Kraj

Na celebrycki rozum

Czego uczą nas celebryci z głównego nurtu mediów? Trzeba robić, lenie! Nie stać nas na pomaganie! Ciaśniej, ciaśniej zaciskajmy tego pasa, bo zostaniemy drugą Wenezuelą! A kiedy to nie wystarcza, zawsze można wystrzelić do nas ze Stalina.

Polska debata polityczna krąży wokół zasady „3 razy k”: kto, kogo, kim. Giertych Kaczyńskiego Birgfellnerem, Kaczyński Tuska Kurskim, pierwszy drugiego trzecim. Liczy się bieżączka polityczna, rozgrywki między liderami partyjnymi, obrzucanie się zarzutami, które wszyscy znają na pamięć. Ewentualnie dyskusja na temat szczególnie chwytliwego punktu programu danej partii, jak 500 plus.


Nie dziwi więc, że najpopularniejsi dziennikarze i komentatorzy nie dumają zazwyczaj nad długofalowymi celami politycznymi ani tym bardziej nad podstawami życia polityczno-gospodarczego. Od czasu do czasu niektórzy z nich robią jednak wyjątek od tej reguły, dając nam niepowtarzalną okazję podpatrzenia, jak wygląda świat wzięty na „celebrycki rozum”. Możemy wtedy zobaczyć, co w oczach ludzi będących częścią tak zwanego mainstreamu uchodzi za zdroworozsądkowe prawdy.

Gdyby szukać analogii filozoficznych, należałoby powiedzieć, że część naszych medialnych celebrytów ma w sobie coś z Fryderyka Nietzschego. Niechęć do sentymentów, upodobanie do powtarzania twardych prawd, pogardę dla ciemnoty. Trzeba robić, lenie! Nie stać nas na pomaganie! Ciaśniej, ciaśniej zaciskajmy tego pasa! Tak mogłoby wyglądać streszczenie ich sposobu myślenia i byłoby ono tylko nieznacznie podkoloryzowane.

Zaradni twardziele są twardzi i zaradni. Po co im społeczeństwo?

Medialne gwiazdy lubią się wcielać w rolę surowych rodziców, którzy biorą na siebie obowiązek tłumaczenia niesfornym dzieciom niewygodnych, lecz twardych reguł rzeczywistości. Każdy chciałby mieć mieszkanie, ale tak się nie da. Nie stać nas na pomaganie niezaradnym. Na wszystko trzeba sobie zapracować.

Z tą postawą są dwa problemy. Po pierwsze, medialni celebryci nie są rodzicami polskiego społeczeństwa, więc ich protekcjonalny ton łatwo odebrać jako wyraz pogardy dla współobywateli. Po drugie, najbardziej krewcy z nich mają tendencję do popadania w tanią demagogię. Spójrzmy na kilka przykładów.

Druga Grecja! Nie, druga Wenezuela!

Hanna Lis zbeształa jakiś czas temu Roberta Biedronia za to, że jego propozycje polityki socjalnej doprowadzą do dalszego „szaleńczego zadłużania naszych dzieci i wnuków”. Nie ma oczywiście niczego zdrożnego w powątpiewaniu w finansowy realizm propozycji lidera Wiosny. Wiele osób, szczególnie na lewicy, sugerowało, że Biedroń powinien wprost mówić o konieczności podniesienia stawek podatkowych dla najbogatszych, ponieważ to jest najlepszy sposób na sfinansowanie jego programu.

Należy jednak powiedzieć sobie wprost, że wizja „szaleńczego zadłużenia Polski”, pogłębianego dodatkowo przez Biedronia, jest bzdurą. Nasz dług publiczny wynosi teraz około 50% PKB i zmalał o 5 punktów procentowych względem 2013 roku. Dla porównania: średnia w Unii Europejskiej wynosi 80%. Nie oznacza to, że możemy przestać się martwić długiem albo że należymy do najsilniejszych gospodarek europejskich. Po prostu dług publiczny nie jest dzisiaj palącym problemem, a wbrew sugestiom Hanny Lis nie znajdujemy się na drodze do finansowej katastrofy.

Medialni celebryci lubią się powoływać na przykład Grecji. Nie ma tygodnia, żeby któryś z nich nie straszył nas, że będziemy „drugą Grecją”, ewentualnie „drugą Wenezuelą”. Tomasz Lis stwierdził nawet, że Polsce grozi stanie się jednocześnie Grecją i Wenezuelą, jeśli Biedroń zrealizuje swoje obietnice wyborcze.

Może dziś nie odczuwamy jeszcze problemu długu, ale przy pierwszym kryzysie gospodarki ciężko zapłacimy za naszą nieodpowiedzialność, tak jak Grecy po 2008 roku. Mniej więcej w ten sposób wygląda argumentacja ludzi przestrzegających przed zgubnymi skutkami populizmu.

Tylko że Grecja jeszcze przed kryzysem finansowym z 2008 roku miała dług na poziomie 100% PKB, czyli dwukrotnie wyższy od nas; potem jej zadłużenie poszybowało w okolice 170%. Ponadto, jak zauważa wielu ekonomistów – na przykład Mark Blyth w książce Austerity: The History of a Dangerous Idea – problemy Grecji wiązały się między innymi z tym, że należała do strefy euro. Zdaniem Blytha przez długi czas oprocentowanie greckiego długu było nieracjonalnie niskie, jak gdyby przez sam fakt używania euro grecka gospodarka miała być równie stabilna i silna jak niemiecka. Kryzys finansowy brutalnie zweryfikował to założenie i ujawnił skalę problemu, przyczyniając się do nagłego wzrostu rentowności greckich obligacji.

Innymi słowy, analogie między Polską a Grecją nie mają większego sensu. Nie wspominając już o Wenezueli: kraju, którego gospodarka jest uzależniona od ropy i który od lat zmaga się z wrogą, mocarstwową polityką Stanów Zjednoczonych.

Oszczędnością i pracą ludy się bogacą

Jeszcze głębiej w rozważaniach polityczno-filozoficznych zanurzyła się ostatnio Eliza Michalik. Dziennikarka postanowiła stanąć w szranki z największymi umysłami ekonomii, jak Adam Smith i Karol Marks, dzieląc się swoją refleksją na temat tego, skąd się bierze bogactwo i nędza narodów. Na nic rozdawanie pieniędzy – pouczała na swoim Twitterze: „Otóż mimo nowych technologii, postępu itp. nic się w tej kwestii od wieków w świecie nie zmieniło: bogactwo wciąż bierze się z pracy, rozumu i oszczędności”.

Problem z tego rodzaju hasłami polega na tym, że na najogólniejszym poziomie można je uznać za banalną prawdę, gdy zaś wejdziemy w szczegóły, okazują się one cokolwiek bałamutne. Tak, bogactwo nie spada z nieba, potrzeba do jego wytworzenia pracy, ale krótki wgląd w historię pokazuje, że sprawy są trochę bardziej skomplikowane, niż wynika z wypowiedzi Michalik.

Afrykańscy niewolnicy pracowali ciężko na bogactwo USA, ale niewiele im z tego przychodziło. Robotnicy pracujący kiedyś po 16 godzin dziennie też przyczyniali się głównie do bogactwa innych ludzi, a nie swojego. Rozwiązaniem ich problemów nie była jeszcze cięższa praca, lecz walka o takie zdobycze cywilizacyjne, jak krótszy (zgroza!) tydzień pracy, płaca minimalna i pomoc socjalna. Jeśli ktoś myśli, że to są stare dzieje, to niech poczyta sobie o pracownikach Amazona, którzy byli zmuszeni pobierać bony żywnościowe od państwa, albo o amerykańskich nauczycielach, którzy muszą dorabiać, oddając krew.

To ekonomiczny banał, że podział zysków z pracy może być nierówny – że zatrudniający mają zazwyczaj przewagę nad zatrudnianymi i dlatego często narzucają im niekorzystne warunki. To zaś prowadzi do pogłębiania się nierówności społecznych, zarazy współczesnych państw rozwiniętych. Tylko w ciągu ostatnich kilkunastu lat opublikowano dziesiątki książek o tym, że pomoc socjalna (czyli to straszne „rozdawanie pieniędzy”) jest dobra zarówno dla społeczeństwa, jak i dla samej gospodarki. Pisał o tym między innymi Joseph Stiglitz w Cenie nierówności: „Transferowanie pieniędzy od najuboższych do najbogatszych osłabia konsumpcję, ponieważ jednostki o wyższych dochodach przeznaczają na nią mniejszą część swoich dochodów niż jednostki o niższym dochodzie (bogaci oszczędzają od 15 do 25 procent swojego dochodu, podczas gdy ubodzy wydają cały)”.

Ale dlaczego Michalik miałaby się przejmować opinią jakiegoś tam noblisty? Przecież ma swój celebrycki rozum i sama wie najlepiej. Swoją drogą, byłoby to fascynujące doświadczenie, gdyby Michalik wraz z Tomaszem Lisem, Jarosławem Kuźniarem, Hanną Lis, Andrzejem Saramonowiczem i jeszcze kilkoma celebryckimi specjalistami udali się na pielgrzymkę po świecie, nauczając podstaw wiedzy ekonomicznej. Lis tłumaczący Stiglitzowi zgubne skutki rozdawnictwa za pomocą cytatów z Balcerowicza – to byłoby prawdziwe zderzenie Zachodu ze Wschodem.

Slogany, które wspomagają PiS

Oczywiście, tak naprawdę rozmawiamy tu tyleż o ekonomii, ile o stosunku do społeczeństwa. Z perspektywy celebryckiego rozumu duża część Polaków jawi się jako niepoprawne lenie – jako ludzie, którzy muszą czuć nad sobą bat, inaczej nie wezmą się do roboty. Najgorsze, co można byłoby zrobić, to zaproponować im jakąś pomoc, ponieważ ta stanowiłaby kolejny bodziec do nicnierobienia. Od czasów wprowadzenia 500 plus słyszeliśmy te argumenty po tysiąckroć. Celebrycki rozum poczytuje sobie za obywatelski obowiązek, by od czasu do czasu tym batem pomachać i zdyscyplinować krnąbrnych rodaków.

Przeterminowana wizja Europy

Czasem bywa jeszcze gorzej, na przykład gdy Andrzej Saramonowicz i Przemysław Szubartowicz nie próbują już nawet udawać, że bawią się w jakieś analizy, lecz wprost ubliżają ludziom, którzy głosują nie na te partie, co trzeba. Nazywają ich „niewiarygodnymi kretynami”, którym można „wcisnąć każde gówno” (to Saramonowicz), lub przypisują im „ptasi móżdżek” (Szubartowicz). Zazwyczaj jednak ta pogarda jest wyrażana pośrednio, za pomocą krytyki „rozdawnictwa”.

Celebryci objaśniają nam świat

Postawa celebrytów ma negatywne skutki społeczne. Czy nam się to podoba, czy nie, są autorytetem dla wielu osób, które zazwyczaj nie mają czasu śledzić dokładnie debaty politycznej, a swoje poglądy kształtują przynajmniej w części na podstawie tego, co usłyszą z ust – albo wyczytają z Twittera – naszych celebrytów. Jeśli są nieustannie bombardowani demagogicznym przekazem o rozdawnictwie, szaleńczym długu i drugiej Wenezueli, to zaczynają w sobie budować niechęć do polityki socjalnej, do pracowników budżetówki, do dużej części społeczeństwa.

Kto pracuje pięćset razy gorzej od Tomasza Lisa?

To właśnie ten histeryczny stosunek do pomocy socjalnej sprawił, że opozycja stała się bezradna wobec PiS. Najpierw opozycyjne autorytety przez kilka lat przepowiadały, że program 500 plus już za chwilę zniszczy naszą gospodarkę, redukując się na własne życzenie do roli smerfa Marudy. Teraz przełożyły termin katastrofy na bliżej nieokreśloną przyszłość, rekompensując to sobie coraz bardziej niedorzecznymi porównaniami. Na przykład Leszkowi Balcerowiczowi program 500 plus skojarzył się ostatnio ze Stalinem:

Prowadzi to czasem do komicznych sytuacji, gdy Platforma Obywatelska i jej zwolennicy nie mogą się zdecydować, czy PiS na swojej konwencji ukradł PO pomysły na pomoc socjalną, czy może poszedł w populistyczne rozdawnictwo. Tę sprzeczność wyłapała nawet Dominika Wielowieyska, dziennikarka patrząca zazwyczaj na PO przychylnym okiem.

Szkoda, bo Polska potrzebuje dyskusji o mądrej polityce socjalnej. Propozycje PiS nie są poza krytyką, wręcz przeciwnie. Większość pomysłów partii Kaczyńskiego jest budowana wokół do bólu konserwatywnej wizji polskiej rodziny, ze wszystkimi tego negatywnymi skutkami ubocznymi. Jednak podjęcie debaty z PiS wymaga czegoś więcej niż zbioru demagogicznych haseł o populizmie, rozdawnictwie, socjalizmie i drugiej Wenezueli. Nie da się zbudować sprawnie działającej demokracji, interpretując świat z perspektywy celebryckiego rozumu, który pogardę dla rodaków miesza z religijną wiarą w dogmaty fundamentalizmu rynkowego.

 

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.