła zostać przerobiona na biuro pracy zdalnej i już nie kojarzy się z relaksem, przyjemnością, spokojem.

Ale z napięciem i zadaniami.

To są takie rzeczy, na które zwracaliśmy uwagę w terapii seksuologicznej już przed pandemią. Rozejrzyj się po swoim pokoju i zobacz, czy to jest miejsce, w którym ci się chce uprawiać seks. Czy ta przestrzeń jest dla ciebie erotyczna? A może patrzysz i widzisz rozwieszone pranie, laptop z niedokończoną pracą na jutro albo zabawki dziecka?

Dla osoby zmęczonej i przepracowanej, zwłaszcza zajmującej się dziećmi, często jedynym sposobem na rozładowanie napięcia seksualnego pozostaje autoerotyzm.

Ale i to jest kwestia przywileju: mieć miejsce w domu, w którym można pobyć samemu, nie tylko wyspać się, ale jeszcze sprawić sobie przyjemność, skontaktować się ze swoją pozytywną seksualnością.

A tymczasem ta osoba jest po prostu bardzo zmęczona.

Sen jako afrodyzjak. Obserwuję często w gabinecie, że to niesamowicie pozytywnie wpływa na seks, kiedy partner usłyszy od partnerki, że ta jest przemęczona i że gdyby ją odciążył, byłoby lepiej. Gdyby przejął część obowiązków domowych i pozwolił jej się po prostu wyspać.

Zresztą często to nie jest wina partnerów, tylko tego heteronormatywnego podziału, który osoby wchodzące w tradycyjny związek dostają w pakiecie. Kobiety, którym się zablokowuje seksualność, bardzo często żyją w dodatku w poczuciu winy i wstydu, że matka Polka nie jest perfekcyjna, że chciałaby być także dobrą kochanką.

Pandemia podrzuca kobietom dodatkowe argumenty, żeby nie rodzić dzieci

I naprawdę partnerzy dopiero w gabinecie odkrywają prawdę, że trzeba w domu czasem posprzątać?

Bywa, że trzeba bardzo dokładnie ponazywać czynności. Może się okazać, że partner po pracy bardzo chętnie będzie robił zakupy i targał siaty, tylko nikt mu tego nie powiedział. Kiedy ta sprawa wychodzi w terapii, pozwala ludziom zdemontować konflikty i na nowo się spotkać w roli kochanków. Pary ponownie nazywają to, że się szanują, kochają i chcą mieć ze sobą fajny seks.

Troska jako afrodyzjak, sen jako afrodyzjak, to wydaje się takie proste.

Ale musimy też popatrzeć szerzej, bo bardzo wiele problemów seksuologicznych wynika z tego, że ludzie sabotują możliwość dobrego seksu.

Co to znaczy?

Kobiety mają często poczucie winy. Nawet jak im się podoba, to czują niepokój, bo niemal całe życie słyszały, że seks miał im się nie podobać, w ogóle nie miał być dla nich, miał służyć wyłącznie do reprodukcji. Dlatego trudniej im zwykle powiedzieć, czego potrzebują, na co mają ochotę.

O seksie w związku często rozmawia się dopiero wtedy, kiedy pojawia się problem.

Z terapeutą w gabinecie. I co wtedy sobie mówią? Że tak naprawdę fantazjują o czymś zupełnie innym niż to, co robią normalnie w łóżku?

W trakcie pandemii na moją terapię pary trafiały z założeniem, żeby się zinwentaryzować, zobaczyć, co działa, co nie działa, przypomnieć sobie, że się kochają. Najczęściej to nie jest tak, że chcą odejść do innej osoby czy że chcą w sypialni uprawiać jakieś 50 twarzy Greya, ale że chcą seksualność ustawić jako priorytet i te wszystkie dzieci, psy i koty wystawić za drzwi i powiedzieć: potrzebujemy czasu dla siebie.

Wielu ludzi, którzy trafili do mnie na terapię w czasie pandemii, mówiło, że to ironia losu, że przed pandemią myśleli, że fajnie byłoby się zamknąć na bezludnej wyspie, wreszcie mieć czas dla siebie… I pandemia taką wyspę stworzyła. Wreszcie jesteś ty i ja, jesteśmy freelancerami, mamy home office, sami jesteśmy kowalami naszych deadline’ów. Ale okazało się, że nadal coś jest między nami nie tak, że się nie potrafimy w tym seksie spotkać.

Powiedziałaś wcześniej, że inaczej pandemia przebiegała w związkach heteroseksualnych, a inaczej w nieheteronormatywnych. W jakim sensie?

Osobom, które nie są w stałych związkach albo są w związkach niemonogamicznych, pandemia zablokowała możliwość łatwego przemieszczania się, co zwiększyło poczucie izolacji. Wśród gejów to nie jest żadna tajemnica, że aplikacje randkowe są ważnym narzędziem pozyskiwania nowych znajomości. Kiedy wirus zaczął się rozprzestrzeniać i niewiele było o nim wiadomo, wszyscy byli w lęku…

Czyli im w czasie pandemii znacznie bardziej dokuczała izolacja. W jakiej kondycji są teraz?

To być może straszne, ale w wielu opracowaniach przywoływana jest analogia do epidemii HIV/AIDS w latach 80. Ten wirus pozostawił po sobie wiele tragicznych historii – o lęku, odrzuceniu i umieraniu w samotności. Można powiedzieć, że COVID-19 zaczął się od podobnej atmosfery paniki, tylko od początku dotyczył nas wszystkich. Dbanie o bezpieczeństwo seksualne i emocjonalne, czy to podczas rozmowy o maseczkach, czy prezerwatywie, to dobra lekcja. Podobnie jak pytanie o testowanie czy o status. Odrobiona przez gejów – mężczyzn mających seks z mężczyznami – bardziej niż przez inne populacje.

Izolacja dotknęła młodsze osoby LGBT+, które nie mogą się swobodnie przemieszczać bez powiedzenia rodzicom, gdzie i z kim będą.

Zastanawiałam się, czy w parach homoseksualnych w czasie pandemii ujawniło się coś z tego, co często obserwujemy u heteryków: zamknięcia w rolach, przemocy domowej…

Kwestia przemocy domowej wśród gejów i lesbijek to pewnego rodzaju tabu, nie ma chyba żadnych reprezentatywnych badań na ten temat w Polsce – nawet nie wspomnę o braku danych dotyczących osób bi. Uzyskanie wiarygodnych informacji w samym środowisku, zważywszy na panującą w Polsce homo- i bifobię, byłoby bardzo trudne.

Znikająca litera „T”, czyli jak zabija transfobia

Ale mam poczucie, że homo- i bifobia w Polsce wyrządzają też bardzo dużo złego w samym środowisku. Ludzie żyją w ogromnym poczuciu lęku i ten lęk rezonuje w ich relacjach. To, co się politycznie niedawno działo, to są koszmarne historie. Sprawa Trybunału Konstytucyjnego, sprawa aborcji, nagonka na osoby LGBT +, a do tego pandemia – to wszystko intensyfikowało poczucie ogromnego zagrożenia, braku możliwości ucieczki, rozładowania tego poprzez seks ani cokolwiek innego.

Z tym że homoseksualne pary są mniej uwikłane w tradycyjne role społeczne. Muszą często same wypracować własne tożsamości, bo te powszechnie dostępne nie są adekwatne. Czy nie jest im łatwiej funkcjonować przez to w pandemii?

To, o czym mówisz, widzę tylko w bardziej tolerancyjnych środowiskach. Prowadzę zajęcia w Pink Therapy w Londynie, w grupie międzynarodowej, ale głównie z Wielkiej Brytanii. I widzę tam dekonstruowanie pewnych norm i stereotypów, szycie na miarę, by wybrać z różnych obszarów to, co nam najbardziej odpowiada i służy. W Polsce niestety rzeczywistość jest taka, że dotyczy to tylko niewielkiej grupy ludzi.

Co w takim razie trapi pary nieheteronormatywne? Z czym przychodzą na terapię?

Znowu zwrócę uwagę na dość dużą różnicę w pracy terapeutycznej z osobami, które żyją w krajach z prawnymi regulacjami dla osób LGBT+, i Polską. W Polsce dużo częściej skupiamy się na doświadczanej dyskryminacji, np. w miejscu pracy, w domu, gdzie możemy się outować przed jakąś częścią rodziny i za to też płacimy pewną cenę, czy na zinternalizowanej opresji związanej z poczuciem gorszości i niemożności pełnej samorealizacji. Osoby z zagranicy zgłaszają się do mnie dużo częściej z tematami podobnymi do populacji ogólnej: samopoczucie, problemy w związkach czy pracy, gdzie kwestie orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej stanowią tło, a nie centrum terapii.

Uczysz przyszłe terapeutki i terapeutów pracy z osobami LGBTQ+. Na co należy ich szczególnie uwrażliwiać?

Zawsze dziwi mnie, jak ktoś, przygotowując się do zawodu pomocowego, myśli życzeniowo, że nie musi się specjalnie uczyć o osobach LGBTQ+ – przecież psycholog czy terapeuta musi mieć taką samą empatię dla wszystkich, bez względu na ich orientację. To prawda, ale osoby LGBT+ w Polsce nie mają takich samych praw jak ich heteroseksualni koledzy i koleżanki i brak wiedzy na temat konsekwencji psychologicznych doświadczania tych nierówności czy stresu mniejszościowego to rodzaj ignorancji. Czasami słyszę, że ktoś nie planuje pracować z osobami LGBT+, i ok, można świadomie nie chcieć się specjalizować w pracy z jakąś grupą. Ale na etapie kształcenia uwrażliwianie się na specyficzne potrzeby różnych grup jest niezwykle ważne.

Jesteś gejem lub lesbijką? Sąd ci na słowo nie uwierzy. Biegnij po zaświadczenie

Są też wyraźne różnice między Warszawą i resztą Polski, choć na pewno większe miasta są bardziej progresywne. Uczę o pracy z osobami LGBT+ i o świadomej, pozytywnej seksualności. Mam wrażenie, że dla wielu ludzi w Polsce to jest coś zupełnie niezrozumiałego i nieobecnego w ich życiu. No bo gdzie są osoby LGBT+? Chyba tylko w Warszawie. Taki jest efekt tego, że te osoby żyją w Polsce w ukryciu.

Uczysz też studentów, młodych ludzi…

Była taka fala około pięciu lat temu, był ogromny entuzjazm wokół Parad Równości, pojawiały się miejsca LGBT+ friendly, dofinansowywano różne inicjatywy służące edukacji dla różnorodności. Pamiętam, że udało mi się zorganizować Europejski Trening Różnorodności we współpracy z Pink Therapy. Było super, mieliśmy niesamowitą frekwencję osób do tej pory niezwiązanych ze środowiskiem LGBT+: psycholożek i terapeutów, którzy czuli, że fajnie by było więcej o osobach LGBT+ wiedzieć i mówić.

Co się stało?

Teraz mam poczucie, że osoby potencjalnie chętne, żeby przyjść na takie szkolenie czy żeby jakąś pracę świadomościową odbyć, odczuwają lęk. Wahają się i obawiają, jak odbiorą to ich homofobiczni koledzy i koleżanki w miejscowości czy w pracy.

**
dr Agata Loewe-Kurilla jest terapeutką seksualną i psychoterapeutką. Wykładowczyni na Uniwersytecie SWPS. Od 2010 roku prowadzi prywatną praktykę psychologiczno-seksuologiczną. Od ponad 10 lat współpracuje z organizacjami społecznymi zajmującymi się wyrównywaniem szans osób narażonych na wykluczenie społeczne oraz promocją zdrowia psychicznego, reprodukcyjnego i seksualnego.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij