Świat

Snyder: Rosyjski projekt neokolonialny

Rosyjski projekt zniszczenia Ukrainy i Unii Europejskiej w imię jakiegoś alternatywnego porządku globalnego nie powinien nas szokować ani dziwić.

Nieczęsto w Europie zdarza się rewolucja, która mobilizuje ponad milion ludzi, prowokuje kontrrewolucję i masowe zabójstwa, a w końcu doprowadza do zmiany rządu. Gdyby wolne wybory parlamentarne i prezydenckie w Ukrainie w 2014 roku zakończyły całą historię, dziś zapewne debatowalibyśmy, czy to była rewolucja burżuazyjna mająca na celu rządy prawa, czy może raczej ruch lewicowy, wymierzony przeciwko ustrojowi oligarchicznemu. Zastanawialibyśmy się nad powiązaniem przez ukraińskich rewolucjonistów narodowej suwerenności z europejską integracją – ich intuicją, że jedna zależy od drugiej.

Inwazja Rosji i aneksja Krymu, a następnie jej wsparcie dla zbrojnego separatyzmu w obwodach donieckim i ługańskim zakończyły dłuższy moment w europejskiej historii, w którym pewien porządek wydawał się trwały, a suwerenność traktowano jako oczywistość. Działania Moskwy, które pogwałciły równocześnie Kartę Narodów Zjednoczonych, Akt Końcowy z Helsinek i Memorandum Budapesztańskie, podniosły stawkę naszej analizy. Tematem nie jest już rewolucja w jednym kraju, lecz sama natura porządku międzynarodowego. Ponieważ rosyjskiej agresji towarzyszyła niczym nieograniczona, postmodernistyczna kampania PR, różne pojęcia historyczne wyjmowano z ich normalnych kontekstów i stosowano – absurdalnie, acz skutecznie – na użytek tego czy innego bieżącego wydarzenia.

Próby zaprezentowania przez rosyjską propagandę obecnej wojny w Ukrainie jako konfliktu globalnego sugerują pewien ważny punkt wyjścia: że rewolucja i wojna w Ukrainie dają się pojąć jedynie wówczas, kiedy historię tego kraju umieścimy w kontekście globalnym, a wybory ukraińskich rewolucjonistów rozumiemy jako odpowiedzi na problem historyczny.

Ukraińska rewolucja i rosyjska kontrrewolucja to faktycznie przeciwne odpowiedzi na tę samą sytuację historyczną. I właśnie to, co ukraińscy rewolucjoniści i rosyjscy kontrrewolucjoniści rozumieją z globalnej historii, jest szczególnie interesujące.

I wojna światowa była bezpośrednią konsekwencją modelu bałkańskiego, tzn. tworzenia się państw narodowych z imperiów. W jej toku wszystkie europejskie imperia lądowe zostały albo pokonane, albo pochłonęła je rewolucja. Oznaczało to dokończenie dekolonizacji Europy mniej więcej w roku 1922. Imperia morskie Wielkiej Brytanii, Francji i Stanów Zjednoczonych, zwycięskie w tej wojnie ograniczyły zastosowanie reguły samostanowienia do Europy Środkowej i Wschodniej. Nie zdołały jednak zintegrować nowych państw narodowych, ich klientów, w jakąś trwałą formę współpracy politycznej i gospodarczej. Ani Wielka Brytania, ani Stany Zjednoczone nie wykazywały trwałego zainteresowania nowymi państwami. Francja intensywnie pracowała nad sojuszami wojskowymi w Europie Wschodniej, ale te rozpadły się, gdy z krajów sojuszniczych w trakcie Wielkiego Kryzysu wycofały się francuskie inwestycje, a z czasem też bliższe im mocarstwa zaczęły wydawać się silniejsze od Paryża.

W 1941 roku zaczął się konflikt o definicję nowego porządku

Europejskie państwo narodowe odniosło sukces jako metoda na dezintegrację imperiów lądowych, ale zawiodło jako metoda reintegracji. W rezultacie idee kolonializmu znalazły na powrót drogę do Europy, nie w formie nostalgii, lecz konkretnych planów. Mniej więcej na początku lat 30. Europa Wschodnia stała się areną prób czegoś, co można by nazwać rekolonizacją, tzn. zastosowania kolonialnych doświadczeń do sąsiadów europejskich. Zarówno projekt nazistowski, jak i komunistyczny zakładały, że większa część Europy ma zostać potraktowana jako dobra kolonialne. Hitler otwarcie przyznawał się do intelektualnych inspiracji bałkańskim militaryzmem, aczkolwiek starał się rozszerzyć jego logikę z etnicznej na rasową. Sukces gospodarczy miał zostać osiągnięty nie poprzez konsolidację narodu, lecz przez podbój innych narodów, postrzeganych jako rasy. Ukraińców traktowano jak czarnych czy Afrykanów, jako że to właśnie ich ziemie uważano za podwalinę nowego niemieckiego imperium.

Rewolucja bolszewicka była antykolonialna w swej ideologii i we własnych oczach. Lenin zdefiniował imperializm jako ostatnie stadium kapitalizmu, a Związek Radziecki po utworzeniu w 1922 roku interpretował napięcia narodowe i klasowe jako wynikające z logiki „imperialistycznej”. Po cichu jednak logika nowego ustroju była również kolonialna, gdyż jego najbardziej aktualnym wyzwaniem było naśladowanie rozwoju kapitalistycznego. Skoro imperializm stanowił etap rozwoju kapitalizmu, trudno go było przeskoczyć. Stalin logikę swego Planu Pięcioletniego wyjaśniał w kategoriach kolonizacji wewnętrznej, w ramach której władza radziecka musiała traktować swoje terytoria tak samo, jak imperia morskie traktowały swe odległe posiadłości. W tym schemacie zasadniczą rolę odgrywała Ukraina.

Dokładnie w tym samym momencie, kiedy Hitler mówił swoim zwolennikom o Ukrainie jako spichlerzu przyszłego niemieckiego imperium, Stalin nadzorował zaplanowaną klęskę głodu, poprzez którą ukraińscy chłopi mieli zostać ukarani za rzekomy opór wobec jego planów rozwojowych.

Zarówno system nazistowski, jak i sowiecki zapewniały coś, co w latach 30. wydawało się udaną konkurencją dla ponoszącego klęskę kapitalizmu.

Dla wielu obserwatorów pytanie drugiej połowy lat 30., kiedy Związek Radziecki i nazistowskie Niemcy wydawały się uwikłane w trwały konflikt ideologiczny, naprawdę dotyczyło tego, który z ich modeli neokolonialnych rzuci wyzwanie kapitalistycznemu państwu narodowemu w Europie, a może i na całym świecie.

W latach 1938-1941, swoistym intermezzo, zanim ta główna kwestia miała się rozstrzygnąć, zniszczony został powojenny porządek w Europie. Państwa utworzone po 1918 roku były niszczone jedno po drugim: Austria, Czechosłowacja, Polska, Litwa, Łotwa, Estonia. Nawet Jugosławia, rozszerzona zwycięska Serbia, została unicestwiona. To załamanie, będące efektem zarówno niemieckiej, jak i radzieckiej polityki, a po pakcie Ribbentrop-Mołotow także wspólnej polityki niemiecko-radzieckiej, oznaczało klęskę pewnego projektu integracyjnego. W czerwcu 1941 roku, kiedy nazistowskie Niemcy zdradziły swego radzieckiego sojusznika, rozpoczynając operację „Barbarossa”, zaczął się konflikt o definicję nowego porządku. Wojna niemiecko-radziecka stanowiąca klucz do II wojny światowej toczyła się o kontrolę nad Ukrainą.

Cechą szczególną nazistowskiej ideologii było jednak połączenie programu rasowej kolonizacji w Europie Wschodniej z ideą globalnej kampanii antyżydowskiej. Według Hitlera ZSRR był państwem żydowskim, które powinno upaść w efekcie niemieckiej kampanii militarnej. Kiedy ta nastąpiła, ale wielkie plany kolonizacyjne okazały się niewykonalne, Hitler obwinił za to Żydów na całym świecie, a zwłaszcza tych na tyłach niemieckiego frontu. Ideologia nazistowska, innymi słowy, na swój sposób połączyła logikę kolonializmu i antykolonializmu: wojna miała z jednej strony charakter kolonialny, toczona w imię rasowej kontroli nad pewnym terytorium oraz dekolonizacyjny – w celu uwolnienia planety od tego, co naziści ukazywali jako globalne rządy Żydów.

To spotkanie obydwu systemów neokolonialnych, najpierw jako sojuszników, a potem wrogów, było nadzwyczaj śmiercionośne. W efekcie ich polityki na ziemiach między Berlinem a Moskwą, w czasie gdy Stalin i Hitler jednocześnie sprawowali władzę, zabito około 14 milionów cywilów.

Największą grupę ofiar stanowili Żydzi zamordowani w ramach Holokaustu, z których większość zamieszkiwała te właśnie tereny. Ponad trzy miliony mieszkańców sowieckiej Ukrainy zagłodziła polityka ZSRR; ponad trzy miliony radzieckich jeńców wojennych – polityka niemiecka. Masowe rozstrzeliwanie odebrało życie setkom tysięcy ludzi.

W latach 1933-1945 Ukraina była najniebezpieczniejszym miejscem na świecie, właśnie dlatego, że stanowiła centrum zainteresowania obydwu neokolonialnych projektów.

Powojenna wersja sowieckiego projektu integracyjnego rozciągała się niemal dokładnie na strefę państw narodowych utworzonych w wyniku I wojny światowej. Wszystkie te komunistyczne odtąd terytoria zostały poddane planom modernizacyjnym w duchu kolonizacji wewnętrznej, choć generalnie z dużo mniejszą intensywnością niż w ZSRR. Większość z tych krajów była rolnicza w mniejszym zakresie niż ZSRR, a tym samym miały dużo mniej do uzyskania z programów ekstensywnego rozwoju gospodarczego. Sąsiadowały ze sobą i ze Związkiem Radzieckim, ale także z odmiennym i konkurencyjnym projektem integracyjnym.

UE to wspólna ojczyzna wielkich niegdyś mocarstw

I wojna światowa oznaczała triumf europejskiej dekolonizacji oraz kres tradycyjnych imperiów lądowych. Integracja jednego tworu, mianowicie państw narodowych oznaczała dezintegrację innego, mianowicie imperiów. II wojna światowa jednocześnie udaremniła nazistowski projekt rekolonizacji, zmieniła projekt sowiecki, jak również osłabiła tradycyjne imperia morskie. Tym, co tak naprawdę umożliwiła Unia Europejska, było miękkie lądowanie po czasach kolonizacji, wsparte na micie pokoju. Najważniejszym adwokatem europejskiej integracji na samym jej początku była Republika Federalna Niemiec. Niemcy Zachodnie były najbardziej spektakularnym w historii przykładem nieudanego projektu kolonialnego: spróbowawszy przetworzyć połowę Europy i zmienić porządek światowy, Niemcy ponieśli klęskę i znaleźli się w podzielonym kraju ze skompromitowanym wizerunkiem. W takiej sytuacji współpraca z Francją, Holandią, Belgią i Luksemburgiem mogła wydawać się Bonn dobrą alternatywą.

W latach i dekadach powojennych europejskie państwa, które utraciły swe zamorskie posiadłości znalazły zamienną strefę handlu wewnątrz samej Europy. Za Francją i Holandią podążyła Hiszpania, Portugalia, a nawet Wielka Brytania. Transformacja nie obyła się bez problemów, ale stała za nią przemożna logika ekonomiczna. Mało kto przychylał się do idei, że europejskie państwo narodowe może poradzić sobie samo bez jakiegoś większego partnera handlowego. Nawet państwa bardzo długo neutralne, jak Austria czy Szwecja handlowały z Unią Europejską, a w końcu też do niej dołączyły. To właśnie pod koniec lat 80., kiedy radzieckie imperium pękało w szwach, integracja europejska nabrała kształtu jako projekt polityczny i gospodarczy. Wtedy już wyczerpane systemy modelowane na ZSRR spróbowały konsumeryzmu, uwydatniając tylko różnice między standardami życia w zachodniej i wschodniej Europie. Francja była gorzej rozwinięta od Czech w latach 30., ale niewątpliwie dużo lepiej niż w 80. Sąsiedztwo między imperium sowieckim a strefą integracji europejskiej działało odtąd przeciwko porządkowi sowieckiemu.

Choć Unia Europejska działała jako substytut dla kolonizacji, kierowała się innymi regułami. Mimo różnic wagi gospodarczej i politycznej jej członkowie uznawali się nawzajem jako formalnie równi, przy czym mniejsze państwa dysponowały poszerzoną władzą w ramach większej całości. Choć wymogi wstąpienia do Unii Europejskiej nie zostały sformalizowane aż do wczesnych lat 90., zawsze było jasne, że jest ona otwarta tylko dla państw suwerennych, które mogą wykazać się jakimś zakresem zdolności administracyjnych. Ostatecznie sformalizowano je jako demokrację, liberalną gospodarkę i zdolność do wdrożenia tzw. acquis communautaire, czyli korpusu praw i praktyk właściwych UE. Po rewolucyjnym okresie lat 1989-91 Unia Europejska stała się przystanią nie tylko dla byłych kolonizatorów, ale także dla niegdyś skolonizowanych.

W uroczystościach upamiętniających stulecie rozpoczęcia I wojny światowej w zeszłym roku pomijano jedną ważną kwestię: że sformułowanie po niej ustaleń pokojowych zajęło stulecie.

Na pierwszy rzut oka rozszerzenia Unii Europejskiej z lat 2004, 2007 i 2013 mogą się wydawać formą rozliczenia II wojny światowej w tym sensie, że przezwyciężony został wreszcie zimnowojenny podział między Europą wschodnią a zachodnią. Tak naprawdę jednak przezwyciężony został podział dużo głębszy – między niegdysiejszymi potęgami morskimi, które zwyciężyły w I wojnie światowej, a wschodnioeuropejskimi państwami narodowymi, które powstały bądź zostały zmodyfikowane w efekcie tego zwycięstwa. Szara strefa państw narodowych z roku 1918 stała się niemal dokładnie zachodnią przybudówką imperium sowieckiego w roku 1945, a potem – też niemal dokładnie – strefą poszerzenia Unii Europejskiej w pierwszych latach XXI wieku.

Unia Europejska XXI wieku pokazała, że może być przystanią zarówno dla byłych imperiów, jak i byłych podmiotów imperium. Większość elit narodowych uważała za oczywiste, że „powrót do Europy” to naturalne zwieńczenie wyzwolenia narodowego. Podobnie jak ukraińscy rewolucjoniści 2013 roku rozpoznały historyczny związek między suwerennością a integracją wcześniej niż wielu publicystów i akademików. Wniosek był rozsądny o tyle, że Unia Europejska faktycznie rozwiązuje problem zasadniczej słabości państw narodowych, który ujawniły doświadczenia lat 20. i lat 30. Zapewnia sąsiedztwo w mocarstwami przyjaznymi, metodę zachowania równości w relacjach z nimi i strefę wolnego handlu oraz wolnego przepływu ludzi.

Inaczej niż poprzednie projekty integracyjne Unia Europejska ma niewiele ideologii czy autodefinicji, nie ma też własnych sił zbrojnych. Jej ekspansja nie ma nic wspólnego z militaryzmem, za to wszystko – z właściwą jej atrakcyjnością. Ponieważ postrzegana jest jako strefa przewidywalności i dobrobytu, potrafi mobilizować społeczeństwa obywatelskie na rzecz takich reform państw, które pozwoliłyby na przyłączenie się do niej. Budżety wojskowe członków UE są niewysokie, gdyż historycznie za parasol bezpieczeństwa służyła wojskowa obecność Stanów Zjednoczonych. Wraz ze stopniowym wycofywaniem się wojsk amerykańskich z Europy po 1989 roku oraz obniżaniem rangi Europy jako priorytetu polityki amerykańskiej pod rządami administracji Obamy, przywódcy krajów członkowskich UE znaleźli się w obliczu podwójnego wyzwania autodefinicji: popularności UE w Ukrainie oraz nowej polityki zagranicznej Rosji.

Rosyjski projekt neokolonialny

Aspiracje Ukraińców w roku 2013 i 2014, a zwłaszcza ich żądanie porozumienia o stowarzyszeniu z Unią Europejską stają się w ten sposób jasne.

Mieszkańcy Ukrainy, być może bardziej niż ktokolwiek inny, byli w stanie docenić logikę europejskiej integracji w jej ostatniej formie.

Ukraina znajdowała się w pobliżu ośrodków kilku spośród głównych integrujących i dezintegrujących projektów europejskich XX wieku. Nie stała się państwem narodowym, pomimo poważnego wysiłku wojennego, po I wojnie światowej; zamiast tego większość terytoriów dzisiejszej Ukrainy stała się częścią Związku Radzieckiego. Była główną kolonią niemiecką w czasie I wojny światowej i miała też stać się główną kolonią Niemiec w czasie II wojny. Żaden kraj nie został w większym stopniu ukształtowany przez nawarstwienie się nazistowskiego i sowieckiego projektu transformacji.

W drugiej dekadzie XXI wieku Ukraina jest przykładem tej historycznej granicy, której Unia Europejska nie przekroczyła.

Unię można postrzegać jako przezwyciężenie linii podziału z roku 1945 czy roku 1918. Nie przezwyciężyła ona linii podziału z roku 1917. Ani jeden centymetr kwadratowy europejskiego terytorium, które przed wojną należało do Związku Radzieckiego, nie znajduje się dzisiaj w Unii Europejskiej.

Powojenne kraje satelickie należą do niej, państwa bałtyckie wcielone do ZSRR w roku 1940 i potem w 1945 należą. Ale żaden z krajów obejmujących terytorium, które należało do przedwojennego Związku Radzieckiego nie należy do Unii Europejskiej. W tym sensie stalinowska wersja kolonizacji wewnętrznej okazała się trwała.

Od czasu rozszerzenia UE w XXI wieku Ukraina sąsiaduje z czterema członkami Unii Europejskiej. Podobnie jak komunistyczne państwa satelickie z lat 70. i 80. Ukraina to społeczeństwo konsumpcyjne, którego obywatele mają regularny kontakt z dużo zamożniejszymi społeczeństwami konsumpcyjnymi na Zachodzie. Jej największym problemem nie jest przekleństwo komunizmu, ale skrajna koncentracja bogactwa, popularnie określana jako oligarchia, oraz towarzysząca jej korupcja. W roku 2013 perspektywa umowy stowarzyszeniowej z UE była w Ukrainie popularna dlatego, że traktowano ją jako krok w kierunku rządów prawa. Teoria polityczna, która kierowała działaniami na Majdanie była prosta, choć często niezauważana. Stało za nimi integracyjne równanie – społeczeństwo obywatelskie, państwo i Europa są zależne od siebie nawzajem. Państwo potrzebuje społeczeństwa obywatelskiego, by to pchnęło ją w stronę Europy i potrzebuje Europy, by pomogła zwalczyć korupcję. Integracja wzmocniłaby zatem suwerenność, a suwerenność wzmacniałaby integrację, choć oczywiście nie automatycznie – nie bez dużej liczby obywateli ukraińskich gotowych na poniesienie ryzyka.

Polityka Putina jest wroga UE

Jednocześnie latem i jesienią 2013 roku rosyjska polityka zagraniczna uległa zmianie, przyjmując za swój jawny cel dezintegrację projektu europejskiego. Nie istnieje żadna całościowa strategia w tradycyjnym rozumieniu celi pozytywnego; stosowany jest natomiast strategiczny relatywizm, w którym przedmiotem stałego zainteresowania jest zlikwidowanie powiązań, dzięki którym zdefiniowany przeciwnik wydaje się silny. Po raz pierwszy zresztą Kreml zdefiniował Unię Europejską jako przeciwnika.

Postępując w ten sposób, rosyjscy przywódcy kierowali się tą samą logiką historyczną co mieszkańcy Ukrainy: uznali istnienie pozytywnego sprzężenia zwrotnego między społeczeństwem obywatelskim, rządami prawa i Europą. Inaczej jednak niż mieszkańcy Ukrainy, rosyjscy przywódcy życzyli sobie zerwania tych powiązań, a nie ich wzmocnienia.

To również był wybór; rosyjska polityka mogła (i niemal na pewno powinna) obrać inny kurs. Ukraińska polityka podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE, która była jednoznaczna od ponad roku, została szybko uznana za cios wymierzony w interesy Rosji. Prezydent Władimir Putin odwiódł ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza od podpisywania umowy z UE w listopadzie 2013 roku. Rosyjska polityka zagraniczna doprowadziła zatem do protestów, które rozpoczęły rewolucję.

Ówczesna propozycja Kremla zakładała, że Ukrainę można wygrać dla konkurencyjnego, rosyjskiego projektu Unii Eurazjatyckiej. W sensie formy miała to być unia celna z Rosją i częścią jej sąsiadów; w sensie ideologicznym zdefiniował ją Siergiej Ławrow, rosyjski minister spraw zagranicznych, jako całościową alternatywę: „wspólną strefę gospodarczą i humanitarną rozciągającą się od Oceanu Atlantyckiego do Pacyfiku”, która zastąpiłaby schyłkową Unię Europejską. Jej architekt, Siergiej Głazjew, wyjaśniał, że powstrzymałaby ona Polskę „przed przejęciem z powrotem ukraińskich terytoriów pod swoją jurysdykcję”. Kiedy Ukraińcy zaprotestowali przeciwko niepodpisaniu przez ich prezydenta umowy stowarzyszeniowej, rosyjska propaganda podkreślała rzekomy upadek moralnych wartości wewnątrz UE. Do początku 2014 roku koncentrowała się na skutecznych z cynicznego punktu widzenia wątkach faszyzmu i geopolityki, ale po pierwszych zaskakujących momentach artykulacji przez Ukraińców swych preferencji zaczęto i Europejczyków, i Ukraińców etykietować jako homoseksualistów. Źródłem polityki skierowanej przeciwko Majdanowi była polityka antyunijna, której ta była tylko częścią.

Rosja nie chce anektować Doniecka ani Ługańska

Rosyjska polityka pomawiania protestujących i obiecywania pieniędzy ukraińskiemu rządowi, aby tylko ich stłamsił, musiała wywołać odwrotną reakcję i taka też nastąpiła. Dyktatorskie ustawy reżimu Janukowycza ze stycznia 2014 i strzały snajperów z lutego 2014 przekształciły protesty w rewolucję. Rosyjska odpowiedź, to znaczy inwazja i aneksja Półwyspu Krymskiego były zapewne pomyślane w celu obalenia ukraińskiego państwa. Kiedy nic podobnego nie nastąpiło, Rosjanie wsparli separatystów w obwodach ługańskim i donieckim. Zyskawszy pewne ograniczone poparcie społeczne, ale mało zaangażowanych sojuszników poza kryminalistami, lokalnymi prawicowcami i nazistami, Rosja zmuszona była użyć swych własnych oddziałów. W obydwu obwodach zginęły tysiące Ukraińców, a ponad milion ukraińskich obywateli zostało przesiedlonych.

Choć w kolejnych miesiącach i latach niewątpliwie pojawi się wiele nowych danych, a wojna z pewnością będzie tematem historycznych debat przez kolejne dekady, rozsądne wydaje się postrzeganie jej źródeł w większej kampanii dezintegracyjnej. Pomimo podniosłych sloganów na temat praw rosyjskojęzycznej ludności Rosja wykazała faktycznie niewiele zainteresowania losem rosyjskojęzycznych, których ojczyznę spustoszyła rosyjska interwencja.

Rosja nie wydaje się skłonna anektować obwodów ługańskiego czy donieckiego, woli je za to pozostawić w stanie przedłużającej się katastrofy, będącej wyzwaniem zarówno dla Ukrainy, jak i Unii Europejskiej.

Nieprzewidywalna wojna i niekończący się kryzys jako wyzwania rzucone państwu ukraińskiemu wydają się kluczowe. Sama inwazja rosyjska popchnęła ukraińską opinię publiczną jeszcze mocniej w stronę idei integracji europejskiej, ale członkostwo w Unii Europejskiej wymaga suwerennego i funkcjonalnego państwa.

Różne wizje społeczeństwa obywatelskiego

Osiowa różnica między obecnymi projektami europejskiej integracji a projektem dezintegracji polega na politycznym i retorycznym potraktowaniu słabych państw. Propozycja Unii Europejskiej polegała na biernym zachęcaniu do reform poprzez perspektywę przyszłego członkostwa. Propozycja Rosji wydaje się oscylować między podporządkowaniem a zniszczeniem, czemu towarzyszą różne formy języka nierówności: teza Putina, że Rosja i Ukraina to „jeden naród”, jego argumenty na rzecz realności istnienia „Noworosji” czy „rosyjskiego świata”, twierdzenia o Ukrainie jako „sztucznym państwie” czy o tym, że na dzisiejszym ukraińskim terytorium tysiąc lat temu zaczęła się „historia Rosji”; do tego twierdzenia Głazjewa, że Ukraina przestała istnieć, tak naprawdę nigdy nie istniała, względnie że podpiera się wyłącznie na wyszkolonych przez Amerykanów nazistach; wreszcie jako ekstremum (choć niepozbawione znaczenia) tezy Aleksandra Dugina, że Ukraina jest częścią „Większej Rosji” i że Rosjanie muszą zabić ludzi twierdzących, że są Ukraińcami po to, by zrealizować przeznaczenie Rosji.

Już sama różnica stylu retorycznego jest znacząca: o ile w Unii Europejskiej częścią politycznej etykiety jest wyolbrzymianie równości państw członkowskich, o tyle rosyjscy urzędnicy i propagandyści wyolbrzymiają słabości państwa ukraińskiego, negują też wartość ukraińskiej tożsamości i ukraińskiej historii.

Ostateczne cele są różne: wzmocnienie idei suwerenności a następnie jej wzajemne powiązanie w ramach większej całości bądź osłabienie suwerennych państw i odtworzenie imperialnej hierarchii.

Intelektualna różnica między obecnymi projektami integracji i dezintegracji polega na wierze w społeczeństwo obywatelskie bądź w ogólnoświatowy spisek. Wiara w integrację państw w ramach UE sprzyja wierze, że zdrowa polityka potrzebuje społeczeństwa obywatelskiego. Jego przykładem była rewolucja Majdanu w tym sensie, że zaangażowała ona ludzi dobrowolnie zrzeszających się przeciwko nieprzewidywalnemu (później dyktatorskiemu, a jeszcze później zbrodniczemu) państwu w imię rządów prawa dziś i europejskiej przewidywalności w przyszłości. Założenie, powtarzane w kółko, choć nie zawsze rozumiane, było takie, że społeczeństwo obywatelskie, ukraińskie państwo oraz integracja europejska mają się stać wzajemnie sprzyjającą sobie triadą. Ten główny nurt myśli politycznej na Majdanie łączył indywidualne działanie, narodową tożsamość oraz polityczną normatywność.

Rosyjska odpowiedź na Majdan ujawniła założenia przeciwne: to, co nazywa się „społeczeństwem obywatelskim” to tylko przykrywka dla wrogich wpływów globalnych. Dla prezydenta Putina, podobnie jak dla dawniejszych przywódców europejskich, Ukraina to kraj, w którym kolonizacja zderza się z dekolonizacją; lokalny projekt podboju połączony z oporem przeciwko wielkiemu hegemonowi globalnemu – i przez ten opór uzasadniony. Z jednej strony Putin używa tradycyjnej retoryki kolonialnej, by usprawiedliwić tradycyjną wojnę kolonialną przeciw Ukrainie, z drugiej – twierdzi, że wojna ta stanowi wyraz oporu przeciwko międzynarodowemu spiskowi USA. Minister spraw zagranicznych Ławrow skarży się przy tym, że amerykańscy przywódcy traktują Rosjan jak „podludzi” i że Amerykanie ideę swej wyższości mają „we krwi”.

Rosji chodzi o imperium

W roku 2014 Rosja pielęgnowała relacje z państwami klientelistycznymi wewnątrz UE (Węgry), starała się pozyskać kolejne (Cypr, Grecja, Bułgaria, Serbia, Austria, Czechy, Słowacja), wspierała separatyzm wewnątrz Unii (UKIP oraz Szkotów), wspierała partie narodowo-populistyczne i skrajnie prawicowe domagające się osłabienia UE (Front Narodowy, Jobbik i kilka innych), wreszcie legitymizowała faszystów i nazistów poprzez zapraszanie ich jako obserwatorów „referendów”, które towarzyszyły inwazjom na Krym i południowo-wschodnią Ukrainę, i na inne sponsorowane przez Rosję zgromadzenia. Etniczne uzasadnienia wojny w Ukrainie stanowiły filozoficzne wyzwanie dla suwerenności państw. Podejście prezydenta Putina do historii polega raczej na poszukiwaniu w niej wzorców, a nie wyciąganiu lekcji. Szczególną uwagę zwraca się na lata 1938-1941, kiedy to nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki rozmontowały dotychczasowy system europejski. Próba rozmontowania Ukrainy jest uderzająco podobna do udanego demontażu Czechosłowacji w latach 1938-1939. Prezydent Putin rehabilitował już pakt Ribbentrop-Mołotow, a więc to samo porozumienie między nazistowskimi Niemcami a Związkiem Radzieckim, które doprowadziło do rozpoczęcia II wojny światowej.

Rosyjski projekt zniszczenia Ukrainy i Unii Europejskiej w imię jakiegoś alternatywnego porządku globalnego nie powinien nas szokować ani dziwić. Można dyskutować, czy dezintegracja faktycznie jest w interesie Rosji, ale to niewątpliwie jest polityka oparta na poprawnym rozumieniu historii.

O ile Majdan miał połączyć podmiotowość, suwerenność i Europę, o tyle w rosyjskim anty-Majdanie chodzi o propagandę, spiski i o imperium. Rosyjski sukces polityczny pożenienia retoryki kolonialnej z dekolonizacyjną – prowadzenie wojny o podbój Ukrainy i jednoczesne głoszenie pretensji do wyzwolenia świata od ciemiężącego hegemona planety – udało się osiągnąć już w przeszłości. Skoro Ukraina stała się korytarzem, przez który historia europejska sto lat temu przeszła na poziom globalny, nie ma nic zaskakującego w tym, że może ponownie stać się nim dzisiaj. Realne pytanie brzmi dzisiaj, w jaki spoób: jako rozszerzenie europejskiego projektu opartego najpierw na wzmocnieniu, a potem połączeniu suwerenności, czy też jako przykład rosyjskiego (a koniec końców chińskiego) projektu suwerenności hierarchicznej, która, mówiąc słowami Carla Schmitta, przynosi kres „monopolistycznej pozycji pustego pojęcia terytorium państwowego”.

Za ryzykiem, jakie Ukraińcy podjęli na Majdanie i wciąż podejmują, opierając się rosyjskiej inwazji na wschodzie, stoi pewna logika polityczna, którą także Kreml rozumie i którą zwalcza. Opór wobec pozytywnej triady: społeczeństwo obywatelskie – państwo – integracja, zakłada dostarczenie alternatywnych wyjaśnień dla obserwowanych zjawisk, spójnych z celem dezintegracji i de facto ją przyspieszających. Antyglobalistyczne idee Kremla, zwłaszcza te dotyczące oporu wobec rzekomych (amerykańskich, oligarchicznych, gejowskich, żydowskich) spisków globalnych, znajdują szeroki oddźwięk w czasach globalizacji. Wskazywanie na sprzeczności wewnątrz rosyjskiej propagandy, względnie między rosyjską propagandą a rosyjskimi działaniami, nie sprawi, że wyzwanie to zniknie. Dawni rywale liberalizmu z dzisiejszego punktu widzenia też nie wydają się bardzo atrakcyjni, ale to nie powstrzymało ich w swoim czasie przed odegraniem roli młota dezintegracji.

przeł. Michał Sutowski

Tekst ukazał się we „Frankfurter Allgemeine Zeitung.

 

**Dziennik Opinii nr 79/2015 (863)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco