Gospodarka, UE

Bankowa rewolucja tuż za rogiem?

Skoro tylko bank centralny ma prawo emitować pieniądze, dlaczego nie kontroluje ich ilości? Bo banki komercyjne również tworzą pieniądze – „z powietrza”. A to ma interesujące konsekwencje, które można wykorzystać z pożytkiem dla nas wszystkich. Brytyjska Partia Pracy ma na to pomysł.

Raport na temat Banku Anglii, stworzony niedawno na zlecenie brytyjskiej Partii Pracy, wywołał wielkie poruszenie wśród ekspertów i dziennikarzy sektora finansowego. Licząca ponad 200 stron analiza firmy GFC Economics opisuje rewolucję, jakiej powinien się poddać brytyjski bank centralny. Raport postuluje, aby poza „celem inflacyjnym” Bank Anglii brał również pod uwagę „cel produktywności”, który zakładałby coroczny wzrost wydajności brytyjskiej gospodarki o około 3 procent. Byłaby to nowość w całej historii bankowości centralnej, gdyż dotychczas formalnymi celami polityki pieniężnej były (przede wszystkim) utrzymanie stabilnego poziomu cen oraz (gdzieniegdzie) dążenie do uzyskania maksymalnego zatrudnienia w gospodarce.

Reich: Banki pod nóż!

Warto przy tym pamiętać, że bezpośrednie połączenie czy podporządkowanie działań banku centralnego rządowej strategii gospodarczej jest sprzeczne z dzisiejszą ortodoksją głoszącą, że bank centralny powinien być w pełni od rządu niezależny. Owa niezależność miała powstrzymać populistyczne zakusy polityków i uniemożliwić „drukowanie pieniędzy” w celu sfinansowania obietnic wyborczych. Co więcej, raport postuluje również zwiększoną odpowiedzialność banku centralnego za tzw. kanał kredytowy, czyli możność decydowania o tym, które gałęzie gospodarki powinny otrzymywać lwią część bankowych pożyczek, a dla których środki należałoby ograniczyć. Jeśli patrzeć na rzecz z perspektywy gospodarek zachodnich, Raport stawia w nowym świetle role bankowości centralnej argumentując, że obecnie przyjęta formuła się wyczerpała.

***

Aby lepiej zrozumieć postulaty raportu Partii Pracy, warto przyjrzeć się ogólnej roli banków centralnych w ekonomii, narzędziom, których używają do osiągnięcia swoich celów statutowych oraz temu, jak ich podejście do własnej roli ewoluowało w ostatnich dekadach.

Czemu milion bezrobotnych to nie katastrofa, a upadłość banku tak?

Historycznie rzecz biorąc, bank centralny jest odpowiedzialny przede wszystkim za utrzymywanie stabilnej i przewidywalnej wartości pieniądza w gospodarce (wyznaczanej przez tzw. cel inflacyjny, przeważnie na poziomie 2-2.5 proc. wzrostu cen rocznie, w strefie euro zaś – na poziomie tuż poniżej 2 procent). Stabilność cen jest jednym z najistotniejszych czynników w życiu gospodarczym – pozwala racjonalnie oszczędzać i planować przyszłe wydatki; ekstremalnym przeciwieństwem takiej sytuacji jest hiperinflacja, kiedy to ceny towarów na półkach zmieniają się nawet co godzinę, jak działo się to w weimarskich Niemczech, II RP przed reformą Grabskiego czy w powojennych Węgrzech.

W swoim tradycyjnym arsenale banki centralne mają dwa główne narzędzia, którymi mogą wpływać na wysokość inflacji. Pierwszy to zwiększenie bądź zmniejszenie ilości pieniędzy w obiegu – jako wyłączny emitent waluty w danym kraju, bank centralny może kontrolować, jak dużo pieniędzy trafia do obiegu, co przekłada się na ich wartość. Żeby utrzymać inflację w ryzach i nie „przegrzać” zbytnio danej gospodarki, bank powinien tak zaplanować wzrost ilości pieniędzy w obiegu, aby ten był niewiele większy od wzrostu produkcji (najczęściej mierzonego poprzez wzrost PKB). Używając prostego przykładu – jeśli celem Narodowego Banku Polskiego byłoby osiągnięcie 2 procent inflacji w przyszłym roku, a prognozowany wzrost PKB w Polsce wynosiłby 4 procent, wówczas NBP powinien zwiększyć ilość pieniędzy w obiegu o 6 procent.

Drugie narzędzie to zwiększenie bądź zmniejszenie ceny pieniądza, czyli oprocentowania. Każdy bank centralny może je kontrolować poprzez podniesienie bądź obniżenie stóp procentowych (najważniejszą z tych stóp jest tzw. stopa referencyjna, obecnie w Polsce wynosi 1,50). Teoretycznie rzecz biorąc, wyższe stopy procentowe zniechęcają do pożyczania pieniędzy z banku (wyższy koszt kredytu), jednocześnie zachęcając do ich oszczędzania (wyższy zwrot z lokaty). Dlatego też, jeżeli bank centralny uzna, że inflacja jest zbyt wysoka, może zdecydować się na podwyższenie stóp procentowych. Powinno to skłonić konsumentów do zmniejszenia wydatków i „zaparkowania” większej części swoich pieniędzy na kontach oszczędnościowych, dzięki czemu „zaparkowane” pieniądze przestaną krążyć w obiegu, a inflacja zostanie stłumiona. Z kolei obniżenie stóp procentowych wywoła efekt odwrotny – oszczędzanie stanie się mniej opłacalne, dzięki czemu wydatki na konsumpcję bądź inwestycje zwiększą się, a to przełoży się na wyższy wzrost PKB, większą produktywność i pobudzenie inflacji.

Warufakis: Trzy zakony ojców (i sióstr) austerytów

W erze powojennej banki centralne na całym świecie korzystały z obydwu tych „dźwigni” wedle potrzeby. Mniej więcej od początku lat 90. zauważalny jest, szczególnie wśród  najważniejszych banków centralnych globu (m.in. amerykańskiej Rezerwy Federalnej, Banku Anglii czy Banku Japonii), trend stopniowego odchodzenia od polityki ilościowej. Dlaczego tak się dzieje, skoro polityka „ilościowa” wydaje się względnie prostszym narzędziem od manipulacji stopami?

Odpowiedzi dostarczają stenogramy ze spotkań Rezerwy Federalnej z lat 70. i 80. Już wówczas okazywało się bowiem, że bank centralny tak naprawdę… nie jest w stanie kontrolować ilości pieniędzy w obiegu! W obszernej dokumentacji rozmów amerykańskich bankowców można zauważyć wielkie ich zdziwienie, że zgodnie z najświeższymi statystykami faktyczny wzrost ilości gotówki w obiegu nijak się ma do planu zakładanego przez bank. Znany amerykański ekonomista Stephen Goldfeld ochrzcił tę zagadkę mianem „problemu znikających pieniędzy”. W związku z tą obserwacją banki centralne zwyczajnie się poddały i stopniowo zaczęły wycofywać się z polityki ilościowej, skupiając się na manipulacji stopami procentowymi.

***

Uważny czytelnik może zauważyć pewną sprzeczność – skoro bank centralny jest jedynym emitentem waluty narodowej, jakim cudem nie jest w stanie kontrolować jej ilości? Czy na świecie pracuje aż tylu zawodowych fałszerzy, którzy zalewają rynki idealnie podrobionymi pieniędzmi?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy wpierw zrozumieć, skąd tak naprawdę biorą się pieniądze. Empiryczne badania ostatnich lat wskazują, że tworzone są one „z niczego” przez zwykłe banki komercyjne. Mechanizm działa w sposób następujący: w momencie udzielania pożyczki klientowi bank „tworzy” nowy zapis na koncie i nie potrzebuje do tego żadnych realnie istniejących środków w złocie, gotówce czy jakichkolwiek innych aktywach. Innymi słowy, jeśli pragniemy pożyczyć 10 tysięcy złotych, pracownik banku po prostu wklepuje odpowiednie cyfry do komputera i zupełnie nowe pieniądze trafiają na nasze konto, a co za tym idzie – do gospodarki, zwiększając ich ilość w obiegu.

Warufakis: Bank jest jak wehikuł czasu

Źródła tego stanu rzeczy znajdziemy jeszcze w średniowieczu, ale na dziś dość powiedzieć, że z powyższymi wnioskami zgadzają się główne banki centralne na świecie, w tym Bank Anglii, Bundesbank a nawet nasz polski NBP, który w studium pt. Alternatywne strategie polityki pieniężnej na stronie 58 pisze:

„Popyt na zasoby pieniężne zgłaszany przez podmioty gospodarcze skłania banki komercyjne do udzielania kredytu, co z kolei przyczynia się do powstawania nowych depozytów i tym samym do zwiększania podaży pieniądza (…) Jak podsumował to Alan Holmes: «w prawdziwym świecie banki udzielają kredytów, tworząc w konsekwencji depozyty, i dopiero później szukają rezerw»”.

Fakt, że banki komercyjne tworzą pieniądze niejako z powietrza pozwala rozwikłać zagadkę, dlaczego banki centralne nie są w stanie same prowadzić skutecznej polityki ilościowej. Skoro bowiem to banki komercyjne tak naprawdę decydują, kiedy i w jakiej kwocie udzielić pożyczki, a kiedy nie, to właśnie one kontrolują faktyczną ilość „nowych” pieniędzy w obiegu. Nawet najlepszy plan „ilościowy” nie sprawdzi się więc w gospodarce, w której banki mają pełną wolność wyboru tego, komu i ile dają (czy raczej „kreują”) pieniędzy.

***

Zdając sobie sprawę z nieskuteczności realizacji celów ilościowych, gwoździem programu polityki banków centralnych stały się stopy procentowe, manipulacja którymi zaczęła cieszyć się coraz większym zainteresowaniem opinii publicznej. Jest to głównie spowodowane postępującą finansjalizacja ekonomii na całym świecie: zmiany stóp stały się szczególnie ważne, gdyż nie tylko wpływają na inflację i wzrost gospodarczy, ale także w głównej mierze decydują o wartości większości produktów finansowych, których wartość nominalna wielokrotnie przekracza wartość PKB największych gospodarek globu.

Czy grozi nam wielki krach bankowy w Europie?

Jednakże, pomimo tego, że wpływ stóp procentowych na inflację i wzrost gospodarczy uznaje się w nauce ekonomii za oczywistość, to nigdy nie został on… empirycznie udowodniony. Innymi słowy, obniżki bądź podwyżki stóp procentowych nie gwarantują oczekiwanego wpływu zarówno na inflację, jak i PKB. Mało tego, najnowsze badania gospodarek rozwiniętych wskazują, że stopy procentowe tak naprawdę reagują na zmiany w trajektorii poziomu cen i PKB, zamiast ową trajektorię kształtować. Wniosek z tego taki, że banki centralne, poprzez manipulację stopami,  tak naprawdę jedynie reagują na sytuacje kryzysowe, zamiast prowadzić długoterminową, stabilną i odpowiedzialną politykę pieniężną.

***

Powyższe odkrycia stawiają raport Partii Pracy w nowym świetle. Skoro polityka stóp procentowych jest nieskuteczna a polityka ilościowa niemożliwa, to w jaki sposób sprawić, żeby banki zapewniały kapitał inwestycyjny tym akurat gałęziom gospodarki, które z perspektywy społeczeństwa są najważniejsze bądź najbardziej produktywne? Jeżeli np. uznamy, że to globalne ocieplenie jest kluczowym problemem w historii ludzkości, jak zapewnić finansowanie firmom zajmującym się energią odnawialną?

Rozwiązanie proponowane przez Partię Pracy jest proste jak konstrukcja cepa: bank centralny, jako główny nadzorca banków Zjednoczonego Królestwa powinien mieć prawo zmusić banki komercyjne do udzielania pożyczek tym sektorom, które rząd (a co za tym idzie, społeczeństwo, które go demokratycznie wybrało) uzna za stosowne. Innymi słowy, cudowną zdolność banków do tworzenia pieniędzy „z niczego” można skanalizować tam, gdzie uznamy to za stosowne. Raport Laburzystów w dyplomatycznych słowach nazywa ową politykę credit guidance, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „perswazję kredytową”. W praktyce oznaczałoby to jednak, że lwia część pożyczek bankowych udzielana byłaby tam, gdzie zażyczy sobie Rząd Jej Królewskiej Mości.

Oczywiście, z perspektywy wolnorynkowej ów pomysł budzi ogromne kontrowersje, by nie powiedzieć wściekłość obozu neoliberalnego. Nietrudno odgadnąć słowa-klucze zmasowanej krytyki: „gospodarka centralnie planowana”, „komunizm”, „ręczne sterowanie”. Co więcej, przeciwnicy raportu podnoszą argument, że faktyczna kontrola rządu nad produkcją pieniędzy sprawi, że rządzący, aby utrzymać się na stołkach, będą frywolnie drukować pieniądze w celu społecznego rozdawnictwa, co prędzej czy później skończy się albo totalną katastrofą fiskalną, albo hiperinflacją. Czy nie lepiej zatem oddać kontrolę nad pieniądzem wolnemu rynkowi, który z definicji alokuje kapitał najlepiej i najefektywniej?

***

Historia XX wieku zna jednak przykłady krajów pokazujące, że owo „ręczne sterowanie” jak najbardziej się sprawdza. Mowa o gospodarkach wschodnioazjatyckich, takich jak Korea Południowa, Tajwan czy Japonia, które przeżyły prawdziwy boom ekonomiczny także za sprawą silnej kontroli systemu bankowego i kierowania inwestycji w strategiczne gałęzie gospodarki.

Badania ostatnich lat wskazują, że pieniądze są tworzone „z niczego” przez zwykłe banki komercyjne.

Szczególnie pouczający jest przykład Japonii, a więc kraju zdewastowanego przez II wojnę światową i amerykańskie bomby atomowe, który w 40 lat ze zgliszczy zbudował drugą najsilniejszą gospodarkę świata. Przepis na sukces nie był specjalnie wysublimowany. Po pierwsze, Bank Japonii został zwasalizowany przez Ministerstwo Finansów, więc to japoński rząd w pełni odpowiadał za politykę monetarną. Po drugie, to Bank Japonii (poprzez ministerstwo) wskazywał bankom komercyjnym, jakim to gałęziom gospodarki, a nawet którym konkretnym podmiotom gospodarczym maja udzielać pożyczek (plany kredytowe bardzo często były wyliczone co do punktu procentowego). W razie niesubordynacji dany bank musiał się liczyć z utratą miejsca w „hierarchii bankowej” (ustalanej przez bank centralny), co wiązało się z utratą funduszy i prestiżu. W ekstremalnych przypadkach bank centralny miał prawo do zwalniania zarówno menadżerów banków, jak i członków rad nadzorczych.

Stiglitz: Mit sekularnej stagnacji

W konsekwencji, po trzecie, konkurencja w sektorze finansowym została wyeliminowana – banki zaczęły działać na zasadzie kartelu, a ich działalność była przypisywana do konkretnych obszarów gospodarki (np. jedna grupa bankowa odpowiadała za branżę samochodową, inna za branżę elektroniczną itd.). Efektem takiej strategii był zawrotny wzrost gospodarczy powojennej Japonii, połączony z powstaniem wielu globalnych firm (m.in. Toyota, Sony, Toshiba, Panasonic), które zapewniły wysoką stopę zwrotu krajowej gospodarce i wzrost dobrobytu przeciętnego obywatela.

Najświeższym przykładem gospodarki korzystającej z „perswazji kredytowej” są Chiny. Specyfika chińskiego sektora bankowego (duzi gracze, których głównym udziałowcem jest rząd) pozwala na sprawne zarządzanie kredytem i unikanie „baniek” spekulacyjnych. Co więcej, dzięki takiej polityce, Państwo Środka uniknęło konsekwencji globalnego kryzysu w latach 2008-2009 poprzez „zachęcenie” banków do pożyczenia dodatkowych 10 bilionów juanów (ok. 1.5 biliona dolarów) na projekty infrastrukturalne.

Pracownicze Plany Kapitałowe: program dla banków, nie dla emerytów

Doświadczenia gospodarek azjatyckich zadają więc kłam stwierdzeniu, że wyłącznie zderegulowany rynek finansowy i konkurencja mogą zapewnić stabilny i długoterminowy rozwój gospodarczy. Oczywiście, modele takie jak chińskie powinny zostać zmodyfikowane, tak by bardziej pasowały do społeczeństw demokratycznych, niż autorytarnych reżimów. Dlatego też decyzje banku centralnego powinny być przejrzyste i transparentne (osiągnięte np. poprzez stworzenie publicznego rejestru spółek i sektorów korzystających z kanału kredytowego). Dzięki temu, jakiekolwiek błędy bądź wypaczenia (np. wspieranie nierentownych spółek powiązanych z politykami partii rządzącej) powinny być łatwe do zidentyfikowania przez potencjalnych (i prawdopodobnie niezadowolonych) wyborców.

W związku z powyższym, propozycje Partii Pracy należy rozumieć jako potrzebny głos w debacie dotyczącej sektora finansowego i roli bankowości centralnej. Zwiększające się nierówności i postępująca polaryzacja społeczeństw często powiązane z prymatem sektora finansowego nad gospodarką wskazują, że być może czas na zmiany w istocie rewolucyjne.

 

**
Maciej Wróblewski – ekonomista, absolwent London School of Economics, magister bankowości międzynarodowej (University of Southampton). Specjalista w dziedzinie regulacji finansowych.

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.