Gospodarka

Wolny rynek nie robi się sam

Rynek jest wtedy, gdy działamy swobodnie i nikt nam nie przeszkadza. Państwo jest wtedy, gdy ktoś się wtrąca w nasze działania i próbuje nam coś narzucić. Precz ze sztucznością, niech żyje to, co naturalne! Proste, prawda? I zupełnie fałszywe.

Wyobraźcie sobie alternatywną wersję historii, w której Stany Zjednoczone postanowiły znieść niewolnictwo nie za pomocą działań politycznych, lecz zawierzając mechanizmom wolnorynkowym. Po co odgórnie zakazywać pewnych zachowań, skoro można postawić na niezawodne prawa popytu i podaży? – pomyśleli Amerykanie. Czekali więc, aż plantatorzy jeden po drugim odmienią swoje serca, wyrzekając się korzystania z pracy niewolniczej i doprowadzając tym samym do spadku popytu na niewolników. Gdy spadał popyt, malała też podaż – i stopniowo, dzięki spontanicznym procesom rynkowym, rozwiązano problem niewolnictwa. Bez żadnych aktów prawnych, bez panoszenia się polityków, bez narzucania czegokolwiek.


Absurd? Z pewnością, ale bezkrytyczni miłośnicy wolnego rynku czasem niebezpiecznie się do niego zbliżają. Weźmy Miltona Friedmana, który w Kapitalizmie i wolności bezpardonowo zaatakował Fair Employment Practice Committee – komitet powołany w 1941 roku przez prezydenta Roosevelta w celu zwalczania dyskryminacji mniejszości na rynku pracy. Friedman porównał FEPC do… ustaw norymberskich. Pisał: „Jeżeli zgodzimy się na to, by państwo mówiło obywatelowi, że nie wolno dyskryminować potencjalnych pracowników ze względu na kolor skóry, rasę czy wyznanie, powinniśmy zgodzić się również na to, że jeżeli uda się uzyskać poparcie odpowiedniej większości, państwo będzie mogło narzucić obywatelom dyskryminację z tych samych względów. Ustawy norymberskie oraz kodeksy południowych stanów ograniczające prawa czarnoskórej ludności to przykłady rozwiązań ustawowych w istocie swej tożsamych z FEPC”.

Na celebrycki rozum

Dla Friedmana nie było ważne, czy jakieś prawo dyskryminuje mniejszości, czy przeciwdziała tej dyskryminacji. Liczyło się tylko, że jest to prawo ustanowione przez państwo, które narzuca ludziom określone zachowania. Jego zdaniem problemem dyskryminacji powinien zająć się rynek, a nie państwo. W swoim wywodzie porównuje dyskryminację do gustów muzycznych (wiecie, jedni nie lubią jazzu, inni nie lubią czarnych – co za różnica?) i stara się wyjaśnić, że ekonomiczny bilans zysków i strat jest wystarczającą receptą na tego rodzaju bolączki.

Friedman porównuje dyskryminację do gustów muzycznych: jedni nie lubią jazzu, inni nie lubią czarnych – co za różnica?

Naiwne? Delikatnie powiedziawszy, a przecież mówimy o człowieku, który do dzisiaj jest wyrocznią dla wielu polskich liberałów. Żadna debata na temat polityki społecznej nie może się odbyć bez zalania mediów społecznościowych memami ze złotymi myślami Friedmana. Jego sposób myślenia nadal ma się dobrze. Wielu ludzi wierzy na przykład, że rozwiązaniem problemu katastrofy klimatycznej jest odpowiedzialna konsumpcja i kupowanie „zielonych” towarów, a nie polityczne regulacje i zakazy. Czy aż tak bardzo różni się to od poglądu, że lekiem na niewolnictwo są mechanizmy podaży i popytu?

Fałszywa historia

Skąd bierze się popularność tego sposobu myślenia? Czemu ludzie są skłonni wierzyć, że mechanizmy wolnorynkowe mogą rozwiązać największe problemy ludzkości? Nie ma jednego powodu, ale z pewnością ważną rolę odgrywa tu sprytna retoryka fundamentalistów rynkowych.

Jeśli przyjrzymy się ich argumentacji dokładniej, to dostrzeżemy, że w swoich wypowiedziach nieustannie tworzą opozycję między spontanicznym, naturalnym i wolnym rynkiem a sztucznymi, nienaturalnymi i narzucanymi z góry regulacjami państwowymi. Rynek jest wtedy, gdy działamy swobodnie i nikt nam nie przeszkadza. Państwo jest wtedy, gdy ktoś się wtrąca w nasze działania i próbuje nam coś narzucić. Ludzie postawieni przed takim rozróżnieniem czują, że jest tylko jeden rozsądny wybór. No bo jacy wolicie być: naturalni czy sztuczni? Swobodni czy zniewoleni? Spontaniczni czy spętani odgórnymi nakazami?

Jacy wolicie być: naturalni czy sztuczni? Swobodni czy zniewoleni? Spontaniczni czy spętani odgórnymi nakazami?

Mit spontanicznego rynku propagował Friedrich Hayek, jeden z ojców założycieli neoliberalizmu. Twierdził on, że kapitalizm jest „rozszerzonym ładem ludzkiej współpracy”, który „nie był rezultatem ludzkiego projektu czy zamiaru, lecz powstał samorzutnie”. Po Hayeku teza o spontanicznie powstającym kapitalizmie i rynku stała się dogmatem wolnorynkowej wiary. Powtarza ją na przykład Leszek Balcerowicz, który w książce Odkrywając wolność przeprowadza krótką rekonstrukcję historyczną i stwierdza, że przed nastaniem kapitalizmu wolność gospodarcza była „skrępowana”, ale wystarczyło znieść państwowe ograniczenia, a mechanizmy wolnorynkowe narodziły się w naturalny sposób.

Wszystko to brzmi pięknie, jednak z tezą o spontanicznym powstawaniu rynków jest jeden problem: nie ma ona żadnego empirycznego uzasadnienia. W historii znajdziemy wiele przykładów świadczących o tym, że tworzenie wolnego rynku wymaga głębokich ingerencji w dotychczasowe struktury społeczno-polityczne. Pisał o tym już Karl Polanyi w Wielkiej transformacji: „Historia gospodarcza dowodzi, że narodziny rynków krajowych w żadnym wypadku nie były skutkiem stopniowego i spontanicznego uwolnienia sfery gospodarczej od kontroli państwa. Przeciwnie, ukonstytuowanie się rynku wynikało ze świadomej i często gwałtownej interwencji ze strony państwa, które narzucało społeczeństwu organizację rynkową”.

Ha-Joon Chang: Wszyscy powinniśmy wiedzieć coś o ekonomii

Polanyi podaje przykład działań europejskich kolonialistów, którzy na najechanych terenach rozbijali dotychczasowe struktury społeczne, aby wprowadzić model gospodarczy oparty na prywatnej własności i prywatnych umowach. Niekiedy te ingerencje miały tragiczne skutki, o czym pisze Jason Hickel w książce The Divide. Wprowadzanie przez brytyjskich najeźdźców wolnorynkowej logiki w XIX-wiecznych Indiach – polegającej na bezwzględnym prywatyzowaniu ziemi, środków produkcji i zysków – doprowadziło do nagłego pogorszenia sytuacji tamtejszych rolników. Gdy w latach 1876–1879 region nawiedziła trzyletnia susza, rezultat był straszliwy – 10 milionów ludzi zmarło z głodu. Kilkadziesiąt lat później sytuacja się powtórzyła, tym razem zmarło 30 milionów osób.

Podobne przypadki opisują Joseph Stiglitz w Globalizacji i Ha-Joon Chang w Złych samarytanach. Wolny rynek w państwach peryferyjnych i półperyferyjnych nigdy nie pojawiał się spontanicznie; zawsze był efektem ingerencji silniejszych najeźdźców lub instytucji międzynarodowych, które dyktowały warunki sprzyjające interesom określonej grupy osób. Stiglitz nazywa złośliwie Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy „instytucjami misjonarskimi”, które pod przykrywką promowania wolności i postępu narzucały biedniejszym państwom rozwiązania korzystne dla wielkiego biznesu. Chang przypomina o wojnie opiumowej, w wyniku której wymuszono na Chinach otwarcie rynków na handel zagraniczny, a także o podobnie „wynegocjowanych” umowach z krajami Ameryki Łacińskiej, z Imperium Osmańskim, Persją oraz Japonią.

Warto pamiętać szczególnie o tym, jak wyglądała historia krajów latynoskich w drugiej połowie XX wieku. Na przykład w Chile i Argentynie „spontaniczne procesy rynkowe” potrzebowały pomocy dyktatur wojskowych, które bezprawnie obaliły demokratycznie wybrane socjalistyczne rządy; dopiero wtedy mogły przeprowadzić prorynkowe reformy. Stany Zjednoczone mniej lub bardziej jawnie wspierały te reżimy łamiące prawa człowieka, ponieważ „wolny” rynek oznaczał zyski dla amerykańskich korporacji i zwiększał polityczną dominację USA.

Mamy też przykłady z niedalekiej przeszłości. Jedną z pierwszych decyzji Stanów Zjednoczonych po zdobyciu Iraku była prywatyzacja tamtejszych przedsiębiorstw publicznych, a także zniesienie barier dla handlu i wprowadzenie praw umożliwiających zagranicznym podmiotom kupowanie irackich firm. W tym wypadku zaistnienie „spontanicznych procesów rynkowych” wymagało pomocy amerykańskich bomb i śmierci kilkuset tysięcy cywili.

Obywatel czy konsument?

czytaj także

Dlatego Chang ma słuszność, gdy pisze, że „wolny handel rozprzestrzenia się głównie niewolnymi środkami”. Podobnie sądzi wielu badaczy interesujących się stykiem polityki i gospodarki. Na przykład słynny filozof John Gray pisze, że „wolny rynek jest wytworem władzy państwowej i istnieje jedynie, dopóki państwo jest w stanie powstrzymywać polityczną ekspresję ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa i potrzeby kontroli ryzyka ekonomicznego”. Jeszcze zgrabniej ujmuje to Robert Reich, amerykański ekonomista, pisząc: „Państwo nie ingeruje w wolny rynek. Ono go tworzy”.

Po prostu konserwatyzm

Opowieść o spontaniczności rynków jest zatem mitem. Jej celem jest naturalizacja istniejącej hierarchii władzy i zablokowanie jakichkolwiek zmian. Myśmy trochę o tym zapomnieli, bo nasza scena polityczna ustawiła się wokół konfliktu rzekomo socjalistycznego PiS z rzekomo liberalnym obozem PO, ale fundamentaliści rynkowi – podpinający się pod liberałów – są w gruncie rzeczy radykalnymi konserwatystami, a nie zwolennikami demokracji i postępu. To nie przypadek, że Friedman porównujący walkę z dyskryminacją do ustaw norymberskich zachowuje się niczym współczesny prawicowy troll gardłujący o „feminazistkach”. To nie przypadek, że Forum Obywatelskiego Rozwoju polecało kilka lat temu książkę Lewicowy faszyzm, której autor stara się przekonać czytelników, że Roosevelt, Obama i Hillary Clinton to w gruncie rzeczy faszyści, bo popierają ingerencje państwa w rynek. To nie przypadek, że Leszek Balcerowicz napisał do tej książki entuzjastyczny wstęp, nazywając ją „wybitną”. To nie przypadek, że wśród fundamentalistów rynkowych napotykamy tylu negacjonistów klimatycznych. To wreszcie nie przypadek, że Janusz Korwin-Mikke przyciąga do siebie zarówno najbardziej zagorzałych fundamentalistów rynkowych, jak i szowinistów i homofobów.

Byt kształtuje nieświadomość. Skąd tylu kuców w IT?

Jeśli chcesz zakonserwować obecny stan rzeczy, najlepszym sposobem na osiągnięcie tego celu jest przekonanie ludzi, że ten stan jest wynikiem naturalnych, spontanicznych procesów. Wiedzą o tym doskonale przeciwnicy tzw. poprawności politycznej. Nie bez przyczyny tak bardzo upodobali sobie argument o tym, że kobiety, czarni, geje i lesbijki są wpychani do popkultury „na siłę”. Tak samo jak ich zdaniem „na siłę” próbuje się zmienić tradycyjne role mężczyzn i kobiet. Albo wprowadza się „na siłę” żeńskie końcówki.

To jest granie na tej samej opozycji, którą posługują się fundamentaliści rynkowi: są rzeczy naturalne i są rzeczy „na siłę”. Słowo „pilot” jest naturalne, powstało spontanicznie, zostało dane przez Boga, ale słowo „pilotka” jest na siłę, jest wynikiem feministycznych ingerencji i politycznego przymusu. Biały bohater w filmie jest odbiciem naturalnego stanu rzeczy, czarny jest wynikiem poprawności politycznej. Przewaga mężczyzn w polityce jest naturalna, próba zmiany stosunku sił jest brutalną ingerencją oszalałych lewaków.

W Chile i Argentynie „spontaniczne procesy rynkowe” potrzebowały pomocy dyktatur wojskowych.

Na podobnej zasadzie fundamentalista rynkowy (w wielu przypadkach będący też zagorzałym przeciwnikiem poprawności politycznej) odwołuje się do naturalności mechanizmów rynkowych, starając się w ten sposób usprawiedliwić na przykład to, że kilkadziesiąt najbogatszych osób na świecie posiada taki sam majątek co biedniejsza połowa ludzkości. Każda próba zaradzenia nierównościom społecznym byłaby jego zdaniem nieuprawnioną ingerencją w spontaniczne procesy rynkowe i naturalny stan rzeczy, a tym samym doprowadziłaby do zaburzenia „zdrowych procesów gospodarczych” i skończyłaby się „zniewoleniem” oraz zapaścią ekonomiczną.

Opozycja: naturalne kontra sztuczne, spontaniczne kontra odgórnie narzucone, to potężne narzędzie retoryczne, bo żyjemy w kulturze, w której naturalność, spontaniczność i brak ingerencji kojarzą się nam jednoznacznie pozytywnie. Jeśli więc komuś udaje się podpiąć pod te skojarzenia, zyskuje przewagę nad oponentem w dyskusji.

Wszyscy jesteśmy neoliberałami

Dlatego warto być czujnym i uodpornić się na tę zagrywkę. W dziedzinie polityki nie stoimy przed wyborem między naturalnymi i narzuconymi rozwiązaniami: organizacja społeczeństwa i gospodarki jest od początku do końca wytworem człowieka i skutkiem ludzkich decyzji. Dylemat dotyczy jedynie tego, kto i jak ma ustalać zasady działania naszych społeczeństw. Czy będziemy to robić demokratycznie w imię dobra wspólnego, czy może decyzje mają zapadać na „rynku”, czyli tak naprawdę w gabinetach najpotężniejszych korporacji, w imię prywatnych zysków? Czy kierujemy się zasadą „jeden człowiek, jeden głos”, czy też „jeden dolar, jeden głos”? Czy chcemy tworzyć świat powszechnego dobrobytu, czy może wolimy świat ogromnych nierówności? Tak wyglądają nasze wybory. Łudzenie się, że podejmuje je za nas rzekomo spontaniczny rynek, prowadzi jedynie do tego, że zrzekamy się władzy decydowania o kształcie naszych społeczeństw.

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.