Świat

W Chile podział na lepszych i gorszych jest nie tylko ekonomiczny, ale też rasowy

Po raz pierwszy we współczesnej historii Chile doszło do tak poważnych zamieszek na ulicach miast. Setki tysięcy ludzi protestują przeciw ogromnym nierównościom społecznym i rządzącym, którzy wydają się kompletnie oderwani od rzeczywistości − pisze Michał Piękoś.

Od 17 października w Chile trwają masowe protesty. W 10 miastach ogłoszono stan wyjątkowy, a przeciw protestującym wysłano 10 tys. policjantów i wojsko. Zginęło już co najmniej 15 osób. W Santiago nie działa metro, a od 19.00 do 6.00 rano obowiązuje godzina policyjna. Prezydent Sebastián Piñera powiedział, że „w kraju toczy się wojna”. Dochodzi do plądrowania sklepów, demonstranci niszczą bramki do metra. Bezpośrednim powodem wybuchu tak gwałtownych protestów było podniesienie cen biletów w Santiago, w przeliczeniu z 4,30 zł do 4,45 zł. Protesty spowodowane są katastrofalnym stanem usług publicznych, wysokimi kosztami życia i narastającymi nierównościami.

Komentarz Michała Piękosia.

***
Wśród dymu i rozwścieczonych tłumów była Constanza, młoda nauczycielka angielskiego w szkole we wschodnim Santiago. „Pracuję całymi dniami, a wieczorami udzielam korepetycji, bo tylko tak mogę zarobić na spłatę kredytu studenckiego. Nadal mieszkam z rodzicami, bo nie stać mnie na wynajęcie czegokolwiek blisko szkoły” − mówi. Młodzi ludzie tacy jak Constanza będą obciążeni kredytami za studia przez dekady, bo czesne na chilijskich uniwersytetach jest drugie najwyższe na świecie, zaraz po Stanach Zjednoczonych.

Chile: Oburzeni dopinają swego [Domosławski]

czytaj także

W odpowiedzi na protesty rząd wprowadził stan wyjątkowy i po raz pierwszy od upadku Pinocheta wojsko pojawiło się na ulicach miast. Zginęło 8 protestujących. Ludzie są wściekli, a prezydent Piñera zdaje się tracić kontakt z rzeczywistością.

Nierówności

Chilijski model gospodarki, który w latach 70. i 80. XX wieku był uznawany przez wolnorynkowców za podręcznikowy przykład sukcesu, dzisiaj przypomina neoliberalną dystopię. Około 20% najbogatszych zarabia średnio 10 razy więcej niż 20% najbiedniejszych. W OECD, czyli grupie 30 najzamożniejszych krajów świata, Chile ma najwyższy współczynnik nierówności społecznych i ekonomicznych.

Nierówności są widoczne na każdym kroku, nawet w architektonicznej tkance stolicy. Mieszkańcy Santiago często żyją całkowicie od siebie odseparowani. Zasobność portfela decyduje tu o wszystkim, szczególnie o dzielnicy. Zamknięte osiedla, mury, szlabany, ochroniarze − to sceny dnia codziennego. Parę godzin od Santiago są nawet prywatne plaże, gdzie tylko wybrani mają wstęp.

Ale podział na lepszych i gorszych to nie tylko podział ekonomiczny, ale także rasowy. Podczas gdy spadkobiercy europejskich najeźdźców mają dostęp do prywatnej edukacji i usług medycznych na najwyższym poziomie, młodzi Chilijczycy wywodzący się z rdzennej ludności muszą albo wyjeżdżać na studia do sąsiedniej Argentyny, albo liczyć się z wchodzeniem w dorosłe życie z ogromnym długiem. Chile, tak jak prawie każdy kraj Ameryki Południowej, jest do dzisiaj rozdarty piekłem swojej historii. Piętno kolonializmu wciąż odciska się na życiu zwykłych ludzi.

Do tego dochodzą rosnące koszty ochrony zdrowia, drogie autostrady, nieistniejący transport publiczny i dewaluacja emerytur.

Nie można za wszystko obwiniać kapitalistycznych rządów Pinocheta i neoliberalnej prawicy. Socjaldemokraci pod przywództwem Michelle Bachelet nie udźwignęli reform, na które tak liczyli młodzi ludzie.

Chilijczycy nigdy masowo nie wychodzili na ulice, w odróżnieniu od mieszkańców sąsiadujących z Chile Argentyny czy Brazylii. Ale najwyraźniej coś zaczyna się zmieniać. W kawiarniach i na uczelniach Santiago coraz częściej można usłyszeć o wizji kraju sprawiedliwego i równościowego. „Łańcuchy rasizmu i klasizmu wykute przez dekady prawicowych rządów wydają się coraz bardziej kruche. To jest nasz moment” – mówi Constanza, wskazując na portret Beatriz Sánchez, zawieszony na drzwiach jej pokoju.

Beatriz Sánchez i jej progresywna partia Frente Amplio mogą już liczyć na około 20% poparcia. To dobry początek, ale do wyborów będziemy musieli poczekać dwa lata. Przed Chile jeszcze długa droga.

**
Michał Piękoś jest aktywistą społecznym z Trójmiasta, politykiem Wiosny, pracował jako redaktor w redakcji MSN w Berlinie. Przez dwa lata podróżował po Ameryce Południowej, z czego pół roku spędził w Chile.

Z nienawiści do dzieci. Dymisja episkopatu w Chile a sprawa polska

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.