Świat

Potrzebujemy więcej kobiet w polityce zagranicznej

Fot. Mario Antonio Pena Zapatería, flickr.com

Aż ciężko uwierzyć, że są jeszcze osoby, które uważają, że politykę zagraniczną można robić tak jak w XIX wieku, kiedy w jakimś obitym drewnem gabinecie w pluszowych fotelach siedzieli panowie, przedstawiciele elity elit i paląc cygara, nad mapami rozprawiali o losach świata.

Paulina Siegień: To może od razu opowiedz, kim jesteś i co to za spisek ten Międzynarodowy Klub Kobiet?

Iwona Reichardt: Ha! Zawsze musi być spisek i musi być szykowana rewolucja, ale w tym przypadku chodzi nam po prostu o demokrację. Od prawie już 10 lat jestem redaktorką „New Eastern Europe”, pisma poświęconego polityce i przemianom społecznym na obszarze państw postsocjalistycznych i postsowieckich, równocześnie jestem wykładowczynią akademicką. Z racji wykonywanych przeze mnie zawodów biorę często udział w różnego rodzaju wydarzeniach dotyczących polityki zagranicznej i spraw międzynarodowych.

#MediaBezKobiet: Kobiety same są sobie winne?

czytaj także

W ich trakcie poznałam wiele kobiet, które pracują w tej samej działce, i z roku na rok coraz jaśniej zaczynałyśmy dostrzegać potrzebę stworzenia jakiejś platformy dla wymiany doświadczeń, ale też planowania przyszłości pod kątem obecności kobiet w polityce zagranicznej. Z tego wykluła się nieformalna, ale bardzo prężna grupa, która ma za sobą dwa duże spotkania w Warszawie i kilka spotkań w luźniejszej atmosferze. Wielkimi krokami zmierzamy do formalizacji, czyli założenia stowarzyszenia.

Ile was jest i kim są twoje koleżanki?

W naszej grupie na Facebooku jest nas około 150, a na spotkania w Warszawie dotarło jakieś 30–40 osób. Uważam, że to duży sukces, bo spotkania odbywały się w dni powszednie, w godzinach pracy, a pojawiły się nie tylko dziewczyny z Warszawy, ale też z innych miast – z Krakowa, Poznania, Wrocławia, Gdańska, Lublina. Mam nadzieję, że będą dołączać kolejne osoby, być może nie do wszystkich dotarła informacja o naszej inicjatywie, mam nadzieję, że dzięki temu wywiadowi też wiele dziewczyn dowie się o Międzynarodowym Klubie Kobiet i dołączy.

Sylwia Spurek: Przywróćmy głos wszystkim kobietom

W klubie są kobiety, które zajmują się bardzo szeroko pojmowaną polityką zagraniczną. Są między nami ekspertki i analityczki czołowych polskich think tanków, są dziennikarki, dziewczyny z organizacji pozarządowych, wykładowczynie uniwersyteckie, kobiety, które pracują w MSZ lub instytucjach europejskich. Już teraz łączymy i chcemy łączyć ekspertki z różnych ośrodków, z różnych miast, mniejszych i większych, bo nie jest tak, że działania, które dotyczą polityki zagranicznej, dzieją się tylko w stolicy.

Jaki cel sobie stawiacie? Rozumiem, że to nie jest tylko grupa wsparcia dla kobiet, które na co dzień funkcjonują w raczej zmaskulinizowanym świecie.

To prawda. Jeśli się przyjrzymy polskiej sferze publicznej z perspektywy polityki zagranicznej, to gołym okiem widać, że mamy w Polsce problem reprezentacji. Od pewnego czasu poruszana jest kwestia tzw. męskich paneli, czyli sytuacji, kiedy w różnych wydarzeniach, czy to publicznych, czy zamkniętych lub półzamkniętych, do aktywnego udziału zaprasza się niemal samych mężczyzn.

Te panele to najbardziej jaskrawy, ale też tylko okazjonalny przejaw męskiej dominacji. Pojawia się ogłoszenie o jakiejś debacie lub konferencji, w nim lista uczestników i wtedy oczywiście irytuje nas to, kiedy widzimy tam tylko naszych kolegów i żadnej koleżanki. Problem tkwi jednak głębiej – męska dominacja dotyczy podstaw działania instytucji, które zajmują się w Polsce polityką międzynarodową. Mężczyźni stanowią przytłaczającą większość w różnych gremiach decyzyjnych, na przykład radach doradczych lub programowych, nie mówiąc o zarządach czy kadrze urzędniczej w MSZ.

Dlaczego do debat należy zapraszać też kobiety

Od razu zaznaczę, że nie chodzi nam wyłącznie o parytet. Tak na marginesie, to mamy w Polsce na punkcie parytetów niezrozumiałą dla mnie fobię, ale w tym przypadku nie dążymy do tego, by za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji, kiedy jest po równo kobiet i mężczyzn lub na zasadzie afirmacji nawet więcej tych pierwszych. Nie chodzi o ilość, a o jakość, o zróżnicowanie prezentowanych perspektyw.

Pozwól, że będę przez chwilę adwokatką diabła. Organizatorzy konferencji, tłumacząc się z męskich paneli często, mówią tak: nie zaprosiliśmy, bo nie ma takich kobiet albo się akurat na danym temacie nie znają, albo nie mogą przyjść lub przyjechać, albo nie chcą. A poza tym gości zapraszaliśmy ze względu na klucz merytoryczny, a nie płciowy. A do tego jakieś wściekłe feministki zarzucają nas, organizatorów, pretensjami.

Spotkałam się kiedyś z takim argumentem w postaci pytania: a czy ty byś się czuła dobrze, mając świadomość, że zostałaś zaproszona tylko ze względu na to, że jesteś kobietą? No cóż, ja nie miałabym z tym problemu, bo mam poczucie, że jestem kobietą, która ma coś do powiedzenia. Jeśli organizatorzy uważają, że nie ma kobiet, które mają ekspercką wiedzę w danych obszarach, to niestety obawiam się, że żyją w swojej bańce, bo nasza grupa i nasze spotkania najlepiej pokazują, jak szeroką i różnorodną ekspertyzą dysponują kobiety w tej branży.

W dużej mierze właśnie z tego problemu reprezentacji wyrasta nasza grupa, bo ja i moje koleżanki mamy poczucie, że mamy coś do powiedzenia, że nasza perspektywa jest wartościowa, a wiedza nie ustępuje tej, którą mają nasi koledzy. Co do pretensji, to pewnie czasem są tak odbierane przez osoby, które organizują wydarzenia. Sama występuję czasem jako organizatorka i rozumiem, pod jaką presją czasu trzeba pracować, jak trudno jest wszystko dopiąć na ostatni guzik i że lista zaproszonych gości potwierdza się dopiero w ostatnim momencie. Kiedy więc pojawiają się jakieś takie niezadowolone głosy z zewnątrz, to bywa to po prostu frustrujące.

Ale fakt jest faktem, że czasem kobiet brakuje albo że są mniej dyspozycyjne i od obrażania się, po jednej czy po drugiej stronie tej sytuacji, lepsza jest po prostu otwarta komunikacja. Na naszych spotkaniach omawiamy to, co możemy zrobić, by poprawić sytuację, i wychodzi nam, że najważniejsza jest otwarta rozmowa z naszymi kolegami, z przełożonymi. Konsekwentne, trochę nawet uparte, ale spokojne i rzeczowe wyjaśnianie, dlaczego męskie panele nie są dobre.

Większość kobiet w momencie otrzymania zaproszenia do udziału w jakimś wydarzeniu, pyta organizatorów o takie sprawy jak termin spotkania i przede wszystkim jego temat. Na tej podstawie podejmują decyzję, czy brać udział w wydarzeniu czy nie. Z rozmów, które toczymy w ramach naszej grupy, ale również interakcji z naszymi kolegami, wynoszę, że panowie takich pytań często nie zadają. A szkoda, bo może większa odpowiedzialność za jakość dyskursu, która przejawia się chociażby tym, że raczej nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam, dobrze zrobiłaby naszej debacie o sprawach międzynarodowych.

To jeden, bardzo praktyczny cel, czyli podniesie reprezentacji kobiet w dyskursie publicznym na tematy międzynarodowe.

Tak, to aspekt praktyczny, ale to, o co nam chodzi, to tworzenie warunków do wdrażania feministycznej polityki zagranicznej.

Powiedzą, że to aberracja, że nie ma czegoś takiego. Polityka zagraniczna może być tylko państwowa, a nie jakaś feministyczna.

Oczywiście, że istnieje feministyczna polityka zagraniczna i jest to polityka wdrażana na świecie. Przoduje na tej niwie Szwecja i wszystkich, którzy albo nie wierzą, że feministyczna polityka zagraniczna istnieje, albo nie potrafią sobie wyobrazić, co ona oznacza, odsyłam do oficjalnych publikacji szwedzkiego rządu. Oprócz tego feministyczna polityka zagraniczna jest wdrażana także w Kanadzie, Francji i Meksyku.

„Ja? Lepiej poproście kolegę, on sobie poradzi”

Jej założenie jest banalnie proste: polityka zagraniczna jest tworzona przez kobiety i mężczyzn i jest kierowana do kobiet i mężczyzn. Tak jak mówiłam na początku, chodzi o demokrację, a nie o zastąpienie męskiej dominacji kobiecą dominacją. Postulatu równości kobiet i mężczyzn nie należy postrzegać jako – tak jak to często ma niestety miejsce w Polsce – próby wypchania mężczyzn z ich stanowisk, np. ministrów, ambasadorów, dyrektorów, i zastąpienia ich kobietami – na podstawie tak wyśmiewanej w Polsce zasady parytetów.

Feministyczna polityka zagraniczna ma w założeniu służyć wszystkim – i kobietom, i mężczyznom. Służy ona przede wszystkim zwiększeniu reprezentatywności i demokratyzacji w procesie politycznym, jak również wzbogaceniu go o perspektywę kobiecą, czyli mniej więcej połowy społeczeństwa. Tej perspektywy nie trzeba się obawiać.

Strach przed feminizmem i feministyczną polityką zagraniczną obrazuje niską samoocenę tych, którzy ten strach odczuwają, a czasem też niewiedzę, na czym feministyczne podejście do różnych zagadnień życia społeczno-politycznego polega. Z moich obserwacji wynika, że większe zróżnicowanie jakiejkolwiek grupy – czy to ministerstwa, czy panelu – służy tej grupie i jakości polityki publicznej czy dyskursu.

Zmiana jest w nas?

czytaj także

Zmiana jest w nas?

Iwona Reichardt

Z tego choćby powodu nie powinniśmy się tak panicznie bać zapraszania kobiet do gremiów decyzyjnych, paneli, placówek dyplomatycznych. Kobieca perspektywa jest często inna od męskiej, ale to nie znaczy, że jest jakimkolwiek zagrożeniem. Większe zróżnicowanie dyskursu publicznego tylko go wzbogaca.

A jak się robi feministyczną politykę zagraniczną w praktyce?

W feministycznej polityce zagranicznej bardzo ważny – oprócz decydentów i twórców programów – jest również ich odbiorca. A zatem ta osoba czy grupa, do której kierujemy nasze działania. Popatrzmy na działania w ramach tzw. pomocy rozwojowej, która jest skierowana przede wszystkim do społeczeństw żyjących w sferze konfliktu lub na obszarze pokonfliktowym. Jeśli przyjmiemy, że w takich miejscach ważnymi organizatorkami życia społecznego są kobiety, to warto się zastanowić, czy pomoc udzielana w ramach programu jest tak opracowana, żeby ich praca mogła być odpowiednio realizowana.

Moc kobiecej energii odnawialnej

czytaj także

W praktyce feministyczna polityka zagraniczna to również polityka, która czerpie z różnorodności i innowacyjnych podejść do świata i polityki. Obecny rząd lubi mówić o innowacjach, i super, niech będzie innowacyjnie. Innowacje przydałyby się nam jednak nie tylko w technologii, ale też w życiu społecznym i politycznym. Główni aktorzy polskiej polityki zagranicznej to instytucje o hierarchicznej, wertykalnej strukturze.

W takich warunkach nie da się wypracować innowacji, wymyślać nowoczesnych rozwiązań i je wdrażać. Innowacjom sprzyja heterogeniczność systemu, horyzontalny model relacji, sieciowanie i wysoki poziom demokratyzacji. Zdaje sobie sprawę, że nawet popkultura tworzy takie obrazy spraw wagi międzynarodowej, które są załatwiane za zamkniętymi drzwiami, na tajnych posiedzeniach najwyższych władz albo pokątnie przez służby specjalne. Choć niewątpliwie i ten wymiar polityki zagranicznej istnieje, to na co dzień ma ona dużo bardziej złożony charakter i składa się z tysięcy drobnych działań mniejszych i większych aktorów.

Z jednej strony prerogatywy występowania w imieniu państwa ma tylko ściśle określona przez konstytucję grupa osób, z drugiej jest tak, że politykę zagraniczną tworzą dziesiątki, jeśli nie setki podmiotów. To są właśnie ośrodki badawcze i naukowe, instytucje kultury, organizacje trzeciego sektora, samorządy. Może to zabrzmi banalnie, ale chyba też nie trzeba nikogo przekonywać, że właściwie każdy z nas nawet jako osoba prywatna, stykając się z cudzoziemcem, robi politykę zagraniczną, bo w jakimś stopniu każdy z nas reprezentuje swój kraj.

Czy górniczka umie wnieść lodówkę na czwarte piętro?

Powinniśmy to w końcu dostrzec i dlatego w publicznych dyskusjach o polityce zagranicznej powinniśmy mieć szeroką reprezentację różnych organizacji i środowisk. Trzeba rozszerzyć definicję polityki zagranicznej, bo to już właściwie jest mrzonka, że to jedynie domena MSZ i kancelarii prezydenta.

Jest jeszcze jeden utarty obraz dotyczący uprawiania polityki międzynarodowej, a mianowicie stabilność, przewidywalność, znajomość partnerów lub oponentów. Funkcjonuje przekonanie, że najlepsze rezultaty osiąga się wtedy, kiedy pojawia się relacja, czasem nawet osobista, między politykami, kiedy na przykład na placówkę do danego kraju wysyła się ambasadora, który już zna elitę tego kraju, ma dobre, bliskie kontakty.

Procesy społeczne galopują – to się dzieje właściwie od przełomu poprzednich wieków. Demokratyzacja, emancypacja kobiet i innych grup, dekolonizacja, obyczajowe rewolucje na Zachodzie, rozpad ZSRR i bloku wschodniego oraz demokratyzacja społeczeństw Europy Środkowej i Wschodniej, ich transformacja ekonomiczna i jej skutki. Do tego globalizacja, cyfryzacja, prawicowy populizm i polityki tożsamościowe, nurty de- lub antyglobalizacyjne.

Kobieca perspektywa jest często inna od męskiej, ale to nie znaczy, że dla męskiej jest jakimkolwiek zagrożeniem.

Aż ciężko uwierzyć, że są jeszcze osoby, które uważają, że politykę zagraniczną można robić tak jak w XIX wieku, kiedy w jakimś obitym drewnem gabinecie w pluszowych fotelach siedzieli panowie, przedstawiciele elity elit i paląc cygara, nad mapami rozprawiali o losach świata.

Co do argumentu o wadze osobistych relacji, to może to być równie dobrze kontrargument. Na przykład Gerhard Schröder miał i ma nadal świetne osobiste kontakty z rządzącą elitą Rosji, ale nie jest to dzisiaj postrzegane jako sukces dyplomatyczny, a raczej jako korupcja. Feministyczna polityka zagraniczna stawia sobie za cel reprezentację całego przekroju społeczeństwa, a także transparentność procesu politycznego.

W porządku, ale wciąż brakuje mi jakiegoś przykładu praktycznego zastosowania feministycznej polityki zagranicznej. Weźmy kryzys polsko-rosyjski wywołany grudniowymi wypowiedziami Putina o winie Polski za rozpętanie II wojny światowej. Czy gdyby kobiety miały uczciwą reprezentacje w różnych gremiach eksperckich i doradczych, odpowiedź Polski byłaby inna?

To jest bardzo dobry przykład, ale właśnie dlatego, że nie sądzę, żeby wypracowana w gronie kobiet strategia drastycznie się różniła, biorąc pod uwagę ograniczony wachlarz możliwości odpowiedzi. Istnieje obawa, że kobiety w polityce zagranicznej będę permisywne, zbyt ugodowe, na przykład że w tej sytuacji uznałyby winę Polski i jeszcze przeprosiły Putina. Nie, podobnie jak nasi koledzy na pierwszym miejscu stawiamy rację stanu.

Czy Putin uwziął się na Polskę?

Ale oczywiście są też przykłady obszarów, gdzie podejście kobiet się różni, i to właśnie w tych obszarach wykuwała się koncepcja feministycznej polityki zagranicznej. To przede wszystkim negocjacje pokojowe, kryzysy humanitarne, programy pomocowe. Tutaj kobieca wrażliwość pomaga wypracowywać rozwiązania, które mają na względzie dobro całych społeczeństw, nie tylko wąskich grup interesu.

Odpowiedzialność Niemiec za pokój w Libii nie kończy się przy berlińskim stole

Wracając jednak do tematu wojny – jest to temat, gdzie kwestia płci ma duże znaczenie, a perspektywa feministyczna pozwala na zwrócenie uwagi na takie ważne i trudne tematy, jak przemoc wojenna, w tym gwałty zbiorowe, które dotąd są raczej przedmiotem zainteresowania filmowców, a nie dyskursu publicznego.

To jeszcze jeden argument z przeciwnego obozu: ławka jest za krótka. Nie ma kobiet, które mogłyby zajmować eksponowane stanowiska.

Oczywiście, że są, nie dajmy sobie wmówić, że brakuje nas tylko dlatego, że nie jesteśmy tak często jak panowie zapraszane do mediów czy paneli i rad doradczych. Może niektórzy nie pamiętają, ale mieliśmy już ministrę spraw zagranicznych – Annę Fotygę. A jeśli ten przykład się z różnych politycznych i ideologicznych względów nie podoba, to są takie postaci jak Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wybitna specjalistka od spraw zagranicznych, która była wiceministrą i ambasadorką Polski w Moskwie.

Dziemianowicz-Bąk: Chcę być ministrą edukacji w lewicowym rządzie

W instytucjach analitycznych, takich jak Ośrodek Studiów Wschodnich, i w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych pracują obecnie kobiety, które wyobrażam sobie jako ambasadorki lub wysokie urzędniczki w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, do tego są fantastyczne kobiety na uczelniach. Nie chcę nikogo wymieniać z nazwiska, by kogoś wartościowego nie pominąć. Warto też zauważyć, że ministrem jest obecnie profesor, człowiek akademii, więc niekoniecznie na tym stanowisku musi znaleźć się polityk lub doświadczony urzędnik MSZ.

Nie ma też powodów, by martwić się o krótką ławkę, bo statystyki pokazują, że na studiach z zakresu politologii, spraw międzynarodowych lub na studiach obszarowych – na przykład studiach wschodnich, rosjoznawstwie etc. – kształci się więcej kobiet niż mężczyzn. Podobnie jest ze szkołami dyplomacji. Te dziewczyny świadomie przygotowują się do pracy w sferze polityki międzynarodowej i mam nadzieję, że będą dołączać do naszej grupy i korzystać z naszych doświadczeń.

Wracając do tych doświadczeń, bo na pewno o nich rozmawiacie na spotkaniach, to jakie najczęściej blokady rozwoju dotykają kobiety w polityce zagranicznej?

Pewnie nikogo nie zaskoczę, ale po pierwsze to kwestie związane z łączeniem życia zawodowego i rodzinnego. Jesteśmy kobietami i w pewnym momencie część z nas chce zostać matkami. W każdym zawodzie to jest duże wyzwanie dla kobiety. A jeśli nie zostajemy matkami, to pozostajemy córkami, mamy starzejących się rodziców, za których odpowiadamy. Generalnie chodzi o kwestię opieki, która wciąż spada w polskich rodzinach na kobiety. To temat, który niezmiennie wraca w naszych rozmowach.

Nie ma równości w polskim domu

czytaj także

Kolejna sprawa, tym razem systemowa, to proces rekrutacji, co do którego wiele z nas ma poczucie, że nie jest fair, że jest skrojony pod mężczyzn. Dlatego wciąż jest tak, że więcej kobiet kończy studia kierunkowe, ale w think tankach i na stanowiskach w ministerstwie jest więcej mężczyzn. Zresztą to najczęściej mężczyźni rekrutują i chyba już na etapie podświadomości zachodzi to faworyzowanie mężczyzn, bo nie zakładam wcale złych intencji. Większa reprezentacja kobiet w komisjach rekrutacyjnych przełożyłaby się na pewno na większą uwagę i życzliwość wobec kandydatek.

Generalnie to cała polityka kadrowa kuleje, niestety Polsce daleko do nowoczesnych standardów HR, które zmierzają do balansu między życiem zawodowym i prywatnym. W przypadku polityki międzynarodowej to szczególnie istotne, bo w grę wchodzą wyjazdy zagraniczne. Czasem kobiet nie wysyła się za granicę, bo kiedy informacja o możliwości wyjazdu się pojawia, jest za mało czasu, by np. zorganizować opiekę dla dzieci lub rodziców. W takich wypadkach zawsze premiowani są młodzi mężczyźni – oni są w pełni dyspozycyjni.

Mówili mi: Sejm to nie jest miejsce dla matki z dzieckiem

Specyficznym problemem są też wyjazdy na placówki zagraniczne. Jeśli mężczyzna dostaje propozycję objęcie stanowiska konsula lub ambasadora, jego żona zazwyczaj może jechać razem z nim i pracować w tej placówce np. jako sekretarka. Kobiety się na to często decydują i jeśli robią to w zgodzie ze sobą, to w porządku.

Kiedy jednak nominację na placówkę dostaje kobieta, a jej mąż lub partner w Polsce pracuje jako specjalista lub menedżer, to raczej nie jest skłonny, by zgodzić się na tego typu degradację zawodową, nawet na kilka lat. Ministerstwo nie wspiera współmałżonków w poszukiwaniu na miejscu adekwatnego do ich kwalifikacji zajęcia i o to często rozbija się awans zawodowy tej drugiej połówki.

Do tego dochodzi jeszcze rzecz nawet nieco zabawna, jeśli wziąć pod uwagę, jak ważna w Polsce jest rodzina, jak bardzo się ją ceni i podkreśla na każdym kroku jej wartość. Mianowicie to, że w Polsce nie jest przyjęte na przykład zabranie ze sobą dziecka na konferencję. W Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkałam i pracowałam, to jest zupełnie normalne. Dzieci się lubi i szanuje nie tylko wtedy, jak siedzą grzecznie w domu.

Rzeczywiście dużo o takich sprawach rozmawiamy, kiedy się spotykamy, ale staramy się ten czas jakoś rozsądnie ograniczać, bo od początku naszym jasnym celem jest nie tyle tworzenie grupy wsparcia, jak to nazwałaś, ile wypracowywanie rozwiązań, które zmienią status quo, poprawią reprezentację kobiet i innych marginalizowanych grup oraz stworzą warunki do wdrażania w Polsce feministycznej polityki zagranicznej. Niestety większość z nas doświadczyła różnego rodzaju dyskryminacji, ale z drugiej strony w Międzynarodowym Klubie Kobiet są dziewczyny silne i odważne, które już się przebiły, już osiągnęły jakiś sukces i nie są pogodzone z obecnym stanem rzeczy, chcą go zmienić.

Jak staracie się te bariery pokonywać?

To klasyczna praca u podstaw. Dużo robi rozmowa, słuchamy się, dzielimy doświadczeniem, doradzamy, jak postąpić w takiej czy innej sytuacji. W grupie na Facebooku dzielimy się informacjami o możliwościach zawodowych, trwających rekrutacjach, poszukiwaniach partnerek do projektów, publikacji itp. Do tego to, o czym już mówiłam, czyli rozmowy z kolegami i przełożonymi, przekonywanie ich, że kobieca perspektywa i obecność kobiet w dyskursie o polityce międzynarodowej nie jest dla nich zagrożeniem, wręcz przeciwnie – jest także dla nich owocna i twórcza.

Kiedy sformalizujemy się jako stowarzyszenie, to mam nadzieję, że będziemy też częściej występować właśnie w jego imieniu w przestrzeni publicznej, jako rzeczniczki innej polityki zagranicznej. Takiej, która nie wyklucza nie tylko kobiet, ale też innych, marginalizowanych perspektyw.

Widzę na przykład koleżanki i kolegów z Ukrainy, którzy mieszkają w Polsce, ale mimo ich wykształcenia i wysokiego poziomu ekspertyzy nie mogą się przebić do głównego nurtu polskiej debaty.

Biorąc pod uwagę fakt, że mamy w Polsce obecnie bardzo dużą grupę migrantów i migrantek z Ukrainy i że Ukraina jest naszym bezpośrednim sąsiadem oraz partnerem strategicznym, oczywistym dla mnie jest, że głos przedstawicieli i przedstawicielek tego narodu powinien być obecny w naszym dyskursie, w debatach etc. To, że tak się nie dzieje, jest wielką porażką naszych elit intelektualnych. Chylę czoła przed wszystkimi instytucjami, które takich praktyk nie stosują, nie obawiają się zapraszać czy zatrudniać ekspertów i ekspertek z Ukrainy, aktywnie ich angażując w polski dyskurs na tematy międzynarodowe, to niestety jednak rzadkie przypadki.

Politycy od lewa do prawa wciąż bez pomysłu na imigrantów

Najczęstszym argumentem przeciwko jest obywatelstwo jako próg formalny, na przykład do pracy w MSZ i instytucjach państwowych. Tylko że jest w tym coś anachronicznego i krótkowzrocznego, bo czas szybko leci i zaraz dorośnie drugie pokolenie Ukraińców i Ukrainek w Polsce, którzy tutaj przejdą już przez cały system edukacji, a jednak wciąż będą przynajmniej częściowo akulturowani w kulturze ukraińskiej. W ich przypadku ten próg formalny nie będzie już mieć zastosowania, bo wiele rodzin do tego czasu uzyska obywatelstwo. I co, wtedy polskie instytucje będą stosować kryterium narodowościowe? Przecież to będzie ordynarna dyskryminacja.

Sytuacja Ukraińców i Ukrainek w Polsce to najdobitniejszy przykład, ale to nie jest jedyna grupa, która nie przebija się do dyskursu publicznego. Polską politykę zagraniczną tworzą mężczyźni w średnim wieku, przeważnie etniczni Polacy. Nieufność wobec przedstawicieli i przedstawicielek innych narodowości czy mniejszości etnicznych sprawia, że nie wykorzystujemy ich wiedzy. Wydaje mi się, że podobnie jak w kwestii obecności głosu kobiet w polityce zagranicznej im wcześniej przestaniemy się bać odmiennych perspektyw, tym lepiej.


Iwona Reichardt – politolożka, zastępczyni redaktora naczelnego magazynu „New Eastern Europe”. Działa na rzecz równouprawnienia kobiet w polityce zagranicznej.

Paulina Siegień – dziennikarka współpracująca z „Gazetą Wyborczą” i „New Eastern Europe”. Mieszka w Gdańsku, kocha Kaliningrad, wakacje woli spędzać na Podlasiu.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.