Unia Europejska

Jak cyniczny padlinożerca zmusił mnie, żebym poczuł litość dla prezydenta Zemana

Na nagraniu widzimy chorego, sennego, starego człowieka z trudnością klecącego dwa zdania i natychmiast potem zapadającego w drzemkę oraz otaczającą go grupę szyderczo uśmiechniętych, cynicznych sępów z Zamku na Hradczanach. Korespondencja Michala Chmeli.

Po wyborach parlamentarnych Czechy mogą w końcu strząsnąć z siebie duszące jarzmo rządu Babiša i ukrócić podejmowane przez niego próby dokonania fuzji państwa czeskiego z jego firmą Agrofert.

Zwycięstwo odniosła koalicja SPOLU – prawdziwa mieszanka partii konserwatywnych, prawicowych i neoliberalnych. To obietnica powrotu kraju do błogosławionego stanu demokracji – tak przynajmniej przekonują nas główne media. Wszystko wraca do normy! Nie będzie już ANO! Nie będzie kolesiostwa, nie będzie korupcji, nie będzie grabieży unijnych dotacji! Zaciskanie pasa, prywatyzacja, okrojenie usług publicznych! Bo przecież tak wspaniale zadziałało to w przeszłości!

Czechy wybierają: między złym a znacznie gorszym

I po wyborach

W przeciwieństwie do dość pstrokatego rozłożenia mandatów poselskich w poprzednim parlamencie nowy Sejm wygląda dość nudnawo. Mamy bezsprzecznych wygranych, konserwatywno-prawicową koalicję SPOLU i ich 71 posłanek i posłów. Jest centrowo-prawicowy sojusz Piratów i Burmistrzów (PirSTAN), dysponujący mocno kulejącym rozkładem 37 miejsc (w którym bardziej liberalni Piraci zdobyli zaledwie cztery mandaty). Są niestety obowiązkowi faszyści z SPD, którzy zdobyli 20 miejsc, oraz stare dobre ANO i ich… 72 mandaty poselskie.

Czemu zwycięskie SPOLU zdobyło ostatecznie o jeden mandat poselski mniej niż ANO? Ze względu na sposób liczenia głosów. Ale to nie powinno stanowić różnicy – na pierwszy rzut oka widać, że gdyby nawet Babiš ostatecznie poszedł za głosem serca i otwarcie połączył siły z faszystowskim zaułkiem błaznów z SPD, i tak nie byłby w stanie uzyskać potrzebnej do utworzenia rządu większości.

Zwycięzcy wyborów moszczą się już na pozycjach i zaczynają negocjować kształt przyszłego rządu. Jest jednak drobny haczyk: zgodnie z konstytucją w normalnej sytuacji przywódca partii, która wygrała wybory, dostaje od prezydenta pozwolenie na sformowanie gabinetu ministrów, który ostatecznie musi zdobyć standardowe wotum zaufania w Sejmie.

Tymczasem nasz ukochany prezydent bardzo jasno zapowiedział, że obowiązek utworzenia rządu powierzy… przywódcy najsilniejszej partii. Partii, a nie zwycięskiej koalicji. Chwila, to jak to było z tymi mandatami?

Owym stwierdzeniem Zeman w oczywisty sposób zamierzał wesprzeć przegranego premiera Babiša – tak jak uczynił to przy okazji poprzednich wyborów, kiedy pozwolił na sformowanie mniejszościowego rządu, który aby przeforsować jakiekolwiek ustawy, musiał polegać na cichym, nieformalnym wsparciu od komunistów.

W tym roku Babiš na pierwszy rzut oka nie ma widoków na taki sojusz. Jednakże ostatnie dwa lata pokazały, że w pewnych kwestiach interesy ANO i przynajmniej części neokonserwatywnego SPOLU są zbieżne, na przykład w sprawie reformy podatkowej, która o wiele większe korzyści przyniosłaby bogatym niż ubogim.

Nawet gdyby Babišowi ostatecznie nie udało się nic wskórać i musiałby oddać władzę, to i tak z doświadczenia poprzednich wyborów wiemy, że etap formowania rządu może zająć mnóstwo czasu, zwłaszcza gdy prezydent uparcie daje swojemu faworytowi szansę na utworzenie rządu, a kiedy mu się to nie udaje, to daje mu kolejne trzy. Biorąc pod uwagę deklaracje i zachowanie Zemana, tak właśnie by postępował. Gdyby mógł.

Spisek niemiecko-brukselski, czyli… Czesi zamknęli nam kopalnię

Zasłona dymna w stylu dyktatury

Po raz pierwszy od objęcia przez niego stanowiska prezydenta Zeman wywołuje większe zamieszanie swoim milczeniem niż tym, co mówi. Tym razem ma jednak po temu dobry powód – jest bardzo, bardzo chory. Zapewne. Być może. Czyżby?

W sprawach informowania opinii publicznej o stanie zdrowia głowy państwa czeska administracja państwowa nie ma zbyt dużej wprawy. Poprzednik Zemana, Klaus, jest niestety rześkim starym narcyzem, którego szerokim łukiem omijają nawet bakterie. Kiedy zaś Václav Havel przebywał w szpitalu, media regularnie informowały o stanie jego zdrowia. Teraz kancelaria Zemana mydli oczy i ukrywa fakty o stanie prezydenta.

Oto co wiemy na pewno: 10 października Zeman został przywieziony karetką do tego co zwykle szpitala. Według relacji naocznych świadków oraz nagrań był nieprzytomny. Potem nastąpiła zasłona dymna, przypominająca bardziej próbę ukrycia zgonu najukochańszego przywódcy podjętą przez dyktatorski reżim niż cokolwiek, co mogłoby się wydarzyć w choć trochę przejrzystym państwie demokratycznym.

Najpierw cieszący się złą sławą rzecznik prezydenta, Jiří Ovčáček, który normalnie nie przepuściłby okazji, aby popluć żółcią na jakiekolwiek media ośmielające się przedstawić jego pracodawcę w mniej-niż-chlubnym świetle, wydał tylko krótkie oświadczenie prasowe, że sprawy komentować nie będzie. Powstrzymał się od zwyczajowego wypisywania bzdur, w zamian zalewając swoje konto na Twitterze cytatami z Biblii. Biuro prezydenta usilnie udawało, że problemu nie ma. Ani szpital, ani żadna inna osoba ze stałego grona najbliższych popleczników Zemana nie podawali żadnych informacji przez dłuższy czas. Na kraj opadła zasłona milczenia.

Dwa dni później Babiš, który rozmawiał z Zemanem na krótko przed wezwaniem karetki, nagle przypominał sobie, że podczas owego spotkania prezydent powierzył mu zadanie sformowania rządu. Ten niesamowicie szczęśliwy zbieg okoliczności zdał się na nic, ponieważ podjęte przez Babiša próby wynegocjowania jakiegokolwiek porozumienia ze SPOLU zostały prędko utrącone przez zwycięską koalicję, która już przystąpiła do podziału poszczególnych resortów.

Oto Zdeněk Hřib, burmistrz-Pirat, który postawił się Rosji, Chinom i… własnemu rządowi

Krążące sępy

Po upływie kolejnych dwóch dni sprawy ruszyły z miejsca. Vratislav Mynář, prezydencki kanclerz powszechnie uznawany za a) całkowicie niegodnego zaufania skurczybyka, którego obawiają się nawet czeskie tajne służby i który z tej racji nie powinien zajmować tak wysokiego stanowiska, b) połowę dynamicznego duetu, który de facto kontroluje Zemana, zdecydował się przemycić pewnego gościa do szpitalnej sali, w której przebywał chory prezydent, hospitalizowany na oddziale intensywnej terapii. Ów gość, marszałek Sejmu Radek Vondráček (lojalna marionetka Babiša oraz słynny parlamentarny gitarzysta), wyłonił się z oddziału z podpisanym rzekomo przez Zemana dokumentem zwołującym nowy parlament. Jak wszystko, w czym macza palce Mynář, cała sprawa śmierdzi już z daleka.

Po pierwsze, weźmy sam fakt, że Vondráčka na szpitalny oddział dosłownie przemycono. Lekarz Zemana zaprzeczył, jakoby cokolwiek o takiej wizycie wiedział. Według wydanego przez szpital oświadczenia dla prasy w ich spotkaniu nie brał udziału nikt z personelu medycznego. Na oddziale intensywnej terapii.

Po drugie, sprawa podpisu. Można byłoby się spodziewać, że starszemu, tak schorowanemu człowiekowi będą się przy pisaniu trzęsły ręce, a jego podpis może być nawet nieczytelny. Trochę mniej spodziewane jest to, że podpis jest wręcz identyczny z podpisem jego żony.

Ostatecznie zaś nasuwa się kwestia wersji przedstawionej przez samego Vondráčka: człowiek „na-tak” z ramienia ANO oświadczył, że prezydent przywitał się z nim, uścisnął mu dłoń, po czym nieco pogawędzili. Oświadczył także, że do sali prezydenta wprowadzili go policjanci, co policja natychmiast zdementowała i wszczęła wobec Mynářa śledztwo o sabotaż.

Tymczasem Vondráček dalej własnoręcznie kopał pod sobą dół. W jego wersji wydarzeń były sprzeczności, a ostatecznie całe wyjaśnienia zostały w pełni zanegowane podczas spotkania z dziennikarzami. Tam Vondráček wyjawił, że szpital orzekł, że Zeman jest niezdolny do wykonywania obowiązków – oraz że informacja ta została przekazana Mynářowi na dzień przed wizytą i podpisaniem dokumentu. Wiedział to.

Mynář zripostował w sposób, który jak sobie zapewne wyobraził, miał obalić wszelkie oskarżenia: pokazując wideo, na którym Zeman rzekomo podpisuje ów arcyważny dokument. Na nagraniu widać chorego, sennego, starego człowieka z trudnością klecącego dwa zdania i natychmiast potem zapadającego w drzemkę oraz otaczającą go grupę szyderczo uśmiechniętych, cynicznych padlinożerców, którzy nie zadali sobie nawet trudu założenia jakichkolwiek środków ochronnych, żeby go niczym nie zarazić. Wszystko to na oddziale intensywnej terapii. Podczas pandemii covidu.

Pozwólcie, że dodam coś od siebie: nienawidzę, po prostu nienawidzę Vratislava Mynářa za to, do czego mnie zmusił. Zmusił mnie, żebym poczuł litość dla Miloša Zemana.

Artykuł 66

Cała ta intryga staje się jeszcze bardziej cudaczna, kiedy rozważymy jej możliwe rezultaty. Nowy parlament zostanie zwołany, a nowo ukonstytuowana większość sejmowa z wielkim prawdopodobieństwem powoła się na artykuł 66 czeskiej konstytucji, co będzie oznaczało uznanie prezydenta za niezdolnego do wykonywania urzędu.

Uprawnienia Zemana zostają w takiej sytuacji rozdzielone między premiera oraz marszałków obu izb parlamentu. To być może dałoby Babišowi pewne pole manewru – do momentu podjęcia innej decyzji przez Sejm, to właśnie on pozostałby premierem – ale na dłuższą metę nie przyniesie mu żadnych korzyści.

Gra na czas wydaje się najprawdopodobniejszym wyjaśnieniem – na czas grają nie tylko Babiš, ale także – i to głównie – Mynář i jego wspólnik, kolejny prezydencki zausznik Martin Nejedlý, który już i tak musiał zdać swój paszport dyplomatyczny (którego zresztą w ogóle nie powinien dostać).

Niezależnie od tego, czy Zeman przeżyje to wszystko, czy nie, obserwujemy zmierzch pewnej ery i pewnego stylu w czeskiej polityce. O ile oczywiście Babiš nie zostanie wybrany na kolejnego prezydenta.

**
Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michal Chmela
Michal Chmela
Tłumacz, dziennikarz
Tłumacz, dziennikarz, korespondent Krytyki Politycznej w Republice Czeskiej.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco