Michał Sutowski

Prawdziwy problem z polskimi miliarderami

sebastian-dominika-jan-kulczyk

Jachty, odrzutowce, podróże do Azji helikopterem czy domy na Majorce i Mauritiusie muszą żenować, ale to nie luksusowe zakupy stanowią najpoważniejszy problem z rodzimymi bogaczami.

Dziesięciu najbogatszych Polaków posiada tyle samo majątku, ile siedem milionów najuboższych – robi wrażenie, prawda? Może nie aż takie, jak liczby podawane niedawno przez Oxfam (ośmiu facetów ma tyle, ile połowa ludzkości!), ale skala nadwiślańskich nierówności i tak wydaje się porażająca.

10 najbogatszych osób w Polsce ma tyle, co 6,8 miliona najuboższych

W ostatnich latach, przywołując dane GUS-u czy Eurostatu, zastanawialiśmy się, czy nierówności spadają, rosną czy stoją w miejscu – pośrednio dywagując, czy przemiany gospodarcze w Polsce (czy ktoś jeszcze pamięta „zieloną wyspę”) są niesprawiedliwe i czy za zwycięstwo PiS odpowiada raczej „baza” (jak głosi lewica wskazująca na wzrost nierówności) czy „nadbudowa” (liberałowie opiewający gospodarcze sukcesy PO). Osobiście bardziej przekonujący byli dla mnie ci, zdaniem których tradycyjne wskaźniki są dość optymistyczne (np. współczynnik Giniego stojący w miejscu przez ostatnią dekadę), ale zwyczajnie nie oddają wszystkich różnic, np. w dostępie do usług publicznych, obciążeniu pracą niepłatną (kobiety!) czy wynikających z rozwarstwienia regionalnego. Tym, czego brakowało najbardziej, były jednak dane o rozwarstwieniu majątkowym – tym samym, na którym skupił się w swej głośnej książce Thomas Piketty – i które czyniły wiele z naszych tez (o sprawiedliwym bądź niesprawiedliwym kapitalizmie nad Wisłą) sprawą raczej intuicji i spekulacji niż twardych danych.

Choćby z tego powodu raport z pilotażowego badania NBP na temat majątków (Zasobność gospodarstw domowych w Polsce), z którego pochodzą otwierające ten tekst dane wnosi naprawdę wiele – i dlatego cieszy mnie bardzo bajka (!), jaką inspirowany raportem opowiedział czytelnikom Marcin Gerwin. Bajka o tym, dlaczego polscy bogacze są zbyt bogaci i co z tym fantem zrobić. Autor obrazowo wyjaśnia, „ile oni posiadają”, uwidacznia czym są – albo mogłyby być – w realu abstrakcyjne przecież miliony i miliardy. Wskazuje też kilka tropów, jak można by horrendalne różnice ograniczyć. Niestety, czasem nawet w bajce – zwłaszcza takiej z morałem – można się innym moralistom podłożyć.

Bo przecież tak naprawdę życie miliardera nie jest aż takie proste. Jeśli wyobrażony krezus Gerwina postanowi nagle spieniężyć swoje warte 10 miliardów aktywa („w akcjach spółek i w nieruchomościach”), by potem zamienić je na inne dobra, to z jego dziesięciu miliardów zostanie mu dużo mniej. Po prostu, jeśli jakiś duży gracz (a 10 miliardów to w polskich warunkach byłby nawet nie rekin, a kaszalot – tyle mniej więcej posiada Zygmunt Solorz-Żak, drugi na liście polskiego „Forbesa”) pozbywa się aktywów w jakimś segmencie rynku, spowoduje spadek ich wartości; dla przykładu cały rynek nieruchomości komercyjnych w roku 2016 był wart około 17 miliardów złotych. Ale przyjmijmy, że to szczegół, dla wywodu mało istotny.

Dużo większy problem polega na tym, że wizerunek naszego bogacza w tekście Gerwina przypomina Sknerusa McKwacza z komiksów o Kaczorze Donaldzie – tamten kąpał się w basenie złotych monet i precjozów, ten wydaje gotówkę bez sensu na dobra, z których nawet nie korzysta. W tym wypadku na mieszkania. Znowu – rozumiem, że chodzi o zrozumiały dla czytelnika przykład. Rzecz w tym, że miliarderzy gros środków inwestują, a nie wydają na konsumpcję. Przykłady zakupu jachtów, odrzutowców, podróży do Azji helikopterem, domów na Majorce i Mauritiusie muszą żenować, tym bardziej, gdy dotyczą ludzi nie zhańbionych własną pracą (autor z wrodzonej grzeczności usunął w trakcie redakcji przykładowe nazwiska obsypanego niedawno miliardami rodzeństwa), ale to nie luksusowe zakupy stanowią najpoważniejszy problem.

Miliarder, który postanowiłby wykupić dziesiątki tysięcy mieszkań, nie kierowałby się jakąś abstrakcyjną „żądzą posiadania”, którą przypisuje mu Gerwin („nie będziemy przecież wynajmować mieszkań innym ludziom, bo kupiliśmy je za nasze ciężko zarobione pieniądze. Te wszystkie mieszkania się nam po prostu należą. Są nasze!”), ale żądzą zysku. To istotny szczegół. Bo przecież wspomniany przez autora efekt, który taki masowy wykup nieruchomości musiałby wywołać – czyli wzrost cen – przekłada się na strumień dochodu. Swoje hipotetyczne mieszkania nasz miliarder mógłby albo z czasem odsprzedać z zyskiem (jeśli uprzednio nie nastąpiłby krach na rynku), albo właśnie wynajmować, korzystając z wywołanego przez siebie niedoboru lokali własnościowych (w połączeniu, dodajmy, z chronicznym w III RP brakiem mieszkań komunalnych czy TBS-ów). Taka alokacja zasobów mieszkaniowych i kapitału byłaby wysoce nieefektywna (duży zysk dla jednego podmiotu monopolizującego rynek, wzrost cen dla konsumentów) – tyle że właśnie w złej alokacji, a nie w irytujących świat rozkoszach klasy próżniaczej tkwi główny problem z miliarderami.

Dziś dużo bardziej opłaca się inwestować w rynek nieruchomości czy rozmaite instrumenty finansowe niż w tzw. gospodarkę realną, czyli w produkcję jakkolwiek użytecznych dóbr i usług. W efekcie koncentracja dochodów (i majątków) powoduje, że nie tylko relatywnie mniej idzie na konsumpcję (która przynajmniej generowałaby popyt na produkowane „realnie” towary), ale i oszczędności nie służą inwestycjom. Skoro bowiem większy zwrot uzyskuje się z instrumentów pochodnych na zagranicznych giełdach, spekulacjach na walucie czy surowcach, wreszcie na pompowaniu wartości giełdowej spółek niż na inwestycjach w lepsze technologie, nowe miejsca pracy czy infrastrukturę, to wielkie majątki krezusów bardzo często bywają bezproduktywne.

Tym bardziej w specyficznych warunkach Europy Środkowej, które autor pominął, a które sprawiają, że „nasi” miliarderzy są często jeszcze mniej „produktywni” niż ich zachodni koledzy. Na przykładzie historii wzbogacenia się Jana Kulczyka, pierwszego biznesmena III RP, świetnie opisał ten problem Jakub Majmurek – wielki majątek polskich kapitalistów zazwyczaj nie tworzy adekwatnego do skali „rodzimego kapitału”, adekwatnej ilości miejsc pracy ani rozpoznawalnych na świecie marek; wreszcie mechanizmy budowy nadwiślańskich majątków rodzą zasadne pytania o historyczną sprawiedliwość i uzasadnienie statusu społeczno-ekonomicznego ich twórców.

Dobry doktór idzie do nieba

Gerwin słusznie wskazuje na najpoważniejszy chyba problem związany z nadmierną koncentracją majątków – zaburzenie mechanizmów demokracji przez wpływy lobbingowe na system polityczny i kontrolę sfery publicznej, od nadzoru właścicielskiego po banalne zakupy reklam dla zapewnienia sobie przychylności mediów. Ma również rację, gdy punktuje filantropię miliarderów, jako niekoniecznie służącą progresywnym celom społecznym, choć pewnie należałoby dodać, że w wielu przypadkach tworzenie fundacji charytatywnych wprost wykorzystuje się do celu uniknięcia opodatkowania, a kierunek ich działalności może być wówczas sprawą wtórną.

Szukając odpowiedzi na problem nadmiernej koncentracji majątków Gerwin słusznie wskazuje na podatek majątkowy – warto rozważyć takie rozwiązanie choćby dlatego, że przynajmniej z częścią aktywów (jak nieruchomości) naprawdę nie da się łatwo uciec za granicę, co bardzo sprzyja skuteczności opodatkowania. Gorzej jednak z kolejnymi propozycjami: dochód maksymalny, a zwłaszcza „maksymalny majątek” brzmią niestety mało poważnie. Ten pierwszy praktycznie wydaje się wykonalny tylko w wypadku umów o pracę, co oznaczałoby – niekorzystną także z punktu widzenia stabilności zatrudnienia – dyskryminację. Silna progresja dla bardzo wysokich dochodów, najlepiej traktowanych łącznie, wydaje się rozwiązaniem dużo korzystniejszym. To samo dotyczy „maksymalnego majątku”: o ile podatek ad valorem (nie tylko od nieruchomości) wydaje się sprawiedliwy i potencjalnie skuteczny, o tyle ustalanie górnego progu stanu posiadania ma sens ewentualnie z punktu widzenia reguł konkurencji (np. zakaz koncentracji własności w danym segmencie rynku, na danym obszarze, itp.).

Polscy krezusi posiadają wiele, a podatków płacą bardzo mało – regresywny system danin publicznych to być może największa niesprawiedliwość transformacyjnej Polski. Często powiększają oni tylko majątek „portfelowy” (papiery wartościowe, instrumenty finansowe), zbyt rzadko tworzą instytucje będące miejscem pracy o wysokiej jakości i wartości dodanej. Wielu z nich dorobiło się w sposób budzący, delikatnie mówiąc, wątpliwości – niejednokrotnie głosząc idee wolnorynkowe i prezentując się jako udani „kowale własnego losu” dyskretnie przemilczają rolę swych powiązań społecznych i politycznych w akumulacji i reprodukcji majątków. Wszystko to prawda. Redukcja nierówności nie nastąpi jednak drogą wprowadzenia jednego, cudownego rozwiązania a’la „zniesienie bogactwa ustawą” (poprzez np. próg maksymalnego majątku). Mówiąc najkrócej: to, jak nasi krezusi konsumują, to drobiazg; ważniejsze jest to, jak zarabiają. I jak nie dają zarobić innym.

List do miliarderów

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij