Czytaj dalej, Świat

Zanieczyszczenie powietrza dotyczy wszystkich, ale niektórych z nas dotyka bardziej

Fot. KristyFaith/Flickr.comCC BY-NC-ND 2.0

Niezależnie od tego, czy to Kalifornia, Delhi czy Śląsk, temat zanieczyszczenia powietrza wszędzie uwypukla nierówności. To jeden z powodów, dla których trzeba się nim zająć systemowo. Z Beth Gardiner, autorką książki „Uduszeni”, która opowiada o problemie zanieczyszczenia powietrza na świecie, w tym w Polsce, rozmawia Marta Sapała.

Marta Sapała: Światowa Organizacja Zdrowia twierdzi, że blisko 95 procent ludzi na Ziemi oddycha zanieczyszczonym powietrzem. Bywa to dla nas śmiertelnie niebezpieczne, powoduje astmę, choroby krążenia, wpływa na rozwój w życiu płodowym, łączy się nawet z chorobami neurodegeneracyjnymi. Dlaczego, mimo twardych dowodów naukowych, tak trudno nam ten problem rozwiązać?

Beth Gardiner: Bo zanieczyszczenie powietrza nie jest problemem technologicznym, tylko politycznym. Mamy wszystko, by się z tym kłopotem błyskawicznie uporać, oprócz politycznej woli.

 


Wskazywałaś ostatnio, że podczas rządów Baracka Obamy średni poziom pyłu PM 2.5 w Stanach obniżył się o 24 procent, a teraz, gdy rządzi administracja Trumpa, znów się podniósł. O pięć procent. Analitycy wiążą to z luźnym stosunkiem Białego Domu do egzekwowania przepisów związanych z ochroną powietrza.

Dzieje się kilka rzeczy naraz. Trump nie tylko stara się unieważnić albo poluzować istniejące regulacje dotyczące czystego powietrza i klimatu [administracji Trumpa przez dwa lata udało się cofnąć 24 przepisy lub porozumienia dotyczące ochrony powietrzaprzyp. M.S.], ale też podważa rolę nauki, która wskazuje na związki zanieczyszczenia powietrza ze stanem zdrowia obywateli. Próbuje też osłabić znaczenie działań rządowej Agencji Ochrony Środowiska (EPA), która egzekwuje przepisy ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act), albo wręcz te działania uniemożliwić. EPA korzysta z doradztwa specjalnych komitetów naukowych. Administracja Trumpa albo je likwiduje, albo zastępuje zasiadających w nich naukowców własnym ludźmi, którzy nie kierują się wytycznymi naukowymi, tylko pozwalają urzędnikom robić to, co im się podoba. Czasem te osoby reprezentują przemysł górniczy. Konflikt interesów? Administracja Trumpa uważa, że go nie ma.

Biały Dom idzie na zderzenie czołowe z Kalifornią?

Kalifornia odegrała ważną rolę w amerykańskiej drodze do czystszego powietrza. To stan, w którym wciąż oddycha się najciężej, co ma ogromny związek z tym, że jest nadal zależny od komunikacji samochodowej, ale dziś jednak jest nieporównywalnie lepiej niż w latach 60., zanim weszła w życie ustawa o czystym powietrzu. W Los Angeles znów widać góry, kiedyś szczelnie zasłonięte smogiem.

Kalifornia jest też w tej wyjątkowej sytuacji, że wiele kwestii związanych z powietrzem może regulować samodzielnie. Może zmuszać trucicieli do działań na rzecz poprawy jakości powietrza, tworzyć własne, bardziej rygorystyczne normy dotyczące emisji spalin, podchwytywane potem przez inne stany. Waszyngton próbuje jej właśnie ten przywilej odebrać. Trwa sądowa batalia. Trudno powiedzieć, w którą stronę się to rozwinie.

Grażyna Wolszczak wygrała z państwem polskim proces o smog. Co z tego wynika?

Kwestionowanie dowodów naukowych w sprawach związanych z klimatem i środowiskiem staje się częścią strategii populistycznych partii na całym świecie. Czy to dotyczy też zanieczyszczenia powietrza?

Nie wiem, jak to wygląda na całym świecie, ale niemiecka eurosceptyczna partia AfD kwestionuje naukowe doniesienia na temat wpływu pyłu PM 2.5 na nasze zdrowie. Czy w Polsce to również się dzieje?

Kilka lat temu ówczesny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zasłynął stwierdzeniem, że smog jest problemem teoretycznym, a dużo gorsze jest palenie papierosów.

W grę wchodzą tu dwie rzeczy. Po pierwsze, prawa strona często jest przeciwna zwiększeniu regulacji związanych ze zmianą klimatyczną czy zanieczyszczeniem powietrza, bo wymaga to zacieśnienia współpracy międzynarodowej. Po drugie, ma to związek z pieniędzmi. W Ameryce przemysł paliwowy jest ważnym źródłem funduszy, szczególnie dla Partii Republikańskiej. Gdy nauka potwierdza negatywny wpływ zanieczyszczenia powietrza na zdrowie i wydobycia węgla na klimat, politycy wspierani przez szkodliwe gałęzie przemysłu w obawie przed utratą źródła finansowania dyskredytują naukę. Zresztą negacjonizm klimatyczny ma się w Stanach dobrze już od dłuższego czasu. Jego działanie może się manifestować mówieniem „nauka nie ma racji”, ale również bagatelizowaniem własnej sprawczości – na zasadzie „tak, to prawda, ale nie ma sensu działać, bo Chiny i tak emitują najwięcej, a my zaledwie 1 procent”. Taki „miękki” negacjonizm bywa jeszcze gorszy.

To samo się dzieje, gdy chodzi o zanieczyszczenie powietrze. Przykład z polskim ministrem zdrowia doskonale to obrazuje. I tak, palenie jest gorsze, ale mamy wybór: palić albo nie. Wyboru: oddychać lub nie nie mamy.

Smog zabija, a rządzący wolą troszczyć się o węgiel [rozmowa]

Zanieczyszczeniem powietrza karmi się również biznes. Maski, oczyszczacze, wieże smogowe – czerpie korzyści z naszej potrzeby chronienia się.

To plasterki, opatrunki, krótkoterminowe działania, które nie rozwiązują problemu. Rozwiązać go może jedynie redukcja zanieczyszczeń. Oczywiście jeśli powietrze jest bardzo złe, oczyszczacz w domu może pomóc tobie i twojej rodzinie. Nie powiem więc: nie rób tego, ale dodam: nie skupiaj się wyłącznie na tym. Natomiast oczywiście producenci tych dóbr nie zanieczyszczają powietrza tak jak firmy węglowe, naftowe czy producenci samochodów.

Ale obecność tych wszystkich rozwiązań może przyczyniać się do ugruntowania myślenia, że powinniśmy sobie sami radzić.

Myślę, że dyskusja o największych wyzwaniach – czy to kryzysie klimatycznym, czy zanieczyszczeniu powietrza – naprawdę cierpi na tym, że za bardzo skupiamy się na indywidualnych działaniach, a niedostatecznie na pogłębianiu świadomości na temat systemowych uwarunkowań tych problemów. Owszem, ty i ja, jako indywidualne jednostki, możemy się chronić czy działać, zakładając maskę lub instalując panele słoneczne na dachu, i świetnie, ale w pojedynkę nie mamy dość mocy, by zmusić przemysł, aby działał inaczej. Ja sama nie jestem w stanie zmienić systemu produkcji energii elektrycznej w Wielkiej Brytanii. Tylko rząd jest w stanie to zrobić.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Podczas swojego ostatniego pobytu w Polsce wskazywałaś też, że fiksowanie się na indywidualnych rozwiązaniach może być niebezpieczne.

Bo to naprawdę niedobrze, że publiczna debata tak bardzo skręca w stronę indywidualnych rozwiązań i wyborów: Czy mam zostać weganką? Czy zmienić żarówki? A może ograniczyć latanie? I oczywiście, wszystkie te sprawy są ważne, a my, jako konsumenci, możemy w ten sposób wywierać wpływ na firmy produkujące różne dobra, ale skupiając się na jednostkowych działaniach, spędzając tak wiele czasu na roztrząsaniu, które z nich jest efektywniejsze, tracimy z oczu całość obrazu.

A on wygląda następująco: cały nasz świat funkcjonuje w niezrównoważony sposób, który przynosi ogromne profity wielkim korporacjom. Te niszczą i klimat, i środowisko, a władze ponoszą porażkę, próbując je powstrzymać. I to są przyczyny kryzysu. Głównymi odpowiedzialnymi są międzynarodowe korporacje zajmujące się wydobywaniem paliw kopalnych, które przez te wszystkie lata starały się szerzyć wątpliwości i zaprzeczać naukowym faktom. Wszystko po to, by powstrzymać ludzi przed działaniem.

Niektórym z nas działanie, jakiekolwiek, może pomóc wyrwać się z poczucia bezradności.

Myślę, że motywacja jest dobra. Czujemy się bezsilni, sfrustrowani, chcemy wiedzieć, co możemy zrobić, samodzielnie, na własną rękę. Udzielam sporo wywiadów w związku z książką i to pytanie pada niemal zawsze, na ogół na koniec: „No dobrze, a co my możemy zrobić jako jednostki?”. I wtedy oczywiście mówię: przesiądź się z auta na rower, a gdy chodzisz na piechotę, wybieraj mniej zatłoczone ulice. Sama tak robię w Londynie, wybieram spokojne szlaki zamiast zatłoczonych, wystarczy oddalić się sto metrów od ruchliwej arterii, żeby problem zmalał nawet o połowę. Ale to przecież nie rozwiązuje problemu zanieczyszczenia powietrza!

Zresztą często się teraz słyszy: nie używaj słomek, bierz swój własny kubek na kawę, noś ze sobą butelkę na wodę. Świetnie, jestem za, sama tak mówię, ale wiesz co? Potężny, wart miliardy dolarów przemysł i tak ten plastik produkuje i wciska go w gospodarkę. Musimy wszyscy zacząć zadawać pytania: dlaczego producentom w ogóle pozwala się produkować tyle plastiku? I sprzedawać go tak tanio?

Zamiast dać się wmanewrować w poczucie winy lepiej porządnie się wkurzyć [rozmowa]

Jest jeszcze coś: skupianie się na dyskusji o indywidualnej odpowiedzialności bardzo szybko zamienia się w wytykanie palcem i obwinianie. Ostatnio, kiedy brałam udział w radiowej dyskusji BBC o wstydzie przed lataniem, ktoś zadzwonił i powiedział, że całe życie oszczędzał na podróż dookoła świata, i owszem, zdaje sobie sprawę, że to dużo lotów, ale ma zamiar to zrobić. Prowadząca powiedziała wówczas: „Jesteś egoistą, nie dbasz o przyszłość kolejnych pokoleń”. I to jest moment, w którym dyskusja umiera, oponenci stoją w przeciwległych narożnikach, wrzeszczą na siebie, oskarżając się wzajemnie o hipokryzję.

George Monbiot, komentator „Guardiana”, napisał ostatnio: „Co jest największym osiągnięciem przedsiębiorstw z branży paliwowej? To, że obwiniamy się nawzajem”. Exxon Mobile, Saudi Aramco i inne korporacje, które wydobywają paliwa kopalne, mogą być zadowolone, bo nikt już nie zwraca na nie uwagi. Nikt nie zadaje fundamentalnego pytania: gdzie są nasze rządy i dlaczego nie interweniują?

Indywidualizacja winy za katastrofę klimatu – jeszcze większe świństwo niż myślisz

Z tymi interwencjami wciąż mamy problem. Pod koniec ubiegłego roku komentowałaś raport organizacji pozarządowej Transport and Environment, z której wynika, że po drogach naszego kontynentu wciąż jeździ około 51 mln diesli, których emisje ponad trzykrotnie przekraczają dopuszczalne normy.

To dziedzictwo skandalu dieselgate z 2015 roku. Nie tylko Volkswagen, ale i inne firmy motoryzacyjne produkowały auta z silnikiem wysokoprężnym, które naruszały standardy dotyczące emisji tlenków azotu. Europejskie władze nie zdołały ich zmusić ani do wymiany, ani do naprawy wadliwych modeli, nie wywalczyły też rekompensat dla ich właścicieli.

Cały nasz świat funkcjonuje w niezrównoważony sposób, który przynosi ogromne profity wielkim korporacjom. Te niszczą i klimat, i środowisko, a władze ponoszą porażkę, próbując je powstrzymać. I to są przyczyny kryzysu.

W Stanach usunięto te auta z dróg. Amerykańskie władze zmusiły Volkswagena do zapłaty miliardów dolarów rekompensaty – musiał albo odkupić, albo naprawić oszukane modele. Europa wyegzekwowała jedynie zmianę oprogramowania; 51 mln trujących samochodów nadal jeździ po naszych drogach. Produkuje się kolejne. Nawet dziś, kilka lat po tym, jak wybuchł skandal.

Coś się zaczyna zmieniać. Kilka tygodni temu polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył gigantyczną karę na polski oddział Volkswagena. 120,6 mln złotych.

Czy gigantyczną? Trudno to ocenić.

To najwyższa kara za naruszenie praw konsumentów kiedykolwiek nałożona przez ten urząd.

Oczywiście kara jest dobrym pierwszym krokiem, ale za nim powinny iść kolejne. Nie możemy mówić, że poradziliśmy sobie z problemem, skoro te auta wciąż są na naszych drogach. Zwłaszcza że Europa, po której jeździ dużo więcej aut z silnikiem diesla niż w Ameryce, mocniej odczuwa skutki dieselgate. W Stanach Zjednoczonych może jeden procent aut jest napędzanych ropą, tymczasem w Europie – połowa, albo i więcej. Łatwo to przeliczyć na emisje.

Ale i Europa faktycznie zaczyna coś z tym robić. W kwietniu 2019 roku w Niemczech postawiono zarzuty dawnemu szefowi Volkswagena (Martin Winterkornprzyp. M.S) i innym wysoko postawionych menadżerom, którzy wiedzieli o problemie. Proces to jednak, podobnie jak kara, za mało – te auta wciąż jeżdżą po ulicach Europy. A są badania, które pokazują, że w 2015 roku w Unii Europejskiej z powodu emisji tlenków azotu  przedwcześnie zmarło 6800 ludzi. Emisji ponad limity. Oto dziedzictwo dieselgate.

W książce piszesz o tym, że trudno dziś o producenta, który by nie ignorował legalnych limitów.

Robili to niemal wszyscy.

Tylko władza centralna może to zmienić? A samorządy? Teraz dużo mówi się o roli miast we wprowadzaniu nowego zielonego ładu.

Miasta mogą to robić, tak jak Londyn, który wprowadził Strefy Niskiej Emisji (Ultra Low oraz Low Emission Zone). W Wielkiej Brytanii trwa teraz dyskusja o tym, że powinno się ograniczać ruch samochodowy wokół placówek edukacyjnych, zwłaszcza w porach, gdy przebywają w nich dzieci.

Zielona Dolina Krzemowa w Polsce jest możliwa – ale zaklęcia o innowacjach nie wystarczą

Świetnie, że tak się dzieje, że miasta i lokalne społeczności się tym zajmują, że tworzymy prawo, które trzyma największych trucicieli z dala, ale to, że to robimy, oznacza, że zawiedziono nas na znacznie wyższym szczeblu. Bo dużo efektywniejsze byłoby wyeliminowanie trujących aut. Wymuszenie na ich producentach, aby respektowali normy. A to jest problem, z którym miasta sobie same nie poradzą. Mało tego, niektóre rozwiązania uderzają w tych, w których nie powinny. Są nie tylko mniej efektywne, ale i niesprawiedliwe.

Dlaczego?

W Londynie, żeby wjechać do pewnych stref dieslem starszym niż z 2014 roku, trzeba zapłacić 20 funtów. Chcesz wjechać? Płać albo kup lepszy samochód. A właściciele tych aut są przecież ofiarami oszustwa firm motoryzacyjnych. Karząc ich, przerzuca się na nich odpowiedzialność.

Można by to też uznać za zachętę do przesiadki na transport publiczny.

Oczywiście, to jeden z celów. Ale pamiętajmy o tym, że taka przesiadka jest możliwa, jeżeli ten transport jest dostępny i wystarczająco dobry.

W Londynie go nie ma?

Jest, ale niewystarczająco dobry. Ale Londyn w ogóle jest specyficznym przykładem. Kierowcy płacą tu już jedną opłatę za wjazd do centrum miasta, tzw. congestion charge, która ma ich motywować do przesiadki do transportu publicznego. Opłata za wjazd do stref niskiej emisji jest dodatkowa, i są nią obarczani tylko niektórzy.

Przy Kawie o Sprawie: Niebezpieczeństwa transportu publicznego

W Polsce problemem jest wprowadzenie wyższych opłat za parkowanie.

Prawda jest taka, że każda taka zmiana na rzecz uspokojenia ruchu czy zmiany rozkładu sił między kierowcami, rowerzystami i pieszymi, na korzyść tych drugich i trzecich, nawet gdy przynosi natychmiastowe, namacalne efekty, zawsze wiąże się z oporem. Gdy w Barcelonie wprowadzono superblocks (rejony złożone z dziewięciu kwartałów, gdzie ruch drogowy jest puszczony po głównych, zewnętrznych ulicach – M.S.), kierowcy natychmiast zareagowali oporem: jak to, nie mogę już tu wjechać, a przecież wjeżdżałem! Mimo że jakość życia w tych częściach miasta natychmiast się poprawiła. Wystarczyło kilka dni, by poziom zanieczyszczenia powietrza bardzo spadł.

Polski internet obiegła jakiś czas temu grafika, która pokazywała stan powietrza w Krakowie po pierwszych zeszłorocznych przymrozkach. W mieście, w którym od września 2019 roku obowiązuje zakaz palenia węglem i drewnem, świeciło się na zielono, obwarzanek wokół bił po oczach żółcią i pomarańczem.

Nie chcę mówić, że miasta nie powinny niczego robić. Powinny. Niemal zawsze prowadzi to do poprawy czystości powietrza oraz jakości życia mieszkańców. Wprowadzenie Stref Niskiej Emisji w Londynie poprawiło czystość powietrza o 30 procent. W dłuższej perspektywie będzie to miało pozytywny wpływ na zdrowie mieszkańców, ograniczy liczbę zgonów. Ale trzeba pamiętać o tym, że to tylko częściowa poprawa. Kraków nie jest otoczony murem, który powstrzymuje powietrze z zewnątrz, a na Wyspy Brytyjskie docierają zanieczyszczenia z Francji, Niemiec, Polski. Trujące powietrze nie respektuje granic miast, województw czy krajów. Po prostu swobodnie podróżuje. Jakość powietrza będzie tym lepsza, im więcej miejsc podąży śladem Krakowa i Londynu. A jeśli to ma być naprawdę skuteczne, zmiany muszą być wprowadzane na szczeblu narodowym.

I oczywiście nie można poprzestać na zakazach, ludzie muszą się czymś ogrzać. W Krakowie przez ostatnie lata wspierano finansowo wymianę pieców, aby pomóc ludziom zmienić sposób, w jaki ogrzewają domy.

Kraków ograniczył palenie węglem i drewnem. Pora na ruch samochodowy!

Opisujesz też Berlin – miasto, w których liczba samochodów przypadająca na tysiąc mieszkańców jest jedną z najniższych w Europie. Nie dość, że Berlin rozwija sieć publicznego transportu, to postawił też na alternatywy: współdzielone rowery, hulajnogi, skutery i auta. Mam wrażenie, że polskie miasta nie są jeszcze gotowe na to bogactwo, brakuje przepisów, które regulowałyby współistnienie różnych uczestników ruchu, te pojazdy zabierają też przestrzeń na chodnikach. No i policzono ostatnio, że średni czas życia hulajnogi do wynajęcia to 29 dni. Mało ekologiczne.

Najlepszą alternatywą dla samochodów jest transport publiczny, staroświecki, ale skuteczny. I Berlin ma doskonały system komunikacji miejskiej. Reszta, czyli skutery, hulajnogi elektryczne i auta na minuty, się w to wkleja. Wiem, że wiele miast donosi o podobnych problemach, jakie ma Warszawa, choćby o porzuconych hulajnogach, które blokują miejsce na chodnikach. I te problemy są realne.

Ale też się przyzwyczailiśmy, że przestrzeń w miastach należy przede wszystkim do aut. To one biorą wszystko, więc gdy oddajemy przestrzeń rowerom, mówimy: och, rowery biorą za dużo, to nie fair. Któregoś dnia widziałam wpis na Twitterze, w którym rowerzysta odpowiadał kierowcy narzekającemu na rozpychające się w przestrzeni rowery. Napisał mu: rozwalasz się w fotelu, obok pustego fotela, z pustą sofą za tobą, a ja mieszczę się na wąskim stołeczku, i to ty krytujesz mnie za zagarnianie przestrzeni? Przestaliśmy widzieć, jak wiele miejsca oddaliśmy autom, a jak niewiele zostawiliśmy dla innych użytkowników ruchu: pieszych i rowerzystów.

Jeżdżę na rowerze, żeby was wkurzać

Z twojej książki wynika, że powietrze dociera wszędzie nie tylko dosłownie, ale też metaforycznie. Dotykasz bardzo wielu tematów.

Pracując nad książką, miałam poczucie, że temat zanieczyszczonego powietrza koresponduje z największymi społecznymi i politycznymi wyzwaniami. Tu i teraz. Przenika się z tematami rasizmu i sprawiedliwości rasowej, ze sposobem, w jaki stanowi i egzekwuje się prawo, z zachowaniem równowagi między prywatnym a publicznym, ale też z kwestiami nierówności społecznych.

Zanieczyszczenie powietrza dotyczy nas wszystkich, ale nie wszystkich tak samo dotyka?

Oddychanie zatrutym powietrzem wpływa na zdrowie wszystkich, którzy mieszkają w zanieczyszczonej strefie, ale ten wpływ nie wszędzie jest identyczny. Wystarczy spojrzeć na współczesne mapy miejskich zanieczyszczeń. Kiedyś ich poziom mierzono w ujęciu ogólnym, podawano dane dla całego miasta, w rocznym ujęciu. Ale to ukrywało różnice, które występują pomiędzy strefami miast; zielona, nierozjeżdżana przez auta dzielnica będzie oddychać czystszym powietrzem niż jej gęsta, samochodowo zatłoczona, uboga w parki sąsiadka. Obecnie nauka koncentruje się raczej na badaniu wydzielonych obszarów, dzięki temu choćby w Oakland w Kalifornii wykazano, że poziom zanieczyszczeń może się różnić nawet ośmiokrotnie w zasięgu jednego kwartału. Jednego kwartału!

Autorzy badań przeprowadzonych ostatnio m.in. przez dwa kalifornijskie uniwersytety wskazują, że mieszkańcy dyskryminowanych kiedyś przez sektor bankowy dzielnic San Francisco i Los Angeles, gdzie osiedlali się ludzie, którym z racji koloru skóry odmawiano kredytów, są współcześnie dużo bardziej narażeni na ryzyko zachorowania na astmę. Z powodu zanieczyszczenia powietrza.

Badaczka tego tematu, Harriet A. Washington, autorka książki A Terrible Thing to Waste: Environmental Racism and Its Assault on the American Mind, wykazała, że Afroamerykanie z klasy średniej, którzy zarabiają 50-60 tysięcy dolarów rocznie, są narażeni na podobne poziomy środowiskowych toksyn co ubodzy biali o dochodach w okolicach 10 tysięcy dolarów rocznie. To wskazuje, że kwestia tego, kto jest bardziej narażony, nie ma związku wyłącznie z pieniędzmi – emitenci zanieczyszczeń stawiają swoje obiekty w okolicach zamieszkanych przez osoby niebiałe, czarnych, Latynosów.

Dlaczego?

Prosta odpowiedź: bo mogą. To politycznie łatwiejsze. To nie są społeczności, które mają władzę.

Smog to inni

czytaj także

W Polsce ogromnym problemem jest emisja z pieców w domach jednorodzinnych i też nie zawsze ma to związek z dochodami. Sąsiedzi zatruwają się wzajemnie.

To jeszcze inna sytuacja. W Polsce jakość powietrza pozostawia tak wiele do życzenia, że w zanieczyszczonych miastach i miejscowościach niemal wszyscy mogą być podobnie poszkodowani. Ale ta dynamika związana z nierównościami, również ekonomicznymi, jest bardzo ważna, niezależnie od wyjątków. Obserwowałam ją w wielu miejscach świata. Nikt nie chce mieszkać w zanieczyszczonej portowej dzielnicy Los Angeles (zatruwanej przez napędzane ropą kontenerowceprzyp. M.S.), więc osiedlają się tam głównie ci, którzy nie mogą wybrzydzać. Bo nie mają wystarczających dochodów.

Jeśli nie masz zbyt dużo pieniędzy, do wyboru masz okolice blisko ruchliwych dróg, elektrowni, fabryk, niedaleko ferm, które emitują mnóstwo toksycznych substancji i z których wyjeżdżają dziesiątki tirów dziennie. I nie masz jak stamtąd uciec. Zamożni mają czym zapłacić za przeprowadzkę. W lepsze sąsiedztwo, na wybrzeże, na wzgórza, z daleka od dróg, w zieleń. Oczywiście oni również niekiedy mieszkają w zakorkowanych, zanieczyszczonych częściach miast, ale regułą jest raczej, że to ubożsi ludzie mieszkają tam, gdzie praktycznie nie da się oddychać. Niezależnie od tego, czy to Kalifornia, Delhi czy Śląsk, temat zanieczyszczenia powietrza wszędzie uwypukla nierówności. A to kolejny powód, dla którego trzeba się nim zająć systemowo.

Popkiewicz: Polska musi przestać trzymać się zębami węglowej futryny

**
uduszeni wywiadBeth Gardiner – amerykańska dziennikarka obecnie mieszkająca w Londynie, publikuje w „The New York Times”, „The Guardian”, „National Geographic”, „Time” i „The Wall Street Journal”. Zajmuje się zdrowiem, środowiskiem i zrównoważonym rozwojem. Książka Uduszeni. Toksyczna prawda o powietrzu, którym oddychamy ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Relacja w przekładzie Anny Rogozińskiej.

Marta Sapała – dziennikarka freelancerka. Jest autorką kilku książek, w tym Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków oraz Na marne.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.