Kraj, Miasto

Brzeska zapłaciła najwyższą cenę za walkę z rażącą niesprawiedliwością i ludzką krzywdą

1 marca mija dziesiąta rocznica śmierci Jolanty Brzeskiej, działaczki lokatorskiej. Wiemy na pewno, że nie była przypadkową emerytką, którą spalono żywcem, bo znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Przed śmiercią złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości działania zorganizowanej grupy przestępczej w związku z reprywatyzacją kamienic.

Michał Sutowski: Równo dziesięć lat temu znaleziono w Lesie Kabackim ciało Jolanty Brzeskiej, działaczki lokatorskiej walczącej w obronie praw mieszkańców reprywatyzowanych kamienic. Za życia została spalona przy pomocy nafty. A jednak afera reprywatyzacyjna wybuchła – czyli trafiła do mediów i stała się tematem politycznym – dopiero pięć lat później, z powodu kawałka parkingu pod Pałacem Kultury i Nauki. Dlaczego musieliśmy czekać tak długo?

Beata Siemieniako: Bo zainteresowanie mediów i polityków łatwiej wzbudza skandal, w który zaangażowane są duże pieniądze i ważne nazwiska. Przełomowy tekst Iwony Szpali i Małgorzaty Zubik z kwietnia 2016 roku pt. Kto zarobi na pl. Defilad? Ujawniamy kulisy reprywatyzacji opisywał sprawę Chmielnej 70, czyli wartej nawet 160 milionów działki tuż obok Sali Kongresowej, w którą uwikłany był np. ówczesny dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej. A kiedy w 2011 roku znaleziono martwą, nieznaną nikomu szerzej emerytkę, policja początkowo sugerowała wręcz, że to mogło być samobójstwo! Coś więc się niby wydarzyło, ale w dziwnych okolicznościach, nie wiadomo, jak to opowiedzieć…

Czyli wielki przekręt z udziałem elit to po prostu atrakcyjniejszy temat?

Pamiętajmy, że to już był rok 2016. W ciągu tych pięciu lat, które wówczas upłynęły od śmierci Brzeskiej, działali zorganizowani lokatorzy, stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, wówczas z Janem Śpiewakiem na czele, no i dziennikarze. Zaczęły się też rządy PiS.

Przecież to nie PiS-owskie dziennikarki ujawniły aferę.

Ale historia działki na placu Defilad świetnie pasowała do rubryki pt. w państwie rządzi układ. Mieściła się w przekonaniu, że w tym kraju, jak się ma znajomości, to można załatwić wszystko. Także zreprywatyzować na dziko drogocenny kawałek placu w środku miasta. Jacyś ważni ludzie się dogadują za kulisami, dorabiają się na publicznym na majątku – wiadomo, o co chodzi…

Rozumiem. A śmierć Brzeskiej to coś absurdalnego, niewyobrażalnego, jak historia z jakiejś republiki bananowej, z prowincjonalnej Rosji lat 90. czy z Neapolu…

W niedawnej rozmowie z jedną z lokatorek, która walczy z reprywatyzacją od dwudziestu lat, wspomniałyśmy Marka M. To najbardziej chyba niesławny z „czyścicieli kamienic”, jest tak demoniczną postacią, jakby się komuś przyśnił w koszmarze. A choć jego działalność została bardzo dokładnie opisana, praktycznie nie poniósł prawie żadnych konsekwencji, co tylko pogłębia poczucie absurdu. I tak samo śmierć Jolanty Brzeskiej wydawała się zupełnie niewiarygodna: po prostu nie mieściła się w głowie, w żadnym wyobrażeniu zwykłego człowieka o tym, co się w naszym kraju dzieje.

Zabójstwa działaczy społecznych, którzy przeszkadzali czyimś interesom, miały miejsce na Słowacji, są wielką plagą w Ameryce Łacińskiej. U nas też zdarzało się częściej? Czy Jolanta Brzeska była jedyną śmiertelną ofiarą procesu reprywatyzacji?

Na pewno zastraszano różnych działaczy lokatorskich groźbami, że „skończą jak Brzeska”. Wszystko wskazuje też, że była jedyną działaczką lokatorską pozbawioną życia za swą działalność, choć stuprocentowego dowodu nie mamy. To nie znaczy oczywiście, że była jedyną ofiarą śmiertelną reprywatyzacji. Trudno jednak wprost taką śmierć zestawić z wieloma przypadkami, kiedy ludzie np. wieszali się z rozpaczy.

Z powodu widma utraty dachu nad głową?

Bezpośrednio najczęściej tak. Ale też nie mogli pogodzić się z sytuacją, w której potraktowano ich jak stary mebel, pozbawiono elementarnej godności ludzkiej. Zakwestionowano cały dorobek uczciwego życia, zdehumanizowano. Inni z kolei umierali na zawał z powodu stresu lub tracili zdrowie w inny sposób. Ale prawdziwa przyczyna była ta sama – reprywatyzacja i związana z nią utrata elementarnej stabilności życiowej.

Wiemy, ile takich ofiar było?

W środowisku lokatorskim znamy takich historii wiele, ale oczywiście niełatwo dowieść bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego. Jak ktoś kogoś zabije, to zazwyczaj jest jakaś broń, jest sprawca, a przynajmniej pewność, że ktoś za tym stał. Co innego, gdy ojciec rodziny się wiesza, bo ma poczucie, że nie podołał swej roli i nie zapewnił bliskim dachu nad głową. Kiedy obwinia siebie, bo o tym, że to na pewno jego wina, przekonywali go liczni politycy, eksperci i komentatorzy od lat 90.

A już nie przekonują?

Te poglądy wciąż się mocno trzymają: że mieszkanie to nie żadne prawo, lecz towar. Że trzeba wziąć kredyt. Że to jest normalny instrument finansowy, jak każdy inny. I że posiadanie mieszkania na własność to norma, więc jak kogoś nie stać, to znaczy, że gdzieś zawiódł. Jeśli dodamy, że wiele z poszkodowanych rodzin ma też mnóstwo innych problemów, to taki proces – kto jest winny tych śmierci z rozpaczy – jest oczywiście poszlakowy.

Dlaczego akurat Jolanta Brzeska była aż tak niewygodna? Przecież lokatorów, którzy nie chcą się wyprowadzić z przejmowanych kamienic, którzy nie godzą się na absurdalnie wysokie czynsze, jest więcej. Dlaczego akurat ją coś takiego spotkało, coś ponad „zwyczajne” szykany dotykające setki innych? I co wiemy na pewno?

Po dwóch latach pierwszego śledztwa, w 2013 roku prokuratura umorzyła postępowanie, wskazując tylko, że wysoce prawdopodobny był udział dwóch–trzech osób trzecich, najpewniej obeznanych już z przemocą tego rodzaju. Dopuszczono możliwość, że wywiezienie do Lasu Kabackiego i oblanie naftą miało posłużyć zastraszeniu, ale wydarzenia mogły się sprawcom wymknąć spod kontroli. Z braku dowodów stwierdzono jednak niemożność ich ustalenia.

Czyli zostają same hipotezy i domysły?

Są mocne przesłanki, że czegoś niebezpiecznego się dowiedziała – wiemy, że jakiś czas przed śmiercią złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości działania zorganizowanej grupy przestępczej w związku z reprywatyzacją kamienic. Prokuratura jednak odmówiła wszczęcia tego postępowania. Wiemy na pewno, że Brzeska nie była przypadkową emerytką, którą spalono żywcem, bo znalazła się nieszczęśliwym przypadkiem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Była aktywistką, która się dokształcała, uważnie czytała przepisy, składała pisma procesowe, zakładała sprawy, ale też rozmawiała z ludźmi…

Śledztwo w sprawie Brzeskiej umorzone. Co dalej?

Nie była przypadkową ofiarą, ale chyba trochę przypadkiem została działaczką społeczną?

W tym sensie, że niejako z przymusu. Po prostu któregoś dnia sprywatyzowano kamienicę przy ul. Nabielaka 9 na Dolnym Mokotowie, w której mieszkała, i zaczęto zmuszać lokatorów do wyprowadzki. Zaczęła więc się spotykać, rozmawiać z osobami będącymi w podobnej sytuacji. Przypomnijmy, że wtedy, tzn. przed rokiem 2011, mało kto wiedział, co to właściwie znaczy „reprywatyzacja”…

Że dworek zabrali dziadkom, zrobili w nim PGR, a potem hołota rozkradła. Ewentualnie roszczenia Żydów z Nowego Jorku – to chyba były główne skojarzenia.

Tak, za to kamienica z lokatorami niekoniecznie. Wtedy Brzeska, a także takie osoby jak Bożena Baranek i Ewa Andruszkiewicz – wszystkie na emeryturze lub blisko niej, a więc trochę na przekór stereotypowi młodego aktywisty z dredami – stwierdziły, że łączą je te same problemy. I że ich źródłem są często działania tych samych ludzi, bo wszędzie wcześniej czy później pojawiał się duet Marek Mossakowski i Hubert Massalski, oraz że schemat wydarzeń jest bardzo podobny.

Przejęcie własności i podwyżka czynszu, żeby zmusić do wyprowadzki i wymienić lokatorów na zamożniejszych?

I niemal od razu też zastraszanie i utrudnienia życia tak, by nie dało się tam wytrzymać – odcinanie wody, wychładzanie mieszkań przez otwieranie wszystkich okien, hałaśliwe i często pozorne remonty, ale też działania wprost gangsterskie, jak grożenie śmiercią wprost lub aluzyjnie, podrzucanie robactwa do budynku i inne.

A czy lokatorzy mieli takie problemy tylko przy „dzikiej” reprywatyzacji, tzn. w sytuacji ewidentnych przekrętów, czy przy tej legalnej też? Bo przecież ktoś naprawdę mógł mieć dziadka z kamienicą, co to mu ją komuniści odebrali – abstrahując od tego, czy powinno się je zwracać po tylu latach.

Ano właśnie. Z punktu widzenia lokatorów zazwyczaj nie ma znaczenia, na ile legalnie dokonywało się przekazanie kamienicy gminnej w prywatne ręce. Skutek był ten sam, czyli podwyżka czynszu. A reprywatyzowali, owszem, często prawowici spadkobiercy, którzy mogli się wykazać stosownymi postanowieniami sądu i rozrysować prawdziwe drzewo genealogiczne.

I w efekcie każdy spadkobierca zaczyna się zachowywać jak gangster?

Jeszcze inaczej: jeśli spadkobierców jest sporo – a tak jest bardzo często ze względu na upływ czasu i rozrost rodziny w kolejnych pokoleniach – to oni wolą sprzedać swoje udziały w nieruchomości jednej ze spółek, która zajmuje się renowacją kamienic.

Lewica: Czas powiedzieć „stop” mafii reprywatyzacyjnej

Której one często faktycznie wymagają.

Tak, jeśli należą do zasobu miejskiego, zazwyczaj nadają się do remontu. To jasne, że łatwiej sprzedać swoje 2/17 czy 8/19 nieruchomości, którą się dostało za darmo od państwa, jakiemuś większemu podmiotowi, co ma kapitał i doświadczenie w renowacji. Ma się wtedy konkretną sumę na koncie i święty spokój. Krótko mówiąc, bardzo często reprywatyzują faktyczni spadkobiercy, ale sprzedają udziały dalszym inwestorom czy deweloperom, którzy postępują wedle schematu czyścicieli kamienic, czyli robią to samo co panowie Mossakowski czy Massalski.

A wprowadzenie drastycznej podwyżki zmuszającej do jak najszybszej wyprowadzki – to jest w ogóle legalne?

W zasadzie tak. Podwyżkę trzeba uzasadnić, ale da się to zrobić. Ustawa o ochronie praw lokatorów wskazuje wprawdzie, jaki odsetek nakładów poniesionych na podniesienie standardu konkretnego mieszkania (czyli nawet nie na ogólny remont budynku) możesz potem odzyskać od lokatora w formie czynszu, i to jest 10 proc. w skali roku. Tak samo, jak kupujesz kamienicę i chcesz odzyskać zainwestowane środki – wtedy to 1,5 proc. rocznie.

Czyli są pewne bariery.

Tak, ale jest też trzeci powód do podwyżki – tzw. godziwy zysk. Pojęcie jest ustawowo niezdefiniowane, ale w orzecznictwie przyjmuje się możność podwyższenia stawek do poziomu przeciętnego czynszu na rynku prywatnym. W takich przejmowanych kamienicach mieszkają zazwyczaj osoby będące emerytami lub zarabiające na poziomie wokół płacy minimalnej, więc rynkowa stawka czynszu pochłania najczęściej całe ich miesięczne dochody. Po prostu nie mają szansy się w takim mieszkaniu utrzymać.

Powiedziałaś, że kiedy Jolanta Brzeska została aktywistką, cały proceder nie był jeszcze dobrze opisany ani znany opinii publicznej. A kiedy się właściwie zaczął?

Wtedy trwał co najmniej kilka lat, ale wszystko przyspieszyło w 2005 roku, kiedy doszło do uwolnienia czynszów, które w PRL były oczywiście regulowane.

I przez pół okresu III RP.

Nie do końca. Właściciele nieruchomości od roku 1990 lobbują za tym rozwiązaniem i w 1994 roku faktycznie powstaje ustawa, która ma to na celu. Co istotne jednak, udaje się wynegocjować dziesięcioletni okres przejściowy, przy czym ustawodawca zakłada, że gminy mają przez dekadę ten problem jakoś rozwiązać. Z góry wiadomo przecież, że części Polek i Polaków nie będzie stać na płacenie za mieszkanie na zasadach wolnorynkowych, więc samorządy powinny np. wybudować nowe bloki komunalne, ewentualnie znaleźć inne sposoby.

Ale to były lata 90. i gminy raczej nie były w stanie tego zrobić.

Oczywiście, ten plan był zupełnie nierealny. Postawiono przed nimi oczekiwania niemożliwe do spełnienia, było więc wiadomo, że dojdzie do katastrofy społecznej. No i w końcu ona następuje…

Politycy, co zrobiliście, żeby losu Jolanty Brzeskiej nie podzieliła kolejna emerytka?

Ktoś przed tym przestrzegał?

Piotr Ikonowicz. I organizacje lokatorskie – Polska Unia Lokatorów, krakowskie stowarzyszenie Lokatorzy w Obronie Prawa. Wskazywano, że podwyżki czynszów dokonywane na podstawie znowelizowanej ustawy doprowadzą do fali eksmisji. A wobec braku budownictwa socjalnego wzrośnie liczba obywateli w dramatycznej sytuacji.

A ktoś z parlamentu? Całe partie? Bo Ikonowicza tam nie było po 2001 roku.

Awantura w Sejmie wybuchła tuż przed wejściem prawa w życie, pod koniec 2004. Media zaczęły pisać, że lokatorom grożą drastyczne podwyżki, więc ustawę na szybko nowelizowano. Nowele grudniowe zakładały, że po uwolnieniu czynszów nadal będą obowiązywać ograniczenia: będzie można je podwyższyć maksymalnie o 10 proc. w skali roku.

Czyja to zasługa?

Za niemal pełnym uwolnieniem czynszów był przede wszystkim ówczesny rząd Marka Belki i Platforma Obywatelska, a posłowie SdPl Marka Borowskiego forsowali ich ograniczenia, za którymi ostatecznie opowiedziała się też większość posłów SLD, PiS, PSL, Samoobrony i Unii Pracy. Tyle że z odsieczą właścicielom pospieszył Trybunał Konstytucyjny, co ciekawe, na wniosek członka rządu – ówczesnego prokuratora generalnego, Andrzeja Kalwasa. Jego wniosek gorąco poparło Ogólnopolskie Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości, a także ówczesny marszałek sejmu z ramienia SLD – Włodzimierz Cimoszewicz.

I co zdecydowano?

W wyroku K 4/05 Trybunał Konstytucyjny orzekł, że ograniczenie podwyżek do maksymalnie 10 proc. w skali roku jest niezgodne z konstytucją. W swoim uzasadnieniu powoływał się na „konieczność gruntownej transformacji ustrojowej i ekonomicznej” Polski, wspierając „system rozwiązań elastycznych, dostosowanych do wymagań nowoczesnej gospodarki mieszkaniowej”, oraz wskazując na „konieczność wycofania się z konsekwencji zaszłości historycznych”. Można powiedzieć, neoliberalizm TK w pełnej krasie.

Rozumiem, że to orzeczenie zupełnie zmieniło układ sił między lokatorami a właścicielami. I otworzyło wrota do reprywatyzacji na wielką skalę?

Tak, przy czym pierwsze decyzje reprywatyzacyjne w Warszawie zostały podjęte dużo wcześniej, bo już w 1990 roku, ale wtedy były to raczej domy jednorodzinne lub działki niezabudowane. Sprawa raczej bezproblemowa i bardzo atrakcyjna.

Za to kamienica z lokatorami to już nie taka wielka atrakcja, dopóki nie możesz im podwyższyć czynszu.

Co najwyżej może zmusić do wyprowadzki metodą typowo gangsterską, czyli zastraszać. Wiemy, że nawet dziś odbywają się eksmisje metodą pewnej firmy, która ma podobną nazwę do państwowego CBŚ, a której ludzie, umundurowani jak antyterroryści, wchodzą do mieszkań, kręcąc mieszkańców kamerą, plując na ziemię i śmiecąc, no i siedzą tam, dopóki ktoś sam nie zdecyduje się wyjść. Jeśli w 2021 roku coś takiego jest możliwe, to pomyślmy, jak to wyglądało w latach 90.

Ale uwolnienie czynszów sprawiło, że już nie trzeba było uprawiać jawnej gangsterki? Względnie że stała się ona ostatecznością, bo pojawiły się zupełnie legalne środki?

Tak, a poza tym pojawiło się otwarte poparcie liberałów: polityków, urzędników, środowisk opiniotwórczych. No bo skoro miasto „sobie nie radzi” z remontowaniem czy nawet utrzymaniem zasobu mieszkaniowego, no to chyba jasne, że prywatny właściciel zawsze lepiej zadba niż gmina?

Czy mieszkania mogą być tańsze? [rozmowa z Joanną Erbel]

Łatwo pokazać zdjęcie: kamienicę nieremontowaną od czasów premiera Kazimierza Bartla oraz taką po rewitalizacji. No i zapytać: co państwo wolicie? Jak chcecie, żeby wasze miasto wyglądało?

To jest niemal naoczne, że pięknieją tylko te kamienice, które są prywatne. Do tego dochodzi przekonanie urzędników, że lepiej to wszystko oddać w ręce prywatne, bo gmina nie ma pieniędzy na remonty, a lokatorzy są zadłużeni. Nic dziwnego, że w tej sytuacji włodarze kolejnych miast chcieli wręcz przyspieszać reprywatyzację i prywatyzację mieszkań, żeby się pozbyć kłopotu, no i żeby te miasta „jakoś wyglądały”.

Prawica mogła mówić: twórzmy rodzimy kapitał, własną klasę posiadającą. A reszta – że prywatny lepiej zadba, a nawet jak nie, to i tak nie ma wyjścia, bo bez remontów się to wszystko zawali, a większości gmin na remonty nie stać.

Do tego w latach 90. wzorcowym obywatelem był ktoś przedsiębiorczy, dynamiczny, kto dużo i ciężko pracuje, ale też potrafi się przystosować do sytuacji. A ktoś, kto domaga się od państwa stabilności mieszkaniowej czy świadczeń społecznych dla ludzi tracących pracę, to jakiś relikt, przeżytek i smutny spadek po komunie. I właśnie te wszystkie emerytki były takim przeżytkiem. Kiedy zaczynały protestować u władz przeciw podwyżkom ze strony nowych właścicieli, to słyszały, że niech złożą wniosek do gminy i się wyprowadzą, no co za problem…

I jak rozumiem, Jolanta Brzeska i pozostałe działaczki próbują to „sami sobie radźcie” przełamać w ten sposób, by działać wspólnie, pomagać sobie nawzajem. Edukować się, a potem agitować i organizować…

I głośno o tym wszystkim mówić. Brzeska wraz z innymi działaczkami organizowały pikiety, wbijały się na posiedzenia Rady Miasta Warszawy, żeby tam protestować wobec konkretnych decyzji, urządzały demonstracje, ale też obchody Dnia Lokatora. Ona sama doskonale wiedziała, że jej własna sprawa jest symptomem większego problemu – nie tylko w tym sensie, że dotyka też innych, ale że stoją za tym całe sieci zależności związanych z reprywatyzacją. I prawdopodobnie to ta wiedza sprawiła, że postanowiono ją zastraszyć lub po prostu się jej pozbyć.

Mówiłaś już, że ta śmierć i jej okoliczności nie mieściły się ludziom w głowie. Ale czemu nawet fakt, że ktoś uwłaszcza się nielegalnie na warszawskich kamienicach, nie mógł się przebić do świadomości publicznej?

Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że aby problem społeczny stał się medialny, musi po prostu nabrzmieć i to trwa dosyć długo. W 2011 roku było jeszcze za wcześnie, bo nie mieliśmy jako społeczeństwo świadomości skali tych działań – ile jest tych nieruchomości, ile są warte, ilu lokatorów jest pokrzywdzonych i że nie mają do kogo się zgłosić. Ona była jedną z pierwszych osób, która nagłośniała temat jako problem systemowy, a nie indywidualny. I to, że później ta afera mogła wybuchnąć z taką siłą, też było jej zasługą.

Trochę jak bomba z opóźnionym zapłonem?

Wspominałam na początku, że przez tych pięć lat jednak sporo się działo. Były manifestacje niedługo po śmierci Jolanty Brzeskiej, były kolejne demonstracje lokatorów i aktywistów miejskich. No i cała seria publikacji dziennikarek „Gazety Wyborczej”, a także słynny wywiad z urzędnikiem miejskim Marcinem Bajko, szefem Biura Gospodarki Nieruchomościami – później zwolnionym dyscyplinarnie przez prezydentkę Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz – który opowiadał o skali przekrętów w ratuszu i oddawaniu kamienic „na kuratora”. W 2016 ukazała się też książka Wszystkich nas nie spalicie Roberta Nowaka i Piotra Ciszewskiego. Cała ta wiedza budowała się powoli, przesączała do głównego nurtu – aż pojawiła się sprawa nośna i medialna, z dużymi nazwiskami i dużymi pieniędzmi.

Lekcje z afery reprywatyzacyjnej

OK, wtedy już się nie dało zamieść spraw pod dywan. Czyli mówisz, że kiedy działała Jolanta Brzeska, to niejako „moment nie dojrzał”, że to był początek długiego procesu. Ale czy to nie była również kwestia klasowa? Bo ruch lokatorski tworzą lokatorzy, którzy najczęściej nie mają ważnych kontaktów ani znajomości. A nawet jak znają przepisy – bo Jolanta Brzeska podobno świetnie znała Kodeks cywilny – to nie wystarcza, żeby zostali potraktowani poważnie…

Oczywiście, aktywizm lokatorski czy podobnych grup ma pod górkę z definicji. Nie bez powodu przecież stowarzyszeniem, które najbardziej nagłośniło reprywatyzację w Warszawie, było Miasto Jest Nasze, a nie Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, które zakładała Brzeska. To jest jakiś dramat, ale naprawdę wygląda to tak, że potrzebni są aktywiści z klasy średniej, żeby problem zaczął jakoś rezonować.

Lokator to chyba gorzej nawet niż… związkowiec. Związkowców, zwłaszcza górniczych, miejska klasa średnia nie lubi, ale darzy ich, jak by powiedział porucznik Borewicz, niechętnym szacunkiem. W sensie: wie, że politycy się z nimi jakoś liczą, że potrafią dużo ugrać dla siebie.

Chyba tak, a lokatorzy nie dość, że reliktowi, taka pozostałość po PRL, to jeszcze roszczeniowi i nie pozwalają porządnym ludziom zarabiać pieniędzy.

I najchętniej w ogóle nie płaciliby czynszu.

Przy czym trzeba powiedzieć, że lokatorzy mieszkań komunalnych sami dość wyraźnie się odcinają od tych „socjalnych”, lubią podkreślać np., że oni zawsze płacili czynsz, za to tamci to patologia. Choć z kolei dla części wielkomiejskiej klasy średniej te rozróżnienia są właściwie nieistotne, „komunalne” czy „socjalne” to pojęcia używane zamiennie – ważne, że z gminy, że tanio, wręcz za darmo, i że ludzie na to kredytu nie biorą.

Mam wrażenie, że Miasto Jest Nasze było widziane z kolei jako taka klasa średnia, która ma raczej zapewniony podstawowy byt i chciałaby żyć bardziej jak w Kopenhadze czy Berlinie, żeby Warszawa była zielona, a nie zabetonowana, żeby kierowcy nie rozjeżdżali ludzi i żeby dało się oddychać. I obok ich rzeczywistej walki o dobre sprawy to właśnie była ta nośna opowieść, która przy okazji ich uprawomocniła, kiedy ujawniali dziką reprywatyzację.

A do tego są dobrze ubrani, elegancko lub hipstersko, dobrze się wysławiają, nie są agresywni, nie krzyczą „złodzieje!”, tak jak wkurzeni mieszkańcy tych reprywatyzowanych kamienic z zasobu miejskiego. A przecież to nieładnie kogoś obrażać, zwłaszcza jak nie ma wyroku skazującego, prawda? Na dodatek lokatorzy znaleźli wsparcie i siłę w ruchu anarchistycznym, który też nie wzbudza mieszczańskiej sympatii.

Biedna Hanna Gronkiewicz-Waltz patrzy na reprywatyzację

Na zasadzie, że to jakieś lewactwo skrajne?

Panuje stereotyp anarchisty jako niepoukładanego dzieciaka w kominiarce, który chciałby, żeby na ulicach zapanował chaos. W efekcie dostajemy mieszankę jakiejś dziwnej klasy ludowej, z którą nie chcesz się utożsamiać, i dzieciaków z Antify, którym nie wiadomo, o co chodzi. I jak tu takich popierać? I w ogóle wysłuchać? Jeszcze jakieś teorie spiskowe rozpowszechniają, że im kogoś zamordowali…

No właśnie, teorie. W głośnym tekście Janusza Schwertnera pt. Śmierć Brzeskiej. Jak mafia pokonała państwo pada zdanie, że „skala popełnionych błędów prowadzi do wniosku, że zamknięte śledztwo nigdy nie miało na celu odnalezienia morderców Brzeskiej”. O czym to świadczy? Że jest jakiś układ? Jak głęboki?

Wiele wskazuje na to, że komuś wpływowemu bardzo zależy na tym, by sprawa nie została wyjaśniona. To może brzmieć spiskowo, ale jak się przeanalizuje te wszystkie błędy pierwszego śledztwa, z lat 2011–2013, to naprawdę trudno uwierzyć, że wydarzyły się przez przypadkowe zaniedbanie. Marka Mossakowskiego, który reprywatyzował kamienicę przy Nabielaka 9, przesłuchano osiem miesięcy po znalezieniu zwłok, a jego samochód poddano oględzinom po dwóch latach, kiedy już dawno go sprzedał.

A spróbujmy na moment przyjąć, że to jednak przypadek, w sensie – dziadostwo, a nie spisek. Zdarzają się takie rzeczy?

Samo to, że postępowanie jest przewlekle i że się przesłuchuje świadków wiele miesięcy po zdarzeniu, to nie jest coś nadzwyczajnego. Często zresztą fakt przesłuchania kogoś tak późno jest głównym powodem niewykrycia sprawców – bo wielu rzeczy się nie pamięta, względnie umysł płata nam figle, nakłada wiedzę z mediów czy rozmów na własne doświadczenie i sami nie wiemy, co widzieliśmy. Teoretycznie zatem fakt, że nie potraktowano sprawy priorytetowo ani nawet poważnie – co jest bezsprzeczne – może dowodzić, że w prokuraturze był jakiś układ, ale może też wskazywać…

Że działała jak zwykle? Zwłaszcza że ofiara była z klasy ludowej?

To jasne, że gdyby zamordowany działacz społeczny miał wyższe wykształcenie, był znany z telewizji, a w ogóle to kolegował się z dziennikarzami TVN, „Gazety Wyborczej”, Tok FM czy Onetu ze studiów, ze wspólnych imprez i jeszcze z harcerstwa – to co innego. Wówczas szansa, że jego sprawa automatycznie zrobiłaby się polityczna, a nadzór nad nią objął bezpośrednio prokurator generalny, byłaby zupełnie inna. A tutaj zginęła osoba, której nikt poza przyjaciółmi i niewielką grupą lokatorów warszawskich znikąd nie kojarzył, która była emerytką, której też dotąd nikt poważnie nie traktował, o czym świadczy los zawiadomienia, które złożyła przed śmiercią do prokuratury.

Z tych samych powodów policja staje po stronie właścicieli? Choć przecież klasowo policjant powinien czuć się bliżej tego na dole niż tego na górze, z nim sympatyzować…

Myślę, że tutaj widać wpływ kilku czynników. Na pewno formalizm, tzn. że papier od notariusza poświadczający własność jest uznawany bez dyskusji, a jak np. lokatorzy mają zastrzeżenia, to mają sobie pójść do sądu cywilnego. Druga rzecz to szacunek dla ludzi, którym się przypisuje władzę i wpływy, i pogarda dla ludzi nieuprzywilejowanych.

Jak oczyścić kamienicę z wkładki mięsnej – poradnik

To tylko nasza specyfika?

Bynajmniej, z klasizmem borykają się wszystkie wymiary sprawiedliwości na świecie. Począwszy od tego, że biedni w sądach zazwyczaj przegrywają, a skończywszy na tym, że człowiek w marynarce i białej koszuli jest zupełnie inaczej traktowany na przesłuchaniu niż chłopak w bluzie z kapturem. I dużo rzadziej na komisariacie grozi mu los Igora Stachowiaka czy Tomasza Komendy.

Patologie wymiaru sprawiedliwości to problem wieloletni. Ale w 2015 roku zmienił się jednak panujący układ polityczny, a ten nowy wygrywa wybory na opowieści, że zrobi w Polsce porządek. W tym z przekrętami i z układem w wymiarze sprawiedliwości. Minister Ziobro osobiście zapowiedział na konferencji prasowej, że sprawa Jolanty Brzeskiej zostanie ponownie otwarta, i faktycznie wszczęto nowe śledztwo. I co dalej?

Konferencja w tej sprawie odbywa się co roku w okolicach rocznicy śmierci Jolanty Brzeskiej i za każdym razem słyszymy, że nad czymś intensywnie pracują i mają nowe informacje. Ale minęło już dziesięć lat, z tego pięć lat trwa drugie śledztwo, i mamy jedynie raport nowej prokuratury, że ta stara robiła koszmarne błędy.

Dobrze i to wiedzieć, ale czy to wszystko? Przecież Zbigniewowi Ziobrze z czysto wizerunkowych powodów powinno zależeć na wyjaśnieniu tej sprawy.

Teoretycznie tak, ale też pamiętajmy, że zanim w 2016 roku wybuchła afera, to obydwie największe polskie partie miały podobne podejście do reprywatyzacji, jak również zajmowania się związanymi z nią przekrętami. A i sama Jolanta Brzeska pukała do drzwi polityków różnych frakcji – z tym samym skutkiem.

To jaki z tego płynie wniosek? Dlaczego nie można tej sprawy doprowadzić do końca?

Skoro wiemy, jakie błędy popełniono w latach 2011–2013, to możliwe odpowiedzi są chyba trzy, które zresztą niezupełnie się wykluczają. Odpowiedź a: w polskiej prokuraturze lub gdzieś powyżej istnieje spisek, który nie ma jednej barwy politycznej, lecz jest niejako ponad podziałami. A odpowiedź b: niezależnie od przyczyn popełniono wówczas tyle błędów i zaniechań, zatarto tak wiele śladów, że nie ma już opcji, żeby komukolwiek cokolwiek udowodnić.

A ta trzecia?

Mamy wiele przykładów motywowanych politycznie postępowań, w których prokuratura niejako „na pałę” stawia akty oskarżenia, żeby mieć podkładkę, że działa zdecydowanie i że konsekwentnie ściga złoczyńców. A jeśli oskarżenie – choćby stało na glinianych nogach – się przed sądem nie utrzyma, to będzie kolejny argument polityczny, że sądy są opanowane przez wsobną sitwę, kastę czy inną lożę. Bardziej niż na wyjaśnieniu sprawy, trudnej i zawikłanej, może komuś zależeć na ukazaniu sądów w roli obrońców np. reprywatyzacyjnej mafii.

Politycy, co zrobiliście, żeby losu Jolanty Brzeskiej nie podzieliła kolejna emerytka?

Do której interpretacji ty się przychylasz jako prawniczka, autorka książki o reprywatyzacji i działaczka ruchów lokatorskich?

Wszystkie standardowe tłumaczenia miałyby sens, gdyby ta sprawa nie była tak dziwna na tak wielu poziomach – na czele z samobójstwem policjanta, który zastrzelił się z własnej broni kilkanaście dni po tym, jak badał próbki pobrane z mieszkania Jolanty Brzeskiej. Dlatego uważam, że musi być w tym coś więcej niż standardowa niechlujność i chaos.

Mija właśnie dziesięć lat od prawdopodobnego zabójstwa i pięć lat od wejścia afery reprywatyzacyjnej do głównego nurtu debaty publicznej. Czy w kwestii samych przekrętów na działkach i kamienicach nastąpiła jakaś jakościowa zmiana? W 2017 roku dokonano całej serii aresztowań z tym związanych: adwokatów, rzeczoznawców, handlarzy roszczeniami. Czy któraś ze spraw została doprowadzona do końca?

Sprawa dziekana warszawskiej Izby Adwokackiej jest w sądzie i jest nawet akt oskarżenia, ale skazany dotąd nikt nie został. O ile to jednak była sprawa głośna, o tyle już nie mówi się, że bardzo wiele spraw z tych, które przeniesiono do prokuratury we Wrocławiu, jest po prostu umarzanych. A mam o tym sygnały od bardzo wielu lokatorów, którzy byli bezpośrednio pokrzywdzonymi w sprawach reprywatyzacji konkretnych nieruchomości.

Bo że bogaty ukradł, to jakoś bulwersuje, ale że biednego przy okazji skrzywdzono, to już nikogo nie obchodzi?

Wspominałam już o firmie prywatnej, która nie tylko dokonuje brutalnych eksmisji, ale też stosuje przy tym retorykę „usuwania pasożyta z mieszkania” i się tym chwali. Pięć lat po wybuchu afery reprywatyzacyjnej i dziesięć lat po śmierci Jolanty Brzeskiej! O ile w kwestii skupowania roszczeń i przejmowania przedwojennych majątków wrażliwość na pewno nam się wyostrzyła, o tyle pogląd, że lokator powinien po prostu płacić ile trzeba, a jak go nie stać, to niech zarobi lub weźmie kredyt na inne mieszkanie – wciąż pokutuje.

Przy okazji utworzenia Komisji Weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji wprowadzono możliwość wypłacania odszkodowań jej ofiarom. To się faktycznie dokonało?

Tak, i to była realna zmiana na lepsze. Lokatorów nie tylko uznano symbolicznie, uznano ich krzywdę, ale też ludzie dostali realne pieniądze tytułem odszkodowań i zadośćuczynień. Te pierwsze komisja obliczyła wegług różnicy między czynszem narzuconym przez prywatnego właściciela a czynszem komunalnym należnym, gdyby mieszkania nie zostały sprywatyzowane. Z kolei zadośćuczynienia wypłacano w związku z doświadczeniem szykan i gróźb, Magdalena Brzeska dostała również zadośćuczynienie za szkody związane ze śmiercią jej matki.

Ustawa reprywatyzacyjna podpisana. Czyżby polskie władze wreszcie zrobiły coś z głową?

Gdybyś mogła doradzić jakiejś formacji, która miałaby szanse uzyskać w parlamencie większość dla swoich propozycji – to jakie wnioski prawne zarekomendowałabyś na podstawie tego, co wiesz o problemach lokatorów i ofiar reprywatyzacji? Czego nas powinna, w sensie politycznym, nauczyć cała ta historia?

W pierwszej kolejności należy uregulować czynsze na rynku prywatnym, to dużo prostsze, niż napisać ustawę reprywatyzacyjną, a jest potrzebne niezależnie od jej kontekstu. W Berlinie wysokość czynszu uregulowano na tej zasadzie, że jak jesteś właścicielem mieszkania, to możesz na nim zarabiać X procent i nie więcej, oprócz pewnych kosztów utrzymania nieruchomości.

Czyli należy ograniczyć ustawowo zyski posiadaczy mieszkań na wynajem?

Tak, ich zysk trzeba ograniczyć po to, by ukrócić sytuacje, w których ludzie czy firmy kupują mieszkania z celem wynajmu po wysokich cenach. Jeśli chcą inwestować, to w inne instrumenty finansowe, gdzie na szali naprzeciw zysku nie ma czyjegoś dachu nad głową.

Ale struktura własności mieszkań w Berlinie pozwalała aktywistom i części polityków głosić, że walka o niższe czynsze to starcie interesów wielkich korporacji ze zwykłymi mieszkańcami. A u nas mamy raczej Kowalskich lokatorów i innych Kowalskich właścicieli mieszkań.

To prawda, wprowadzenie regulacji czynszów uderzyłoby w interesy części zamożniejszej klasy średniej, a nie wielkich funduszy inwestycyjnych. Aczkolwiek parę lat temu znowelizowano ustawę o funduszach najmu długoterminowego i takie duże inwestycje też już w Polsce powstają, vide budynek La Praga przy ul. Radzymińskiej w Warszawie, wykupiony przez Holendrów.

To co z tym zrobić? Coby nie pójść na wojnę z ulubionym elektoratem każdego politycznego centrum, czyli wyśnioną polską klasą średnią?

Żeby jakoś rozgraniczać różnych właścicieli, można opodatkować nie jedną dodatkową nieruchomość, ale czwartą i kolejną – w spadku raczej się tyle nie dostaje po babci. Ciekawym rozwiązaniem są też społeczne agencje najmu, do których jako właściciel możesz przekazać nieruchomość. One ponoszą odpowiedzialność za dostarczanie czynszu, ewentualne naprawy lub pokrywają zaległości od mieszkańców – ale w zamian ich stawki są niższe od rynkowych, a przy okazji korzystają z tego osoby np. w trudnej sytuacji rodzinnej.

Mówiłaś o tym, że biedni przegrywają w sądach…

Tak, to jest efekt ogólnego klasizmu naszego państwa i wymiaru sprawiedliwości. Ale także braku uważności na problemy poszczególnych grup. Nauczyliśmy się w systemie prawnym wyróżniać sytuację pracodawców i pracowników, producentów i konsumentów, ale już nie widzimy specyficznego – wyjątkowo nieraz trudnego – położenia lokatorów. A przecież specjalny urząd, który mógłby zająć się ich sprawami i wspierał przed sądem, to żadna fanaberia, tylko np. w Nowym Jorku norma.

Hongkong w Warszawie, bonanza na giełdzie. Dlaczego mieszkamy w ciasnych klitkach

A czy wierzysz w to, że sprawę śmierci Jolanty Brzeskiej da się kiedyś wyjaśnić? Pociągnąć sprawców do odpowiedzialności?

Myślę, że tak, bo choć upływ dekady to bardzo dużo, to jednak są sprawy, gdzie nowe dowody pojawiają się po kilkunastu i więcej latach. A w przypadku zbrodni nawet innej niż zabójstwo przedawnienie następuje po dwudziestu latach. Zresztą tu nie chodzi tylko o konkretny wyrok skazujący, ale też o potwierdzenie, że Jolanta Brzeska zapłaciła najwyższą cenę za walkę z rażącą niesprawiedliwością i ludzką krzywdą. I że ludzie, którzy domagali się dla niej sprawiedliwości, to nie są jacyś wariaci czy oszołomy. Być może kiedyś się dowiemy, czy w drugim, tym PiS-owskim śledztwie również brakowało woli wyjaśnienia sprawy, czy po prostu prokuratura i policja w 2011 roku skutecznie to uniemożliwiły.

**
Beata Siemieniako jest prawniczką i aktywistką społeczną. Absolwentka Kolegium MISH i prawa na Uniwersytecie Warszawskim oraz Cardiff Law School. Prowadzi kancelarię adwokacką, jest współzałożycielką i członkinią Sekcji Praw Człowieka przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij