Świat

Po co nam kolonie na Księżycu? A po co nam Jeff Bezos?

Jeff Bezos obiecuje, że skolonizuje przestrzeń kosmiczną, a jego kolonie przyniosą światu „tysiąc Mozartów i tysiąc Einsteinów”. Jeden szkopuł: mamy miliony utalentowanych ludzi tu, na Ziemi, którzy harują w zapomnieniu dla miliarderów takich jak Jeff Bezos.


Miliarder, założyciel i prezes Amazonu przedstawił swoją imponującą wizję przyszłości w sali balowej centrum konferencyjnego w Waszyngtonie na początku maja. Bezos obwieścił, że ludzie muszą powrócić na Księżyc „i zamieszkać tam na stałe”, a jego koncern lotniczy Blue Origin postawi pierwszy krok ku koloniom, które powstaną na orbicie okołoziemskiej.

Ziemia to najlepsza ze wszystkich planet – zapewniał Bezos słuchaczy, ale kolonizacja kosmosu to jedyny sposób, by przyszłość ludzkości stała pod znakiem „rozwoju i dynamizmu” zamiast „stagnacji i reglamentacji”, które miałyby stać się naszym udziałem, jeśli pozostaniemy przywiązani do rodzinnej planety. W koloniach Bezosa ludzkość mogłaby rozrosnąć się do biliona osób  (obecnie przewiduje się, że nie będzie nas więcej niż osiem do jedenastu miliardów) – a wtedy, wieszczy Bezos, w tych pozaziemskich światach narodziłoby się „tysiąc Mozartów i tysiąc Einsteinów”.

Wizja ta być może porywa samego Bezosa i jego koterię, która spija mu z ust każde słowo, ale zastanówmy się przez moment: oto najbogatszy człowiek świata przekonuje, że jeśli ludzkość chce się rozwijać i kwitnąć, musi wyeksmitować większość populacji w przestrzeń kosmiczną, do pracy w kopalniach odkrywkowych na innych planetach.

Amazon: czy będzie strajk przeciw rządom algorytmów?

A przecież nic, zupełnie nic nie stoi na przeszkodzie, by ludzkość mogła kwitnąć tu i teraz. Potrzebujemy tylko systemu, który będzie najwyżej cenił ludzkie umiejętności, a jego celem będzie dobrobyt wszystkich ludzi. Oczywiście taki system nie przedstawia żadnej wartości dla miliarderów w rodzaju Bezosa, których koncerny czerpią zyski z prywatyzacji usług publicznych i robią, co mogą, by płacić jak najniższe podatki.

Im więcej miliarderów, tym więcej cierpienia

Miliarderzy pokroju Bezosa interesują się losem biednych tylko w jednym przypadku: kiedy społeczny gniew przybiera na sile i zaczyna zagrażać ich majątkom. Jednak nawet wtedy bogaci nie są skłonni poprzeć bardziej egalitarnego systemu podatkowego. Zamiast tego bawią się w filantropię i rzucają trochę grosza na jakiś zbożny społeczny cel, by sprawić wrażenie, że nie są tak całkiem bez serca.

Bezos na przykład tak długo lobbował w radzie miejskiej w Seattle, aż miasto wycofało się z podatku od największych koncernów, który miał sfinansować usługi publiczne dla rosnącej liczby bezdomnych. Gdy doczekał się za to ostrej krytyki, ogłosił, że przekaże 97,5 miliona dolarów organizacjom, które niosą pomoc bezdomnym w całych Stanach Zjednoczonych – tyle że to nie jest pomoc systemowa, tylko jałmużna. I kropla w morzu dla kogoś, czyj majątek liczy 150 miliardów.

Przywrócić dumę Ursusa

A między sukcesem ludzi takich jak Bezos w Seattle a narastającym kryzysem społecznym miasta istnieje wyraźny związek. Gigantyczne zyski nielicznych okradają większość ludzi z godnego życia i możliwości awansu społecznego.

To nie pusty slogan, ale stwierdzenie faktu, poparte analizą dystrybucji przychodów i majątku na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Od lat 70. ubiegłego wieku najbogatsi przechwytują coraz większą część dochodów i majątku, podczas gdy płace pracowników najemnych praktycznie stoją w miejscu. Gdy klasa pracująca straciła reprezentację związków zawodowych, straciła także siłę przy stole negocjacyjnym i na arenie politycznej.

Gdy klasa pracująca straciła reprezentację związków zawodowych, straciła także siłę przy stole negocjacyjnym i na arenie politycznej.

To wystarczyło, by bogaci pomajstrowali przy prawie podatkowym i zmienili reguły gry tak, by bogacić się jeszcze szybciej – kosztem wszystkich innych. Dziś, kilkadziesiąt lat później, 40 procent Amerykanów nie ma nawet czterystu dolarów oszczędności na czarną godzinę – na wypadek problemu ze zdrowiem czy innego zdarzenia losowego. W recesji, jaka przyszła po 2008 roku, miliony ludzi straciły domy i pracę. Jeśli wracają do pracy zarobkowej, to w sektorze usługowym i z o wiele niższym wynagrodzeniem. Byle tylko trochę dorobić, uregulować rachunki i zachować standard życia, część z nich chwyta się prac dorywczych w słabo uregulowanej „gospodarce chałtury”.

Kiedy ludzie rozporządzają tak niewielką ilością gotówki i z trudem wiążą koniec z końcem, nie są w stanie realizować swojego potencjału. System gospodarczy, w którym niepewnością dotkniętych jest tak wielu, nie maksymalizuje liczby nowych Mozartów i Einsteinów. Przeciwnie: odbierając ludziom możliwości rozwoju i szansę na awans społeczny, taka gospodarka pozwala, by ludzkie talenty marniały. Nic się nie zmieni, gdy ci ludzie polecą pracować na orbicie.

Bieda podcina skrzydła

Bieda wiąże ludziom ręce na wiele sposobów. Nie wszystkie są tak oczywiste jak kwestia pieniędzy. Ci, którym ich brakuje, mają utrudniony dostęp do wszystkiego, co niezbędne do godnego życia: stałego dachu nad głową, zdrowej żywności, niezawodnego środka transportu, edukacji, opieki medycznej i tak dalej. Jednak bieda nie tylko uniemożliwia korzystanie z towarów i usług pierwszej potrzeby. Doświadczenie biedy stawia przed ludźmi również inne, mniej dostrzegalne bariery.

W książce Scarcity (Niedostatek) Sendhil Mullainathan i Eldar Shafir wyjaśniają, w jaki sposób niedostatek – posiadanie mniej, niż potrzeba do życia – może powodować fiksację na braku, a przez to ograniczać zdolności poznawcze niezbędne do życia, pracy i stawiania czoła wszystkim codziennym sprawom. Autorzy nazywają to zjawisko bandwidth tax – ograniczeniem mentalnej przepustowości.

Bieda to decyzja polityczna. Jak działa polityka zaciskania pasa

Niedostatek ma różne oblicza: brak pieniędzy, brak czasu, samotność i wiele innych. Najtrudniejsze do pokonania mentalne bariery tworzy jednak bieda – która nadweręża kondycję umysłową człowieka „bardziej niż cała nieprzespana noc”. Dlatego ludzie biedni mogą się czasem wydawać mniej inteligentni od osób z klasy średniej i wyższej. Mullainathan i Shafir dowodzą jednak, że absolutnie tak nie jest: „Odróżnienie umysłu przygniecionego ciężarem biedy od umysłu z natury mniej lotnego może nie być łatwe, […] jednak z całą mocą podkreślamy: nie twierdzimy, że intelektualna «przepustowość» ludzi biednych jest mniejsza. Przeciwnie: twierdzimy, że ta przepustowość zmniejsza się u każdego, kto popadnie w biedę”.

Gdyby odebrać Bezosowi jego miliardy i zagnać go jutro do pracy w jednym z magazynów Amazona, doznałby tego samego ograniczenia poznawczego wywołanego niedostatkiem co inni pracownicy, którzy całą swoją umysłową energię muszą skupiać na tym, jak dotrwać do następnej wypłaty.

Gdyby odebrać Bezosowi jego miliardy i zagnać go jutro do pracy w jednym z magazynów Amazona, doznałby tego samego ograniczenia poznawczego wywołanego niedostatkiem co inni pracownicy.

„Umysłowa przepustowość” Bezosa zostałaby ograniczona dokładnie tak samo jak każdego innego człowieka, który znalazł się w podobnej sytuacji. Zabrakłoby mu mentalnej przestrzeni, by zajmować się ideami, realizować osobiste projekty czy poszukiwać drogi awansu.
Bieda to coś więcej niż brak pieniędzy. Bieda przytępia zdolności poznawcze, uniemożliwiając człowiekowi rozwój i realizowanie osobistego potencjału – nie pozwala się stać nowym Mozartem lub nowym Einsteinem.

To się nie zmieni, kiedy ludzie zamieszkają w koloniach na orbicie. Stworzyliśmy społeczeństwo, które wyciska z klasy pracującej każdą ostatnią minutę produktywnej pracy – w tym pracy umysłowej – by ich kosztem bogacili się miliarderzy, którzy teraz próbują zaprojektować nam przyszłość. Nic się nie zmieni, kiedy ludzie zamieszkają w koloniach na orbicie. Bo to tych miliarderów trzeba wziąć w karby, żeby zwykli ludzie mieli jakąkolwiek szansę na rozwinięcie swojego potencjału.

Ludzie potrzebują wsparcia

Mechanizmy wbudowane w kapitalizm uprzywilejowują bogatych kosztem wszystkich innych, a bogaci używają swojej władzy, by tę przewagę utrzymać. W takim systemie bogaci mogą urzeczywistniać swoje marzenia o kolonizacji kosmosu, zatrzaskując wszystkim innym przed nosem drzwi do lepszego świata. To właśnie musi się zmienić, jeśli chcemy, by wszyscy ludzie mogli sięgnąć (przysłowiowych) gwiazd.

Czy nie za mało złościmy się na bogatych?

Mullainathan i Shafir sugerują kilka sposobów rozładowania poznawczego zatoru, jakiego doświadczają nisko zarabiający: usunięcie czasochłonnych barier biurokratycznych stawianych przed tymi, którzy ubiegają się o pomoc społeczną, transfery gotówkowe, które pomogą uzupełnić braki materialne, oraz wysokiej jakości powszechne programy socjalne. Podają przykład dotowanych żłobków i przedszkoli dla dzieci samodzielnych matek: nie tylko przynoszą one ulgę dla domowego budżetu, ale uwalniają matki od zmartwienia o to, gdzie podzieją się dzieci, gdy one pójdą do pracy. Takie oswobodzenie umysłu od ciężaru trosk nie będzie widoczne w rubrykach kosztów i zysków, ale pracującym matkom może odmienić życie.

Dalej idące zmiany, polegające na całkowitym odtowarowieniu służby zdrowia, edukacji, opieki nad dziećmi i transportu publicznego, mogłyby przynieść olbrzymią ulgę przeciążonym pracującym. Im mniej będą się niepokoić, czy stać ich na to, co konieczne do życia, tym więcej uwagi będą mogli poświęcić nauce, technice, sztuce i innym przedsięwzięciom – i tym więcej znajdzie się wśród nich Mozartów i Einsteinów.

Antropolog David Graeber dowodzi, że eksplozja kultury popularnej w latach 60. w Wielkiej Brytanii nie byłaby możliwa, gdyby nie ówczesne silne i hojne państwo opiekuńcze: „Muzycy z zaskakująco wielu największych zespołów, które zrobiły później oszałamiające światowe kariery, spędzali co najmniej część najważniejszych dla rozwoju lat na zasiłku dla bezrobotnych”. Gdy kilka dekad później, już po daleko idących cięciach systemu świadczeń społecznych, New Labour próbowała rozniecić iskrę brytyjskiego popu pod hasłem „Cool Britannia”, efekt okazał się daleko mniej imponujący, ponieważ „praktycznie każdy, kto miał zadatki na nowego Johna Lennona, do końca swoich dni przerzucał kartony w lokalnym Tesco”.

Znikając pomiędzy regałami [reportaż z Amazona]

czytaj także

Do realizacji swojego potencjału ludzie potrzebują bezpieczeństwa ekonomicznego i umysłowej przestrzeni pozwalającej zaangażować się w wybraną sferę aktywności. Dziś dla większości ludzi jedno i drugie jest nieosiągalne. Mimo niskiej stopy bezrobocia coraz trudniej znaleźć dobrze płatne miejsca pracy, pomoc społeczna dla biednych i bezrobotnych została bezpardonowo obcięta, a zaciskające się kleszcze ubóstwa wywołały olbrzymi kryzys zdrowia psychicznego, na który państwo nie zaczęło jeszcze właściwie reagować.

Nie musi tak być

Pod rządami kapitalizmu, generującego olbrzymie nierówności, tylko nieliczni mają możność zrealizować swój potencjał. Bezosa rojenia o przyszłości przywodzą na myśl słynne powiedzenie, że łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu. Szef Amazona nie jest w stanie zakwestionować systemu, który stał się dla niego źródłem jego własnego niezmierzonego bogactwa. Dlatego jedyna pozytywna wizja przyszłości, jaką podpowiada mu wyobraźnia, wymaga, byśmy zbiorowo opuścili jedyną planetę, która nadaje się do życia.

Świat walczy z dwutlenkiem węgla, a mafie dalej rabują amazoński las

czytaj także

Bezos chce, by na świat przychodziło więcej Mozartów i Einsteinów, jednak w surowych kapitalistycznych trybach może osiągnąć swój cel tylko w jeden sposób: budując w kosmosie kolonie dla biliona ludzi. W stosunku do obecnej populacji oznaczałoby to stukrotny przyrost. W wizji Bezosa nie ma jednak miejsca dla setek milionów nowych robotników, których potrzebowałaby gospodarka rozdęta do międzyplanetarnych rozmiarów. Czy im też będzie wolno osiągać geniusz na miarę kosmicznej ery czy raczej będzie się ich hodować do pracy w magazynach Amazona i pozaziemskich kopalniach? Nie musimy kolonizować kosmosu, by ludzka inwencja mogła rozwinąć skrzydła. Nie jest prawdą, że tylko znikomy odsetek ludzi nosi w sobie talent. Prawdą jest za to, że potencjał bardzo wielu ludzi zostaje zaprzepaszczony, gdy są zmuszani do pracy za psie pieniądze, a rosnące koszty podstawowych towarów i usług odbierają im jakąkolwiek szansę na poprawę bytu.

Potencjał bardzo wielu ludzi zostaje zaprzepaszczony, gdy są zmuszani do pracy za psie pieniądze.

Jest to jednak wybór polityczny. Możemy to zmienić, jeśli przywołamy do porządku klasę miliarderów i ich megakorporacje, jeśli zaczniemy sprawiedliwie dzielić ich olbrzymie bogactwo, po to, by nie tylko wybrańcy losu, ale wszyscy ludzie mogli żyć pełnią życia. Nie potrzebujemy kolonii w kosmosie. Potrzebujemy poskromić miliarderów i zacząć wspólnie decydować o naszej przyszłości. Bo na razie to wciąż oni rządzą światem.

**
Artykuł Paris Marx ukazał się w Jacobinie. Tłumaczył Marek Jedliński.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.