Świat

Gruzinki opowiadały o seksie, o przemocy. Faceci się obrazili [rozmowa]

Dopóki działasz w ukryciu, możesz robić, co chcesz. Konwencje, role społeczne, układy rodzinne mają w Gruzji olbrzymie znaczenie. Państwo nie działa. Dlatego trzeba mieć rodzinę, a potem dzieci, żeby zajęły się tobą na starość. Kaja Puto rozmawia ze Stasią Budzisz, autorką książki „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”.

Kaja Puto: Chciałaś swoją książką obrazić Gruzinów?

Stasia Budzisz: Nie, oczywiście nie miałam takiego celu (śmiech). Ale spodziewałam się, że część Gruzinów, a także polskich miłośników Gruzji zareaguje na tę książkę krytycznie. Miałam świadomość tego, że wkładam kij w mrowisko. Zresztą już na etapie gromadzenia materiałów do książki zbierałam baty – na przykład kiedy zapytałam na jednej z fejsbukowych polsko-gruzińskich grup, czy ktoś widział może w Gruzji reklamę środków antykoncepcyjnych, które sprzedawane są tam bez recepty. Skończyło się to ogromną burzą, w której prym wiódł młody Gruzin. Wyzwał mnie od szmat, no bo jak to w ogóle możliwe, że kobieta podejmuje taki temat na forum publicznym. Na koniec dodał, że na Gruzinów takie tabletki nie działają, bo ich nasienie jest tak silne, że i przez tabletki się przebije.

Ale dostaję też dużo pozytywnych opinii – przede wszystkim od kobiet. Wiele Gruzinek, które na forach nie chcą się konfrontować albo boją się ostracyzmu, piszą do mnie, że cieszą się, że ktoś podejmuje takie tematy. Oburzeni są najczęściej faceci. Zarzucają mi, że szukam skandalu dla pieniędzy, jestem agentką jakichś wrogich sił albo że robię czarny PR Gruzji.

Co takiego kontrowersyjnego napisałaś?

Największe kontrowersje wzbudził temat przemocy domowej, molestowania seksualnego i sytuacji osób LGBT. To trudne tematy – boryka się z nimi nie tylko Gruzja – które należą do tych wstydliwych; wolelibyśmy ich nie pokazywać światu.

Czy Gruzja jest gotowa na ruchy LGBT+?

Samo pojęcie molestowania seksualnego w gruzińskim dyskursie politycznym pojawiło się w maju 2019 roku. Przemoc domowa istnieje, jak wszędzie, i mimo działań organizacji pozarządowych oraz aktywności państwa gruzińskiego w tym zakresie nadal ma się świetnie. Ważne jest, że w tym kontekście z roku na rok rośnie świadomość społeczna i coraz rzadziej słyszy się argumenty, że to „sprawy rodzinne, w które nie należy się mieszać”. Widać to choćby po zmianie ustawodawstwa oraz rosnącej liczbie zgłoszeń przemocy domowej na policję czy telefon alarmowy 112.

A jednak dostaję takie wiadomości: „Ja to bym wolał, żeby pani pisała książki o miłości”. Albo pytania: „Co jest w tym złego, że mężczyzna przygląda się kobiecie lub jej dotknie, kiedy ona mu się podoba?”. Większość kobiet w Gruzji żyje z tym na co dzień.

Po polsku o Gruzji można przeczytać głównie peany na temat gruzińskiego wina i jedzenia czy gościnności Gruzinów. No, ewentualnie jeszcze to, że Tbilisi to nowy Berlin. Dlaczego tak trudno jest zajrzeć głębiej?

Bardzo trudno. Przez pierwsze lata, kiedy po prostu przyjeżdżałam do Gruzji, właściwie sama wielu spraw nie dostrzegałam. Trudno zauważyć problemy, kiedy wszyscy się do ciebie uśmiechają i zapraszają na wino. Bo to też jest Gruzja. Nie zapomnijmy jednak, że takie zaproszenie na wino to nie jest tylko zabawa, ale także wiąże się z czyjąś pracą, czasem i pieniędzmi. Gruzini są gościnnym narodem, to nie ulega żadnej wątpliwości. Niemniej warto pomyśleć, czy te kobiety podające nam do stołów, za które zaprosili nas ich mężowie, naprawdę są z tego powodu szczęśliwe. One przecież mogą mieć takich wizyt po prostu dość, ale nie pokażą tego po sobie, bo nie wypada. Będą się więc uśmiechać.

Dlaczego?

Konwencje odgrywają w tym społeczeństwie ogromną rolę. Mam taką znajomą parę, która przed zawarciem małżeństwa funkcjonowała w zupełnie partnerski sposób. On świetnie gotował, bez marudzenia sprzątał – prowadziliśmy razem mały biznes. Ale kiedy jego dziewczyna stała się żoną, wszystko się zmieniło. Przestał nawet podchodzić do kuchenki, tylko zasiadał przy stole i czekał, aż ona mu poda. I nie do końca była to jego wola − raczej jej życzenie. Wejście w rolę zmienia wszystko.

Zeman wciąż żywy, podobnie jak przemoc na Węgrzech i rasizm w Gruzji

Ktoś kiedyś powiedział, że reporter musi mieć czas. W przypadku Gruzji to się faktycznie sprawdziło. Być może dlatego, że jestem kobietą, łatwiej mi było wejść w ten zakulisowy świat. Rozmawiać z Gruzinkami o seksie, o tym, czego nie lubią w facetach, jakie tajemnice skrywają ich domy. Z facetami było nieco trudniej, chociaż i tak nie najgorzej, bo nie byłam przez nich do końca traktowana jak kobieta…

Bo jesteś cudzoziemką.

Tak, bo jestem z zewnątrz. Nie da się jednak ukryć, że Gruzini nie są przyzwyczajeni do tego, żeby poważnie rozmawiać z kobietami.

Swoich bohaterów szukałaś poza Tbilisi, w którym jednak żyje się bardziej postępowo.

Tak jak Polski nie da się czytać przez Warszawę czy kilka innych dużych miast, bo większość Polaków mieszka w małych miasteczkach, tak żeby zobaczyć Gruzję, trzeba wyjechać z Tbilisi. Niby w stolicy mieszka prawie połowa populacji, ale przecież wszyscy mają na prowincji rodzinę, z którą są silnie związani.


Swój pobyt w Gruzji – gdzie przebywałam łącznie około pięciu lat – zaczęłam od Zugdidi, niewielkiego miasta na zachodzie kraju. Mieszka tam wielu przesiedleńców z Abchazji, co interesowało mnie naukowo – pisałam wtedy doktorat o budowaniu gruzińskiej pamięci historycznej. Prowadziłam tam też hostel, a potem pracowałam przy projektach rozwojowych. Dwa ostatnie lata spędziłam w Tbilisi, więc mam porównanie.

I?

W stolicy bez większego wysiłku można żyć wielkomiejskim życiem w progresywnej bańce. A na prowincji jest tak, że jeśli dwa razy zostaniesz zobaczona na kawie z różnymi mężczyznami, to pół miasta analizuje to szczegółowo. Ja to bardzo dobrze znam, bo sama pochodzę ze wsi, ale jednak po latach spędzonych w dużym mieście miałam uśpiony refleks.

I trochę czasu minęło, zanim zrozumiałam, że znajomy mojego wspólnika, który wpada do hostelu pogawędzić, tak naprawdę mnie podrywa i wszyscy mają coś na ten temat do powiedzenia. Albo że nie powinnam spotykać się z kobietą o złej reputacji w miejscach publicznych, bo nie wypada. Nikt mi tego wprost nie powiedział, musiałam się domyślić. Tak jak i ona musiała się domyślić, że powinna do mnie przyjeżdżać po zmroku i taksówką, by sąsiedzi jej nie zauważyli.

Nawet w progresywnych kręgach w Tbilisi ludzie prowadzą podwójne życie: dla siebie i dla rodziny. Kiedy tam studiowałam, miałam kilka koleżanek, które angażowały się w ruchy feministyczne i pisały magisterki z gender studies. A jednocześnie te dwudziestoparolatki miały już dzieci i mężów, którzy w najmniejszym stopniu nie pomagali im w prowadzeniu domu. Nie mogłam do końca zrozumieć, jak to działa.

Znam mnóstwo takich historii. Szczególnie jeśli chodzi o osoby LGBT: mają żony, dzieci, są maczystowskimi mężczyznami, a na boku prowadzą drugie życie. Nie wyobrażają sobie, że mogliby żyć inaczej, a w razie coming outu nie mogą liczyć na żadną pomoc.

Funkcjonowanie w tej grze pozorów musi być potwornie ciężkie. Wojciech Górecki powiedział kiedyś, że najnieszczęśliwsi są ci, którzy są pomiędzy. Ci, którzy są po stronie tradycji, najczęściej nie znają niczego innego i nie chcą poznać. A ci, którzy chcieliby spróbować inaczej, tkwią w rozkroku między jednym z drugim.

A kiedy jesteś skazany na swoją wspólnotę, kiedy jesteś od niej uzależniony ekonomicznie − zmiana może potrwać wieki. Gruzińskie państwo nie działa. Trzeba mieć rodzinę, bo singlowi, a tym bardziej singielce, ciężko w tym biednym państwie samodzielnie przetrwać. Trzeba mieć dzieci, żeby zajęły się tobą na starość. A poza tym: co ludzie powiedzą?

Teraz to się trochę zmienia, ale jeszcze parę lat temu w Gruzji właściwie nie było bezdomnych.

Tak, bo to byłby wstyd nie pomóc nawet odległej rodzinie, a taka plotka natychmiast by się rozeszła. Wstydem byłoby też wynajęcie opiekunki dla babci, nawet jeśli opieka nad babcią wiązałaby się z koniecznością rezygnacji z ważnej dla rodziny pensji. Ale lepiej rzucić pracę i żyć w nędzy, bo co ludzie powiedzą? Co ludzie powiedzą, czyli tak naprawdę: jak ucierpi na tym moja pozycja w lokalnej społeczności.

Gruzja: Co udało się wywalczyć rejwerskimi protestami?

Ten mechanizm bardzo dobrze widać w historiach moich bohaterów gejów. Dopóki działasz w ukryciu, możesz robić, co chcesz. Ale jeśli powiesz o tym głośno – czyli zakwestionujesz obowiązujące normy – to już nie możesz. Nawet jeśli zaakceptuje cię najbliższa rodzina, co i tak już jest sukcesem, to tę rodzinę mogą odrzucić wszyscy dookoła.

Jest taka legenda, że za czasów Imperium Rosyjskiego Rosjanie wymyślili świetny sposób, by wykończyć gruzińską szlachtę: zapraszali Gruzinów na kolejne wystawne kolacje, a ci bankrutowali, rewanżując się jeszcze bardziej suto zastawionymi stołami. Zastaw się, a postaw się.

Brzmi dość wiarygodnie (śmiech). Cała gościnność kaukaska – która faktycznie robi wrażenie – ma swoje uzasadnienie historyczne: to coś w rodzaju inwestycji na przyszłość. Przez setki lat historii Kaukazu, kiedy ludzie mieszkali w osadach w wysokich górach i nieustannie musieli się chronić przed najazdami wrogich grup, przyjęcie i ochrona gościa należała do najważniejszych obowiązków gospodarza. Pomagasz komuś, a przyszłości ktoś inny ci pomoże.

I ten sposób myślenia wciąż jest widoczny – na przykład w postaci ogromnego zadłużenia społeczeństwa gruzińskiego. Praktycznie każdy ma długi u rodziny i przyjaciół, co tylko wzmacnia skomplikowaną sieć uzależnienia od innych.

Kurczowe trzymanie się tradycyjnych tożsamości jako źródła dumy jest wyraźne przede wszystkim tam, gdzie panuje bieda. Politycy oraz instytucje religijne – w przypadku Gruzji przede wszystkim Cerkiew – potrafią to świetnie rozgrywać. Do tego dochodzi trauma rozpadu Związku Radzieckiego. Czy gruzińska „pokazucha” skrywająca maczyzm, przemoc i hipokryzję jest w tym jakoś wyjątkowa?

Nie, Armenia ma bardzo podobne problemy, Azerbejdżan jeszcze większe, podobnie północny Kaukaz. Patriarchalne schematy mają się tutaj świetnie niezależnie od wyznawanej religii, a jest ich tu prawdziwa mieszanka. Do pewnego stopnia te mechanizmy są pewnie takie same na całym świecie.

Gruzini są społeczeństwem głęboko tradycjonalistycznym, ale jednocześnie poparcie dla przystąpienia do EU i NATO jest niezmiennie bardzo wysokie, mimo wielu rozczarowań obojętnością Zachodu. Ponadto tożsamość europejska jest bardzo ważną częścią tej gruzińskiej. Podkreśla ją również partia od paru lat rządząca krajem – Gruzińskie Marzenie. Jak to się łączy w całość?

Jak to w Europie Wschodniej. Ich podejście do EU jest podobne do naszego. Z Europy chcielibyśmy importować poziom życia i pieniądze, ale niekoniecznie liberalne wartości. Czyli tak, jak w tytule książki Marii Janion: „do Europy tak, ale z naszymi umarłymi”.

W Gruzji wszędzie powiewają unijne flagi, ale kiedy w 2014 roku, przy okazji podpisywania umowy stowarzyszeniowej z UE, próbowano zmusić Gruzję do wprowadzenia edukacji seksualnej w szkołach − nie udało się to z powodu sprzeciwu prawicy i Cerkwi. A to faktycznie bardzo pilna sprawa, zważywszy na świadomość seksualną i potężne problemy zdrowotne kobiet. W Gruzji często dochodzi do wczesnych małżeństw, wczesnych ciąż i aborcji. W latach 2002–2017 średnio rocznie przeprowadzano 12 aborcji u dziewcząt poniżej 15 roku życia, a w przedziale 15–19 lat roczna średnia tych zabiegów to 1325. Aborcja w Gruzji jest legalna, a pokłosiem Związku Sowieckiego jest stosowanie jej jako jednego ze sposobów regulacji urodzeń. Według ostatniego badania zdrowia reprodukcyjnego kobiet, które przeprowadzono w 2010 roku, statystyczna Gruzinka wykonała 1,6 aborcji w życiu.

Czy liberalizacja obyczajowa w tym regionie jest w ogóle możliwa, skoro wywołuje opór i polaryzację w społeczeństwie?

Na pewno jest bardzo trudna. Ale widzę, że Gruzja się zmienia, mimo że tradycyjni faceci chcieliby utrzymać swoją pozycję nożami i kindżałami. Cała nadzieja w dwudziestolatkach.

Dziś UE ani myśli się rozszerzać. A gruzińska gospodarka, jak każda poradziecka, ma spory problem z niezależnością. Nie pomagają jej też zawirowania ekonomiczne w regionie: na Ukrainie, w Rosji, Turcji czy Iranie. Widzisz tutaj jakieś światełko?

Nie widzę perspektyw. Gruzja pewnie nie wejdzie do Unii, pewnie nie wejdzie też do NATO. I przykro mi, że Gruzinom kiedyś ktoś nakłamał, że będzie inaczej.

Przed Majdanem, Trumpem i kryzysem migracyjnym sytuacja była nieco inna…

Ale i wtedy nic nie wskazywało na to, że akcesja do struktur zachodnich może się wydarzyć w przewidywalnej przyszłości. Sytuacja gospodarcza Gruzji jest beznadziejna. Waluta jest bardzo słaba, cały kraj tonie w długach, brakuje pracy.

Gruzini ratują się teraz wyjazdami na emigrację zarobkową. Wysyłają pieniądze do domu, ale te pieniądze zazwyczaj i tak starczają co najwyżej na spłatę kredytów i odsetek.

#Rejwolucja róż

Większość ludzi potrzebuje kredytów nawet nie tyle na konsumpcję, ale żeby przeżyć. I banki bardzo chętnie tych kredytów udzielają. Dopiero 1 stycznia 2019 r. weszły drobne regulacje – wcześniej łatwo było doprowadzić do sytuacji, w której kredyty znacznie przewyższały możliwości zarobkowe.

Przychody przynosi kwitnąca turystyka, oby rozwijała się jak najlepiej.

A to rozczarowanie Europą nie pociągnie Gruzji w kierunku Rosji?

Trudno powiedzieć. Na razie – szczególnie w obliczu tegorocznych protestów – wydaje się, że nie, ale Gruzini nie są aż tak pryncypialnie rusofobiczni jak my. W końcu mogą też nie mieć wyjścia.

O co chodziło w tych protestach?

W czerwcu poseł rosyjskiej Dumy Siergiej Gawriłow zasiadł w fotelu marszałka gruzińskiego parlamentu przy okazji spotkania Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławnego. Odebrano to jako policzek, bo Rosja od czasu wojny Gruzji z Osetią Południową w 2008 roku wspiera niezależność osetyjskich i abchaskich separatystów i stosunki obu krajów są napięte.

Zaczął się ogromny antyrosyjski protest, który się nasilił, gdy policja użyła przemocy wobec protestujących. Domagano się między innymi zmiany ordynacji wyborczej z mieszanej na proporcjonalną, co pomogłoby spluralizować gruzińską scenę polityczną. Szara eminencja Gruzji – Bidzina Iwaniszwili – który rządzi krajem z tylnego siedzenia, obiecał tę zmianę i słowa nie dotrzymał. Dlatego w listopadzie ludzie znowu wyszli na ulicę.

Gruzja wybrała prezydentkę

czytaj także

Gruzja wybrała prezydentkę

Wojciech Wojtasiewicz

Ale tak naprawdę nie chodzi o żadną ordynację, a o to, że Gruzini są koszmarnie zmęczeni. Lodówki są puste, lari stoi nisko, politykom nikt nie ufa. Nawet jeśli wybory nie są fałszowane, powszechne jest kupowanie głosów.

W gruzińskich sondażach poparcia dla partii politycznych zwycięża zwykle opcja „żadna z powyższych”. Rządzące Gruzińskie Marzenie ma słabe poparcie, ale nie korzysta na tym jakoś szczególnie opozycja. Największą siłą opozycyjną pozostaje Zjednoczony Ruch Narodowy, związany z byłym prezydentem, ulubieńcem amerykańskich republikanów, Micheilem Saakaszwilim. Ale im też nikt nie ufa.

Moja teoria jest taka, że Saakaszwilemu nigdy nie wybaczą nadużyć. Torturowanie opozycjonistów to jedno, ale za jego rządów – w ramach polityki zero tolerancji – za kratkami siedziały przecież dziesiątki tysięcy Gruzinów. I tutaj znowu wracamy do braku zaufania do państwa.

W ZSRR, a szczególnie po jego upadku, sprawiedliwość w Gruzji wymierzały tzw. wory w zakonie, honorowi bandyci, którzy byli po prostu skuteczniejsi niż policja. Każdy miał w swojej rodzinie czy sąsiedztwie kogoś, kto był blisko tych paramilitarnych struktur, które wzbudzały szacunek i mimo wszystko zapewniały jakieś bezpieczeństwo. Na szczytach władzy panowała za to anarchia, chaos i korupcja.

Saakaszwili starał się to naprawić: zreformował policję, która przestała brać łapówki, a „mężów zaufania” – czyli tak naprawdę bandytów – powsadzał do więzień. Nie udało mu się jednak zmienić przekonania, że władza jest zawsze przeciwko zwykłym ludziom.

Czego życzysz Gruzji?

Żeby znalazła drogę, którą naprawdę chciałaby pójść, i żeby była to droga spójna. Dla mnie Gruzja – którą kocham całym sercem – to kraj paradoksów i ogromnych niespójności. Zarówno tych politycznych, jak i kulturowych.

Ale przecież kurczowe trzymanie się tradycyjnych wartości to też jakaś spójność…

Przestrzegasz ich na wsi, a w mieście już nie. W domu o nich dużo opowiadasz, a potem idziesz do burdelu. W cerkwi zasiadasz w pierwszym rzędzie, a potem stosujesz aborcję jako środek antykoncepcyjny. Ta spójność rozbija się każdego dnia.

**
Stasia Budzisz – reporterka, filmoznawczyni, tłumaczka języka rosyjskiego oraz absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Brała udział w socjologiczno-reporterskim projekcie Światła Małego Miasta i jest współzałożycielką grupy reporterskiej Głośniej. Freelancerka. Współpracuje m.in. z „Przekrojem”, „Nową Europą Wschodnią”, „Podróżami”. We wrześniu 2019 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego wyszła jej debiutancka książka reporterska Pokazucha. Na gruzińskich zasadach.

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.