Gospodarka

Cyfrowe Państwo Środka (płatniczego)

Chiny zapowiedziały wprowadzenie cyfrowej waluty emitowanej przez bank centralny. Oficjalnie, żeby walczyć z wykluczeniem i ubóstwem. Ale wiadomo, że dzięki e-juanowi państwo będzie mogło łatwiej śledzić transakcje finansowe. Czy Chiny właśnie wysyłają papierowy i plastikowy pieniądz na śmietnik historii?

Globalny wyścig o technologiczny palmę pierwszeństwa trwa w najlepsze, a Chiny coraz częściej wysuwają się na prowadzenie. Tylko w 2020 roku Państwo Środka, mimo koronawirusa (jako jedno z niewielu na świecie zdusiło u siebie pandemię, utrzymując dodatni wzrost gospodarczy) ogłosiło przełomowy sukces w rozwoju swego komputera kwantowego oraz przeprowadziło udaną misję badawczą na Marsa. Na tym tle zapowiedź wprowadzenia cyfrowej waluty emitowanej przez bank centralny nie jawi się tak ekscytująco. Jej konsekwencje mogą być jednak równie istotne.

W grudniu zeszłego roku cyfrowym juanem zwanym DCEP (ang. digital currency electronic payment, czyli cyfrową walutą płatności elektronicznej) posługiwali się już mieszkańcy m.in. Hongkongu, a także miast Shenzen oraz Suzhou. Ostatecznie, według nieoficjalnych informacji, waluta ma być dostępna na terenie całego kraju już w roku 2022. Próba generalna nastąpi prawdopodobnie podczas przyszłorocznych zimowych igrzysk olimpijskich, kiedy to Chiny jako gospodarz będą chciały pochwalić się nowym systemem przed zagranicznymi turystami i światowymi mediami. Plan zakłada, by pasjonaci sportu wrócili do swoich krajów nie tylko ze wspomnieniami rywalizacji atletów, ale także zainstalowanym portfelem-aplikacją-kontem denominowanym w cyfrowym renminbi (oficjalna nazwa chińskiej waluty). Na razie jednak promocja krzemowego środka płatności ma bardziej tradycyjny charakter. W Shenzhen lokalne władze zorganizowały loterię, w której wylosowanym osobom „na zachętę” przekazano cyfrowe środki w łącznej wysokości ok. 1,5 mln dolarów, oczywiście do wydania tylko w nowym systemie.

Czym jednak jest sam pieniądz cyfrowy? Najogólniej mówiąc, tym, co już dobrze znamy: metodą płatności wykorzystującą internet i omijającą gotówkę, karty czy czeki, tj. bez udziału tradycyjnej bankowości. Najczęściej mówi się o niej przy okazji walut korzystających z technologii blockchain (łańcucha blokowego).

Blockchain to w dużym skrócie rejestr, który dzięki komputerowemu szyfrowaniu i przechowywaniu w internetowej chmurze (w modelu peer-to-peer, a więc rozproszonym między użytkownikami) radykalnie zwiększa bezpieczeństwo wymiany informacji. Umożliwia on prześledzenie całej historii operacji i wskazanie, gdzie ewentualnie nastąpiła nieprawidłowość. I to właśnie ta kombinacja – komputerowa kryptografia plus internet – jest tym, co najbardziej wyróżnia pieniądze cyfrowe na tle innych środków płatniczych.

O blockchainie najczęściej słyszy się w kontekście tzw. kryptowalut, które wykorzystują ten mechanizm w celu stworzenia nowych jednostek wartości. Najbardziej znaną jest oczywiście bitcoin, który w ostatnim roku notował – tradycyjnie – zarówno gigantyczne spadki, jak i – całkiem niedawno – bezprecedensowe wzrosty. Bo też główne źródło popularności waluty BTC, a więc fakt, że jego emisja nie zależy od decyzji państw i banków centralnych, jest jednocześnie powodem jego małej efektywności jako prostej metody płatniczej. Za bitcoinami nie stoi bowiem zaufanie, które ludzie pokładają, jeśli nie we własnym, to przynajmniej w jakimś faktycznie istniejącym kraju z aparatem administracyjnym, systemem podatkowym, ochroną zdrowia czy armią. Zamiast tego zaufania objawia się libertariańska z ducha niechęć do uzależnienia własnego powodzenia od sytuacji innych oraz wiara w niezawodność technologii. Cyfrową alternatywą dla pierwotnych kryptowalut są dziś globalnie tzw. stable-coiny (opierające swoją wartość na tradycyjnych walutach „narodowych” bądź, na razie raczej niszowo, surowcach). Wraz z wprowadzaniem cyfrowych walut emitowanych przez banki centralne (central bank digital currency) sytuacja się jednak zmieni.

Powody oficjalne…

Mogłoby się wydawać, że zapowiedź wprowadzenia DCEP ma związek z koronawirusem i jego wpływem na nasze praktyki finansowe. Ze względu na izolację społeczną i kwestie higieny płatności elektronicznie w krótkim czasie stały się standardem nawet wśród technofobów, a skala korzystania z e-zakupów i e-finansów osobistych wzrosła o kilkaset procent. W przypadku Chin wydaje się jednak, że pandemia to co najwyżej powód do przyspieszenia działań i tak już podejmowanych w ramach polityki odchodzenia od gotówki. Decyzje o wprowadzeniu DCEP ChRL podjęła bowiem już na początku poprzedniej dekady. W tym świetle fakt, że w trakcie pandemii rząd dosłownie palił w piecach juanami, miał znaczenie nie tylko sanitarne, ale przede wszystkim symboliczne.

Chiny rosną po cichu

czytaj także

Chiny rosną po cichu

Rafał Tomański

Główny powód digitalizacji renminbi, to według rządowych mediów walka z wykluczeniem i ubóstwem. Na tym polu Chiny odniosły zresztą w ciągu ostatnich dwóch dekad spektakularny sukces. W 2020 roku, który większość krajów świata spędziła na walce z pandemią i jej skutkami gospodarczymi, chińskim władzom udało się – przynajmniej wedle oficjalnych zapewnień – wyznaczyć kamień milowy w postaci prawie całkowitej likwidacji skrajnego ubóstwa. Liczba gmin z dochodem, który w 2010 roku władze uznały za graniczny (340 USD rocznie w wartości z tego okresu), spadła z 832 do 52, co oznacza, że z biedy wyszło ponad 95 milionów osób.

Jednym ze źródeł tego sukcesu w ostatnich latach jest ogromne tempo cyfrowej rewolucji. W 2020 roku według oficjalnych danych Chiny mogły pochwalić się poziomem dostępu gospodarstw domowych do internetu szerokopasmowego tylko nieznacznie niższym (85 proc.) niż w Unii (88 proc.) oraz USA (86 proc.). Tempo rewolucji cyfrowej jest tak duże, że Chińczykom udało się w zasadzie pominąć etap bankowości opartej na kartach kredytowych i z gospodarki pieniądza papierowego przeskoczyć od razu do płatności mobilnych. Dziś, choć liderami wyścigu do wyrugowania papierowego pieniądza („społeczeństwo bezgotówkowe”) są wciąż kraje nordyckie (Szwecja i Finlandia), to po piętach depcze im właśnie ChRL.

DCEP, w przeciwieństwie do dotychczas stosowanych technologii, nie wymaga posiadania konta w chińskim banku. Płacić cyberjuanem będą więc mogli wszyscy, w tym turyści i obcokrajowcy. I to właśnie dla nich oraz innych podróżujących do i z Chin odczuwalne korzyści będą największe. DCEP spowoduje, że spadną koszty (a więc zyski banków) związane z przewalutowaniem czy obsługą transferów pieniężnych między bankami z różnych krajów. Jeszcze ważniejsza od ruchu turystycznego czy delegacji biznesowych będzie jednak popularność e-juana wśród ogromnej, liczącej 80–100 mln osób na świecie chińskiej diaspory. A jeśli waluta przyjmie się wśród osób chińskiego pochodzenia żyjących w Ameryce Północnej, Europie, Azji Południowo-Wschodniej czy Afryce, to prawdopodobnie żadne zakazy lokalnych regulatorów nie będą w stanie powstrzymać udanego umiędzynarodowienia juana. Podobny cel Chiny realizują także poprzez rozwój sieci AliPay, która od 2018 roku cyfrowo obsługuje finanse osobiste obywateli Państwa Środka w kilkudziesięciu krajach. I planuje dalszą ekspansję.

Cyfrowa waluta uprości także procedury bezpośredniego stymulowania popytu gospodarczego. Przesyłanie pensji, mikropłatności między drobnymi biznesami czy świadczenia socjalne docierać będą błyskawicznie do wirtualnego portfela. Wystarczy wyposażyć gospodarstwo domowe w smartfon z dostępem do internetu i tym samym włączyć domowników do obiegu ekonomicznego. Tyle że w przypadku państwa będącego faktyczną własnością partii rządzącej są to problemy, które można by rozwiązać w prostszy sposób. Powodów do wprowadzenia e-juana jest zatem więcej.

…oraz te najważniejsze

Czym różni się „technojuan” od obecnych transakcji finansowych, dostępnych w np. ramach AliPay czy WeChata? Obok zapowiadanego dostępu do środków w trybie off-line kluczowe będą dwa elementy – obowiązkowa uznawalność na równi z gotówką (co i tak się dzieje) oraz kontrola finansowa, a więc de facto nadzór partii komunistycznej. Nowa, centralnie sterowana waluta utrudni pranie brudnych pieniędzy, wzmocni nadzór podatkowy i pozwoli łatwiej wyłapywać i karać sprawców wszystkich innych typów przestępstw. Dzięki blockchainowi bankierzy centralni, aparat administracyjny czy policja będą mogli prześledzić obrót każdego juana od momentu jego stworzenia.

To „znakowanie portfeli”, w połączeniu z permanentną inwigilacją w ramach systemu kredytu społecznego, w zasadzie domknie chiński model nadzoru nad obywatelami. Władza będzie w czasie rzeczywistym wiedzieć, skąd pochodzą konkretne pieniądze oraz gdzie, na co i przez kogo są wydawane. Środki będzie można także zwyczajnie zablokować bądź dezaktywować. Trudno dziś sobie wyobrazić, żeby w takich warunkach mogła powstać jakakolwiek opozycja dla obecnie rządzących elit partyjnych.

Big Brother spotyka Big Data. Oto najbardziej totalna technologia władzy w historii ludzkości

Mark Blyth, ekonomista polityczny związany z Uniwersytetem Browna, zwrócił uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy, który wydaje się kluczowy. Słabością gospodarczą Chin jest to, że jej bogacąca się populacja chce lokować pieniądze poza granicami kraju. Legalnie z kraju można wywieźć bądź wysłać tylko 50 tys. dolarów. Liczni miliarderzy, milionerzy czy choćby zamożniejsza klasa średnia od lat jednak robią wszystko, aby uniezależnić się finansowo od nadzoru partii (warto przejrzeć stosowne wyniki w wyszukiwarce) i wyprowadzić środki do krajów o niższym poziomie kontroli nad obywatelami. Dotychczas, mimo totalnego charakteru władzy, dzięki różnym lukom w nadzorze milionom obywateli ChRL się to udawało – w ostatnich latach także za pomocą kryptowalut.

Po wprowadzeniu DCEP stanie się to znacznie trudniejsze, o ile w ogóle wykonalne. Spowoduje to również, że w kraju zostaną setki miliardów (bo w 2019 roku tylko w bitcoinach „wyparowało” z kraju ponad 50 mld dolarów), jeśli nie wręcz biliony dolarów, które dziś zasilają przeważnie giełdy, rynki nieruchomości czy start-upy w innych krajach. Te fundusze z dużym prawdopodobieństwem zostaną w kraju i wspomogą lokalny biznes i gospodarkę. Władze w Pekinie na reformie zyskają więc potrójnie: zwiększą nadzór nad finansami podatników, zdobędą dodatkowe wpływy do budżetu oraz potencjalnie zwiększą stopę inwestycji prywatnych.

Kontekst międzynarodowy

Kluczowe dla powodzenia operacji będzie to, jaką drogą podążą inne kraje, w szczególności USA oraz państwa Unii Europejskiej. Na razie wiele krajów prowadzi nad tym prace (co nie powinno dziwić, bo centralny pieniądz cyfrowy oznacza rewolucję w myśleniu o inflacji, deflacji czy polityce monetarnej), ale wśród największych gospodarek wciąż brakuje zapowiedzi równie mocnych jak w przypadku ChRL. Te jednak na byciu pionierem mogą tylko wygrać. Wdrożenie DCEP spowoduje, że Chińczycy nie będą musieli w finansach globalnych polegać w tak dużym stopniu na systemie SWIFT, organizacji międzynarodowej tworzącej i uznającej standardy międzynarodowej współpracy banków w zakresie wymiany informacji (czyli m.in. transakcji). SWIFT bowiem, choć formalnie niezależna i mająca siedzibę w Belgii, na ogół działa zgodnie z interesami amerykańskich instytucji finansowych. Ma też realną możliwość wprowadzania sankcji, które – jak np. kilka lat temu w odniesieniu do Iranu – potrafią wyrządzić gigantyczne szkody finansowe. Stworzenie równoległego systemu pozwoli tym samym Chinom wzmocnić więzi polityczne i gospodarcze w szczególności z tymi krajami, które dziś określane są przez USA jako przeciwnicy: wspomnianym Iranem, Rosją czy Wenezuelą.

W dalszej perspektywie oparcie nowej sieci na e-juanie spowoduje związanie z interesami Chin tych krajów (w tym Polski), w których odbywają się inwestycje w ramach projektu Jeden pas, jedna droga. Nie sposób bowiem wyobrazić sobie, aby państwo, które przyjmuje ogromne inwestycje, było w stanie odmówić przyszłej prośbie Pekinu o włączenie ich do siatki krajów zintegrowanych z nową cyfrową walutą. Jak można obserwować przy okazji negocjacji na temat wdrożenia sieci 5G i rywalizacji, jaką toczą o to koncerny i władze USA i Chin, w przypadku państw w rodzaju Polski wpływ tych napięć może okazać się naprawdę istotny dla życia politycznego.

Kolejny powód, dla którego Pekin dąży do cyfryzacji juana, jest równie oczywisty, choć nie komunikowany wprost. Chodzi o uniezależnienie się od dolara w roli globalnej waluty rezerwowej. Dziś ChRL posiadają ok. 5 proc. całego zadłużenia amerykańskiego rządu federalnego w postaci papierów dłużnych Departamentu Skarbu USA (w sumie ponad bilion dolarów). To środki, które de facto wspomagają dolara w utrzymaniu statusu waluty globalnie podstawowej – tylko 4 proc. operacji na świecie odbywa się w renmibi. Wraz ze spadającą rolą ropy w energetyce stworzony po ostatecznym porzuceniu standardu złota przez administrację Richarda Nixona w 1971 roku system, który Janis Warufakis nazwał „Globalnym Minotaurem”, nie da się utrzymać w dotychczasowej formie. To napięcie widać chociażby w przypadku wspomnianego bitcoina, o którym już nie tylko entuzjaści piwnicznego „wykopywania” binarnego kruszcu coraz częściej mówią jako potencjalnej walucie rezerwowej. Pozycję „zielonych” chętnie podminowałby także Mark Zuckerberg, który pomimo dotychczasowych niepowodzeń nie porzucił godnych szwarccharakteru z serii filmów o Bondzie marzeń i planuje start facebookowej Libry w roku 2021.

Warufakis: Libra się sypie. Zróbmy z niej dobry użytek

Wiele wskazuje na to, że ambitne plany Pekinu są dziś bardziej realistyczne niż jeszcze kilka(naście) miesięcy temu. Wraz z odejściem Donalda Trumpa z Białego Domu koniunktura międzynarodowa dla Chin staje się coraz lepsza. Jeszcze niecałe dwa lata temu Waszyngton wpisywał Chiny na listę krajów, które manipulują swoimi walutami (decyzje uchylono na początku roku 2020). Porażka DJT przyjęta została w Państwie Środka z wręcz szokująco otwartym optymizmem. Powód? Wśród prawdopodobnego składu gabinetu prezydenta Bidena znajdują się osoby, które swą działalność inwestycyjną i sukces zbudowały w oparciu o kordialne relacje z Pekinem, możliwe w ramach polityki handlowej i deindustrializacyjnej od czasów Clintona, Busha czy Obamy. Trudno spodziewać się, aby w ramach jakiegoś wyimaginowanego poczucia winy wobec robotników amerykańskiego przemysłu w Pasie Rdzy ekonomiczni sztabowcy Bidena zaczęli utrudniać prowadzenie tej samej działalności, która im samym przyniosła fortuny i możliwość decydowania o polityce gospodarczej największego mocarstwa w historii. Tym bardziej że obecny przemysł w dużym stopniu opiera się na produkcji wysoce zrobotyzowanej i zautomatyzowanej, a tworzone miejsca pracy nie są ani liczne, ani równie dostępne jak w czasach, gdy taśmy produkcyjne wymagały obsługi przez robotników.

Wszyscy (okej: niektórzy) ludzie prezydenta

Z drugiej strony hamulec, który w stosunkach z Chinami wcisnął Trump, może działać nawet po jego zniknięciu z polityki. Kontrolowana przez republikanów większość w Senacie i blokująca mniejszość w Izbie Reprezentantów mogłyby uniemożliwić powrót do status quo z ostatnich dekad. (Już po napisaniu tego artykułu Republikanie stracili większość w amerykańskim Senacie – red.) Oznaczałoby to kontynuację lub wzmożenie dotychczas nieskutecznej walki handlowej z ChRL oraz dalszy rozwój cyfrowego izolowania chińskich firm ICT od rynków w krajach, które chcą zachować bliskie relacje dyplomatyczne, wojskowe, biznesowe czy wywiadowcze z USA.

Cyfrowy obywatel

Dla obywateli krajów reszty świata adaptacja e-juana przez Chińczyków to przede wszystkim okno, w którym zobaczą swoją niedaleką przyszłość. Jeśli system nie zaliczy spektakularnej klapy, Chiny niemal na pewno znajdą naśladowców. Oznaczać to będzie, że papierowe pieniądze, rozumiane jako fizyczny środek gwarantujący pewność obrotu i zaufanie do kontrahentów, zaczną przechodzić do historii. Zamiast abstrakcyjnego zaufania w świecie finansów jeszcze bardziej liczyć się będzie polityczna i techniczna sprawność informatycznego aparatu państwowego. Z perspektywy historycznego długiego trwania nie powinno nas to zresztą dziwić: oto Chiny, które kiedyś banknoty prawdopodobnie wynalazły, dziś mogą wysłać je na śmietnik historii.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Filip Konopczyński
Filip Konopczyński
Współzałożyciel Fundacji Kaleckiego
Współzałożyciel Fundacji Kaleckiego. Prawnik i kulturoznawca, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Realizował projekty badawcze i edukacyjne m.in. dla Institute For New Economic Thinking, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, Narodowego Banku Polskiego, Uniwersytetu Warszawskiego czy Rzecznika Praw Obywatelskich. Publikował w Gazecie Wyborczej, Przekroju, Oko.press, Newsweeku, Magazynie Kontakt, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej.
Zamknij