Świat

Sasnal: Syria chce pokoju, nie kalifatu

Syryjczycy chcą, żeby wreszcie ustały walki. Nieważne czy wygra reżim, czy demokracja.

Jakub Majmurek: Do stołu negocjacyjnego w Genewie zasiedli w styczniu przedstawiciele rządu Syrii i opozycji. Jak do tego doszło?

Patrycja Sasnal: Propozycja konferencji pokojowej w sprawie Syrii pojawiała się już od 2012 roku, ale nabrała tempa dopiero w związku z atakiem chemicznym pod Damaszkiem w sierpniu 2013. Wtedy nacisk międzynarodowy na Syrię tak się nasilił, że Asad się po prostu ugiął. Przyznał się do posiadania broni chemicznej, zgodził się jej pozbyć. Wtedy też zobowiązał się wobec Rosji, że weźmie udział w konferencji. Nie mógł odrzucić tej propozycji także dlatego, że przeczyłoby to narracji o konflikcie w Syrii, jaką sam przestawia: Asad zawsze powtarzał, że wojna, którą toczy, to wojna z terrorem, a na dialog jest otwarty. Stworzył nawet Ministerstwo Pojednania Narodowego i zapraszał do rozmów usankcjonowaną reżimową opozycję. Udział jego przedstawicieli w tej konferencji zmienia go z potwora w negocjatora, legitymizuje na arenie międzynarodowej. A tymczasem może bez przeszkód prowadzić swoją kampanię wojskową, którą zajęte Genewą media pewnie pominą.

Kto konkretnie reprezentuje w Genewie opozycję?

Ciało, które nazywa się Syryjska Koalicja Narodowa. Składa się z przedstawicieli Syryjczyków na uchodźstwie. Ma siedzibę w Kairze i częściowo w Stambule.

To ugrupowanie walczy dziś w Syrii z rządem?

Nie, to ciało polityczne. Z grup walczących dziś w Syrii nikt do Genewy nie przyjechał.

Kto prowadzi tę walkę?

Armia Wolnej Syrii, która teoretycznie stanowi wojskowe zaplecze Syryjskiej Koalicji Narodowej, ale w praktyce koalicja polityczna ma ograniczoną kontrolę nad swoim wojskowym ramieniem. Dla Armii Wolnej Syrii też wystosowano zaproszenie do Genewy, ale je odrzuciła. Być może wybrano taki wariant – opozycja polityczna siada do stołu, militarna nie – jako Salomonowe rozwiązanie: ani nie podkładamy się całkowicie Asadowi, ani nie rezygnujemy z dialogu. Druga ważna organizacja walcząca w Syrii to Front Islamski. To grupa kilkunastu oddziałów zbrojnych o mocno religijnej ideologii. Nie można ich zaliczyć do fundamentalistów – nie dążą do utworzenia globalnego kalifatu, gdzie nie ma miejsca dla niewiernych – ale niedaleko im do Bractwa Muzułmańskiego. Prawdopodobnie ich też chciano ściągnąć do Genewy, ale ogłosili, że każdy, kto tam pojedzie, będzie uznany za zdrajcę. Wreszcie trzecia grupa to islamscy ekstremiści, uznawani przez społeczność międzynarodową za terrorystów, jak Islamskie Państwo Syrii i Lewantu. Oni oczywiście zaproszenia do Genewy nie dostali.

Jak więc pan widzi, paradoks tych negocjacji polega na tym, że tak naprawdę z samej Syrii przyjechała jedynie reprezentacja rządowa.

Jakie są podstawowe postulaty opozycji?

Opozycja ma dwa zasadnicze cele w Genewie. Pierwszy jest zupełnie nierealistyczny, wyrażają go populistyczne, hasłowe żądania, sprowadzające się do sloganu „Asad musi natychmiast odejść”. Innymi słowy żądają, by Asad oddał im władzę. Strona rządowa chce oczywiście czegoś odwrotnego. Drugim celem opozycji jest pokazanie się światu jako wiarygodna alternatywa dla Asada. Przywódca Syryjskiej Koalicji Narodowej wspierany przez Saudyjczyków Ahmed al-Jarba, nazywany jest w kuluarach „prezydentem”. Koalicja nie ma szerokiego poparcia w Syrii. Ulica uważa ją za sługusa Arabii Saudyjskiej i Kataru. W Genewie opozycjoniści walczą o swoją legitymację, chcą pokazać, że są w stanie godnie reprezentować Syrię.

Skoro tak, to czy ta konferencja ma jakieś znaczenie, czy przyszłość tego kraju rozstrzygnie się militarnie?

To dobre pytanie.

Wszyscy z zewnątrz – Rosjanie, Amerykanie, ONZ – powtarzają: „Ktokolwiek zna Syrię, wie, że ten konflikt musi mieć rozwiązanie pokojowe, nie da się go rozstrzygnąć militarnie, strony mogą walczyć bez końca”. Ale ta mantra powtarzana jest tylko przez nie-Syryjczyków.

Obie walczące strony, i Asad, i opozycja wierzą, że są w stanie wygrać ten konflikt militarnie. I dopóki będą w to wierzyć, trudno wynegocjować jakieś porozumienie. Chyba że coś się im za nie da. Negocjacje się przeciągną, będą miały pewnie wiele rund, trwających miesiące, może i lata. Ale nawet gdybyśmy je oceniali bardzo krytycznie, to trzeba dać im szansę, bo są jedyną alternatywą dla rozwiązań zbrojnych. Już sam fakt, że te nienawidzące się strony siadają naprzeciw siebie, jest przełomowy. Wchodzą na salę osobnymi drzwiami, rzadko dochodzi między nimi do kontaktu wzrokowego, ale negocjują i powoli „topią lód”, by użyć słów głównego mediatora Lahdara Brahimiego.

W konflikt syryjski zaangażowanych jest wiele innych rządów. Co poszczególni gracze regionu i światowe mocarstwa chcą ugrać w Genewie?

O samym przebiegu negocjacji w dużej mierze decyduje jedna osoba, Algierczyk Lakhdar Brahimi. To były minister spraw zagranicznych Algierii, ale co najważniejsze, człowiek, który wynegocjował porozumienie pokojowe po 15-letniej wojnie domowej w Libanie w 1989 roku. Ma za sobą ogromny sukces dyplomatyczny w negocjacjach w podobnym konflikcie: Liban, jak dziś Syrię, trawiła wojna międzywyznaniowa, mająca na celu odarcie z władzy rządzącą mniejszość religijną. Jeśli chodzi o inne państwa, to Rosja i Stany Zjednoczone grają pierwsze skrzypce, ale częściowo grają razem, a częściowo przeciw sobie. Na pewno współpracowały, aby konferencja w Genewie się odbyła i żeby doszło do jakiegoś porozumienia. Ale ich długofalowe cele są odmienne. Stany chciałyby, żeby przynajmniej sytuacja w Syrii się uspokoiła, żeby Asad osłabł, żeby ten teren się nie palił. Bo jak się będzie palił zbyt długo, to za chwilę zapalić się może cały region. Rosja z kolei pragnie za wszelką cenę utrzymać wpływy w Syrii, a te na razie gwarantuje tylko Asad. Moskwa chce też dopuścić do rozpadu państwa, bo to źle by wróżyło przyszłej integralności terytorialnej samej Federacji Rosyjskiej. Dwa kolejne kluczowe dla stosunku sił w Syrii państwa to Arabia Saudyjska i Iran. Z początku nie było wiadomo, czy Arabia Saudyjska weźmie udział w konferencji, ze względu na możliwą partycypację Iranu. Już wcześniej Saudowie ochłodzili relacje z Waszyngtonem ze względu na jego zbliżenie z Teheranem. To więc dodatkowo skomplikowało sytuację, bo wykluczało obecność obu wielkich regionalnych graczy w Genewie. Dla Stanów pierwszym zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa jest irański program atomowy, a nie wojna w Syrii. Nacisnąwszy Teheran w pierwszej kwestii, nie bardzo mogą go nacisnąć w drugiej. W Genewie Iran pracowałby więc raczej jako sojusznik Asada niż siła skłonna zmieniać jego decyzje.

Czy ta cała sytuacja nie pokazuje, że społeczność międzynarodowa nie ma pomysłu na Syrię? Żaden z ważnych graczy – Unia Europejska, Stany, Rosja – nie mają konkretnej propozycji.

Ma pan rację. Turcja, Arabia Saudyjska i Katar mają rozwiązanie: chcą, żeby Stany Zjednoczone wysłały wojsko do Syrii i zrobiły tam za nich porządek. Całe odium za tę sytuację spada na Stany, które są Bogu ducha winne.

Barack Obama słusznie nie angażuje się tu zbrojnie – skutkiem byłaby wieloletnia, kosztująca miliardy obecność wojskowa Stanów w Syrii, za którą nikt nie byłby im wdzięczny, wręcz przeciwnie. Arabowie są uczuleni na amerykańskie wojsko w regionie. W tym konflikcie łatwych wyjść nie ma – jedyne co pozostaje to rzucić się w wir negocjacji i humanitarnie pomagać.

Jakie w ogóle mogłoby być realne rozwiązanie dla Syrii, które zakończyłoby przemoc? Jest jakiekolwiek w zasięgu naszej politycznej wyobraźni?

W zasięgu wyobraźni rozwiązanie oczywiście by się znalazło – kłopot w tym, żeby wyobraźnia nie zeszła na manowce zupełnej fikcji. W praktyce widziałabym to tak, że w wyniku negocjacji (może nie teraz, ale po czwartej, piątej Genewie) następuje zawieszenie broni. Już wielokrotnie udawało się lokalne zawieszenie broni wynegocjować w różnych miejscach kraju, ostatnio na północy Damaszku. Wtedy do oblężonych ludzi docierają dostawy żywności, prądu, oleju na opał. To jest plan Lakhdara Brahimiego na dziś – doprowadzić do zawieszenia broni w starym mieście w Homs, gdzie 3 tysiące osób od połowy ubiegłego roku nie ma dostępu do podstawowych dóbr.

W tym roku wypadają w Syrii wybory prezydenckie. Asad już zapowiedział, że będzie startował. Ale tę sytuację może rozegrać inaczej: wycofać się z wyborów, a to stworzyłoby jakąś sytuację przejściową, otworzyło nowy etap negocjacji z opozycją. W ten sposób Asad odszedłby z honorem: nie ucieka z kraju, nie musi znikać, decyduje po prostu, że nie startuje na trzecią kadencję. To o tyle dobre rozwiązanie, że zastępca Asada, Farouk al-Sharaa, uważany jest za mniej twardogłowego i byłby łatwiejszy do strawienia dla opozycji. Samo nazwisko Asad kojarzy się brutalnym reżimem i nikt je noszący nie będzie mógł w przyszłości sprawować władzy w Syrii. Ale elity władzy wokół Asada jakieś miejsce muszą sobie znaleźć, jeśli dogadają się z opozycją.

Asad rzeczywiście może się bezpiecznie wycofać i zostać osobą prywatną? Trudno mi uwierzyć, że nowy układ będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo jemu i jego rodzinie w Syrii.

Pewnie nie będzie. Asad raczej nie byłby bezpieczny w Syrii po oddaniu władzy, ale nie sądzę, by dobrowolnie opuścił kraj. Na samym początku konfliktu oferowano mu przelot w różne miejsca świata. Ben Ali, były prezydent Tunezji, mieszka sobie bezpiecznie w Arabii Saudyjskiej. Tam Asad na pewno nie może i nie chce jechać, ale – zmuszony do opuszczenia Damaszku – pewnie osiedliłby się pośród syryjskich alawitów, swoich współwyznawców, gdzieś w na wybrzeżu.

A czego chcieliby sami Syryjczycy i Syryjki?

Przede wszystkim żeby ustały walki. Chcą małej stabilizacji. Czy ona przyjdzie w ramach bardziej demokratycznego, czy bardziej autorytarnego reżimu – dziś jest im w zasadzie obojętne, byle oddalić widmo kalifatu. I tu właśnie może pojawić się wspólnota celów między reżimem i częścią opozycji – przeciwstawienie się zagrożeniu ze strony fundamentalistów, dla których suwerenem nie jest ani człowiek, ani naród, tylko Bóg.

Demokracja to dla nich grzech przeciw Bogu – szirk bil-lah. Być może w pewnym momencie będzie musiał powstać front reżimowo-opozycyjny przeciw fundamentalistom.

Co jeszcze można zrobić w sprawie Syrii? Co może Unia Europejska?

Może przeznaczyć więcej pieniędzy na pomoc humanitarną i zacząć przyjmować uchodźców. Niemcy przyjęły 10 tysięcy Syryjczyków, i jest to rekordowa liczba, nikt tylu nie chce. Szwecja przyjęła tysiąc, Francja i Finlandia po pięciuset. To kropla w morzu potrzeb. Poza Syrią jest już ponad dwa miliony uchodźców. Do Europy przyjechało łącznie ponad 60 tysięcy uchodźców. To głównie klasa średnia, podróżująca przez Egipt. Lądują na ogół we Włoszech, rujnując się na opłaty dla przemytników. Tam dosłownie zaciskają pięści, żeby nie dać sobie zdjąć odcisków palców – gdyby zostały zdjęte, musieliby zgodnie z prawem unijnym ubiegać się o status uchodźcy we Włoszech, a w porównaniu z krajami Europy Północnej świadczenia socjalne na Południu są niskie.

I poza pomocą uchodźcom? Trzeba czekać i uzbroić się w cierpliwość?

Tak, dziś szanse na całościowe polityczne porozumienie są zerowe. Ale jeśli się uda wynegocjować nawet jedno punktowe zawieszenie broni – jak w Homs – to będzie to wielki krok naprzód.

W semestrze letnim 2014 r. Dr Patrycja Sasnal poprowadzi w Instytucie Studiów Zaawansowanych zajęcia Jesień arabskiego średniowiecza. Zmiany społeczno-polityczne w świecie arabskim w XXI w.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.