Psychologia

Kto nam zepsuł seks? Nie tylko Kościół i kapitalizm

W społeczeństwie, które segreguje i poddaje opresji mniejszości seksualne, tracą wszyscy. Nawet heteroseksualni biali katoliccy mężczyźni, bo oni wkrótce po prostu nie będą mieli się z kim pukać. Wiele jest opowieści o młodych kobietach korzystających z Tindera, które gdy widzą choćby przebłysk konserwatywnego światopoglądu, uciekają gdzie pieprz rośnie. Trudno się im dziwić – mówi nam Marta Niedźwiecka, psycholożka i współautorka książki „Slow seks. Uwolnij miłość”, która niedawno ukazała się we wznowionej i poszerzonej wersji.

Paulina Januszewska: Zanim sięgnęłam po twoją książkę, a właściwie długi wywiad, którego udzieliłaś Hannie Rydlewskiej w 2016 roku, wiedziałam, że niezależnie od tego, co przeczytam, naszą rozmowę zacznę od pytania: Jak mieć slow seks i udane relacje, gdy trzeba protestować na ulicach z transparentem „strach się ruchać”? Okazało się jednak, że w ostatnim – dopisanym w tym roku – rozdziale akurat to hasło z jesiennych protestów kobiet sama przywołujesz jako jedno ze swoich ulubionych. Dlaczego?

Marta Niedźwiecka: Bo celnie i wprost podsumowuje zarówno aktualną rzeczywistość, jak i moją opowieść o seksualności, która znajduje się na styku tego, co prywatne i polityczne. Znaleźliśmy się w trudnej układance. Zostaliśmy skazani na utrzymanie w wielu sprzecznościach bez nadziei na szybkie rozwiązanie, na domknięcie poznawcze, ulgę czy poprawę sytuacji. Patrzę na to z metapoziomu, zastanawiając się nad współczesną myślą o seksualności i odzyskiwaniu jej dla siebie, ale także próbując zbadać polski kontekst w całej tej narracji. Tak samo jak wszystkim, czasem brakuje mi przestrzeni, by pomieścić wszystkie, nierzadko wykluczające się porządki, które decydują o kształcie i jakości naszego seksu. Ale bez ich zrozumienia nie dowiemy się, dlaczego w sypialni czujemy się niekiedy jak w oblężonej twierdzy.

Wydaje mi się, że od momentu pierwszego wydania twojej książki łaknienie i poszukiwanie tej wiedzy weszło na zupełnie nowy poziom, mimo że prawicowa agenda polityczna próbuje nas obyczajowo cofnąć do średniowiecza albo popchnąć ku Gileadowi.

A to niejedyna zastawiona na nas pułapka. Cały ruch indywidualnego rozwoju wokół seksualności, który – jak słusznie zauważyłaś – w Polsce zyskuje coraz większe zainteresowanie, z jednej strony jest odpowiedzią na wielki deficyt edukacji seksualnej, ale z drugiej – drogą ku Foucaultowskiej „technice urządzania siebie”.

Co dokładnie masz na myśli?

Przymusu nieustannego samodoskonalenia, ciągłe bycie lepszą wersją siebie i doprowadzanie kompetencji czy umiejętności do perfekcji. My – Polki i Polacy – łyknęliśmy ten pomysł na nieustanny rozwój, jak głodny indyk kaszę, co dobrze uwydatniło się chociażby w postaci pierwszych reakcji stresowych na lockdown. Ludzie wręcz rzucili się wtedy na internetowe kursy rozwojowe: rano nauka japońskiego, potem gotowanie na parze, po południu tai-chi, a wieczorem joga z gwiazdą, tantra…

…i koniecznie pieczenie chleba.

No właśnie. Co tu się właściwie wydarzyło? Świat zderzył się z czymś, na co nikt nie był przygotowany, a my dostaliśmy ogromny zastrzyk stresu. Może więc to był dobry moment, by wcisnąć pauzę i zastanowić się nad sobą? Nie! Duża część z nas uznała, że zużyje ten czas superproduktywnie.

Co w tym złego?

Pozornie takie „pożyteczne” zagospodarowanie czasu wygląda jak coś bardzo dobrego. Oto nie mieliśmy do tej pory czasu, uganiając się za zleceniami, żeby zająć się wyplataniem makram, i w lockdownie postanawiamy jednak się tym zająć. Tyle tylko, że to nie jest normalny świat i normalne warunki. Odruchem dbającego o swoją psychikę człowieka byłoby zatrzymanie się i sprawdzenie, czy ja czasem nie odreagowuję potwornego lęku za pomocą kursów i zajęć online. Jego obecność można poznać m.in. po tym, że boję się zostać w ciszy, sama/sam i z własnymi myślami. Nie ma nic złego w makramach i pieczeniu chleba, ale jeśli wykorzystujemy je do tego, żeby się nie spotkać z własnym stanem psychicznym, to jest to duży problem i właśnie jeden ze sposobów uwikłania w nieustanny proces doskonalenia siebie, często bardzo indywidualistyczny, który nie rozwiąże żadnej ważnej kwestii, ale powoduje, że jesteśmy ciągle zajęci i możemy się chronić przed treściami, które siedzą w naszej psychice.

Dlatego jako terapeutka zastanawiam się, jak na poziomie indywidualnym pomagać jednostkom czy parom rozwijać się seksualnie, poszerzać wiedzę i rozwiązywać problemy w taki sposób, by nie ulec terrorowi doprowadzania wszystkiego do perfekcji. By uchronić ludzi, którzy do mnie przychodzą, przed obsesją doskonalenia swojej seksualności tak, jak robią to z ciałem na siłowni.

A co oprócz upiora produktywności jeszcze nam szkodzi?

Agresywna narracja wokół seksualności, która przebija z całego dyskursu o prawach reprodukcyjnych. Z jednej strony trzeba się zmierzyć ze zinternalizowanymi normami patriarchalnymi, które dotykają nawet najbardziej samoświadome osoby i utrzymują dwubiegunowy, bardzo tradycyjny i oparty na nierównościach i zależnościach układ płci, a z drugiej – z wzorcami nazywanymi przeze mnie roboczo postkapitalistycznymi.

Co nam mówią te drugie?

Właśnie: pracuj nieustannie, udoskonalaj się, bądź zawsze produktywny, optymalizuj każdy aspekt swojego życia. Wszystko zależy od ciebie, możesz zostać mistrzem, jeśli tylko chcesz, bo ograniczenia są tylko w twojej głowie. W dupie miej wartości kolektywne.

Czyli rozwiązując jeden problem, wpadamy w inne?

Wpadamy, a ponadto nie widzimy, jak wpływa na nas kultura. Nasze wyobrażenia o seksie i związane z nim trudności to także wypadkowa wzorców, które dominują w naszym kraju. Slow seks czy świadoma seksualność bynajmniej nie są tymi dominującymi. A to one mogą dać jednostce jakieś narzędzia, które pozwolą jej na własnym poletku w miarę bezpiecznie poradzić sobie z seksualnością.

Miłość i seks w czasie koronawirusa

Czy twoim zdaniem Polki, wychodząc na ulice, położyły kamień węgielny pod rewolucję seksualną, obyczajową, społeczną, dzięki której to cierpienie się zakończy? W książce mówisz wprawdzie, że dopiero „uczymy się odróżniać demokrację od mentalnego totalitaryzmu” i wciąż nieśmiało krytykujemy neoliberalny kapitalizm, jednak chyba jakiś przełom nastąpił?

Przełom nastąpił, ale dużo w naszych działaniach jest zagubienia i poszukiwania kierunków. Na jesiennych protestach nie zebrała się wiedziona metafizyczno-rewolucyjnym wzbudzeniem grupa rewolucjonistek wyposażona w plan naprawczy.

Tylko?

Wybuchł pożar wywołany gigantycznymi napięciami, które nagromadziły się w polskim społeczeństwie. I nie przejdziemy od fazy pożaru do fazy budowania w rok. Mamy kilka dekad zapóźnienia w przemianach wokół seksualności, co oznacza, że w tej chwili jednocześnie musimy sobie odpowiedzieć na pytania z lat 70., takie jak: „czy geje mają mieć równe prawa w społeczeństwie?”, jak i na te z XXI wieku, jak: „kto, oprócz ciskobiet, potrzebuje aborcji?”. Owe zaległości wyraźnie dały o sobie znać w dyskusji wokół postulatów Strajku Kobiet, gdy debatowano o inkluzywnym języku i dyskryminacji osób transpłciowych. Mamy do załatwienia za jednym zamachem tak wiele rzeczy, o takim stopniu trudności, że zrealizowanie wszystkich ważnych kwestii robi się niemożliwe. Nam jest nawet trudno mówić językiem, w którym obejmujemy np. niebinarność, bo do tego powinniśmy mieć odrobione lekcje sprzed lat, polegające choćby na integracji homoseksualności i wynikających z tego skutków społecznych.

Czy możemy jakkolwiek zyskać na tym, że jesteśmy zapóźnieni?

Choć uważam się za pesymistkę, to wierzę, że tak. Otóż jestem na tyle stara, by pamiętać, jak w Polsce rodziła się telefonia komórkowa, która trafiła na całkowity brak infrastruktury. To spowodowało, że wskoczyliśmy od razu na bardzo nowoczesny – jak na tamte czasy – pułap technologiczny. Nie mieliśmy po drodze niczego – ani dobrej telefonii naziemnej, ani pagerów, jak w USA – a i tak jakoś sobie poradziliśmy. Upatruję w tym nadziei. Również dlatego, że mam zaufanie do polskiego genu rewolucyjnego.

Mówisz poważnie?

Z rewolucjami bywało u nas różnie, ale w tym wypadku nie ironizuję. Jeżeli jest jakiś zasób w tym kraju, w który mam uwierzyć, to niech będzie nim fakt, że potrafimy się bardzo dobrze organizować wokół kontestacji. Sytuacja, w której warunki zewnętrzne zmuszają nas do sprzeciwu, powoduje, że mądrzejemy. Tak widzę ostatnie pół roku. Mam nadzieję, że Polska, będąc krajem zapóźnionym, jeśli chodzi o myśl społeczną, związaną nie tylko z seksualnością, ale i prawami kobiet oraz mniejszości, być może da radę nie tylko nadrobić zaległości, ale także przymierzyć się do wielkiego rozwiązywania problemu społeczeństw neoliberalnych, czyli braku wartości kolektywnych. Kto wie, może nawet wejdziemy w jakąś nową formę organizacji społecznej, w której będą obecne jakości zdezawuowane przez neoliberalizm, jak współpraca i równość.

Alexa, play „Strajk Kobiet”

czytaj także

Co z tak skonstruowanej optymistycznej wizji może dla siebie wziąć jednostka?

Rzecz jednocześnie trudną i zasilającą. Mam na myśli zdolność utrzymania w sobie napięć i przeciwieństw bez przymusu natychmiastowego ich rozwiązania i oczekiwania, żeby z tych konfliktowych stanów powoli się coś wyłaniało. Czyli, mówiąc prosto, pogodzenia się z tym, że jesteśmy różni, zrozumienia, że konflikty są konieczne, ale że nie muszą być wyniszczające i że możemy szukać rozwiązań. To działa na poziomie jednostkowym, ale też społecznym. Potrzebujemy zupełnie nowych metod działania, nie tylko w obszarze opieki nad swoim życiem psychicznym, ale żeby radzić sobie ze zmianami cywilizacyjnymi. Bo jeśli się nie pośpieszymy, to może nam nie wystarczyć czasu na dobry seks przed zapaścią klimatyczną.

Słowem: niełatwo mieć udane życie seksualne, gdy planeta płonie. I trudno je mieć także w kulturze, która – jak stwierdziła Erika Lust, reżyserka etycznych i prokobiecych filmów dla dorosłych – zepsuła nam intymność bajkami Disneya i złym porno. Ty dorzucasz do tego tezę, że Zachód w odróżnieniu od cywilizacji wschodnich nie umie w seks. Dlaczego?

Zacznę z grubej rury, bo nie można opowiedzieć o seksie w świecie Zachodu, jeśli nie zobaczymy, że nasze podejście do seksualności jest produktem ubocznym pewnego typu religii. Tymczasem Wschód, z którego wywodzą się omawiane w książce tradycje pracy z seksualnością, ma do dyspozycji różne podejścia i narzędzia.

A dlaczego?

Każda religia monoteistyczna próbuje zarządzać jednostką, obrazowo mówiąc – trzymając ją za genitalia. Organizowanie i opresja wokół seksualności przybierają różne formy – sztywnych norm, kar za ich nieprzestrzeganie, wizji grzechu, potępienia, które naznaczają ten obszar ludzkiej aktywności. Uczymy się od dzieciństwa, że „tam na dole” rzeczy są brudne, że samo ciało jest czymś podejrzanym. Jak mamy mu ufać i budować z nim kontakt, który jest niezbędny do przeżywania własnej seksualności? Tymczasem na Wschodzie taki rodzaj rozszczepienia nigdy nie był powszechny.

Jakie to ma skutki dla życia seksualnego Nowaka i Kowalskiej?

Zasadnicze. Funkcjonujemy w cywilizacji, która uważa, że duch jest lepszy od ciała. Duch to dążenie do absolutu, to racjonalność, oczywiście to także czystość. Na antypodach ducha jest ciało – instynktowne, emocjonalne, które trzeba nieustannie ujarzmiać i ćwiczyć w doskonaleniu, bo jeśli nie, to ześlizgniemy się w odmęty perwersji. Jeśli nie poddamy tego przekazu osobistej refleksji, to nie będziemy wierzyć w to, że to, co emocjonalne, cielesne, seksualne, jest tak samo ważne jak to, co duchowe, intelektualne, racjonalne. Nasze życie seksualne nie będzie miało szansy się rozwinąć w świecie, który deprecjonuje cielesność i emocje. Druga niepokojąca strona tego medalu jest taka, że większość problemów seksualnych wynika z długotrwałej ekspozycji na stres. A jak wiadomo, naszą najczęstszą reakcją na niego jest odcięcie się od emocji. To samo w sobie jest niszczące.

Dlaczego?

Aby poradzić sobie ze stresem, trzeba zwracać uwagę na emocje, być w kontakcie z ciałem, ćwiczyć zdolność odprężenia i odpoczynku. Móc jednocześnie myśleć i przeżywać emocje, żeby do skomplikowanych sytuacji życiowych stosować adaptacyjne strategie radzenia sobie. Jednak już od dzieciństwa uczy się nas tłumienia emocji, bo tego oczekują opiekunowie i społeczeństwo. Padamy ofiarami kultury, którą sami stworzyliśmy.

Czyli slow seks to przewietrzenie głowy i odzyskanie kontaktu z ciałem, a niekoniecznie – wymyślne techniki i tajniki mindfulnessu, który – jak stwierdziłaś – zaczyna „zjadać własny ogon”?

Owszem. Wprawdzie korzystam z mindfulnessu jako techniki wspomagającej terapię, bo służy osiąganiu spokoju i obserwacji siebie, ma też konkretną podbudowę naukową pokazującą, że działa jako technika radzenia sobie ze stresem. Ale sama mam wobec jego zachodniej adaptacji wiele zastrzeżeń. Mindfulness wywodzi się z medytacji, skąd pożyczył go i zaadaptował Jon Kabat-Zinn. Jednak i ta pożyteczna technika została poddana procesom typowym dla naszej kultury. Odarliśmy medytację ze współczucia i duchowości, bo one nie pasowały do obrazka. Bez nich mindfulness może z nas zrobić dupków jeszcze większych, niż byliśmy na wejściu. W medytacji nie chodzi o to, by stać się monadą, która siedzi w swoim kokoniku, pozostając kompletnie niezaangażowana wobec świata dookoła, tylko o to, żeby ta monada, rozumiejąc swój dramat egzystencjalny, była w stanie wejść w kontakt z tym, co jest na zewnątrz, i przeżywać współczucie wobec innych.

W niepewnym, rozpadającym się świecie ultrakonserwatyści karmią się strachem

Jak wrócić do ciała?

Często posługuję się metaforą choroby, podczas której słuchamy naszego ciała niezwykle uważnie. W erze covidowej szczególnie reagujemy na gorączkę, ból, różnego rodzaju dyskomforty. Warto więc zacząć od tego, by w zdrowiu zachowywać taką samą czujność na sygnały wysyłane przez ciało, kiedy mówi, „jestem zmęczone, boję się, to mnie przerasta, nie daję rady, potrzebuję pomocy”. W ten sposób możemy poczuć się na powrót spójni, odnowić połączenie umysłu i ciała.

Twoi klienci i klientki to potwierdzą?

Nie tylko moi, takie są założenia procesu psychoterapeutycznego. Doświadczenie pokazało mi też, że wszystkie osoby, którym udało się odnowić kontakt z ciałem, stawały się bardziej wrażliwe społecznie. Trudno bowiem być dupkiem, negacjonistką i patafianem, który wierzy w patriarchat, opresję i przemoc, jeśli czuje się i uznaje własną wrażliwość i cierpienia psychiczne.

Jak już wspomniałyśmy, twoja książka po raz pierwszy ukazała się w 2016 roku. Teraz dostaliśmy nowe, poszerzone o dwa rozdziały wydanie. Czego Marta Niedźwiecka sprzed paru lat nie wiedziała wtedy o seksie?

Na pewno tego, że trzeba będzie sobie z nim radzić w ekstremalnych warunkach pandemicznych. W dodatku cierpiałam na nadmierny optymizm, dotyczący kwestii równego traktowania osób o nienormatywnej ekspresji seksualnej. Pięć lat temu wykazałam się naiwnością, myśląc, że opisywanie homoseksualności i związków jednopłciowych jako oddzielnej strefy mogłoby zostać odebrane jak tworzenie getta, zaostrzenie podziałów, a nie krok integracyjny. Wydawało mi się, że rzeczy szły nieźle, i teraz wstydzę się tego podejścia, bo zupełnie zmieniły kierunek. Nadal trzeba tłumaczyć ludziom, że na społeczeństwie, które korzysta z segregacji i jest opresyjne wobec jakiejś mniejszości seksualnej, tracą wszyscy.

Chcesz powiedzieć, że tracą również ci, którzy twierdzą, że coś na tym ugrali? Obronili tradycyjną rodzinę i naród przed obcym elementem, jak gender czy feminizm?

Owszem, nawet heteroseksualni biali katoliccy mężczyźni. Oni wkrótce po prostu nie będą mieli się z kim pukać. Wiele jest opowieści o młodych kobietach korzystających z Tindera, które gdy widzą choćby przebłysk konserwatywnego światopoglądu, uciekają gdzie pieprz rośnie. Trudno się im dziwić. Dziś widzę też, jak ważne jest podkreślanie tego, że nie ma zdrowej seksualności bez praw reprodukcyjnych, bo nikt nie będzie się harmonijnie rozwijał seksualnie w kraju, w którym nie można zrobić aborcji, w którym „gwałt” nie istnieje. Na szczęście już nie trzeba wyjaśniać związku pomiędzy dobrym seksem a dostępnością antykoncepcji czy edukacji seksualnej. To staje się coraz bardziej jasne. Mniej natomiast oczywiste dla mnie jest rosnące zainteresowanie Polek i Polaków BDSM-em.

To dobrze czy źle? W końcu piszesz, że Polki i Polacy mają dużo „nieuświadomionego BDSM-u w codziennych relacjach”.

Jestem daleka od wartościowania tego ciekawego zjawiska, ale dość zaskakujące jest to, że w społeczeństwie, w którym jest tyle przemocowego języka, tyle przemocowych relacji władzy i podległości, agresji, mówimy: „hej, 365 dni to w zasadzie mnie bardzo kręci”. Wokół BDSM-u budują się w Polsce bardzo duże społeczności, ludzie chodzą na kursy, kupują na potęgę gadżety w tym guście.

I to, że przemocowość obecna w innych dziedzinach życia jest też w seksie, ma nas zaskakiwać?

Nie sam fakt, że przemoc istnieje, ale sposób jej realizacji, wcielania budzi moje zaciekawienie. Z jednej strony jest jej dużo w przestrzeni publicznej, wiemy, że jest obecna w różnej formie w polskich domach – a jednocześnie ujawnia się wyraźna tendencja, żeby ją teatralizować i realizować jako praktyki BDSM. Stawiam pytanie – czy te praktyki wynikają z przetworzonych i objętych świadomie porządków władzy i podległości, czy są prostym odreagowaniem, które jest elementem traumy. Nie znam na nie odpowiedzi.

Najseksowniejsza w łóżku jest zgoda

Kto sobie najgorzej radzi z odkrywaniem swojej seksualności? Po lekturze twojej książki nie mam już wątpliwości, że na tej ścieżce mężczyźni hetero są daleko w tyle za swoimi partnerkami. Seksualna emancypacja kobiet postępuje szybciej, nie kryjąc rozczarowania męskością. Co to nam robi?

Oczywiście nie wszyscy mężczyźni hetero w Polsce są w tym miejscu, ale dla wielu z nich problemem jest oddanie przywileju wynikającego z patriarchalnego porządku konstruowania związków, seksualności i ról społecznych. Wprawdzie mężczyźni mogą z tego czerpać liczne zyski – budować zdrowsze relacje, inaczej podchodzić do własnej psychiki, mniej eksploatacyjnie, inaczej podchodzić do spraw seksu, z mniejszym naciskiem na wykon i sprawność. Ale dla dużej części to wciąż próg nie do pokonania. Czują frustrację, sprzeciw, obawy. To bardzo ciekawe, bo nie działa tutaj kategoria demograficzna. Nie można bowiem powiedzieć, że problem dotyczy jedynie patriarchalnych zwycięzców, którzy są materialnie dobrze sytuowani, mają po 50 lat i mówią: „o nie, równouprawnienie nie przejdzie”.

A kogo?

Także dzisiejszych dwudziestoparolatków, którzy identyfikują się z konserwatyzmem, pomysłami na rekapitulację XIX-wiecznego kształtu społeczeństwa czy z myślą polityczną Konfederacji. Ci młodzi mężczyźni mają dostęp do internetu, chodzą na randki z Tindera, być może odbyli już jakieś podróże po świecie, ale nie potrafią się pogodzić z myślą, że świat, który miał do nich należeć, się wali. Okazuje się więc, że oprócz ideologicznego podziału na prawicę i lewicę oraz ogromnego rozwarstwienia materialnego mamy coraz ostrzejszy podział genderowy, męsko-kobiecy.

Dziewczyny chodzą na Strajki Kobiet i dla klimatu, a chłopaki na Marsze Niepodległości?

W dużym uproszczeniu można tak powiedzieć. Gawędzimy sobie tutaj o łączeniu, godzeniu i przeżywaniu napięć, a tam, u młodych wilczków, równolegle rośnie silna tendencja odśrodkowa, separacyjna, budowana na wrogości. Ta potencjalna wojna płci oznacza, że mniej fajnych, świadomych, wyemancypowanych heteroseksualnych kobiet może znaleźć partnera, z którym jest sens cokolwiek budować…

A poza tym?

Może na tym ucierpieć wspólnota – mniej trzeźwo myślących ludzi będzie w stanie stworzyć podstawowe komórki społeczne, które ze sobą współpracują, reprodukują i tak dalej. A na przykład parom jednopłciowym się tego zabrania.

Skoro już jesteśmy przy rozmontowywaniu różnych porządków, to może warto byłoby też przestać wykuwać cokoły na pomniki monogamii. Ona nam szkodzi czy pomaga?

Z monogamią jak z demokracją – nie działa najlepiej, ale chyba jest dobrym układem, jaki udało nam się wymyślić, by wspólnie wychowywać potomstwo. Ja mam pragnienie zdjęcia jej z piedestału i pozbawienia roli ustawień domyślnych. Chciałabym, żeby stała się jedną z opcji do wyboru. Chciałabym, żeby dziewczyny i chłopcy, dorastając, wiedzieli, że mogą mieszkać razem albo osobno, mieć kochanków i kochanki, być poliamoryst(k)ą, żyć w parze jednopłciowej, różnopłciowej, zwanej konkubinatem albo małżeństwem, wejść w związek otwarty i wszystkie jego konfiguracje, umówić się na wyłączność. A do tego jeszcze marzy mi się wpuszczenie do samego konstruktu małżeństwa i monogamii trochę powietrza.

Co cię w niej wkurza?

To, że jest defaultowa na skutek warunkowania społecznego, czyli gdy spytasz 13-latka, jak wygląda związek, to on z marszu opowie ci o monogamicznym małżeństwie. I to jest ok, bo 13-latek nie potrzebuje nic wiedzieć o poliamorii albo LAT. Ale jeśli 26-latek nadal jedyne, co może dla siebie wymyślić, to monogamiczne małżeństwo, albo co gorsza, tylko tego oczekuje od niego otoczenie, to mamy konstrukt, który nie pasuje do naszych czasów. Bo ono może być dobre dla pewnego typu relacji międzyludzkich. Ale nie jest dobre dla wszystkich i nie jest dobre z automatu. Szczególnie złe jest wtedy, kiedy ludzie rezygnują z możliwości negocjacji kształtu związku, komunikacji i uzgodnienia porządków, które ich będą obowiązywać. Gdy zaistnieje głębsza relacja, pada zdanie „jesteśmy w związku” albo „wzięliśmy ślub” i ta magiczna formuła ma załatwić wszystko. Obrączka i szast-prast, rzecz powinna dziać się sama. A tak nie jest.

To wina Disneya, który powtarzał, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie, ale nie powiedział, jak to zrobili i co między sobą ustalili.

Gdyby ludzie sięgali po monogamię świadomie, wykorzystując ją jako po prostu jedną z wielu form bycia ze sobą, wiedzieliby, że trzeba się porozumieć, wiedzieć, co to jest kryzys, co się dzieje, gdy nie ma pieniędzy, a co, kiedy rodzą się dzieci. Monogamiści często nie zadają sobie tych pytań, na które ludzie żyjący w innych konfiguracjach odpowiadają sobie już na samym początku, bo inaczej ich nowy mikrokosmos po prostu nie zaistnieje.

No ale czy małżeństwo to nie jest jakaś przestarzała patriarchalno-agrarna forma?

Kobiety dają sobie w miarę radę finansowo, mają prawa obywatelskie, a małżeństwo wciąż jest jedyną dostępną formą legalnego związku. Jednocześnie w praktyce instytucja małżeństwa będzie w pełni wyborem, a nie przymusem, dopiero wtedy, gdy kobiety dostaną równe płace i równy podział pracy w związkach, bo inaczej będą nieustannie uzależnione od ojców swoich dzieci. I żadna zmiana nie zaistnieje, jeśli nie będzie czym zapłacić rachunków. Z punktu widzenia społecznego, nie zaś preferencji seksualnych, kobietę czyni submisywną zależność ekonomiczna i fakt, że ludzkie szczenięta wymagają 20 lat ciężkiej harówy, żeby mogły zacząć własne życie.

O co chodzi w feministycznym seksie?

czytaj także

O co chodzi w feministycznym seksie?

Jennifer K. Armstrong, Heather W. Rudulp

To odradzasz małżeństwo?

Wręcz przeciwnie, doradzam myślenie i wydeptywanie własnych ścieżek. Co dla osób heteronormatywnych jest małą rewolucją, dla innych jest oczywiste. Związki jednopłciowe nie mają ram, w które mogą się wpisać z automatu. Nie ma nic danego z góry i trzeba poddać własną tożsamość oraz seksualność potężnej refleksji – dużo większej niż w świecie monogamicznych heteryków. Gdyby się z tego dało zrobić warsztaty myślenia, na których Polska tęczowa uczyłaby polskich heteryków, jak przeżywać świadomie własną seksualność, związki i ciało, to – o borze szumiący – jakie to byłoby uwalniające!

Mówisz, że kultura queer nas wyzwoli, a największym osiągnięciem ludzkości będzie porzucenie sztywnej płciowej dwubiegunowości. Dlaczego?

Bo świat się nieznośnie skomplikował i wiara w proste podziały utrudnia radzenie sobie. Bo nie da się już odwidzieć istnienia ludzi schowanych pod literami LGBT+, których obecności niektórzy się nie domyślali. Bo siedzenie w schematach rodem sprzed rewolucji informacyjnej może przynosi chwilowe poczucie bezpieczeństwa, ale nie pozwala uporać się z prawdziwymi problemami.

Dla mnie największą nauką wynikającą z kontaktu z kulturą queer jest umiejętność przeżywania siebie z dystansem, zdolność do wygłupów i wzięcia w nawias kostiumu, formy, roli społecznej. Przeżywam to jako coś niebywale odświeżającego, w szczególności w kraju, który ma bardzo uporządkowane i przypisane płci biologicznej role.

No dobrze, ale jak w tym wszystkim zorientować się na przykład, że moje fantazje są faktycznie moje, a nie wzięte z obrazka zapamiętanego z dominującej – opresyjnej i kliszowej kultury czy wszechobecnego złego porno, patriarchalnych norm czy czegoś innego?

Powiedziałabym tak – jeżeli przeżywanie tej fantazji albo miłości samemu ze sobą pozostawia w nas poczucie ożywienia, nasycenia i nie powoduje wpadania w pustkę, zniechęcenie, smutek, to znaczy, że zarówno z fantazją, jak i z aktywnością seksualną jesteśmy w dobrym miejscu. Oczywiście zdarzają się jednostki, które czerpią satysfakcję z cierpienia zadawanego niekonsensualnie, ale nie mówimy w tej chwili o modelach dysfunkcyjnych.

A co odróżnia samomiłość od samogwałtu?

Podmiot. To znaczy, że w samogwałcie jesteśmy przedmiotem, zaś w samomiłości jesteśmy podmiotem – kontaktujemy się z własnym ciałem, podążając za rytmem własnego pobudzenia i podniecenia seksualnego. W tym sensie to jest miłość, że mamy tu układ relacyjny. Patrzę, jak moje ciało przeżywa fantazję albo film pornograficzny (oby dobry), uświadamiam sobie, jakich rzeczy potrzebuję, jaki mam orgazm. Oczywiście nie chodzi tu o intelektualną analizę, lecz o emocje, spójność ciała i świadomości.

W samogwałcie z kolei zwykle jest tak, że aplikujemy sobie silny bodziec wzrokowy – mężczyźni są bardziej niż kobiety na to podatni – i intensywnie oraz szybko się pobudzamy, nie zwracając uwagi na samych siebie. De facto wtedy dochodzi do gwałtu, seksu bez zgody własnego ciała. W kontekście czasów pandemicznych, digitalizacji seksu oraz samotności to bardzo ważny wątek. Potrzebujemy nabyć zdolność do przeżywania czucia i pożądania z własnym ciałem, bo – jak piszę w książce – można przesiedzieć cały rok w dresie i ani razu nie włożyć seksownej bielizny, ale nie da się przeżyć bez dotyku.

Jak pandemia wpłynęła na naszą seksualność? Czy ktoś to już zbadał?

Nagłówki medialne, które anonsowały nadchodzący po kwarantannie baby boom, na szczęście ucichły. Być może jednorazowe wyłączenie prądu w mieście mogłoby mieć taki efekt, ale nie miesiące strachu, izolacji, wzmożonych zagrożeń zdrowotnych, chorób i śmierci osób bliskich. Do tego trzeba dodać, że sytuacja różni się dla nas bardzo w zależności od naszego statusu materialnego, faktu, czy posiadamy dzieci i w jakim są wieku, czy możemy sobie pozwolić na jakiś rodzaj ucieczki z miasta albo odpoczynku od realiów, w których trwamy od roku.

Seks w czasie pandemii? Może nam pomóc przetrwać izolację

Wiele krajów rozpoczęło badania nad wpływem lockdownu na nasze relacje i seksualność. Na przykład włoskie badanie przeprowadzone na grupie 1486 kobiet i mężczyzn w wieku reprodukcyjnym, pozostających w relacjach heteroseksualnych, pokazuje zarówno wzrost pragnienia zostania rodzicem, ze względu na poszukiwanie pozytywnych doświadczeń psychicznych, jak i spadek zainteresowania tym samym tematem ze względu na trudności ekonomiczne. W Instytucie Kinseya w USA prowadzone są jednoczesne badania obejmujące tematy takie jak seksualność singli, par, kwestie psychiczne w pandemii, ale jeszcze chwilę będziemy musieli poczekać na wielkie podsumowania tego, co się z nami dzieje. Jesteśmy wewnątrz wielkiej zmiany i na razie brzegu nie widać.

***

Marta Niedźwiecka – psycholożka, sex coach. Współautorka książki Slow Sex – uwolnij miłość. Prowadzi podcast o tematyce psychologiczno-seksuologicznej O Zmierzchu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij