Świat

Moi przyjaciele z Bergamo

Marta Abramowicz

Jestem tak słaba, że mogę tylko siedzieć. Włączam google i wpisuję: „osłabienie po temperaturze”. Wyskakuje: grypa. A zaraz potem: koronawirus. Czytam, że objawy są identyczne. Przeglądam w myślach ostatnie dni. Wróciłam z Włoch. Wtedy oficjalnie są tam tylko dwie osoby z koronawirusem. Z każdym dniem jest gorzej. Epidemia rozlewa się po Włoszech. Najbardziej dotkniętym regionem jest Lombardia, najbardziej dotknięta prowincja – Bergamo. Co kilka dni piszę lub dzwonię więc do moich przyjaciół z Bergamo. Pytam: co u was? Jesteście zdrowi? Jak znosicie kwarantannę? Jak to jest żyć w mieście, gdzie tylu ludzi codziennie umiera?


Noc, 15 lutego. Jestem w Bolonii, w północnych Włoszech. Jest mi tak zimno, jakby ktoś polewał mnie lodowatą wodą. Przez kolejne godziny mam dreszcze, rośnie mi temperatura. Nie mam termometru, ale po objawach wnioskuję, że doszła co najmniej do 39. Nie śpię. W południe mam samolot do Polski. Boję się, że mnie nie wypuszczą. Kiedy przyjechałam, na lotnisku Włosi mierzyli wszystkim temperaturę.

Apteka jest tuż za rogiem, ale jestem tak zmęczona, że po drodze przysiadam kilka razy. Kupuję ibuprom i liczę, że przejdę kontrolę. Na lotnisku okazuje się, że wylatującym już nie sprawdzają temperatury. Jeszcze siedem godzin i będę w domu – myślę. Z Bolonii nie ma bezpośrednich lotów do Gdańska, mam przesiadkę w Monachium.

Jestem tak słaba, że mogę tylko siedzieć. Włączam Google i wpisuję: „osłabienie po temperaturze”. Wyskakuje: grypa. A zaraz potem: koronawirus. Czytam, że objawy są identyczne. Przeglądam w myślach ostatnie dni.

Przyjechałam trzy dni wcześniej – ostatnie spotkanie kilkuletniego projektu, duża podsumowująca przedsięwzięcie konferencja. Ludzie z Hiszpanii i całych północnych Włoch. Wspólny obiad. Rano w pensjonacie śniadanie z Australijkami, które właśnie wróciły z objazdu Lombardii. Potem kolacja z przyjaciółmi z Bergamo.

Wówczas we Włoszech oficjalnie są tylko dwie osoby z koronawirusem – chińskie małżeństwo z Wuhan, które przyjechało tu na wakacje. Leżą w szpitalu w Rzymie. Ale wylądowali w Mediolanie, więc jechali przez Lombardię, pewnie mijali też Bolonię.

Zaraz po wykryciu koronawirusa, 31 stycznia, Włochy jako pierwsze państwo w Europie wstrzymało loty z Chin i wprowadziło stan wyjątkowy. Jadąc tutaj, czułam się bezpiecznie. Bardziej bałam się przesiadki w Niemczech. Leciałam przez Frankfurt, gdzie było pełno Chińczyków. Niektórzy w maseczkach. Tych wszyscy omijali szerokim łukiem, bo przypominali sobą o epidemii. Ale potem siedzieliśmy razem zamknięci w jednym samolocie. Ktoś kasłał. Ktoś smarkał. Linie lotnicze twierdzą, że powietrze jest wymieniane na bieżąco, a filtry niezawodne. Mam jednak wątpliwości, czy również na małych, lokalnych trasach, jak ta do Bolonii czy do Gdańska.

Czuję się coraz gorzej. Gdy tylko ląduję w Polsce, dzwonię do szpitala zakaźnego.

– Nie, proszę nie przyjeżdżać – mówi stanowczo kobieta na izbie przyjęć. – To na pewno zwykła grypa. Proszę się zgłosić dopiero, gdy będzie się pani dusiła albo pluła krwią.

Pluła krwią? Czy to nie jest ostatnie stadium choroby? – myślę. Taksówką wracam do domu. Rodzinie zabraniam się ze mną kontaktować, machamy sobie z daleka. Mamy małą przybudówkę dla gości, tam będę leżeć. Nawet jeśli to grypa, to nie chcę nikogo narażać na taki stan. Czuję się fatalnie, bolą mnie wszystkie mięśnie. Jedzenie dostaję przez okno. Mój syn przykleja nos do szyby.

Przez kolejne dni czytam newsy o koronawirusie. Tłumacz Google przekłada dla mnie lokalne włoskie i niemieckie gazety. Słucham na YouTubie dr. Campbella, który relacjonuje mi najnowsze doniesienia naukowe. Objawem koronawirusa jest gorączka, wyczerpanie, bóle mięśniowe, drapanie w gardle i kaszel. Nie mam tylko tego ostatniego. Ale nie muszę, 30 procent nie ma.

Gorączka na szczęście szybko znika. Leżę w przybudówce kilka dni, potem ostrożnie wychodzę. W domu zajmuję osobny pokój. Stan wyczerpania trwa jeszcze przez trzy tygodnie.

Tymczasem zaczynają przychodzić niepokojące wieści z Włoch. W ciągu kilku ostatnich dni lutego w małych miasteczkach Lombardii wybucha epidemia koronawirusa. Rząd reaguje bardzo szybko, natychmiast odcina je od świata. Piszę do moich znajomych z Włoch z ostrzeżeniem, że jestem chora. I czy oni na pewno są zdrowi. Uspokajają mnie, że wszystko w porządku. Nie ma się co przejmować. Miasteczka zostały oddzielone kordonem sanitarnym, a Lombardia ma najlepszą służbę zdrowia w Europie.

Ale w marcu nic nie jest już w porządku. Epidemia rozlewa się po Włoszech. Najbardziej dotkniętym regionem jest Lombardia, najbardziej dotkniętą prowincją – Bergamo, najbardziej dotkniętą miejscowością jej stolica – miasto Bergamo. Tam epidemia rozwija się bardzo szybko. 25 lutego jest 18 przypadków infekcji koronawirusem, 1 marca już 209, w kolejnym tygodniu 761, dwa tygodnie później 2864. Pod koniec marca przypadków jest ponad 8000. A to tylko te ujęte w oficjalnych statystykach. Matematyczne modele mówią, że zakażona może być nawet jedna czwarta mieszkańców prowincji.

Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji

Zmarłych jest tylu, że krematorium, które działa 24 godziny na dobę, nie jest w stanie spopielić wszystkich zwłok. W końcu trumny do odległych o kilkaset kilometrów krematoriów wywozi z miasta konwój wojskowych ciężarówek. Potem część urn wraca, a część zostaje na cmentarzach w innych prowincjach. W Bergamo nie ma ich gdzie chować. W marcu ubiegłego roku zmarło 900 osób. Teraz – 5400. Potrzeba więc o kilka tysięcy więcej trumien, urn i miejsc na cmentarzach. A liczba zmarłych cały czas rośnie.

My tutaj padamy jak muchy

W połowie marca dziennikarka z Bergamo, Sara Agostinelli, pisze list do świata. Zamieszcza go na Facebooku.

Jestem chora. Prawdopodobnie na koronawirusa. Eksperci próbują mnie uspokajać: „80% populacji zachoruje, ale nie martwmy się, dla dużej części będzie to tylko grypa. Umieralność jest niska i dotyczy przede wszystkim osób starszych i cierpiących wcześniej na inne choroby”. Nie wiem jak was, ale mnie to rozwściecza. I boję się, że nikt nie rozumie, co się dzieje w Bergamo. My tutaj padamy jak muchy. Czy to jasne? Dziesiątki zmarłych każdego dnia. Dziesiątki i dziesiątki. Cmentarz nie jest w stanie przyjąć wszystkich ciał. Dzwony w mieście już nie dzwonią na śmierć, bo musiałyby dzwonić bez przerwy. Lekarze są wykończeni lub zakażeni i także oni zaczynają umierać.

Wszyscy jesteśmy chorzy lub prawie wszyscy. Trzy czwarte moich znajomych choruje, przyjaciele, krewni, koledzy. Mamy wysoką i uporczywą gorączę, silne bóle w różnych częściach ciała, kaszel, duszności i dziwne wyziębienie. Nie każdy ma wszystkie objawy. Ale to nie znaczy, że można mówić o „banalnej grypie”. Banalna grypa, co za gówno!

Trzy tygodnie gorączki, zmęczenie niosące halucynacje, ból głowy, krótki oddech, odporność na jakiekolwiek lekarstwa, widmo intensywnej terapii przed tobą niczym groźny kruk oraz oczywiście izolacja i samotność: to nie jest banalna grypa.

To prawda, że w dużej mierze umierają osoby niemłode i często takie, które chorowały jeszcze na coś innego. A więc??!!!??? 60-, 70-latkowie, którzy mogliby żyć jeszcze przez wiele lat, kim są? Przeterminowanym towarem, którego można się pozbyć? Nie są może osobami ludzkimi, które pozostawiają uczucia i miłości w bólu?!?

Dni mijają w dużej części na rozmowach telefonicznych. Stałe biuletyny medyczne: Jak się czujesz, dziś trochę lepiej, jutro trochę gorzej, jak się czuje tatuś, ciocia, przyjaciel, przyjaciółka; co ty masz, ja mam to, więc i ty pewnie masz to.

Syreny za oknem wyją dniem i nocą. Jeśli dzwonisz na 112, nie odpowiadają albo odpowiadają po nie wiadomo jak długim czasie. I zabierają cię do szpitala, gdy już jesteś w bardzo ciężkim stanie. Ponieważ nie ma miejsca. Ponieważ nie są w stanie cię leczyć. Testy są zarezerwowane dla tych, którzy przychodzą na pogotowie (i dla sekretarzy partii oraz piłkarzy). Inni muszą domyślać się, co im jest, wyobrazić sobie, a w przypadku wątpliwości izolować się na kwarantannie. Prawda, że procent śmiertelności przy tym wirusie jest niski, prawda. Jeśli wszyscy jesteśmy chorzy i umierają „tylko” dziesiątki osób dziennie, to procent śmiertelności jest niski. Ale wszyscy jesteśmy chorzy i umiera się bez przerwy, ciągle, i to umiera wielu, bardzo wielu.

Bińczyk: Na naszych oczach zatrzymała się hiperkonsumpcyjna gospodarka wzrostu

Co kilka dni piszę lub dzwonię więc do moich przyjaciół z Bergamo. Na początku, w lutym, pytam po prostu: co u Was? Jesteście zdrowi? Potem, w marcu: jak znosicie kwarantannę? Za czym najbardziej tęsknicie? A potem już: jak to jest żyć w mieście, gdzie tylu ludzi codziennie umiera? Jak to jest doświadczać czegoś tak strasznego?

Moi przyjaciele z Bergamo, jak to jest?

Gabriella: To niesprawiedliwe, że trzeba umierać w taki sposób

Gabriella, która kiedyś uczyła w szkole włoskiego, a teraz prowadzi dom kultury, na pytanie, jak to jest stawiać czoła takiej katastrofie, odpowiada:

– Wszystko zaczęło się banalnie, w lutym. Już od miesiąca docierały do nas wiadomości z Chin, ale traktowaliśmy je jak coś odległego, coś, co nas nie dotyczy. Jak co roku byłam skupiona na organizacji kursu historii XX wieku dla domu kultury, który założyłam razem z przyjaciółmi. Zapisało się ponad 250 osób i udało się ściągnąć najlepszego wykładowcę! Rozpiera mnie duma. Zaczynamy w piątek 21 lutego. W południe w radiu słyszę, że dwoje Włochów jest zarażonych koronawirusem. Nagle to do mnie dociera: to już nie chińskie małżeństwo, którego losy śledzimy od trzech tygodni, leczone w szpitalu Spallanzani w Rzymie, ale Włosi… Wieczorem słyszę, że zarażonych jest już 14 osób. Wychodzę na kolację. Centrum miasta jest zupełnie puste, a przecież to karnawał, piątek wieczorem…

W sobotę wyjeżdżamy z mężem, jak planowaliśmy od dawna, by odwiedzić przyjaciół w Toskanii. Przeziębiłam się, często kicham, na stacji benzynowej ludzie się ode mnie odsuwają. Śmiejemy się z tego. Paranoja!

W niedzielę nadchodzi wiadomość, że zawieszona jest działalność szkół w Lombardii i wszelkie publiczne działania. Martwimy się, że trzeba będzie zamknąć dom kultury, odwołać kurs, anulować rezerwacje w hotelach. Zawieszamy próby chóru. Wtedy myślimy jeszcze, że tylko na tydzień. Że potem wszystko wróci do normy. Że zaraz zaczniemy na nowo.

Ale koronawirus jest coraz bliżej. Kilka dni później dostaję wiadomość, że jeden z moich przyjaciół trafił z zapaleniem płuc na intensywną terapię. Mój brat z żoną zamykają się na kwarantannie, bo widzieli się z nim tydzień temu na pogrzebie. Na cmentarzu wszyscy się obejmowali i pocieszali. Są już dziesiątki osób z gorączką. Zaczynam się bać.

Potem wieczór 7 marca. Premier wydaje dekret zamykający cały kraj. Jestem jak oniemiała. Dzwonię do przyjaciółki, która została w Izraelu i nie może wrócić, bo samolot jest już odwołany. Nie wiem, co powiedzieć.

Nie wiem, co mówić, nie wiem, co myśleć, zamyka mi się mózg.

Czytam zachłannie dzienniki, słucham radia i telewizji, ale tylko przez pierwsze kilka dni. To tydzień śpiewów z okien, ale nie tu w Bergamo. Zbyt dużo chorych, zbyt dużo zmarłych. W gazecie strony i strony pełne nekrologów.

Zaczyna się izolacja. Śpię słabo i źle. W nocy budzę się często, nad ranem przewracam się z boku na bok. Dni mijają monotonnie. Wiadomości słucham tylko rano. Potem sprzątam. Jeden pokój każdego dnia, po skończeniu zaczynam od nowa. Dużo gotuję. Robię na drutach. Mam czym zająć ręce i wydaje mi się, że robię coś pożytecznego. Wiem, że niedługo wełna się skończy i nie będę mogła kupić nowej. Piszę listy do swoich dawnych uczennic. Codziennie w mediach słyszę o śmierci kilku osób, które znałam. W pierwszych tygodniach o starszych rodzicach przyjaciół, ale teraz o osobach w moim wieku, sześćdziesięciolatkach, w doskonałej formie fizycznej.

Nie boję się choroby. Nie swojej. Czułam się zawsze nie do pokonania, mam żelazne zdrowie, a teraz jestem zamknięta w domu od kilku tygodni. Boję się o mojego męża, starszego ode mnie i słabego. Boję się o syna, który codziennie robi zakupy tym, którzy sami nie mogą. O przyjaciół przeżywających samotnie żałobę, którzy nie mogli pożegnać swoich bliskich. Żyję zawieszona jakby z dnia na dzień, godzina po godzinie, tak jak nigdy wcześniej – ja, kobieta tysiąca projektów, która nie mogła usiedzieć na miejscu… To jedna z najtrudniejszych rzeczy, że jestem w tej chwili bezużyteczna. Jedyne, co mogę zrobić, to być w domu i nie stwarzać problemów.

#Zostańwdomu – jeśli go masz. Dobre rady nie dla uchodźców

Wszyscy jesteśmy w izolacji, więc doświadczamy rzeczywistości osobno. Każdy zapamięta ten moment inaczej. Moje przyjaciółki z Mediolanu żyją w metropolii i nie znają nikogo, kto byłby chory. A my patrzymy, jak ciężarówki wojskowe wywożą ciała zmarłych. I nawet do tego przywykamy, bo widzimy je co drugi dzień… To niesprawiedliwe, że trzeba umierać w taki sposób. To niesprawiedliwe, że trzeba przeżywać śmierć drogich nam osób samotnie, bez rytuałów, które pozwalają przemienić i wchłonąć żałobę.

Nie przeżyłam w moim życiu nigdy czegoś podobnego. Nigdy i niczego tak bezwzględnego i definitywnego, prawie nie do zrozumienia. Bardzo trudno jest mi znieść to, co się dzieje, ogrom tego i potworność. Dwudziestu moich bliskich znajomych już nie żyje, pięćdziesięciu walczy o życie. Wolałabym to wyprzeć. Zapomnieć.

Bergamo, moje miasto, jest puste. Okiennice spuszczone i śmiertelna cisza wokół.

Sara: Gdybym była duchem, poszłabym nagrać ciszę panującą w mieście

Sara, która reżyseruje filmy dokumentalne, na pytanie, jak dziś opowiedziałaby o Bergamo (wyobrażamy sobie, że Sara nie jest zamknięta w czterech ścianach, tylko niczym duch może przemieszczać się po mieście):

– Gdybym była duchem, poszłabym nagrać ciszę panującą w mieście. Ciszę, w której wybrzmiewa tylko kilka dźwięków. Śpiew ptaków, bo niepostrzeżenie nadeszła wiosna. Szczekanie psów, dziś głośniejszych niż zwykle. Muzykę, która przesącza się z wnętrza domów przez otwarte okna. I ostry sygnał ambulansu jadącego w oddali.

Poszłabym także do dzieci. Chciałabym nagrać wszystko, co robią. Co by to powiedziało o dzisiejszej sytuacji, która także i dla nich staje się coraz bardziej jasna? Jak patrzą na zatroskanie dorosłych?

Podglądałabym autobusy, które nadal jeżdżą, choć prawie nikt już do nich nie wsiada. Zapytałabym kierowców, jak to jest jeździć po mieście, które wygląda na wymarłe. Czy boją się za każdym razem, gdy ktoś jednak wejdzie do środka? Czy nie czują się zagubieni, gdy prowadzą zupełnie pusty autobus?

Poszłabym do szpitali. Ale tylko po to, aby popatrzeć w oczy lekarzy, które widać zza maseczek. Oczy, jak myślę, pełne bólu i zmęczenia.

Poszłabym do domów, gdzie chorzy ludzie stoją sami przy trumnach swoich bliskich. Nikt ich nie przytuli, nie obejmie, nie pocieszy. Nie ma katharsis. Jak ciężkie musi być to milczenie, które zapada, gdy trumny już zostaną wyniesione.

Poszłabym do sklepów przekonać się, co widzą kasjerki. Ukryte za taflą szkła, którą postawiono tam, by je chronić, patrzą na ludzi. Na tych, którzy kupują ogromne ilości jedzenia na zapas, i na tych, którzy przyszli się tylko pokręcić, ponieważ chcieli poczuć się mniej samotni.

Zajrzałabym przez okna do wnętrza domów. Myślę, że zobaczyłabym starszych ludzi z telefonem w ręku, a młodszych pochylonych nad komputerem, bo teraz te urządzenia stały się dla nas namiastką fizycznego kontaktu.

Nocą poszłabym spotkać ludzi, którzy z lęku przed donosem, po kryjomu wymykają się na spacer albo pobiegać. Szukałabym też tych, którzy teraz pracują bez przerwy – w szpitalach, zakładach pogrzebowych, supermarketach, fabrykach, na stacjach benzynowych… I tych, którzy nie wiedzą, jak wypełnić czas, by wszystkie dni nie były jednakowe, by nie zagubić się w lęku o teraźniejszość i przyszłość.

Pokazałabym, że strach i trwoga są wszędzie, dlatego często mówi się o wojnie. Ale pokazałabym też, że większość z nas żyje w poczuciu bezpieczeństwa, we własnych domach, z wi-fi i pełną lodówką, a nie jak na wojnie… Chciałabym opowiedzieć o zapaści systemu, zbiorowym szoku, szkle powiększającym nierówności, obnażeniu naszej niezdolności do relacji ze śmiercią, ale też o pięknie związków między ludźmi, potrzebie bycia razem, ochrony jedni drugich, byciu wspólnotą.

Sergio: Ludzie potrzebują jedzenia i lekarstw

Sergio, który koordynuje w Bergamo działania kilkuset wolontariuszy, na pytanie, czy praca pozwala mu odzyskać kontrolę:

– Myślę, że wreszcie udało się zapanować nad sytuacją. W kilka dni postawiliśmy nowy szpital, możemy przyjąć więcej osób w ciężkim stanie, liczba zachorowań spada. Przyjechali na pomoc lekarze z całego świata. Że z Rosji czy Kuby? Przyjmiemy z otwartymi rękami każdego medyka. Ja kontroluję to, na co mam wpływ. Moja działka to aprowizacja.

Ludzie potrzebują jedzenia i lekarstw. Koronawirus dotyka starszych, którzy mieszkają sami. Potrzeby rosną z dnia na dzień. Codziennie dostarczamy jedzenie pod pięćset adresów, a leki pod dwieście. A to tylko nasza pomoc, nie liczymy tego, że sąsiedzi robią dla siebie nawzajem zakupy. Tam, gdzie mieszkam, jesteśmy jedyną młodą rodziną i donosimy jedzenie pozostałym mieszkańcom.

Kiedy pracuję, muszę przemieszczać się po mieście. W biurze mamy tylko trzy osoby, jedna na piętro. Ulice są puste, tylko wojsko i karetki. Cały dzień mam na sobie maseczkę i rękawiczki. Zawsze trzymam dystans. Mam żel antybakteryjny. Ale i tak się boję. Powtarzam sobie: jeśli będziesz poruszać się we właściwy sposób, to będzie dobrze.

Tak samo instruujemy wolontariuszy. Żeby nie mieli z nikim kontaktu. Zakupy zostawiają pod drzwiami. Ale w tych warunkach każde wyjście jest stresujące. Wychodzisz w maseczce i rękawiczkach, a po przyjściu do domu od razu zdejmujesz ubranie. Przed wejściem do sklepu stoisz w długiej kolejce. Potem sprawdzają ci temperaturę, dezynfekujesz ręce. Na zakupach spędzasz kilka godzin, wszystko idzie bardzo powoli, jest nerwowo.

Włoski raper: Jesteś młody i zdrowy? Zostań w domu. Oto dlaczego wszyscy będą ci za to wdzięczni

Staramy się zapobiegać problemom. Sklepy i apteki nie mają już pracowników, bo wszyscy chorują. Każdy zamknięty sklep to kilkaset osób, które nie mogą zrobić zakupów. Dlatego wysyłamy naszych wolontariuszy do pomocy. Jedni stoją na kasie, inni robią zakupy, pakują torby, a jeszcze inni roznoszą. To bardzo ważne, żeby każdą czynność robił kto inny. W ten sposób minimalizujemy ryzyko. Oprócz tego nasi wolontariusze dbają o ludzi w sąsiedztwie. Codziennie dzwonią, pytają, jak ktoś się czuje.

Bardzo trudno zorganizować wolontariuszy przez telefon, bez spotkania. Trzeba wszystko dokładnie zaplanować. Pierwsza rzecz to zredukowanie przemieszczania, dzielimy ich na strefy. Druga rzecz to nie robić zakupów tylko dla jednej rodziny, ale dla większej liczby osób. Na początku wolontariusze nosili zakupy tylko seniorom, teraz każdy może poprosić o pomoc. Płaci ten, kto może. Jeśli ktoś jest biedny – nie prosimy o pieniądze.

Musieliśmy postawić na zaufanie. Że ludzie chcą pomóc innym, a nie ich okraść. Seniorzy często nie mają już gotówki, dlatego sklepy dają zakupy na kredyt. Ufają, że te pieniądze przyjdą przelewem. Tu na północy Włoch mamy bardzo mocną sieć społeczną, dlatego na razie rąk do pracy nie brakuje.

„To prawdziwe piekło”. Świadectwa z Wuhan

Czy coś się we mnie zmieniło? Urodziłem się w 1980 roku w Bergamo. Zacząłem pracę przed kryzysem, nigdy nie miałem problemów. Wszystko było przewidywalne – dobre zarobki, dobre życie. Na wakacje mogliśmy polecieć gdziekolwiek. A teraz siedzimy w domu jak nasi dziadkowie w czasie wojny. Tak, zupełnie zmieniła mi się perspektywa.

Michele: Myśleliśmy, że nasza służba zdrowia nas ochroni

Michele, socjolog, który jest też muzykiem country, i Angela, pedagożka, która organizuje obozy dla dzieci, na pytanie, jak do tego doszło i czy Włosi rzeczywiście nie przestrzegali kwarantanny:

W lutym Angela wysyłała do znajomych takie memy: zdjęcie rozciągniętego na kanapie faceta z brzuchem, który w ręku trzyma pilota od telewizora. Podpis: W 2019 roku śmierdzący leń. W 2020 – odpowiedzialny dorosły. Kolejny mem: przy biurku siedzi uśmiechnięty mężczyzna. Obok worek cementu, kielnia i betoniarka. Podpis: „Praca zdalna”. I jeszcze taki: okładka płyty włoskiego zespołu Corona z tytułem ich największego hitu This is the rhythm of the night. Pod spodem dopisek: „virus. Corona-virus jest rytmem tej nocy!”.

Angela: To prawda, na początku opowiadałam wiele żartów o korona. Niektóre wysyłam do teraz, bo śmiech jest ważny w każdej sytuacji. Ale kiedy widzisz, że mnóstwo ludzi zaczyna umierać obok ciebie, to jest to już zupełnie inny śmiech.

Michele: Żartowaliśmy z naszych przyjaciół, że już w styczniu kupują ryż i olej i składują je w garażu. No ale z czasem okazało się, że nie byli tak paranoiczni, jak się wydawało.

Angela: Kwarantanna? To nie taka prosta sprawa. Epidemia wybuchła pod koniec lutego, niby wprowadzono restrykcje, ale nie były one zbyt poważne. Wszyscy powtarzali, że to tylko zwykła grypa, że chorują głównie starsi. Nie zamknięto galerii handlowych ani restauracji. Tyle że trzeba było siadać przy stolikach, a nie stać przy barze. Zamknięto kina, ale nie odwołano dużego festiwalu filmowego. Jedynie szkoły przestały działać, dziećmi zajmowali się dziadkowie, bo wszyscy normalnie chodzili do pracy. Do tego mieszkamy w najbogatszym regionie Włoch i mamy najlepszą służbę zdrowia w Europie. Przyjeżdżali do nas ludzie z całych Włoch, żeby zrobić operację, byliśmy najlepsi w transplantacjach, leczeniu raka, kardiologii. I to wszystko za darmo, dla każdego, nawet jeśli byłeś imigrantem pracującym na czarno. W Bergamo mamy najnowocześniejszy szpital w Europie. Jeśli miałeś atak serca, karetka albo helikopter był po ciebie w ciągu 5-10 minut. Jak się czekało kwadrans, to ludzie narzekali, że co tak długo.

Bendyk: Koronawirus obnażył słabości nowoczesnych państw. Oddajemy więc wolność Lewiatanowi

Michele: Myśleliśmy, że nasza służba zdrowia nas ochroni. Jak mogliśmy w to wierzyć, kiedy tuż obok nas były czerwone strefy, gdzie lawinowo rosła liczba chorych? No właśnie dlatego, że kiedy epicentrum epidemii odcięto od świata, poczuliśmy się bezpieczni. Ale jest jeszcze coś: Bergamo jest lokomotywą Włoch, tutaj jest cały przemysł. Tu mieszkają ludzie, którzy żadnej pracy się nie boją. Jesteśmy z tego znani we Włoszech. Od lat 50. trwa wielki boom ekonomiczny. Mówi się u nas: dobry człowiek to ciężko pracujący człowiek. Słyniemy z niewielkich rodzinnych firm, ale mamy też wielkie międzynarodowe fabryki. Tu każdy dzień przestoju oznacza ogromne straty. Dlatego nie zamknięto Bergamo.

Michele podsyła mi wypowiedź Paolo Barcelii, historyka z tamtejszego uniwersytetu. Profesor wyjaśnia, że pierwsi zarazili się robotnicy w dwóch miasteczkach sześć kilometrów od Bergamo. Otoczenie ich kordonem sanitarnych oznaczałoby zablokowanie czterech tysięcy robotników pracujących w 376 firmach, których roczne obroty wynoszą 700 milionów euro. Nikt z rządzących nie zdecydował się na ich zamknięcie. Fabryki pracowały więc jak zawsze, a pociąg rozwożący robotników rozwoził przez dwa tygodnie także koronawirusa.

Angela: I właśnie wtedy, pod koniec lutego, miasto razem z lokalnymi właścicielami sklepów wypuściło kampanię Bergamo non si ferma [Bergamo się nie zamyka]. Identyczna była w Mediolanie.

Oglądamy obydwa filmy. Na tym o Mediolanie widać tętniące życiem miasto, mknące pociągi i samochody, robotników budujących nowy wieżowiec, rodziny z dziećmi w parkach, ludzi z laptopami w pracy, a potem w kinie z popcornem, w restauracjach, pijących wino, jeżdżących na deskorolce. Podpisy dodają otuchy: „Żyjemy tak, jak zawsze, ponieważ się nie boimy”.

Notatki z włoskiej izolacji [korespondencja]

Film o Bergamo jest mniej profesjonalny i ma do przekazania wiadomość bardziej wprost: „Będziemy nadal pić kawę w barze, wychodzić na obiad, robić zakupy w sklepach pod domem. #Kup blisko. #Bez strachu. #Bergamo się nie zamyka”.

Angela: Teraz rozumiesz, nie wiedzieliśmy, co myśleć. Napięcie zaczęło rosnąć w pierwszym tygodniu marca. Wszędzie było dużo wojska i policji. Może wreszcie zamkną fabryki? Właściciele protestowali, trwały przepychanki. Tak. Nie. Zamkną. Nie zamkną. To może całą Lombardię? Tak zrobią. Nie, tak nie zrobią. O nie, jednak zamykają! Wszyscy uciekają z Mediolanu na południe. O nie, co oni robią?! Jadą pociągami. Przecież zawiozą wszędzie wirusa!

Michele: Nas zamknięto w domach, ale fabryki cały czas działały. Dopiero pod koniec marca robotnicy zastrajkowali i premier wydał dekret, żeby pracował tylko niezbędny przemysł. Ale każdy uważa, że jego produkcja jest niezbędna. Ludzie oddali fabrykom swoje życie, a teraz czują się zdradzeni, że właściciele nie chcą ich chronić.

Angela: Kiedy zobaczyłam ciężarówki, które wywożą trumny, płakałam

Angela: Kiedy w Bergamo już co dwie minuty było słychać sygnały karetek, w szpitalach brakowało respiratorów, moja przyjaciółka z Rzymu zapytała mnie: czy jest naprawdę tak źle? Bo była też teoria, że to wszystko jest wymyślone. Ale najgorszy moment dopiero nadchodził. Dla mnie wtedy, kiedy zobaczyłam ciężarówki, które wywożą trumny. Płakałam. Umarli jechali ulicami mojego miasta. To jest ten moment, kiedy sobie wszystko uświadamiasz. Jesteś przytomna. Potem się dusisz. Nie ma dla ciebie respiratora. Umierasz w samotności. Zawsze nam mówiono, że najsłabszych trzeba leczyć i ich przepuszczać, a teraz najsłabsi muszą odejść…

Michele: Choć widać też mnóstwo solidarności – wszyscy ze sobą współdziałają: katolicy, lewacy, wojsko. Teraz jesteśmy najbardziej dotknięci, ale będziemy też pierwszymi, którzy z tego wyjdą.

Na koniec wysyłają mi link do filmu, na którym kibicie piłkarscy ramię w ramię z armią budują szpital polowy. – Chińczycy postawili szpital w dziesięć dni, ale nie słyszeli wtedy jeszcze o ludziach z Bergamo! Nam zajmie to osiem! – słychać dumny głos w filmie. A potem wiele głosów wyśpiewuje na całe gardło: „Tacy jak my, tacy jak my nigdy się nie poddaaaają!”.

**
Pod koniec kwietnia w prowincji Bergamo każdego dnia wciąż stwierdza się kilkadziesiąt nowych przypadków infekcji, a ich oficjalna liczba przekroczyła 11 tys. Od połowy miesiąca sukcesywnie zmniejsza się jednak liczba chorych na intensywnej terapii. Według analizy „Financial Times” wzrost liczby zgonów w okresie epidemii był tu najwyższy na świecie.

Obecnie Bergamo, tak jak i całe Włochy, przygotowuje się na rozluźnienie restrykcyjnej kwarantanny. 4 maja będzie wreszcie można wyjść z domu. Ostrożnie, w maseczce i trzymając dystans, pójść do parku albo odwiedzić najbliższych.

***

Marta Abramowicz – dziennikarka, badaczka, psycholożka. Autorka książek Zakonnice odchodzą po cichu i Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica. Jedna z dwunastu Superbohaterek Wysokich Obcasów 2019.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać