Gospodarka

Podatki w Polskim Ładzie: burza w szklance wody

Zamiast progresywnego podatku dochodowego na wzór państw Europy Zachodniej dostaniemy marny erzac, który może i nieco odciąży najmniej zarabiających, ale nie zlikwiduje absurdalnych przywilejów podatkowych najzamożniejszych.

Przyglądając się gorącej dyskusji, jaka wybuchła w sobotę 15 maja i trwa do dzisiaj, ktoś mógłby odnieść wrażenie, że partia rządząca obecnie Polską zamierza wprowadzić nad Wisłą system podatkowy rodem z Europy Zachodniej czy USA z lat 60. XX wieku. Przypomnijmy, że krańcowe stawki podatku dochodowego sięgały wówczas nawet 70 proc. Niestety, w rzeczywistości mamy do czynienia z tradycyjną staropolską burzą w szklance wody, do czego można się było już zresztą przyzwyczaić.

Mimo szumnych zapowiedzi gruntownej przebudowy niesprawiedliwego systemu podatkowo-składkowego w Polskim Ładzie zaproponowano co najwyżej niewielką korektę. Zamiast progresywnego podatku dochodowego na wzór państw Europy Zachodniej, nawet tych współczesnych, gdzie podatki nie są tak wysokie jak kilkadziesiąt lat temu, dostaniemy marny erzac. Być może nieco odciąży on najmniej zarabiających, ale nie zlikwiduje absurdalnych przywilejów podatkowych najzamożniejszych.

Polski Ład, czyli wspaniała fantazja o poprzedniej cywilizacji

Co gorsza, rządzący nie zrekompensują budżetowi spadku wpływów z PIT, sięgając do najgłębszych kieszeni, lecz za obniżkę części danin zapłacą samorządy, których dochody własne wyraźnie spadną. Tak więc za uległość władzy wobec możnych zapłacimy my wszyscy, w postaci obniżenia się jakości usług publicznych. To bardzo marny, nomen omen, deal.

Druga Austria

Rządzący, wedle własnych deklaracji, postanowili zająć się problemem wskazywanym od lat, jakim są wysokie daniny publiczne nakładane na najniższe wynagrodzenia (tzw. klin podatkowy). Według raportu OECD Taxing Wages 2021 obciążenie podatkowo-składowe dochodów wysokości dwóch trzecich średniej krajowej w Polsce jest jednym z wyższych wśród państw członkowskich tej organizacji i wynosi aż 34 proc. – przy średniej dla całej OECD na poziomie 30,6 proc.

Warto jednak zauważyć, że te obciążenia, choć wysokie, nie należą do najwyższych. W takich na przykład Czechach, do których zamierzają się ponoć przeprowadzić przeciwnicy nowych rozwiązań, zarabiający 2/3 średniej krajowej płacą 42 proc. podatków i składek, a na Węgrzech nawet 44 proc. Nie zmienia to faktu, że najmniej zarabiającym od dawna już należało dać w Polsce więcej oddechu. Można to było zrobić, obniżając ponownie pierwszą stawkę PIT, ale rząd postanowił po prostu podwyższyć kwotę wolną od opodatkowania, która dziś jest jedną z najniższych w Europie.

Zapowiadane podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł sprawi, że doszlusujemy w tym aspekcie mniej więcej do środka stawki. W przeliczeniu na euro wyniesie ona 6608 euro, czyli mniej więcej tyle, ile w Czechach i Słowenii. Polska jest przy tym jednym z najtańszych do życia krajów UE, więc uwzględniając parytet siły nabywczej, prześcigniemy także Niemcy i Belgię (ponad 8 tys. euro), a dogonimy Austrię (11 tys. euro). Realnie zatem nasza kwota wolna od podatku będzie jedną z wyższych w Europie.

Rząd wykonał więc pierwszy krok w zapowiadanej progresywnej reformie podatkowej: obniżył obciążenia nakładane na niskie wynagrodzenia. Żeby być precyzyjnym, podniesienie kwoty wolnej oczywiście zmniejszy opodatkowanie wszystkich wynagrodzeń, także tych najwyższych. Kwota wolna od opodatkowania jest de facto pierwszym progiem dochodowym – poniżej obowiązuje stawka 0 proc. Mamy zatem trzy stawki podatkowe – 0, 17 i 32 proc. – i po reformie próg tej drugiej zostanie radykalnie podniesiony. Skorzystają więc na tym wszyscy, nie licząc podatników rozliczających się za pomocą podatku liniowego, których kwota wolna od opodatkowania nie dotyczy. Co nie jest niczym dziwnym, bo podatek liniowy, jak sama nazwa wskazuje, ma jedną, równą dla wszystkich stawkę.

W pół kroku

Drugim etapem progresywnej reformy podatkowej w polskich warunkach powinno być podniesienie opodatkowania lepiej zarabiających. Niestety, PiS w tym momencie reformę w kierunku progresji zatrzymał, a właściwie to postanowił się cofnąć. Zamiast podwyższyć podatki lepiej zarabiającym, wyłączył z drugiej stawki PIT część podatników, podnosząc próg podatkowy z 85 tys. zł do 120 tys. zł. Argumentowano, że to pierwsze podniesienie progu od 12 lat.

Wielu ekspertów ekonomicznych, ale też płatników PIT regularnie przypominało, że tak długie zamrożenie progu to de facto coroczne podnoszenie podatków, gdyż płace rosną, a więc wpada w niego coraz więcej podatników. To oczywiście prawda, tylko że ten próg od początku był ustawiony na tak wysokim poziomie, że zdecydowana większość podatników była z niego wyłączona. Według danych Ministerstwa Finansów drugą stawkę PIT w 2019 roku zapłaciło niecałe 5 proc. podatników rozliczających się za pomocą skali, a w dawniejszych latach było to ledwie 2–3 proc. – i tyle też znowu będzie po podniesieniu progu do 120 tys. zł. Co to więc za progresja podatkowa, skoro wyższa stawka obejmuje ledwo parę procent podatników? Oczywiście pozorna – tak jak i obecna reforma.

Progresywna polityka w interesie średniaków

Polska progresja podatkowa jest bytem pozornym również dlatego, że najbogatsi korzystają z liniowego PIT. W 2019 roku rozliczało się nim 702 tys. podatników – dla porównania, w drugą stawkę PIT wpadło przeszło 1,2 mln osób. Tak więc gdyby nie podatek liniowy, liczba podatników objętych wyższą stawką PIT wzrosłaby o grubo ponad połowę. A mówimy tutaj o najbogatszych Polakach i Polkach (zapewne z naciskiem na tych pierwszych). Łączny dochód tych kilkuset tysięcy ludzi wyniósł 190 mld zł. Przeciętny podatnik na liniowym odnotowuje miesięczny dochód wysokości aż 23 tys. zł – dochód, powtórzmy, którego nie należy mylić z przychodem, który na pasku mają etatowcy. Jest to więc rozwiązanie ewidentnie przygotowane specjalnie z myślą o najbogatszych, a ci z niego ochoczo korzystają. Naprawdę progresywna reforma podatkowa powinna więc zlikwidować liniowy PIT, ale nic takiego nie nastąpi. Na gruncie Polskiego Ładu liniowy PIT zostaje, podobnie jak Jarosław Gowin w rządzie. Przypadek? Nie sądzę.

Więcej na zdrowie

Czy w takim razie powinniśmy mówić o wielkiej obniżce podatków w stylu Donalda Trumpa? Też nie bardzo. Poza zmianami w podatku PIT rządzący przewidują bowiem reformę składki zdrowotnej. Przede wszystkim zamierzają zlikwidować jej odliczanie od podatku. Obecnie składka zdrowotna wynosi 9 proc., jednak 7,75 proc. jest odliczane od kwoty podatku. Inaczej mówiąc, aż 86 proc. zapłaconej składki zdrowotnej zmniejsza płacony podatek. I dlatego też efektywny PIT nigdy nie wynosił 17 lub 32 proc. Według danych Ministerstwa Finansów, w 2019 roku pierwsza stawka PIT wyniosła efektywnie 7 proc., a druga 15 proc. Oczywiście nie jest to zasługą jedynie odliczania składki zdrowotnej, bo możliwych odliczeń jest znacznie więcej, ale jej przede wszystkim. Dlatego właśnie zniesienie zasady odliczania składki zdrowotnej od kwoty PIT realnie podniesie podatki. W ten sposób efekt radykalnego podniesienia kwoty wolnej zostanie częściowo skonsumowany.

Finalnie, wśród osób pracujących na etacie efekt zmian nie będzie wcale tak duży, jak się wydawało. Według danych samego PiS najwięcej zyskają zarabiający 3 tys. zł brutto, czyli nieco więcej niż obecna pensja minimalna. Ich wynagrodzenie netto wzrośnie o 153 zł, a więc o 7 proc. Zarabiający 4 tys. zł dostanie 114 zł więcej (podwyżka o 4 proc.), przy kwocie 5 tys. zł brutto zysk z reformy wyniesie 47 zł (1 proc. więcej). Zarabiający 8 i 10 tys. zł brutto w ogóle nie odczuje efektów tej reformy, dopiero zarabiający 15 tys. zł brutto dostanie o 164 zł mniej (obniżka zarobków netto o 2 proc.).

„500+ na zdrowie” – czy na prywaciarza?

Podobnie szacują analitycy banku Pekao S.A. Według ich obliczeń najwięcej zyskają zarabiający płacę minimalną. Obciążenie podatkowo-składkowe ich przychodu spadnie z niecałych 25 proc. do niemal 20 proc. Od zarobków powyżej 5 tys. zł aż do 13,5 tys. zł efekty reformy w ogóle nie będą odczuwalne. Od 13,5 tys. zł w górę obciążenie podatkowo-składkowe nieco rośnie, ale nieprzesadnie. Z kolei zarabiający 29 tys. zł zapłaci 37 proc. zamiast 32 proc. Obciążenie dobrze zarabiających będzie więc nadal niższe od średniej OECD, która dla dwukrotności średniej krajowej wynosi 39 proc.

Nieuzasadniony lament

Rządzący przygotowali jednak małą niespodziankę. Największym bowiem przywilejem podatkowym najzamożniejszych są ryczałtowe składki na ZUS i NFZ i to one najsilniej odpowiadają za degresywność polskiego systemu podatkowego. Tymczasem według Polskiego Ładu składka zdrowotna na jednoosobowej działalności gospodarczej przestanie być ryczałtowa i stanie się proporcjonalna do dochodu. Do tego, dzięki uniemożliwieniu odliczania składek na NFZ od podatku, te pierwsze bardzo wyraźnie wzrosną dla najbogatszych osób prowadzących działalność gospodarczą. Z drugiej strony pozostałe składki – emerytalna, rentowa, chorobowa – nadal będą ryczałtowe. Sama składka zdrowotna będzie zaś liniowa, czyli taka sama jak w przypadku pozostałych podatników. Znów nie mówimy zatem o progresywnej reformie, a jedynie o korekcie w kierunku mniejszej degresywności. Na tej zmianie minimalnie zyskają też przedsiębiorcy najmniej zarabiający.

Jak to będzie wyglądać całościowo? Znów posłużmy się analizą Pekao S.A. Przedsiębiorcy z dochodem poniżej 4,5 tys. zł miesięcznie zaoszczędzą kilka punktów procentowych. Wzrost obciążeń podatkowo-składkowych przedsiębiorców zaczyna się od dochodu na poziomie 6 tys. zł, jednak początkowo jest minimalny. I tak, jednoosobowy przedsiębiorca zarabiający 9 tys. zapłaci 40 proc. podatków i składek, zamiast 35 proc. Obciążenie podatkowo-składkowe przedsiębiorcy z dochodem 15 tys. zł po zmianach wyniesie 35 proc., w miejsce wcześniejszych 30 proc., a samozatrudniony z dochodem 30 tys. zł zapłaci 30 proc., a nie 23 proc. jak to ma miejsce obecnie. Widać zatem wyraźnie, że obciążenia wciąż będą spadać wraz ze wzrostem dochodu, a to dlatego, że pozostałe składki nadal będą ryczałtowe. Inaczej mówiąc, z trzech przywilejów podatkowych najzamożniejszych, tj. ryczałtowych składek ZUS, ryczałtowych składek NFZ oraz podatku liniowego, PiS zamierza usunąć tylko ten drugi. Pierwszy i trzeci pozostaną. Podobnie jak Jarosław Gowin w rządzie.

Lament wyższej klasy średniej oraz jej wiernych popleczników jest więc nieuzasadniony. Reforma podatkowa wprowadzona przez PiS jest zaledwie korektą systemu, który niegdyś nam zaproponowali ojcowie założyciele III RP z różnych formacji politycznych. Zmiany w obciążeniach będą wynosić zaledwie kilka punktów procentowych w górę lub w dół. Wśród etatowców nieco wyraźniej odczują je zarabiający ok. 15 tys. zł miesięcznie, ale według struktury wynagrodzeń GUS z 2018 roku powyżej tej kwoty zarabiało jedynie 2,2 proc. pracowników. Od tamtego czasu płace wzrosły – średnia krajowa nawet o 1/5 – ale to wciąż oznacza, że „straci” na tym górne 3 proc. Wśród samozatrudnionych odczuwalnie mniej w kieszeni zostanie zarabiającym powyżej 8–9 tys. zł – przykładając to do danych GUS, wciąż mówimy o osobach należących do górnych kilkunastu procent piramidy dochodów. Przy czym, powtórzmy, będą to zmiany niewielkie – rzędu kilku punktów procentowych.

Zapłacą samorządy

Tak naprawdę największą zmianą będzie przekierowanie części środków z kas samorządów i centralnego budżetu państwa do kasy NFZ, a to z tej przyczyny, że spadną wpływy z PIT (trafiające po połowie do kas gmin i do państwa), a wzrosną składki zdrowotne. Z jednej strony to świetnie, bo naszej ochronie zdrowia przyda się więcej pieniędzy. Z drugiej raczej słabo, ponieważ polskim samorządom również ich brakuje. Państwo sobie poradzi, ponieważ wpływy z PIT nie są głównym źródłem jego wpływów budżetowych. W przeciwieństwie do gmin, dla których udział w podatku PIT to najważniejsze źródło dochodów własnych. Dla samorządów Zjednoczona Prawica przygotowała wprawdzie specjalną subwencję inwestycyjną, która ma zrekompensować ich straty, ale problem w tym, że taka subwencja będzie miała charakter celowy.

Sok z liberalnego komentatora A.D. 1999. Na przykładzie Rafała Grupińskiego

Nie będzie więc można z niej sfinansować np. podwyżek dla urzędników albo pracowników jednostek organizacyjnych samorządu terytorialnego. Poza tym Fundusz Inwestycji Lokalnych pokazał, że rządzący potrafią pogrywać sobie z samorządami nieuczciwie, finansując najhojniej te z nich, w których włodarzami są bliscy im politycy lokalni.

Finalnie może się więc okazać, że ludzie najmniej w Polsce zarabiający może i dostaną nieco wyższe pensje, ale w zamian będą mieli komunikację zbiorową gorszej jakości. Tymczasem wystarczyło odpowiednio podnieść PIT najlepiej zarabiającym, szczególnie tym na liniowym, żeby dochody własne samorządów pozostały na tym samym poziomie. Niestety, wciąż nie znalazł się taki odważny, który by to uczynił. Zmarnowaliśmy kolejną szansę na wprowadzenie realnej progresji podatkowej nad Wisłą. Może na nią nie zasługujemy?

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij