Świat

Stopnie, procenty, emisje i wzory chemiczne… śpicie już? Nie umiemy mówić o klimacie

Wieszczymy katastrofę i sypiemy danymi o postępach globalnego ocieplenia. A dlaczego nie mówimy o tym, jak wyglądałby świat zasilany tanią, ekologicznie czystą energią? Dlaczego nie uwodzimy wizją lepszego i bardziej sprawiedliwego świata? A przede wszystkim, dlaczego mówimy tylko do już przekonanych?

Żona zapytała mnie niedawno, czy zmiana klimatu oznacza, że nie warto mieć dzieci. To nie był do końca żart. Rozmawialiśmy o ustaleniach raportu Międzyrządowego Panelu ds. Zmiany Klimatu (IPCC), a ja właśnie powiedziałem coś w stylu: „Wygląda na to, że najgorsza z możliwych opcji nadejdzie prędzej, niż się spodziewano. Nadchodzi apokalipsa!”.

Zamykajcie kopalnie, nie aktywistów

Niedługo będziemy przeprowadzać się z powrotem do Londynu i to przywiodło nam na myśl jedną z kwestii związanych z klimatem. Powiedziałem, że pewnie nie warto mieszkać niedaleko Tamizy, z powodu nadchodzących częstszych powodzi. Żona zaczęła rozważać, czy lepszą opcją nie byłaby dla nas Kanada.

Jeśli nie zwróciliście większej uwagi na opublikowany w październiku raport IPCC, nie mnie to oceniać. Ja sam jedynie przejrzałem podsumowanie raportu w „Guardianie – z mieszaniną rezygnacji i desperacji. Dziękuję, Międzyrządowy Zespole ds. Zmian Klimatu, naprawdę potrzebowałem kilku słów otuchy! Tytuł, którego użyło BBC w swoim omówieniu raportu, a który potem zmieniono, następująco podsumowywał jego treść: „Klimatolodzy uprzejmie nalegają: »czas działać, durnie«”.

Jest taki kraj, który zamiast CO2 emituje tęcze

Nadchodząca zagłada klimatyczna opatrzyła się i nie jest już wstrząsająca. Ludzie przestali się nią interesować. Już nie śledzą wiadomości. Naukowcy zajmujący się klimatem, którzy kiedyś denerwowali się, że media im nie dowierzają, teraz załamują ręce, że nikt już ich nie słucha. Większość polityków wygłasza zdawkowe słowa i przechodzi do innych tematów. Nawet były redaktor GuardianaAlan Rusbridger zaapelował do czytelników:Być może myślenie o tym, przejmowanie się tym wydaje się Państwu zbyt przerażające bądź zbyt przygnębiające. Rozumiem. Ale na miłość boską, zostańcie z nami”.

Wyzwaniem dla nas, którzy dążymy do zdecydowanych działań na rzecz uniknięcia katastrofy klimatycznej, nie jest już negowanie sytuacji – wyzwaniem jest apatia, desperacja i paraliż. W świecie, gdzie uwaga jest coraz ulotniejsza, gdzie raz po raz nadchodzą kolejne wstrząsy i zapaści gospodarcze, ostrzeżenia nie zdają się na nic. Naukowcy zajmujący się klimatem naciskają czerwony przycisk, ale alarm się nie włącza.

Winą za to w dużej mierze obarcza się media. Jako że od dziesięciu lat śledzę zaniedbania, jakich w kwestii zmiany klimatu dopuściło się BBC, sądzę że media w dużej mierze zasłużyły sobie na tę krytykę. A jednak mocniejsze wciskanie przycisku alarmowego prowadzi donikąd. Potrzebujemy zgoła innego dzwonka alarmowego. Po co? Po to, żeby w końcu dotrzeć do ludzi z historiami, które ich dotyczą.

Koniec z nawałem liczb

Każda relacja na temat zmiany klimatu musi rozpoczynać się od rodziny, a nie danych statystycznych. Musimy skończyć z obsesyjnym przerzucaniem się liczbami: półtora, dwa, trzy czy cztery stopnie Celsjusza. To niewiele znaczy dla tych z nas, którzy nie są naukowcami, a poza tym różnice wydają się niewielkie. Co gorsza, katastroficzne wiadomości jedynie pogłębiają psychiczny dołek. Kiedy zewsząd nadchodzą złe wieści, pierwsze co robimy, to ignorujemy te z nich, które dotyczą czegoś, co wydarzy się dopiero w przyszłości. Raport IPCC nie miał szans zelektryzować mediów i opinii publicznej – a ci, którzy oczekiwali, że tak się stanie, nie rozumieją komunikacji.

Kryzys klimatyczny to przede wszystkim historia o ludziach – o tym, jak przez niego cierpią, jak wywraca ich życie do góry nogami. Od tego musimy zacząć. Ludzi poruszają i zapadają im w pamięć historie, do których mogą się odnieść, a nie statystyki. Przestańmy perorować o stopniach, poziomach mórz, rafach koralowych czy pokrywie lodowej na biegunach, a zamiast tego skupmy się na życiu ludzi.

Można powiedzieć, że zamiana liczb na ludzkie historie należy do zadań dziennikarzy. To prawda. Jednak mamy do dyspozycji tylko suche dane statystyczne z kolejnych raportów IPCC i coraz to nowe katastroficzne scenariusze. Politycy w większości ograniczają się więc do recytowania liczb. Media publikują je z obowiązku, a życie toczy się dalej. Nic dziwnego, że większość ludzi ma to gdzieś.

Polityczny realizm wiedzie do katastrofy

czytaj także

A to zaledwie jeden z problemów.

Nawracamy już nawróconych

Zmiana klimatu to wciąż jedynie sprawa lewicy. Język, rozwiązania, akcje uświadamiające niemal zawsze wywodzą się z lewej / liberalnej strony i do niej są kierowane. To nie tych ludzi trzeba jednak przekonać. Prawicowcy są głusi na nasze ostrzeżenia, ponieważ nie mówimy ich językiem, a nam samym nie ufają.

Wiem, co teraz powiecie: nie możemy do niech dotrzeć, bo kapitaliści już ich przekabacili. W takim razie złóżmy broń i wracajmy do domu. Albo posłuchajmy ludzi takich jak Katharine Hayhoe, chrześcijańska ewangeliczka, a zarazem klimatolożka, która próbuje odmiennego podejścia – posługuje się językiem i źródłami, którym konserwatyści mogą zaufać.

Gdy proponujemy rozwiązania, też zakładamy klapki na oczy. Nie zażegnamy kryzysu klimatycznego samym „ekosocjalizmem”. Trzeba będzie miliardowych inwestycji w czyste źródła energii i nowe technologie. Musimy wypromować całe spektrum głosów i rozwiązań, w których każdy będzie mógł się odnaleźć.

Nie tak obojętni na koniec świata

czytaj także

Naukowcy badający klimat nie są politycznymi aktywistami, ale prawie wszyscy ludzie, którzy przekazują ich wiedzę opinii publicznej, zajmują się polityką. Właśnie dlatego tak wielu się przed tą wiedzą broni. Musimy przekonać przeciwników politycznych, że ich dobro leży nam na sercu, ponieważ… nie ma innej drogi.

Jak ma wyglądać przyszłość?

Jestem zdeklarowanym członkiem ruchu klimatycznego, a mimo to nadal nie wiem, czy władze naszych państw realizują wyznaczone i niezbędne cele – a jeśli nie, to ile nam do nich brakuje. Większość z nas nie orientuje się, jakie cele kraje powinny sobie postawić, więc dziennikarze rzadko indagują polityków o to, w jakim stopniu są one realizowane. To z kolei pozwala politykom składać mgliste obietnice i unikać konkretnych zobowiązań.

Koniec świata, jaki znamy, czyli cztery przyszłości po kapitalizmie

Jak wygląda świat mający dostęp do taniej, ekologicznie czystej energii? Czy patrząc na to, jak w ciągu ostatnich dziesięciu lat staniała energia słoneczna, możemy wyobrazić sobie, co przyniesie dwadzieścia następnych? Jak wygląda nasza pozytywna wizja przyszłości? Takiego pozytywnego programu brakuje, więc naszym przeciwnikom łatwo jest mówić, że chodzi nam jedynie o podwyżkę cen energii. Na takie zarzuty nie ma odpowiedzi.

Tak, problem nadal tkwi w mediach

Nie zaprzeczam: media mogłyby o wiele lepiej informować nas o zmianie klimatu, a każde działanie napotyka na opór wielkich koncernów, bo godzi w ich interesy. Nadal za mało mówimy o tym, jak hojnie spółki naftowe finansowały działalność klimatycznych negacjonistów.

W służbie społeczeństwu, czyli słów kilka o mikrodziałaniach

Zmiana klimatu powinna być tematem codziennych serwisów informacyjnych, do czego dąży projekt Genevieve Guenther pod nazwą End Climate Silence. Trzeba wytykać palcem media, kiedy nie łączą klęsk żywiołowych ze zmianą klimatu.

Porzućmy jednak nadzieje, że sami dziennikarze staną się orędownikami sprawy klimatycznej. To my musimy wpływać na treści prezentowane w mediach – i robić to lepiej. Jeśli będziemy karmić widzów potokiem statystyk przewidujących zagładę, większość odwróci wzrok, a i dziennikarze będą mieli wielką pokusę zrobić to samo. Wielkie spółki naftowe nie muszą już zbijać opinii publicznej z tropu, bo my przecież sami ją usypiamy.

Wiem, że nie mówię tu nic nowego. Problem nie polega na wyborze między dobrymi a złymi wiadomościami ani pomiędzy nadzieją a strachem – polega zaś na tym, że opowiadane przez nas historie są zbyt abstrakcyjne i w zbyt małym stopniu wiążą się z codziennym życiem większości ludzi.

Chwiejny grunt w Imielinie

Kryzys klimatyczny już teraz dotyka rodziny takie jak moja, ale potrafię powiązać ze sobą te fakty tylko dlatego, że pilnie śledzę wiadomości na ten temat. Większość ludzi tego nie robi, bo debata jest zbyt abstrakcyjna. Nie ma sensu winić za to jedynie media. Starajmy się łączyć te kropki w rozmowach z przyjaciółmi i członkami rodziny, w ramach lokalnych społeczności. To zmieni nasze nastawienie i znacznie szybciej, niż się spodziewamy, skłoni ludzi do działania. Ale każda rozmowa musi się zaczynać od tego, co nam bliskie i co dla nas ważne.

**
Sunny Hundal jest dziennikarzem i publicystą, redaktorem mediów społecznościowych w serwisie openDemocracy.

Artykuł ukazał się w serwisie openDemocracy na licencji Creative Commons Attribution 4.0 International. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.