Unia Europejska

To, co stało się na ostatnim szczycie UE, to porażka i Rady, i Komisji Europejskiej

Fot. Philippe BUISSIN/European Parliment

Ostatni szczyt w ciągu jednego dnia rozwodnił kilka lat debaty dotyczącej praworządności. Pokazał, że najpierw można napinać muskuły, a potem zawierać kompromisy. Komentarz Marcina Anaszewicza i Sylwii Spurek.

Kompromisy w sprawie praworządności i praw człowieka? Referendum w kwestii prawa do aborcji, a może po prostu brak odwagi, chodzenie na skróty, europejska polityka ciepłej wody w kranie? Gdyby Kaczyński i Orbán zagrażali interesom europejskiej bankowości, węglowej energetyki albo przemysłowego rolnictwa, to czy Komisja Europejska, rządy Wspólnoty, liberalne media byłyby tak bardzo zadowolone z kompromisów?

Gdyby jakaś siła polityczna, np. w Polsce, wpadła na pomysł, aby znacjonalizować cały majątek prywatny, to czy znaleźliby się politycy i polityczki, którzy chcieliby w tej sprawie organizować referendum? Wyobraźcie sobie, że ktoś mówi w takich okolicznościach: „różnimy się w sprawie zakresu prawa własności, powinniśmy o tym rozmawiać”; „niezbędna jest zmiana, natomiast jej skala musi zostać wypracowana w nowym parlamencie po dyskusji z biznesem”; „myślę, że referendum w tej sprawie to uczciwy pomysł wobec społeczeństwa”. Nie! Bo gospodarka i własność prywatna to wartości, o których przecież się nie dyskutuje, wartości, w których przecież nie zawiera się kompromisów. Ale praworządność, prawo do sądu, prawo do godności, do szczęścia, do równości, do ochrony przed przemocą, hejtem, wykluczaniem, prawo do czystego środowiska, prawo do niezależnego życia, to już są wartości, o których można rozmawiać, w których można zawierać kompromisy, a nawet organizować referenda.

Weta nie będzie. A Polexit?

Ostatnie decyzje Komisji Europejskiej, a wcześniej jej praktyczna bezczynność w kwestii praworządności pokazują, że Unia Europejska za chwilę zakiwa się na śmierć. Bo tak się dzieje, kiedy odchodzisz od swoich wartości i prowadzisz politykę gaszenia pożarów. Art. 7 został uruchomiony wobec Polski w 2017 roku. Już wtedy mówiło się, że uruchomienie sankcji nie będzie możliwe, ale mimo to Komisja zrobi wszystko (podkreślmy – wszystko), aby z wykorzystaniem europejskich funduszy uruchomić sankcje, które wymuszą powrót Polski na ścieżkę praworządności. Oczywiście praworządności w konserwatywnym rozumieniu, bo z łamaniem praw człowieka Polska miała kłopot od lat, jeszcze zanim przyszła dobra zmiana. Ówczesny wiceszef KE Frans Timmermans – o którym obecnie słuch praktycznie zaginął, mimo że jest wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej i główną twarzą S&D we władzach UE – grzmiał wtedy, że „Polska nie zostawiła nam wyboru”. Komisja Europejska dała wtedy polskiemu rządowi trzy miesiące na wycofanie się z niezgodnych z Konstytucją RP i prawem UE działań i wdrożenie unijnych rekomendacji. Tak, trzy miesiące… A potem były kolejne słowa, monitorowanie, ocenianie, upominanie i znowu ładne, okrągłe słowa, z których nic do dzisiaj nie wynikło. Poza tym, że Kaczyński i Orbán w poczuciu bezkarności przekraczali i przekraczają kolejne granice łamania praworządności i praw człowieka. Zaczęło się od służby publicznej, sądów, potem media publiczne, prawa osób LGBT+, teraz prawa kobiet i wreszcie wolność mediów. I wszystko pod „czujnym” okiem Komisji Europejskiej – i starej, i tej nowej.

Mechanizm praworządności jest bezzębny. Oto lepsze rozwiązanie

Powiedzmy szczerze. To, co stało się na ostatnim szczycie UE, to niestety porażka i Rady, i Komisji Europejskiej. Okazało się, że całe lata puszenia się w sprawie art. 7, mówienia o łamaniu praworządności przez Polskę i Węgry niczego nie przyniosły, poza obniżaniem autorytetu UE i, teraz, utraty zaufania przez obywateli i obywatelki, dla których to prawa człowieka, a nie rolnictwo i autostrady są fundamentalnymi wartościami Wspólnoty. Mamy ponurą satysfakcję, że ponad rok temu Sylwia nie zagłosowała za kandydaturą Ursuli von der Leyen. I piszemy to z żalem, bo zawsze zależy nam, aby kobietom w polityce się udawało, ale niestety, już po roku widać, że ta Komisja Europejska nie ma pomysłu, siły, niezależności wystarczającej do tego, aby podołać wyzwaniom, które niesie ta kadencja.

To nie jest łatwy czas, mamy tego świadomość. Polska i Węgry, alarm klimatyczny, kryzys migracyjny, pandemia. To wszystko sprawia, że władze UE w kadencji 2019–2024 nie mają łatwego zadania, ale z drugiej strony duża część tych kryzysów jest dziełem zaniechań, odkładania decyzji przez poprzednie władze UE. A obecne nie mają w ogóle pomysłu, jak sobie z tym poradzić. Nie uważamy, że powinniśmy pandemią rozgrzeszać wszystkie problemy i porażki. Unia Europejska nie jest ani małą organizacją pozarządową, ani małym, borykającym się z problemami państwem. Jest ogromną organizacją międzynarodową, posiada ogromne środki finansowe, zatrudnia dziesiątki tysięcy pracowników i pracowniczek i wreszcie – Komisja Europejska ma inicjatywę legislacyjną. UE ma obowiązek działać!

Politycy i polityczki nauczyli nas, że tam, gdzie chodzi o prawa człowieka, prawa fundamentalne, czasami (w politycznej praktyce najczęściej) musimy czekać, że są sprawy ważniejsze (najczęściej gospodarcze). Zawsze coś, zawsze jakiś kompromis, zawsze jakaś prowizorka. A prowizorki są najczęściej bardzo trwałe. A jak się kończą kompromisy, to Polki już wiedzą… Ostatni szczyt w ciągu jednego dnia rozwodnił kilka lat debaty dotyczącej praworządności. Pokazał, że najpierw można napinać muskuły, a potem zawierać kompromisy. Wcześniej czekaliśmy na Radę i Komisję Europejską, teraz poczekamy na TSUE, a potem znowu na Komisję Europejską. A wtedy KE będzie monitorowała, analizowała, upominała itd., itd. Chyba że coś się zmieni.

Ostatnio Donald Tusk z widocznym, charakterystycznym dla niego dystansem powiedział, że „nikt w Brukseli, Berlinie czy Paryżu za nas, Polaków, porządku nie zrobi […]. Niektórzy myśleli, że są tu możliwe bardzo radykalne działania, że Unia Europejska jest niemal od obalania rządów, które łamią praworządność. To jest trochę myślenie naiwne”. Nie, panie premierze, nikt nie miał i nie ma złudzeń, że UE będzie obalała autokratyczne rządy, ale w swojej naiwności oczekujemy, że władze UE będą robiły to, co do nich należy, to, co zapisane jest w traktatach, to, za co im płacimy. Chyba że nie mają już motywacji, pomysłu, uważają, że się nie da, że to nie jest możliwe. Zostały jeszcze ponad trzy lata. To może warto dać sobie spokój i dać szansę innym?

***

Marcin Anaszewicz – prawnik, politolog, doktor nauk społecznych, prezes zarządu REV Institute.

Sylwia Spurek – doktora, radczyni prawna, posłanka do Parlamentu Europejskiego.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij