Gospodarka

Jak przetrwać szantaż Gazpromu

W związku z odchodzeniem od krwawego surowca od bandyckiego Kremla do cywilizowanego i fajnego gazu z Norwegii ustawią się zapewne długie kolejki. Co musi zrobić Polska, by zapełnić magazyny przed sezonem grzewczym?

Gazprom, jak przystało na „solidnego partnera biznesowego”, najpierw dosyć znienacka odciął nam gaz pomimo wciąż obowiązującej umowy, a teraz w ogóle zaprzestaje przesyłu poprzez Jamał. To efekt sankcji rosyjskich, nałożonych na jego operatora, EuRoPol GAZ.

Gaz, czyli katastrofa na nasze własne życzenie

Długoletnia umowa z Gazpromem kończy się w tym roku i rząd zapowiedział już, że nie zamierza jej przedłużać, więc w sumie Rosjanie jedynie przyspieszyli nieuniknione – o jakieś dziewięć miesięcy. Ten, na pierwszy rzut oka niedługi okres, może mieć jednak niebagatelne znaczenie, gdyż niezależność od surowca z Rosji mieliśmy uzyskać dopiero w 2023 roku. W tym roku trzeba będzie więc nasze zużycie połatać za pomocą importu gazu z przeróżnych kierunków. Nawet przyszły rok nie wygląda wcale różowo i nasza niezależność gazowa będzie wymagać zbiegnięcia się sprzyjających okoliczności i podjęcia skutecznych działań. A z tymi ostatnimi w Polsce bywa różnie, gdyż nasi politycy przyzwyczaili nas, że często budzą się z ręką w nocniku, a potem przekonują, że „przecież nikt tego nie mógł przewidzieć”.

Sam gazociąg to za mało

Ze Wschodu importowaliśmy niecałe 10 mld m3 gazu i taki wolumen będziemy musieli znaleźć gdzie indziej. Kluczową inwestycją gazową, która ma nam zapewnić niezależność energetyczną od Rosjan, jest gazociąg Baltic Pipe, który ruszy już 1 października tego roku. Jego przepustowość to właśnie 10 mld m3, więc na pierwszy rzut oka wszystko się pięknie spina.

Problem w tym, że nie cała przepustowość tej rury będzie dla nas. Gazociągiem bałtyckim surowiec sprowadzać będzie także Dania, poza tym według prawa unijnego 10 proc. przepustowości musi być wolna dla innych uczestników rynku. PGNiG zarezerwował 8,1 mld m3 potencjału nowego gazociągu, więc nieco mniej, niż wyniesie nasz roczny deficyt. Oprócz tego w tym roku Baltic Pipe będzie działał jeszcze tylko na pół gwizdka – w ujęciu rocznym jego wstępna przepustowość wyniesie 2–3 mld m3. Co oznacza, że w ostatnim kwartale zapewni nam jedynie 500–750 mln m3. Dopiero w przyszłym nowy projekt pokaże swoją całą moc. Do tego czasu musimy kombinować.

Inny problem to dostarczenie surowca do Baltic Pipe. Polsko-duńska inwestycja nie będzie docierać aż do norweskich złóż, lecz tylko do innego gazociągu, Europipe II, który biegnie z Norwegii do Niemiec. Będziemy musieli więc najpierw znaleźć sobie miejsce w tej głównej rurze. Jak wylicza Wojciech Jakóbik, Europipe II może przesyłać 24 mld m3 gazu, a analogiczny Europipe I tylko 12 mld. Przed pandemią Niemcy sprowadzali z Norwegii 27 mld m3 gazu, więc teoretycznie zostaje jeszcze miejsca na 9 mld m3 – minimalnie mniej niż możliwości Baltic Pipe. Problem w tym, że w związku z odchodzeniem od gazu z Rosji Niemcy mogą również chcieć zwiększyć przesył surowca z Norwegii. I wtedy pojawi się ścisk. Może się więc okazać, że Baltic Pipe nie będzie działał na pełną skalę, gdyż w Europipe II zabraknie miejsca na nasz surowiec.

Rezygnacja z importu gazu z Rosji? W Europie nawet się tego nie dyskutuje [rozmowa z ekspertem do spraw energetyki]

Kolejna kwestia to sam surowiec. Polska ma sporo koncesji na wydobycie gazu na Morzu Północnym. W zeszłym roku PGNiG kupił aż 21 koncesji do surowca na Norweskim Szelfie Kontynentalnym, co dało łącznie 58 koncesji. Dzięki temu spółka w tym roku może zwiększyć wydobycie o 1,5 mld m3 – czyli do ok. 2,5 mld m3. W tym roku PGNiG dokupił również kolejne cztery koncesje. Poza tym spółka zdobyła prawo do wydobywania z duńskiego złoża Tyra, które było już przewidziane do wygaszenia, jednak finalnie zadecydowano o jego ponownej eksploatacji. Złoże to jednak trzeba przygotować, gdyż z powodu wielu lat eksploatacji doszło do obsunięcia się platform. Zakończenie jego modernizacji miało mieć miejsce w tym roku, niestety z powodu przerwanych łańcuchów dostaw termin przesunięto na czerwiec 2023 roku. Z tego złoża PGNiG będzie miał do dyspozycji 6,4 mld m3 w ciągu sześciu lat – czyli ponad miliard rocznie. Tak więc łącznie polskie koncesje na Morzu Północnym zapewnią nam niecałą połowę zarezerwowanej przepustowości na Baltic Pipe. I to zakładając, że eksploatacja złoża Tyra ruszy zgodnie z zapowiedzią, a z szelfu norweskiego PGNiG wyciągnie wszystko, co Bozia dała.

Drugą połowę trzeba będzie zapełnić surowcem kupionym, najlepiej na podstawie kontraktu długoterminowego. Jak na razie nic o takim kontrakcie nie wiemy, co oczywiście nie znaczy, że nie jest właśnie negocjowany. Nasza pozycja negocjacyjna jest jednak osłabiona, gdyż Gazprom postawił nas pod ścianą. Jeśli nie uda się wynegocjować umowy w terminie, to pozostaną nam zakupy na bieżąco na rynku. A to będzie prawdziwa katorga, gdyż ceny gazu bywają nieprzewidywalne, poza tym podczas najbliższego sezonu grzewczego zapewne będą bić rekordy. W związku z odchodzeniem od krwawego surowca od bandyckiego Kremla do cywilizowanego i fajnego gazu z Norwegii ustawią się zapewne długie kolejki. Norwedzy niechętnie zwiększają wydobycie, gdyż starają się rozsądnie dysponować swoimi zasobami naturalnymi, by mogło z nich egalitarnie skorzystać wiele pokoleń, a nie kilku oligarchów kupujących sobie jachty za setki milionów euro. To godne pochwały podejście Norwegów do swoich narodowych bogactw naturalnych akurat dla nas może być obecnie trochę niewygodne.

Zależność od rosyjskiego węgla i gazu zgotowała nam dwie katastrofy: klimatyczną i wojenną

Magazyny pełne, ale małe

Rządzący uspokajają, że wszystko mają dobrze policzone, a jednym z dowodów ma być uruchomienie interkonektora łączącego Polskę z Litwą. I znów – to oczywiście potrzebny projekt, jak wszystkie inne, które integrują gospodarczo nasz kontynent. Problem w tym, że jego potencjał będzie zapewne niewykorzystywany z powodu obiektywnych ograniczeń. Interkonektor na granicy z Litwą ma nam między innymi zapewnić dostęp do surowca sprowadzanego przez gazoport w Kłajpedzie. Poza tym ma być też bezpiecznikiem dla Litwy, która dzięki niemu będzie mogła sprowadzać surowiec z Polski, gdyby go zabrakło jej lub innym krajom bałtyckim. Warto przypomnieć, że Litwa jako pierwsza w UE, już na początku kwietnia, całkowicie zrezygnowała ze wschodniego surowca. I zrobiła to z własnej woli.

Przepustowość interkonektora robi wrażenie. Polska będzie mogła nim importować 2 mld m3 gazu rocznie, a Litwa nawet 2,5 mld. W związku z tym w marcu PGNiG zarezerwowało przepustowość terminalu w Kłajpedzie, jednak nie podało dokładnego wolumenu. Terminal w Kłajpedzie ma znacznie mniejsze możliwości niż instalacja w Świnoujściu. Jego przepustowość to 2,9 mld m3 rocznie, czyli tylko 600 mln więcej, niż wynosi roczne zużycie Litwinów. Jednak łączne zużycie wszystkich państw bałtyckich to 4 mld m3. Tymczasem Łotwa i Estonia są w pełni zależne od dostaw z Rosji – rosyjski gaz odpowiada za niemal 100 proc. sprowadzanego przez nie błękitnego paliwa. Jeśli one również zaprzestaną importu ze Wschodu, wtedy w pierwszej kolejności będą liczyć na dostawy z Kłajpedy. Może się więc okazać, że nowym interkonektorem więcej gazu trzeba będzie przesyłać z Polski do Litwy niż odwrotnie.

W tym roku w największym stopniu będzie nas więc ratować tak zwany rewers na Jamale. Czyli import surowca z kierunku Niemiec. Według Piotra Naimskiego w tym roku zapewni nam on 5,5 mld m3 gazu, a interkonektor łączący Polskę z naszym zachodnim sąsiadem kolejne 1,5 mld m3. Łącznie więc z Niemiec sprowadzimy w tym roku nawet 7 mld m3 gazu. Problem w tym, że to będzie w większości gaz rosyjski, tylko kupowany nie bezpośrednio z Gazpromu. Odejście od rosyjskiego gazu w tym roku będzie więc czysto fikcyjne. Jeśli w przyszłym roku nie wszystkie planowane działania pójdą zgodnie z planem, to fikcja ta przeciągnie się także na 2023.

Pozostaje jeszcze kwestia magazynów gazu. Według rządu jesteśmy pod tym względem gotowi na trudne czasy, gdyż nasze magazyny są zapełnione już w 80 procentach, co jest jednym z najwyższych wyników w UE. Tyle tylko, że to 80 proc. z 3,2 mld m3, gdyż takiej pojemności są nasze magazyny. A to niewiele. Jak wylicza Polski Instytut Ekonomiczny, przy zatłoczeniu magazynów na 90 proc. nasze rezerwy w sezonie grzewczym wystarczyłyby nam na mniej niż 50 dni. Czyli dokładnie tyle, ile wynosi średnia UE. Hiszpanom i Francuzom rezerw wystarczyłoby na 20–25 dni, jednak oni mogą sobie pozwolić na taką nieroztropność. Przepustowość hiszpańskich terminali LNG to aż 60 mld m3, czyli 10 razy więcej niż naszego jedynego gazoportu w Świnoujściu. Przepustowość francuskich terminali to 30 mld m3. Rumunom zatłoczenie magazynów w 90 proc. wystarczyłoby w sezonie na 200 dni, a Łotyszom i Słowakom na 100 dni. Nasze rezerwy gazu nie są więc wcale tak obfite, jak przekonują rządzący.

Ile bomb musi spaść, byśmy zrozumieli, że świat rządzony przez ropę, gaz i węgiel oznacza zniszczenie?

Solidarność zamiast rywalizacji

Fundamentem unijnego planu REPowerEU, który ma nakreślić drogę odchodzenia od paliw z Rosji, jest właśnie napełnienie unijnych magazynów do 90 proc. najpóźniej do 1 października. Według Instytutu Breugla zatłoczenie magazynów niemal w całości przed najbliższym okresem grzewczym mogłoby pomóc Europie przetrwać pierwszą zimę bez surowca z Rosji lub z jego bardzo ograniczonymi dostawami. Musiałyby jednak wystąpić sprzyjające okoliczności – czyli ciepła zima – a konsumenci i przedsiębiorstwa musieliby zmniejszyć zużycie o 10–15 proc. To, w jaki sposób zmniejszyć zużycie w Europie, opisała MAE – mowa między innymi o regulacji domowych termostatów o mało odczuwalny jeden stopień w dół.

Kluczowa w planie Breugla jest jednak ścisła koordynacja państw członkowskich oraz, przede wszystkim, krajowych spółek gazowych. Znalezienie dostawców gazu to dopiero połowa zadania. Drugą połową, nie mniej istotną, jest skoordynowanie zakupów gazu tak, żeby europejscy nabywcy nie wchodzi sobie w paradę. Na przykład nie wyszarpywali sobie przepustowości na gazociągach albo nie rywalizowali o surowiec. „Będzie to dobrze działać tylko wtedy, gdy zostanie zorganizowane na poziomie europejskim. W przeciwnym razie kraje UE mogą przelicytowywać się nawzajem, aby uzupełnić swoje magazyny przy ograniczonych dostawach” – piszą autorzy analizy. Wywinduje to ceny surowców, a magazyny zapełnią w pierwszej kolejności ci, którzy mają lepszą pozycję negocjacyjną – czyli mówiąc wprost, więcej pieniędzy.

Znów kłania się więc siła europejskiej solidarności. Jeśli odchodzeniu od rosyjskiego gazu towarzyszyć będzie narodowy partykularyzm, dostawcy będą dyktować nam wyśrubowane warunki, a Kreml będzie zacierał ręce, krzycząc „a nie mówiłem?”. Od dawna wiadomo, że forsowana przez polski rząd i jego prawicowych sojuszników Europa Ojczyzn jest na rękę Rosji, gdyż Kreml może swobodnie rozgrywać jedne państwa przeciw drugim. Kryzys gazowy jest tego kolejnym potwierdzeniem. Możemy wybudować kolejne tysiące kilometrów gazociągów, a nasza sytuacja wcale się nie poprawi, gdyż ten gaz trzeba będzie jeszcze od kogoś kupić. A gdy wszyscy rzucą się do kupowania gazu na własną rękę, całkiem prawdopodobne, że trafimy na koniec kolejki. Państwa członkowskie będą naprawdę bezpieczne, gdy polityka energetyczna stanie się wreszcie wspólna i oparta na solidarności. Nie rezygnując z budowy gazociągów i terminali, warto wreszcie przestać opowiadać głupotki o „złej Unii”. Wszak to dzięki decyzji Komisji Europejskiej nasz kontrakt z Gazpromem miał się zakończyć w tym roku. Bez decyzji KE mielibyśmy umowę z dostawcami z Kremla jeszcze przez 15 lat.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij