Świat

Kto zastąpi Lenina

Lenin Moreno tak bardzo podpadł lewicowym wyborcom, że nie ubiegał się nawet o drugą kadencję. Nowym prezydentem Ekwadoru ma dużą szansę zostać socjalista Andrés Arauz, zapowiadający walkę z biedą i nierównościami.

„Wygrała miłość, nadzieja i przyszłość” – oznajmił 7 lutego wieczorem na Twitterze jeden z kandydatów na prezydenta Ekwadoru, Andrés Arauz. 36-letni polityk i ekonomista związany z socjalistyczną Unią Nadziei (UNES) jako jedyny mógł czuć się po pierwszej turze wyborów pewnie. Szacowano, że uzyskał co najmniej 32 proc. poparcia, co nie dało mu ostatecznego zwycięstwa (aby je osiągnąć, musiałby zyskać co najmniej 40 proc. głosów), ale zdecydowanie wysunęło go na prowadzenie. Spokojny o pierwsze miejsce w wyborczym wyścigu, kandydat wspierany przez byłego prezydenta Rafaela Correę wznowił kampanię. Taktownie wstrzymał się od publicznego komentowania szans konkurentów i ruszył w pierwszą podróż dyplomatyczną – do Waszyngtonu.

Dwa tygodnie niepewności

Tymczasem w jego ojczyźnie nie ustawało gorączkowe liczenie głosów, a polityczne napięcie zaczęło sięgać zenitu. Przez prawie dwa tygodnie nie było bowiem wiadomo, z kim Arauz zmierzy się w drugiej turze wyborów. Początkowo wskazywano, że drugie miejsce zajął 51-letni Yaku Pérez, prawnik i aktywista reprezentujący lewicową partię Pachakutik, tworzoną głównie przez rdzennych mieszkańców kraju. Innym razem szala zwycięstwa przechylała się na korzyść konserwatywnego polityka i biznesmena, 65-letniego Guillerma Lasso, który w obietnicach wyborczych podkreśla przede wszystkim kwestie ekonomiczne, m.in. prężniejszy rozwój gospodarczy i tworzenie miejsc pracy. Lider centroprawicowego ruchu CREO już dwukrotnie, bez powodzenia, starał się o prezydenturę. W 2013 roku przegrał z Rafaelem Correą, a w wyborach z 2017 roku z Leninem Moreno.

Meksykańskie gangi rozdają jedzenie, brazylijskie zamykają fawele, a najlepiej z koronawirusem radzi sobie… Kuba

Za drugim razem trudno mu było pogodzić się z polityczną klęską. Po tym, jak sondaże exit poll początkowo sugerowały jego zwycięstwo, po finalnej przegranej domagał się ponownego przeliczenia głosów, a jego zwolennicy wyszli na ulice. Tym razem Lasso przyjął proces przedłużającego się oczekiwania na wynik z dużo większym spokojem. W liście do Państwowej Rady Wyborczej (CNE) wkrótce po pierwszej turze napisał, że jego zdaniem liczenie odbywa się zgodnie ze wszystkimi procedurami, „bez uszczerbku dla demokracji”. Ten brak wątpliwości wynikał najpewniej z faktu, że czas działał na jego korzyść: z każdym dniem liczenia przybywało mu głosów.

Ostateczny rezultat pierwszej tury, podany wieczorem 19 lutego, wyniósł: 32,72 proc. głosów dla Andrésa Arauza, 19,74 proc. głosów dla Guillerma Lasso oraz 19,38 proc. dla Yaku Péreza – z Arauzem zmierzy się więc konserwatywny kandydat. Pérez, po raz pierwszy starający się o najwyższy urząd w państwie, szybko dał wyraz rosnącym wątpliwościom co do rzetelności wyniku. Zaczął domagać się ponownego przeliczenia głosów i stwierdził, że wybory stały się „karykaturą procesu elektoralnego”. Zakładając przekłamanie statystyk na korzyść Lasso, zarzucił CNE współudział w rzekomym oszustwie wyborczym, które byłoby na rękę dwóm dominującym frakcjom: correistom i centroprawicy. Uznał, że ekwadorska demokracja jest „głęboko poraniona”, a „największą ofiarą oszustwa stał się nie on, lecz społeczeństwo, które za sprawą sfałszowanego wyniku pozbawiono nadziei na prawdziwą zmianę”.

Nowa twarz lewicy

Jaka byłaby to zmiana? Głosy komentatorów są podzielone. Z jednej strony postrzega się Péreza jako populistę zmieniającego poglądy w zależności od społecznych oczekiwań. Z drugiej nie brakuje opinii, że jego postać niewątpliwie stanowi nową jakość na ekwadorskiej scenie politycznej i przełamuje jej duszny, trwający od lat podział na correistów oraz ich przeciwników.

Co ciekawe, właśnie tzw. Rewolucja Obywatelska (Revolución Ciudadana) pod przywództwem rządzącego w latach 2007–2017 Rafaela Correi stworzyła przestrzeń dla społecznych dążeń, które zbudowały kapitał polityczny Péreza. Droga do finansowania ambitnych programów socjalnych prowadziła bowiem m.in. przez ekspansję przemysłu wydobywczego, rozwijającego się kosztem rdzennych mieszkańców kraju. Właśnie w opozycji do charyzmatycznego reformatora oraz jego następcy ruch Péreza zbudował w ostatnich latach swoją polityczną siłę. Wsłuchując się w potrzeby indigenas, Pérez oparł fundamenty programu na postulatach rewindykacji praw rdzennych społeczności i ochrony środowiska naturalnego. Sam Pérez dawał temu wyraz w protestach przeciwko otwieraniu kolejnych kopalń i wydobywaniu ropy naftowej w Amazonii, a w epoce rządów Correi parokrotnie wylądował za kratkami jako „podejrzewany o terroryzm” organizator demonstracji, w których walczył m.in. o prawa lokalnych społeczności do zasobów wodnych. Zdobył tym samym opinię nieugiętego lidera i aktywisty stojącego niezmiennie po stronie rdzennych Ekwadorczyków, stanowiących niemal 7 proc. mieszkańców 17-milionowego kraju.

Również w ostatnich latach Pachakutik zyskał dobrą okazję do budowania kapitału politycznego – popularność tej formacji znacznie wzrosła na fali masowych protestów z października 2019 roku, sprowokowanych zapowiedzią rezygnacji z rządowych dopłat do paliwa. Pérez wyrósł wówczas na popularną postać wspieraną przez dużą część społeczeństwa, a organizacja rdzennych ludów ECUARUNARI, której jest członkiem, odegrała ważną rolę w antyrządowej rewolcie. Rosnące poparcie, widoczne głównie wśród rdzennych mieszkańców, dało o sobie znać także teraz, gdy kandydat Pachakutik ogłosił, że wybory zostały sfałszowane, i wezwał swój elektorat do protestów. Wkrótce po tym apelu tysiące manifestantów wyszło na ulice, a z Saraguro na południu w kierunku Quito wyruszył marsz ludności Keczua, który po dziesięciu dniach dotarł do stolicy.

Sam Pérez w chwili ogłoszenia wyników pierwszej tury znajdował się w prowincji Chimbarazo, należącej do najuboższych rejonów Ekwadoru. Zapowiada, że zdania nie zmieni, i podtrzymuje oskarżenie obu pozostałych stron o fałszerstwo.

Skręt w lewo

Wyniki wyborów w Ekwadorze pokazały dobitnie, że rdzenni mieszkańcy pragną być wreszcie usłyszani i chcą mieć swoich reprezentantów na najwyższych stanowiskach w państwie. Niektórzy komentatorzy wskazali, że wpisały się też znacząco w tendencje zauważalne również w innych krajach Ameryki Łacińskiej ostatnich lat.

Pierwszą z nich jest niewątpliwie to, że po okresie dominacji prawicowych rządów region ponownie skręca, przynajmniej częściowo, w lewą stronę – siłę polityczną znów zdobywają formacje kojarzone z latynoamerykańskim socjalizmem XXI wieku, znanym też jako tzw. marea rosa, czyli różowa fala. Lewica powróciła do głosu w Meksyku, gdzie od grudnia 2018 roku rządzi Andrés López Obrador, w Panamie wraz z prezydenturą Laurentina Cortizo (od lipca 2019), w Argentynie rządzonej od grudnia 2019 roku przez kirchnerystę Alberta Fernándeza czy w Boliwii, gdzie od listopada zeszłego roku głową państwa jest Luis Arce związany z Ruchem na rzecz Socjalizmu (MAS).

W Boliwii lewica wraca do władzy

czytaj także

Przechył społecznych sympatii w lewo warto też odnotować w Brazylii, gdzie listopadowe wybory samorządowe zakończyły się porażką konserwatywnego ugrupowania Jaira Bolsonaro, zaś największe poparcie odnieśli kandydaci z bardziej umiarkowanych formacji centrowych. A także w Chile, gdzie na fali wielomiesięcznych antyneoliberalnych protestów oraz emocji związanych z referendum konstytucyjnym ponownie wzrosła popularność lewicowych postaci, m.in. Daniela Jadue z Komunistycznej Partii Chile. Jest on dziś uważany za polityka o największych szansach na zwycięstwo w listopadowych wyborach prezydenckich.

Jednym z kluczowych czynników przywracających lewicy znaczenie i popularność w regionie jest bez wątpienia pandemia, która Amerykę Łacińską dotknęła szczególnie mocno. Według statystyk organizacji Oxfam właśnie w tej części świata wskaźniki śmiertelności są najwyższe (pochodzi stąd ponad 30 proc. wszystkich ofiar koronawirusa, mimo że mieszka tu zaledwie 8 proc. ludności świata), a co najmniej 50 milionów osób znalazło się na skraju ubóstwa. Kryzys sanitarny i ekonomiczny stał się papierkiem lakmusowym dla problemów regionu i skupił w sobie jak w soczewce jego największe bolączki, m.in. potężne nierówności, które w ostatnim czasie jeszcze bardziej się pogłębiły.

Im większe nierówności, tym więcej ofiar COVID-19

Podobnie stało się w Ekwadorze, gdzie społeczeństwo, zmęczone pandemią i problemami gospodarczymi, a zarazem rozczarowane oszczędnościowym charakterem reform obecnej władzy, zapragnęło przede wszystkim bezpieczeństwa socjalnego. Wydaje się więc, że największego zaufania nie mógł zdobyć nikt inny niż właśnie Andrés Arauz – socjalista zapowiadający walkę z biedą i ekonomicznym rozwarstwieniem, odwrót z nieoczekiwanie neoliberalnej drogi, na jaką wszedł Moreno, a także wyleczenie kraju z pandemicznych kryzysów. Jak wskazał na łamach „El País” mieszkający w Stanach Zjednoczonych wenezuelski dziennikarz Moisés Naím, „Arauz to młody polityk, ale opowiada się za tym, co już ugruntowane i sprawdzone. Wyrósł na nową figurę typowego latynoamerykańskiego progresywizmu politycznego. Jego wynik jasno wskazuje, że sympatie do socjalizmu XXI wieku nie zgasły i są szansą na ponowne umacnianie lewicowej osi w regionie”.

Dziedziczenie władzy

Drugi latynoamerykański fenomen, który daje o sobie znać w kontekście popularności Arauza, można określić rodzajem prezydenckiego nepotyzmu czy też (delikatniej ujmując) przekazywania władzy bliskim współpracownikom przez poprzedników. Zwykle mianują oni swoich następców dlatego, że sami już nie mogą starać się o urząd – choćby ze względu na limit kadencji lub z powodu rzekomych bądź realnych problemów z praworządnością. Tak stało się m.in. w Brazylii, gdzie Dilma Rousseff została prezydentką za sprawą politycznego namaszczenia oskarżanego o korupcję Luli da Silvy. Czy w Argentynie, gdzie Cristina Fernández de Kirchner przejęła prezydencką schedę po własnym mężu, aby potem przekazać ją swojemu byłemu wiceprezydentowi, Fernándezowi (sama wciąż wpływa na argentyńską politykę jako przewodnicząca Senatu i wiceprezydentka). Obecny prezydent Boliwii również był postacią z najbliższego grona Evo Moralesa i jego prawą dłonią w sprawach ekonomii. Wielu komentatorów określa postać Luisa Arce jako przedłużenie figury byłego prezydenta, który przez ponad trzynaście lat rządził andyjskim krajem, a od roku rezyduje w sąsiedniej Argentynie.

Koniec ery prezydenta Correi

czytaj także

Arauz niewątpliwie wpisuje się w ten profil. Rozkwit jego politycznej kariery nastąpił pięć lat temu, gdy został ministrem w rządzie Correi, gdzie był odpowiedzialny za obszary związane m.in. z edukacją i rozwojem nowych technologii. Jego były szef planował teraz startować na urząd wiceprezydenta, ale Państwowa Rada Wyborcza odrzuciła tę kandydaturę: na liderze ekwadorskiej lewicy ciąży bowiem wyrok wydany za korupcję, oznaczający m.in. 25 lat zakazu pełnienia funkcji publicznych. Mieszkający od trzech i pół roku w Belgii Correa postanowił więc namaścić ideologicznego następcę. Przestał co prawda widzieć swojego politycznego ucznia w cieszącym się coraz mniejszym poparciem Leninie Moreno (którego nawet przy kilku okazjach nazwał „oportunistą” i „zdrajcą Rewolucji Obywatelskiej”), wielokrotnie jednak mówił o tym, że pragnie patronować prezydenturze Arauza, jeśli temu uda się wygrać. Wkrótce po ogłoszeniu wstępnych wyników pierwszej tury napisał na Twitterze: „Dziękuję, drogi Ekwadorze! Rewolucja obywatelska odniosła ogromne zwycięstwo […]. Nasz naród dzisiaj zwyciężył”.

Ostateczne zwycięstwo lub klęskę lewicy przyniesie jednak dopiero wyborczy finał, który według prognoz będzie stanowił ostrą konfrontację dwóch radykalnie od siebie innych postaci ze skrajnie przeciwnych stron barykady. Blasco Peñaherrera, socjolog i dyrektor ekwadorskiej organizacji badawczej Market, przyznał, że spodziewa się „bardzo agresywnego pojedynku”, a politolog Paolo Moncagatta z Uniwersytetu św. Franciszka w Quito zakłada, że „druga tura przyniesie brudną i niepozbawioną przemocy kampanię, która może być dla obu stron głęboko dyskredytująca”.

Tego, jak dalece trafne są owe prognozy i w jakim kierunku finalnie zwróci się ekwadorskie społeczeństwo, dowiemy się 11 kwietnia.

**
Magdalena Bartczak – dziennikarka i reporterka, z wykształcenia polonistka (UW) i filmoznawczyni (UJ). Od 2016 roku mieszka w Chile, któremu poświęciła książkę Chile południowe. Tysiąc niespokojnych wysp (Wydawnictwo Muza, 2019).

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij