Kraj

O nierównościach wąsko? To wygodne! [polemika]

Nie ma danych? Ależ są. I pokazują, że nierówności w Polsce są dotkliwym problemem.

W opublikowanym na stronach „Gazety Wyborczej” tekście Nierówności jako farsa dr Jarosław Kuisz nie wymienił ani jednej liczby. W naszej polemice z jego komentarzem, zatytułowanej Proszę pana, nierówności to fakt, staraliśmy się przedstawić jednak jakieś dane statystyczne świadczące o istnieniu nierówności, a zwłaszcza ich negatywnym wpływie na sytuację społeczną. Na naszą polemikę dr Kuisz nie odpowiedział, na szczęście w sukurs pośpieszył mu dr Łukasz Pawłowski, pisząc że Nierówności nierównościom nierówne.

Nierówności: czy policzalne?

Najpierw odniesiemy się do rzekomej autorytatywności naszego stwierdzenia, że nierówności od początku transformacji niewątpliwie wzrosły. Proszę bardzo, wg wskaźnika Giniego nierówność od początku transformacji wzrosła, w 1988 wskaźnik ten wyniósł 0.25, a w 2012 – 0.32 (dane Banku Światowego). Dane w tekście podaliśmy dla kilku ostatnich lat, podczas których nierówności (wg wskaźnika Giniego opartego na danych EU-SILC) delikatnie spadły lub (wg GUS, czyli na podstawie Badania Budżetów Gospodarstw Domowych) nie zmieniły się. Podaliśmy je  po to, żeby urealnić nieco dyskusję rozpoczętą tekstem o nierównościach autorstwa dr Kuisza.

Powyższe rozważania dotyczą jednak nierówności ściśle dochodowych i majątkowych, a nam chodzi o wyjście poza tak wąskie pojmowanie tego zjawiska i dostrzeżenie jego społecznego wymiaru.

Analiza zjawiska nierówności nie może kończyć się na metodologicznych sporach na temat kilku wskaźników.

Paradoksalnie, ta część naszej polemiki, do której już nie odniósł się dr Pawłowski, w dużym stopniu odpowiada na wskazane przez niego problemy z danymi. Nierówności, które naprawdę maja znaczenie to takie, które oznaczają upośledzenie znacznych grup społecznych: deprywację materialną dzieci, niemożność zaspokajania potrzeb osób pracujących, a przede wszystkim – zablokowane kanały awansu społecznego. Odpowiednie statystyki podaliśmy już w poprzednim tekście, więc nie będziemy się powtarzać. A danych i wyników badań jest więcej, i to w wykonaniu polskich, a nie zachodnich badaczy. Na początek polecamy choćby dane zgromadzone w Atlasie Problemów Społecznych wydanym przez Krytykę Polityczną, opracowanie prof. Tarkowskiej dotyczące ubóstwa dzieci, czy ubogich pracujących prof. Szarfenberga. Ten ostatni zestaw danych nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o skalę i dynamikę nierówności dochodowych w Polsce, ale pokazuje rosnący odsetek osób zarabiających mniej niż medianę wynagrodzenia oraz zwiększające się rozpiętości dochodowe pomiędzy rodzinami z „niedostatkiem pracy” a gospodarstwami domowymi „zamożnymi” w pracę. Poniżej przedstawiamy również, jak w ostatnich latach wzrósł odsetek gospodarstw domowych żyjących poniżej granicy ubóstwa skrajnego (mimo wcześniejszego spadku).

Wykres 1: Udział osób w gospodarstwach domowych poniżej minimum egzystencji w latach 2006-2012.

Źródło: Instytut Pracy i Spraw Socjalnych.

W tekście dr Pawłowskiego nie znajdujemy również odniesienia do usług społecznych. Powtarzamy więc nasz argument, tym razem podając prosty przykład porównujący Danię i Polskę. O ile wskaźnik Giniego (i inne miary) pokazuje nam nierówności w danej populacji, to nie pokazuje rzeczy co najmniej równie istotnej: głębokości ubóstwa i niemożności zaspokojenia potrzeb. Przeciętna rodzina z małym dzieckiem z najuboższej grupy dochodowej w Danii i Polsce ma zupełnie inną realną sytuację finansową i zupełnie inny dochód rozporządzalny. W Danii jest on znacznie powiększony np. o finansowe wsparcie państwa. Tak uzupełnionym porównywaniem sytuacji rodzin o różnym profilu dochodowym zajmuje się np. OECD: wyniki badań pokazują wyraźnie, jak gwałtownie spada rozporządzalny dochód ubogiej rodziny polskiej wraz z pojawieniem się dziecka, podczas gdy dla duńskiej rodziny ta sama krzywa jest niemal płaska. Dodajmy kolejną zmienną, którą jest dostęp do usług społecznych. W Danii każde małe dziecko ma zagwarantowane niemal darmowe miejsce w żłobku, w Polsce, przy braku żłobków, na nianię czy opiekunkę trzeba wydać właściwie całą pensję. Na zapewnienie opieki nad dzieckiem trzeba więc mieć odpowiednio wyższy dochód w Polsce, w Danii nie ma to znaczenia.

Ani dr Kuisz, ani dr Pawłowski nie przyjmują do wiadomości, że w procesie transformacji wiele grup społecznych ucierpiało, że wielu ludziom żyje się po prostu gorzej, że młodzi ludzie, którym do głów wtłaczano przez ponad dwadzieścia lat, że wszystko od nich zależy nie rozumieją sytuacji, w której ich posiadający identyczne wykształcenie koledzy i koleżanki, którzy mają lepiej sytuowanych i społecznie „ustawionych” rodziców kończą na lepszych posadach, mają kupione mieszkania i szybciej awansują.

Dokładnie o tym mówią i James Heckmann, i Paul Krugman, i Thomas Piketty, a i polskie badania na temat dziedziczenia statusu (np. badania prof. Piotra Szukalskiego).

Transformacja, Konsensus Waszyngtoński, kopiuj-wklej

Zauważamy pewną prawidłowość w postawie Kultury Liberalnej wobec „zachodnich teorii”. Jak twierdzi dr Pawłowski, „nie mają one zastosowania nad Wisłą”, a odwoływanie się przez nas do autorytetów naukowych określa jako strategię „kopiuj-wklej”.

W swoim tekście dr Pawłowski nie odniósł się do żadnego z wymienionych przez nas autorów, a na podstawie zbadania kilku wskaźników (i, co ciekawe, finalnego stwierdzenia braku ich użyteczności), obwieścił obalenie mitu o istnieniu nierówności. Tymczasem wywołana niedawno między innymi rzez Piketty’ego debata o nierównościach tylko zaczyna się od porównania prostych wskaźników, które zresztą analizowane są na przestrzeni kilkudziesięciu lat (a nie kilku ostatnich!).

Podejrzliwość wobec intelektualnej kolonizacji krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest jednak w pewnym sensie uzasadniona. Polscy architekci transformacji garściami czerpali z zasobów wiedzy ówczesnej ekonomii neoklasycznej, a dokładniej z programu dostosowawczego Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), czyli zestawu instrumentów, które posłużyły do reformowania gospodarek Ameryki Łacińskiej.

Jak napisał o polskim modelu transformacji Tadeusz Kowalik: „wielkie uderzenie [big-bang] było wyrazem neofickiej wiary głównych decydentów i ich doradców w wolny rynek, co ułatwiło przyjęcie standardowej recepty MFW ignorującej odmienne warunki gospodarki wychodzącej z realnego socjalizmu” (T. Kowalik, Polska Transformacja, Warszawa: Muza, s. 80).

Mówiąc krótko, terapia szokowa polegała w dużej mierze na zaimportowaniu („kopiuj-wklej”) rozwiązań wypracowanych dla Ameryki Łacińskiej (a następnie dla innych krajów rozwijających się) do reform gospodarki socjalistycznej. To dopiero kolonizacja! Podobne recepty wywołały w różnych częściach świata podobne reakcje, przejawiające się m. in. we wzroście nierówności (w szerszym sensie), co przyznaje sam twórca terminu „konsensus waszyngtoński”.

Z jednej strony mamy zatem polską transformację inspirowaną bezpośrednio pochodzącym z Zachodu przepisem na reformowanie gospodarki, z drugiej swego rodzaju intelektualną indolencję odnoszącą się do dyskusji o problemach i nierównościach społecznych.

Poza zasięgiem zainteresowań dr Pawłowskiego jest również współczesna debata o dualizacji czy bifurkacji (rosnącej przepaści między bogatymi i biednymi) i politycznych konsekwencjach tego zjawiska (wzrost poparcia dla populistycznej prawicy, między innymi ze strony sfrustrowanej młodzieży). Węgierska socjolożka Julia Szalai rozwinęła pojęcie bifurkacji jako zjawiska, które towarzyszyło przemianom gospodarczym w naszej części Europy, wskazując na „rosnące mury wokół getta biedy”.  W tekście o dualizacji, który Szalai napisała ponad dziesięć lat temu, autorka idealnie przewidziała to, co stało się np. w Polsce, która od kilku lat jest na szczycie listy krajów UE z najwyższym odsetkiem pracowników zatrudnionych w oparciu o umowę na czas określony. Dlaczego mamy zamykać się w wygodnym ciepełku izolacji i auto-marginalizacji? Nie widzimy powodów, dla których Polska ma być intelektualnym skansenem Europy.

„Obła wizja liberalizmu”

Z pewnością potrzeba nam więcej badań dotyczących istoty nierówności. Jednoznaczna dominacja podejścia rynkowego do polityki społecznej i deprecjacja debaty o ubóstwie i nierównościach wydaje się jednak odchodzić do lamusa, i to nie tylko dzięki „badaczom zachodnim”.

Taka debata powinna wyjść poza kilka wskaźników dotyczących nierówności, a spory metodologiczne nie powinny wyprzeć rzetelnej dyskusji o negatywnych konsekwencjach transformacji.

Wierzymy, że dyskusji tej nie powstrzyma również postawa, którą Rafał Woś na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” nazwał „obłą wizję liberalizmu”, odnosząc się do obrony transformacji, którą zaproponowali przedstawiciele Kultury Liberalnej w książce poświęconej 25-leciu przemian, a którą streścić można w przesłaniu: „nie marudzić, brać się do roboty!”. Jak ironicznie pisze Woś, oceniając główne przesłanie autorów, jest to projekt, który „otworzy drzwi w (…) środowiskach biznesowych i w gazetach redaktorów naczelnych najważniejszych polskich mediów. A słabi? Jak im się nie podoba, to proszę bardzo. Mamy wolność. Niech sobie zrobią własne pałace, biznesy i media”.

Michał Polakowski, Dorota Szelewa – Fundacja ICRA

Czytaj także:
Szelewa & Polakowski: Proszę pana, nierówności to fakt

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.