Czytaj dalej, Świat

Co nam mówi pogorzelisko? Pocztówki z australijskiego czarnego lata [rozmowa z Szymonem Drobniakiem]

Z Szymonem Drobniakiem, biologiem i autorem niedawno wydanej książki „Czarne lato. Australia płonie”, rozmawiamy o tym, czy jako ludzkość potrafimy wyciągać lekcje z postępów nie tylko australijskiej, ale i globalnej katastrofy.

„Przynajmniej trzydzieści trzy stracone ludzkie istnienia. Ponad trzy tysiące pięćset spalonych domów. Ponad miliard zwierząt, które zginęły, licząc tylko kręgowce. Łącznie trzy miliardy tych, które według szacunków zostały poszkodowane. Ostatecznie ponad osiemnaście milionów hektarów buszu i obszarów rolniczych spopielonych przez ogień” – tak wygląda bilans niszczycielskich pożarów, które w latach 2019–2020 dotknęły Australię.

Jak kataklizm wywołany zmianami klimatycznymi wpłynął na ludzi, przyrodę i politykę? Szymon Drobniak postanowił sprawdzić to osobiście na miejscu. Wnioski opisał w reportażu Czarne lato. Australia płonie. Nam opowiada, czy jako ludzkość potrafimy wyciągać lekcje z postępów nie tylko australijskiej, ale i globalnej katastrofy.

Pożar buszu w stanie Wiktoria. W ciągu 12 godzin spłonęło 6,5 tys. hektarów. Fot. Andrew Wallace/flickr.com

Paulina Januszewska: We wstępie do swojej książki pisze pan, że „bycie naukowcem staje się w dzisiejszych czasach szczególnym ciężarem”. Dlaczego?

Szymon Drobniak: Z jednej strony dlatego, że naukowcy – z uwagi na bezpośredni dostęp do danych – zwykle najlepiej spośród wszystkich grup zawodowych i społecznych zdają sobie sprawę, w jakiej sytuacji jest planeta.

A z drugiej?

W większości krajów, w tym w Polsce, świat nauki coraz rzadziej spotyka się ze zrozumieniem otoczenia. Wprawdzie w sondażach zaufania społecznego naukowcy plasują się wysoko, ale w praktyce owo zaufanie działa selektywnie.

Malinowski: Wali się gospodarka, kończą możliwości wyżywienia ludzi, nadchodzą kolejne pandemie [rozmowa]

Co to znaczy?

Powszechnie deklarowana „wiara” w naukę często napotyka opór społeczny tam, gdzie chodzi o kwestie, które bezpośrednio wpływają na życie nas wszystkich i wymagają dokonania osobistych zmian, porzucenia dotychczasowych nawyków czy przyjęcia do wiadomości nowych faktów. Mam tu na myśli nie tylko ocieplenie klimatu, ale także szczepionki czy modyfikacje genetyczne organizmów hodowanych i/lub uprawianych przez człowieka.

Ten sceptycyzm czyni ludzi podatnymi na manipulację, wystarczy podlać go strachem, co nie kończy się dobrze dla nikogo. W przypadku naukowców efektem jest dodatkowo hejt, z którym muszą się mierzyć, oraz poczucie bezsensu wynikające ze świadomości, że oparte na nauce apele trafiają w pustkę i nie zmieniają rzeczywistości. Musimy jednak pamiętać, że aby dorosła część populacji potrafiła zrozumieć naukę i ufała naukowcom, musi zostać tego wcześniej nauczona.

Prewencyjne wypalanie buszu w Terytorium Północnym. Fot. eyeweed/flickr.com

Czyli wszystko rozbija się o kształt edukacji, a nie na przykład o różnice kapitału kulturowego wyniesionego z domu?

Oczywiście przywileje i dostęp do różnego rodzaju zasobów mają znaczenie. Ale te zasoby mogłaby przecież dawać szkoła. Moim zdaniem największym problemem jest właśnie to, że w wielu krajach w programach nauczania dzieci i młodzieży nie znajdziemy wyjaśnień, czym właściwie jest nauka, dlaczego warto na niej polegać oraz jakimi metodami się posługuje. A jeśli już te tematy są obecne – to jako wyklepywane na pamięć „regułki”. Tak skonstruowany system edukacji utrudnia naukowcom pracę i nie uczy społeczeństwa logicznego ani krytycznego myślenia.

Niezrównoważona Australia

czytaj także

Pisze pan, że Czarne lato powstało między innymi po to, żeby „zrozumieć logikę państwa, które w swoim uporze, pomimo katastrofalnych doświadczeń, wciąż zmierza ku czarnej przyszłości”. Zrozumiał pan tę wybitnie antynaukową logikę?

Ta logika wcale nie jest skomplikowana. Politycy kształtują politykę klimatyczną, ale także inne gorące tematy o naukowej podszewce i realnym wpływie na życie przeciętnego obywatela, w taki sposób, by móc utrzymać władzę. A utrzymanie władzy najczęściej sprowadza się do sięgania po mniejszą lub większą dozę populizmu, co oznacza granie na najprostszych, nieskomplikowanych emocjach obywateli i wykorzystywanie faktu, że większość ludzi nie ma czasu i innych zasobów potrzebnych do zagłębiania się w skomplikowane rozważania naukowe. Dlatego też ciężar naukowy w rozważaniach politycznych pojawia się rzadko.

Mimo wszystko nie uważam, że wszyscy politycy są z gruntu źli i antynaukowi, a ich działania zawsze będą prowadzić do katastrofalnych skutków i pozostawać w sprzeczności z tym, co powinno dziać się z naszym życiem i środowiskiem, by te mogły przetrwać.

Tylko?

Ci ludzie na jakimś bardzo wczesnym etapie kształcenia nie zostali – tak jak ogromna większość z nas – nauczeni, z czego wynikają poszczególne procesy, na przykład klimatyczne, oraz dlaczego mającą przecież służyć wszystkim naukę należy przedkładać nad inne interesy. Gdyby w ich głowach było to dobrze ugruntowane, sądzę, że podejmowaliby inne decyzje lub też lepiej potrafiliby tworzone regulacje osadzić w aktualnych kontekstach społecznych i kulturowych, z którymi nauka zawsze wchodzi w jakąś interakcję.

Politycy powinni zdawać egzamin z przyrody [rozmowa z Berndem Heinrichem]

Doskonale widać to w krajach skandynawskich, które – choć nie twierdzę, że są rajem na Ziemi – dobrze radzą sobie w kwestii edukacji środowiskowej. Wysiłki dotyczące wzmocnienia w programach szkolnych treści pronaukowych podjęto tam stosunkowo dawno. Rezultaty obserwujemy dziś: społeczna świadomość sensu działań zalecanych przez świat nauki jest tam bardzo wysoka. Z takiego „świadomego” społeczeństwa wywodzą się później politycy umiejący w swoich decyzjach opierać się na faktach, a nie uprzedzeniach i nieścisłościach.

Potwierdzeniem tych słów zdaje się postawa jednej z bohaterek pańskiej książki, dziewięcioletniej Melody, która do Australii przeprowadziła się z Norwegii i o edukacji w zakresie globalnego ocieplenia mówi tak: „W Oslo mieliśmy strajki klimatyczne i mnóstwo o tym wszystkim w szkole. Chyba wszystkiego się nauczyłam właśnie tam – nawet poznałam Gretę Thunberg! W Sydney w szkole nie mówimy o klimacie w ogóle! A powinniśmy mówić znacznie więcej!”. Ale czy te różnice tkwią wyłącznie w kwestiach edukacyjnych? Co sprawia, że Australijczycy, którzy przecież bardzo angażują się chociażby w ochronę zwierząt, nie podchodzą do kryzysu klimatycznego wystarczająco poważnie?

Faktem jest, że Australijczycy są bardzo świadomi tego, gdzie żyją. I jeśli spytać ich o to, czy kraj powinien bardziej angażować się w ochronę zwierząt albo uchwalić prawo mające na celu ocalenie endemicznych gatunków, to zwykle nie mają wątpliwości i odpowiadają, że trzeba to robić – również bezpośrednio, biorąc udział w proekologicznych akcjach. Wbrew pozorom są także świadomi, jaką rolę odgrywa człowiek w wywoływaniu i zwalczaniu zmian klimatu; wiedzą, że one postępują i dzieją się tuż obok, bo doświadczają ich na własnej skórze. Zresztą sondaże, które przeprowadzono kilka miesięcy po pożarach z przełomu 2019 i 2020 roku, w porównaniu z wynikami wcześniejszych lat pokazują, że doświadczenie takich katastrof jak czarne lato zmienia podejście do globalnego ocieplenia.

Pożary buszu w Terytorium Północnym. Fot. Geoff Whalan/flickr.com

To znaczy?

Proporcje zmieniły się na korzyść tych, którzy uważają, że należy działać już teraz, bo zmiany klimatu mają bardzo istotny wpływ na człowieka i kształt naszego życia w przyszłości. I to jest coś, czego do końca nie rozumiem. Zastanawiam się, na jakim poziomie pojawia się tak ogromna rozbieżność pomiędzy powyższymi deklaracjami a rzeczywistością. Dość powiedzieć, że w jednym ze wspomnianych sondaży zadano Australijczykom pytanie, ile własnych pieniędzy byliby w stanie przeznaczyć na działania proklimatyczne.

Co odpowiadali?

W skali roku bez trudu oddaliby na ten cel od 500 do 1,5 tys. dolarów, a więc sporo. Nie wyobrażam sobie, by coś podobnego zadeklarowali Polacy. Tak więc na podstawowym poziomie społeczeństwo australijskie jest bardzo proklimatyczne, ale na tym wyższym, gdy obywatele dokonują wyboru politycznego, głosują na prawicową koalicję, czyli opcję, która od dekad – patrząc na historię polityki klimatycznej Australii – jest jawnie i bardzo otwarcie antyśrodowiskowa i sprzeciwia się jakimkolwiek działaniom mającym zmniejszyć rozmiar katastrofy poprzez ograniczenie funkcjonowania poszczególnych gałęzi gospodarki.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że frakcja obecnie opozycyjna (Partia Pracy) w czasie swoich rządów również miotała się w próbach działań proklimatycznych, często przedkładając politykę nad realne działania. W australijskiej publicystyce to, co działo się w sprawie globalnego ocieplenia od czasów protokołu z Kyoto, ma nawet potoczną nazwę: „wojny klimatyczne”.

Naukowcy już 30 lat temu ostrzegali przed pożarami w Australii. Na próżno

Czy istnieje jakaś wyraźna różnica między partiami, jeśli chodzi o politykę klimatyczną, a w związku z tym – czy proklimatyczni obywatele głosują na antyklimatyczną partię, czy też może pod tym względem nie mają wyboru, bo obie siły polityczne są takie?

Prawdą jest, że wszystkie siły polityczne manipulowały kwestią globalnego ocieplenia. Nawet jeżeli rządy deklarowały cele prośrodowiskowe, zawsze na pierwszym planie była chęć podgryzienia opozycji. To jest coś, co społeczeństwo australijskie bardzo nuży i paradoksalnie powoduje „odbijanie się wajchy” w drugą stronę. Jestem bardzo ciekaw wyniku wyborów federalnych w przyszłym roku. Koalicja rządząca miała wprawdzie dotychczas spore poparcie w Australii niewielkomiejskiej oraz lobby rolniczym i węglowym, ale ono topnieje ze względu na restrykcje wprowadzane w ciągu ostatnich dwóch lat w związku z walką z koronawirusem. Antyklimatyczny upór obecnego rządu chyba również zaczyna robić swoje w generalnie proklimatycznym kraju.

Polscy politycy mówią, że globalnego ocieplenia nie ma, bo spadł śnieg, albo że zmiany klimatu to nic nowego i poważnego, a doświadczony skutkami tego procesu australijski rząd trywializuje znaczenie czarnego lata. Słychać głosy, że pożary w Australii występowały sezonowo od zawsze. Do uzasadniania antyklimatycznych decyzji czy całkowitej bierności w zakresie zmniejszania wpływu na środowisko cynicznie wykorzystuje się także fakt, że ogień stanowi ważną część kultury aborygeńskiej.

To prawda. W kontekście użytkowania ziemi przez rdzennych mieszkańców Australii ogień odgrywał podobną rolę jak mechanizacja i inżynieria wodna w rolnictwie europejskim. I to jest jedno z głównych nieporozumień, które pojawiło się, gdy Europejczycy przybyli na nowy kontynent.

Czyli dotykamy aspektu kolonialnego?

Tak, bo przybysze z Europy siłą narzucili ludności australijskiej swój wyniszczający model uprawy ziemi, jednocześnie rugując tradycyjne metody gospodarki „ogniowej”. To nie jest jeszcze łatwy i dobrze zadomowiony w przestrzeni społecznej temat, bo przez długi czas historia rdzennych Australijczyków była całkowicie marginalizowana. Od zaledwie kilku lat zaczynamy na nowo odkrywać, co właściwie zobaczyli koloniści, którzy przybyli do Australii pod koniec XVIII wieku.

Co już wiadomo?

Kontynent pod rządami Aborygenów wyglądał zupełnie inaczej niż teraz – również w sensie przyrodniczym. W wielu miejscach obecnie zalesionych prawie wcale nie porastały go wtedy drzewa.

Tylko?

Większość dawnego krajobrazu tworzyły stepowo-sawannowe siedliska przetykane zagajnikami, które w takiej postaci utrzymywano właśnie za pomocą nadrzędnego „reżysera biologicznej rzeczywistości”. Tak w swojej książce nazywam ogień i związane z nim sezonowe wypalanie części terenu. Aborygeni nigdy nie rozwinęli rolnictwa w takim sensie, jak rozumieją je Europejczycy, którzy wydzielali pola, obsiewali je nasionami, zbierali plony i stopniowo wprowadzali rozwiązania techniczne. Ale to nie znaczy, że rdzenni Australijczycy byli od nas mniej „rozwinięci”. Wykorzystywali naturalne zjawiska w taki sposób, by przynosiły im pożytek, ale nie wyrządzały trwałych szkód środowisku.

Najgorętszy miesiąc to luty

czytaj także

„Ogień aborygeński dotyka tylko tego, co rzeczywiście zasłużyło na płomień, co dotarło do kresu swojego życia. Pozostawia po sobie sypki popiół, bogaty w potas, wapń i fosfor nawóz – natychmiast wchłaniany przez odradzające się rośliny po pierwszym większym deszczu. Wypalanie kulturowe często określa się jako zimny ogień, bo spala się niewielka, kontrolowana część martwej materii” – czytamy w Czarnym lecie.

I to pokazuje aborygeńskie podejście do ognia nie jako niszczycielskiego, ale w pewnym sensie twórczego żywiołu. Za jego pomocą kontrolowano kształt siedliska i niejako odnawiano podupadające przyrodniczo tereny. Tymczasem pożary, z którymi Australia miała do czynienia w latach 2019–2020, były poza czyjąkolwiek kontrolą. Prawdą jest, że co jakiś czas pożary wybuchały i nadal wybuchają samoistnie, ale nigdy nie zdarzyło się to na taką skalę, jaką obserwowaliśmy w czasie tej ogromnej katastrofy. Jej ogrom był oczywiście wypadkową niemalże dwóch lat suszy i morderczych upałów, podkręcanych przez zmiany klimatu.

Australijczycy nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków?

Ci będący u władzy – niestety nie. Od jakiegoś czasu – jak słusznie pani zauważyła – regularnie powtarzają, że w czasie czarnego lata właściwie nie stało się nic strasznego i spektakularnego. A – jak pokazują badania – pożarom na taką skalę mogłyby zapobiec stosowane od wieków przez Aborygenów metody selektywnego wypalania nadmiaru biomasy w środowisku. Obawiam się, że pożary takie jak te z czarnego lata na powrót utrudnią racjonalne, kulturowo uzasadnione używanie gospodarki ogniowej. Może to znowu spowolnić odkrywanie aborygeńskich „wynalazków”. A przecież rdzenna społeczność Australii nie tylko korzystała z dobrodziejstwa ognia, ale także w bardzo zaawansowany sposób – jak na nasze europejskie rozumienie – „gospodarowała” okresowymi zalewami ziemi przez rzeki. Metodą półnaturalną hodowali tam w celach spożywczych ryby, na przykład sumy.

Zdaje się jednak, że Australijczycy coraz bardziej interesują się korzeniami swojego kontynentu i podchodzą do nich z szacunkiem?

Owszem, ale fakt, że dzieje się to od niedawna, pokazuje, jak długo była w stanie przetrwać narzucona przez kolonialistów i całkowicie zniekształcająca rzeczywistość narracja, w której rdzenne ludności są przedstawiane jako zapóźnione cywilizacje, a Europejczycy to wybawcy i kowale postępu. Szkolne programy nauczania niestety wciąż nie są od tego wolne. Dlatego Aborygenów prędzej skojarzymy z ciemnoskórymi, skąpo odzianymi ludźmi, którzy kryją się w australijskim buszu i w szałasach uprawiają prymitywne rękodzieło, niż z dobrze zorganizowaną społecznością.

Zatem katastrofa pożarowa nie wpłynęła na politykę klimatyczną Australii?

Rząd aż do samego szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow dość mętnie wypowiadał się na temat rewizji swoich celów klimatycznych, uznawanych przez społeczność międzynarodową za bardzo nieambitne jak na gospodarkę o tak wysokim poziomie bogactwa i rozwoju. Od samego początku był za to krytykowany, ale jedyne, na co się zdecydował, to podanie dość niejasnego planu dojścia do neutralności węglowej do 2050 roku. Nie dokonano jednak korekty strategii do roku 2030. A wiemy, że jest ona jedną z najmniej ambitnych spośród wszystkich rozwiniętych gospodarek na świecie.

Australia nie odegrała też na COP-ie żadnej istotnej roli, ani dyplomatycznie, ani politycznie, mimo że jest jednym z najważniejszych partnerów handlowych takich państw jak Indie i Chiny, które bardzo liczą się w kwestii dyskusji o emisjach. Australia wycofała się z debaty klimatycznej i w dalszym ciągu inwestuje w przemysł węglowy.

Po COP26: sprawiedliwości jak nie było, tak nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie

Może coś rzeczywiście zmieni się po przyszłorocznych wyborach?

Niezależnie od wyniku nie liczyłbym na nastanie klimatycznego eldorado. I tego duża część Australijczyków bardzo się wstydzi. A niektórzy imigranci, którzy przyjechali tu w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, zamierzają je opuścić, zwyczajnie bojąc się kolejnego czarnego lata i pożarów podpełzających pod wielkie miejskie ośrodki takie jak Canberra czy Sydney, zagrażających bezpieczeństwu tysięcy ludzi.

Skoro w wielu kwestiach, zwłaszcza klimatycznych, nie można liczyć na rząd, trzeba się organizować oddolnie. Takie ambicje stawiają sobie naukowcy, aktywistki, ale również artyści. Dlaczego klimat warto opowiadać językiem sztuki?

Bo otwiera to nowe możliwości dotarcia do społeczeństwa. Art & science to zjawisko meandrowania na pograniczu sztuki i nauki, które z uwagi na duże przywiązanie choćby do poezji sam staram się uprawiać. Czarne lato do jakiegoś stopnia stanowi wyraz tego przenikania.

To prawda, język książki jest bardzo poetycki i przemawia do wyobraźni.

Dziękuję! Ale mój własny język to niejedyny motyw artystyczny w książce. Jedną z najciekawszych i najbardziej znanych w Sydney artystek, która „przepisuje” klimatyczne fakty na sztukę, jest opisywana przeze mnie Jennifer Turpin. Jej twórczość od samego początku dotykała kwestii środowiskowych oraz procesów przekształcania przyrody przez człowieka, miała charakter partycypacyjny. Najcenniejsze w jej pracach, będących połączeniem nienachalnej nauki i bardzo poetyckiej sztuki, jest to, że dotykają one problemów, które mają konkretne podstawy w faktach. Kompletnie niezrozumiałe i abstrakcyjne dla większości ludzi dane służą Turpin do snucia czytelnych narracji. Biorąc pod uwagę to, że zmiany klimatyczne to wielowątkowy problem, musimy być świadomi, że ludzie się w nim czasami gubią, a przez to często nie uznają jego realności.

Jeśli cię nie zabije, to na pewno wysiedli. Małe apokalipsy kopalnianego kapitalocenu 

I wtedy na scenę wkracza sztuka?

Tak, sztuka nadaje emocjonalny i estetyczny wymiar katastrofie klimatycznej, pozwala ją poczuć, nie pomijając bogactwa niuansów towarzyszących temu procesowi. Jennifer Turpin próbuje pokazać, że nie wszyscy musimy za wszelką cenę dążyć do tego, by rozumieć każdy detal zagadnień klimatycznych. Uczmy się podstaw w szkole, ale to, co trudne i czego nie umiemy objąć rozumem, można spróbować przyswoić za pomocą sztuki. Kontakt z nią – niezależnie od metod, jakimi się posługuje – zazwyczaj odbija się na naszej świadomości, choć nie zawsze wprost, nie zawsze zauważalnie.

W przypadku prac Jennifer owa „niewidoczność” ma podwójne znaczenie, bo w czasie czarnego lata artystka zajęła się wpływem globalnego ocieplenia na życie oceanu. W kwietniu tego roku przy okazji obchodzonych w Manly – północnej dzielnicy Sydney – Dni Wodorostów zorganizowała dużą wystawę instalacji wykonanych z wyrzuconych na plażę glonów o monstrualnych wręcz rozmiarach.

I jak to działało na oglądających?

Mimo że nie pojawiło się tam nawet jedno słowo, które by jakoś unaukowiało treść przekazywaną przez Jennifer, to wiele osób wychodziło z wystawy z poczuciem, że doświadczyło zanurzenia w na co dzień niedostrzeganym ekosystemie wodorostowym. I to w bardziej znaczący sposób, niż zapewniłaby im to książka popularnonaukowa. Rozmiar wodorostów, możliwość zbadania własnymi zmysłami ich zapachu, kształtów, obserwacji ruchów, dawały poczucie małości i niepozorności człowieka w stosunku do naturalnych, związanych ze zmianą klimatu procesów, które artystka starała się zobrazować. A to, że z powodu zmian klimatu giną lasy wodorostowe, jest jednym z najpoważniejszych problemów środowiskowych wschodniej Australii.

No właśnie – płoną nie tylko lasy na lądzie. „Pożar” niedostępny przeciętnemu ludzkiemu oku trawi też wszystko, co znajduje pod wodą. Co to za katastrofa i dlaczego pomimo swojej niewidoczności powinna nam spędzać sen z powiek?

Jest to oczywiście pożar metaforyczny. Dotyczy ekosystemu, który pod względem bogactwa bioróżnorodności stanowi odpowiednik lądowych lasów tropikalnych w środowisku wodnym. Mowa o rafach koralowych – siedlisku bardzo specyficznym i ograniczonym przestrzennie. Koralowce występują wyłącznie w strefie tropikalnej, ponieważ do rozwoju potrzebują bardzo ciepłych i płytkich, dobrze oświetlonych wód. Współżyją z symbiotycznymi glonami, które dostarczają im pożywienia.

Dlaczego australijskie koralowce są szczególnie cenne?

Bo znajduje się tam największa na świecie rafa koralowa, która obecnie przeżywa bardzo trudne chwile. Ze względu na podnoszenie się temperatury i poziomu wody oceanicznej jest ona narażona na blaknięcie, czyli utratę symbiontów nie tylko zapewniających koralowcom pożywienie, ale także nadającym im zabarwienie. Rafa rozpada się, bo znikają żywe organizmy, które do tej pory ją budowały.

Będzie tylko gorzej?

Już teraz jest sporo miejsc, w których doszło do dużych epizodów blaknięcia. Przyszłość też nie wygląda dobrze. Podczas ostatniego szczytu w Glasgow potwierdziły się czarne scenariusze. Nawet po wdrożeniu wszystkich zrewidowanych ambicji klimatycznych poszczególnych krajów jesteśmy na prostej drodze, by do końca XXI wieku osiągnąć wzrost globalnej temperatury o 2 stopnie Celsjusza i więcej w stosunku do ery przedprzemysłowej. A to oznacza zagładę raf koralowych na całym świecie. I nie tylko ich.

To znaczy?

Na rafach koralowych żyje mnóstwo gatunków ryb i skorupiaków bardzo ważnych gospodarczo, zwłaszcza dla lokalnych społeczności, od wieków korzystających w sposób dość zrównoważony z ich bogactwa. Inną ważną funkcją, jaką pełnią koralowce, jest ochrona brzegów kontynentów przed działaniem erozji i niszczycielskim wpływem fal. Jeśli rozpadną się te naturalne falochrony, wiele miejsc zostanie wyeksponowanych na działanie oceanu. Zresztą blaknięcie to niejedyny problem koralowców.

Akcja gaśnicza w stanie Wiktoria. Fot. Clay Stephens, BLM/flickr.com

A co jeszcze?

Na swoim uniwersytecie [Nowej Południowej Walii w Sydney – przyp. red.] zajmuję się obserwacjami tego, jak zmiany klimatu wpływają na podatność koralowców na choroby – różnego rodzaju patogeny, infekcje grzybicze i bakteryjne. Nie mam dobrych wiadomości, bo ta podatność się zwiększyła. Naukowcy nie są pewni, czy przypadkiem już nie przekroczyliśmy krytycznego punktu, po którym ratunek koralowców jest całkowicie niemożliwy. W tej chwili prowadzone są badania, które mają między innymi na celu spowolnić procesy szkodzące rafom.

W jaki sposób?

Poprzez wyhodowanie, a następnie zaszczepienie w naturalnych wodach tropikalnych koralowców, które będą miały większą tolerancję na wyższe temperatury. Obecnie wydaje się jednak, że bez radykalnych zmian w tempie ocieplania się klimatu nie zatrzymamy zagłady raf, możemy ją jedynie odwlec w czasie.

Ale zamiast pogrążać się w rozpaczy, można działać. Pisze pan, że obywatele mogą i coraz chętniej chcą angażować się w badania naukowe. Dlaczego to ważne?

Citizen science, nauka obywatelska, to kolejny zyskujący na popularności prąd w obrębie działań dla klimatu, co tylko pokazuje, jak różnorodnych narzędzi do radzenia sobie z katastrofą potrzebujemy.

Obywateli i naukowców łączy wspólny interes – planeta. Citizen science daje tym drugim dostęp do znacznie większej liczby osób zbierających informacje o przyrodzie, niż mogliby pozyskać samodzielnie. Jednym z przekleństw nauki jest bowiem to, że zawsze brakuje pieniędzy i rąk do pracy. Procesy środowiskowe dzieją się na tak wielką skalę, że naukowiec ze swoim niewielkim zespołem często nie jest w stanie pozyskać wystarczająco szybko odpowiednio dużo danych, które dawałyby w miarę reprezentatywny obraz sytuacji.

Ptasie wymieranie w Polsce

Nauka obywatelska jest w tym wypadku zbawiennym narzędziem?

Tak, bo obserwacje przyrodnicze może prowadzić niemal każdy. Oczywiście zdarzają się dyscypliny naukowe, których nie da się uprawiać w ten sposób, bo wymagają posiadania specjalistycznej wiedzy i wyrafinowanych umiejętności. Ale w przypadku nauk środowiskowych, związanych z bioróżnorodnością i ekologią, czasem wystarczy krótkie szkolenie internetowe, by zainteresowane osoby mogły zacząć wspierać badaczy.

Poda pan jakieś przykłady takich akcji?

W tej chwili jest ich naprawdę dużo na całym świecie. Zanim jeszcze doszło do pożarów, istniał projekt iNaturalist. Główną jego ideą jest identyfikowanie lub wysyłanie próśb o identyfikację napotykanych gatunków roślin i zwierząt. Słowem: wszyscy obywatele mogą dołożyć się do zbiórki danych w bazie bioróżnorodności podczas zwykłego spaceru. Czarne lato sprawiło, że iNaturalist zwiększyło ambicje i posłużyło do monitorowania tego, jak przyroda odradza się po katastrofie. Obserwacje dokonywane przez członków sieci pozwoliły bardzo precyzyjnie określić tempo powrotu poszczególnych gatunków w różnych miejscach – często takich, do których z powodów finansowych lub czysto logistycznych naukowcy prawdopodobnie nigdy by nie dotarli.

Ale angażować można się w różnych zakątkach świata – w Polsce i Europie również. Wystarczy wpisać citizen science w wyszukiwarkę i przejrzeć dostępne nam projekty.

Pożar buszu na Wyspie Kangura. Fot. robdownunder/flickr.com

Z naszego lokalnego podwórka można wymienić choćby społeczne monitorowanie drzew i gatunków zwierząt w nich żyjących albo mapę Lasy i Obywatele, która pokazuje planowane wycinki, dając podstawy do społecznej ingerencji w decyzje Lasów Państwowych.

Dlatego bardzo zachęcam wszystkich do włączania się w te działania. Nie tylko można zrobić coś dobrego dla planety, ale otrzymać bezpośredni dostęp do świata nauki i naukowców, którzy pomagają nazywać to, co nas otacza. Gigantyczne rozmiary ma też projekt eBird, czyli system monitorowania ptaków za pomocą prostej aplikacji, którą można zainstalować na telefonie i dzielić się lokalnymi obserwacjami. Związane z tym systemem aplikacje mogą nam także pomóc w samym oznaczeniu gatunku – wizualnie lub po głosie. eBird już doprowadził do publikacji wielu ciekawych wyników. W efekcie jego działania powstała na przykład olbrzymia praca naukowa, która po raz pierwszy w historii oszacowała, ile pojedynczych osobników (nie gatunków!) ptaków żyje obecnie na Ziemi.

Las to nie fabryka drewna. Obywatele to wiedzą. A leśnicy?

Wspomniał pan o szczycie klimatycznym w Glasgow, który przyniósł wiele rozczarowań. Jak pan ocenia w takim razie ludzką zdolność do wyciągania wniosków ze złych doświadczeń?

Mimo wszystko jestem optymistą. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że nie robimy wystarczająco dużo, by przeciwdziałać skutkom globalnego ocieplenia, ale z drugiej strony, jeśli spojrzymy na to, jak zmieniał się kształt polityki klimatycznej i podejście ludzi do klimatu w ciągu ostatnich dwóch dekad, to dostrzeżemy przełom na globalną skalę. Trudno byłoby wyobrazić sobie, że 20–25 lat temu ludzie decydowaliby się na rezygnację z podróży samolotem, przesiadali się do pociągów albo uiszczali opłaty offsetowe, żeby zmniejszyć swój ślad węglowy.

Krajobraz po pożarach na Wyspie Kangura. Fot. John Morton/flickr.com

Porównując ogólne deklaracje w protokole z Kioto ze zrewidowanymi celami klimatycznymi poszczególnych krajów po szczycie w Glasgow, także widzimy spore zmiany na plus. Musimy chwytać się każdej dostępnej szansy, a przede wszystkim – wymagać od decydentów zwiększania działań na rzecz klimatu. Cieszmy się jednak również z tego, co już się udało, wraz z przewodniczącym szczytu w Glasgow, który mocno podkreślał, że wprawdzie nadal jesteśmy w połowie drogi, ale jednocześnie nie możemy ignorować dystansu, jaki przeszliśmy.

**
Czarne lato okładkaSzymon Drobniak (ur. 1984) – biolog ewolucyjny, projektant graficzny, poeta. Pracował na uniwersytetach w Zurychu i Uppsali. Obecnie związany z Uniwersytetem Nowej Południowej Walii w Sydney i zatrudniony na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Zajmuje się ewolucją ptaków, plastycznością organizmów w odpowiedzi na zmiany klimatu oraz biologicznym znaczeniem koloru i widzenia barwnego. Autor książek dla dorosłych i dzieci. Regularnie współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Przekrojem” i „KUKBUK-iem”. Zaangażowany popularyzator nauki i jej związków ze sztuką. Reportaż Czarne lato. Australia płonie ukazał się w listopadzie 2021 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij