Świat

Wybory w Argentynie, czyli czerwona kartka dla neoliberalizmu

Po czterech latach rządów centroprawica przegrała wybory prezydenckie w Argentynie. Zwycięska lewica obiecała walkę z pogłębiającym się ubóstwem, głodem i bezrobociem. Czy zmęczony kryzysem kraj ma szansę na zmianę?

Wybory prezydenckie w Argentynie wygrał Alberto Fernández – kandydat centrolewicowej opozycji i gorący przeciwnik wdrażanych wolnorynkowych reform. Wygrana Fernándeza to nie tylko triumf progresywnej lewicy, ale i porażka neoliberalnego projektu politycznego realizowanego od 2015 roku przez prezydenta Mauricia Macriego.

Zwycięstwo Alberto Fernándeza nad ubiegającym się o reelekcję Macrim jest zdecydowane, choć niższe od najbardziej optymistycznych prognoz. Kandydat opozycji pokonał jednak urzędującego prezydenta w pierwszej turze. Uzyskał on konstytucyjnie wystarczające 48% głosów, przy 40% głosów oddanych na Macriego. Peroniści, jak określa się tradycyjnie socjaldemokratów, zwyciężyli również w przeprowadzanych równolegle wyborach częściowych do Kongresu, a ponadto odbili z rąk ekipy rządzącej prowincję Buenos Aires.

Swoje doświadczenie polityczne Alberto Fernández zdobywał u boku klanu Kirchnerów, małżeństwa rządzącego Argentyną przez dwanaście lat. W latach 2003–2007 był szefem gabinetu w rządzie nieżyjącego już prezydenta Néstora Kirchnera. Fernández pozostał na stanowisku również przez pierwszy rok kadencji następczyni Néstora, Cristiny Kirchner. To właśnie Cristina, kontrowersyjna była prezydentka, obecnie zaś senatorka, będzie przy Fernándezie sprawować funkcję wiceprezydencką. Na polityczce ciążą poważne zarzuty korupcyjne – gdyby nie immunitet wynikający z zasiadania w Kongresie, pewnie podzieliłaby los brazylijskiego prezydenta Luli da Silvy, który od ponad roku siedzi w więzieniu skazany za podobne przestępstwa.

Przeciwnicy polityczni Kirchner od lat oskarżali Cristinę i jej męża o skorumpowanie Argentyny i doprowadzenie państwa do zapaści, w jakiej znalazło się w przededniu wyborów w 2015 roku. „Straszenie Cristiną” było też jedną z podstawowych strategii argentyńskiej centroprawicy w tegorocznej kampanii wyborczej. Podobne stanowisko prezentowała też neoliberalna bańka Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, konsekwentnie przedstawiająca powrót peronistów do władzy jako gwarancję gospodarczego, społecznego i politycznego upadku państwa, a samą Kirchner jako ostatni gwóźdź do argentyńskiej trumny. Dlaczego Argentyńczycy nie przestraszyli się więc dawnego porządku, stawiając na kandydatów opozycji?

W Chile podział na lepszych i gorszych jest nie tylko ekonomiczny, ale też rasowy

Powody przegranej Macriego, a co za tym idzie, triumfu Fernándeza są prozaiczne. Zasadniczą przyczyną odsunięcia od władzy centroprawicowej ekipy są zbyt wysokie koszty społeczne wdrażanych reform wolnorynkowych, które w dodatku nie przyniosły pożądanych rezultatów w postaci ograniczenia deficytu budżetowego i inflacji. Peroniści obiecali walkę z pogłębiającym się ubóstwem, głodem i bezrobociem i zostali potraktowani przez rzesze Argentyńczyków jako światełko w tunelu. Skandale, afery i korupcyjne inklinacje elit politycznych w sposób naturalny zeszły na dalszy plan. W kraju, gdzie każdy kolejny rząd borykał się z problemami natury gospodarczej, istnienie elektoratu negatywnego, chcącego jedynie poprawy warunków życia, nie jest zresztą niczym zaskakującym.

Po zwycięstwie w 2015 roku Mauricio Macri obiecywał uzdrowienie gospodarki, otwarcie Argentyny na zagraniczne inwestycje i odbudowę międzynarodowego zaufania do państwa. W drugiej połowie kadencji okazało się jednak, że polityka cięcia wydatków absolutnie nie przekłada się na poprawę wskaźników makroekonomicznych.

Rtęć? Nam z kranu leci cała tablica Mendelejewa!

czytaj także

Argentyna boryka się obecnie z inflacją wynoszącą ponad 50%, PKB systematycznie spada, a peso traci na wartości. Wskaźnik bezrobocia wynosi 10%, a wśród ludzi młodych dwa razy tyle. Opiewający na 56 miliardów dolarów kredyt zaciągnięty przez Macriego w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, wymuszający na rządzie drastyczne zaciskanie pasa, jedynie pogłębił skutki kryzysu.

W związku z inflacją i rezygnacją z dofinansowania usług publicznych ich ceny podniosły się w latach 2016–2018 nawet o 1600%. Wzrost cen nie szedł w parze z wzrostem płac, zarówno w sektorze prywatnym, jak i budżetówce. Skutkiem takiego stanu rzeczy jest stale rosnące ubóstwo i głód, dotykające również tych, którzy jeszcze kilka lat temu definiowali się jako klasa średnia.

Biznes jako piekło kobiet w Ameryce Środkowej

czytaj także

Nieskuteczność rządu w zakresie polityki gospodarczej była bezlitośnie punktowana przez opozycję peronistowską. Do zarzutów o prekaryzację społeczeństwa coraz częściej dochodziły te o brak pomysłu na wyprowadzenie kraju z kryzysu, działanie po omacku i populizm.

Macri niejednokrotnie zresztą udowodnił, że nie radzi sobie ze skutkami własnych decyzji. Przykładowo w pierwszej połowie tego roku zadekretował zamrożenie cen podstawowych produktów spożywczych na 60 dni, mimo że to właśnie sztuczne regulowanie cen było przedmiotem jego krytyki za rządów peronistów.

Przyczyną odsunięcia od władzy centroprawicowej ekipy są zbyt wysokie koszty społeczne wdrażanych reform wolnorynkowych.

Ostatni rok rządów Macriego to jednak nie tylko wzrost cen, bezrobocie i wysoka inflacja, ale momentami wręcz całkowity rozkład państwa jako gwaranta dostępu do podstawowych usług, w tym zapisanego w konstytucji prawa do powszechnej, darmowej i świeckiej edukacji. Najgorsza sytuacja wciąż panuje w patagońskiej prowincji Chubut, gdzie od 15 tygodni trwa strajk nauczycieli. Ze względu na deficyt fiskalny prowincji wstrzymano wypłacanie świadczeń społecznych i pensji zatrudnionym w sektorze publicznym. W szkołach i na uczelniach nie odbywają się zajęcia, a pracownicy budżetówki, emeryci i inni odbiorcy świadczeń nie mają z czego żyć. Władze federalne od miesięcy ignorują problem.

Przykład Chubut, chociaż skrajny na tle reszty państwa, dobrze obrazuje mechanizmy pogłębiania się biedy i wykluczenia w dzisiejszej Argentynie. W tym kontekście nie może dziwić popularność postulatów Fernándeza. Wyprowadzenie Argentyńczyków z biedy i poprawa warunków życia były bowiem jego najważniejszymi obietnicami wyborczymi. Prezydent-elekt zapowiedział podwyżki wynagrodzeń w sektorze publicznym, wyższe świadczenia, darmowe leki dla emerytów, a także renegocjację warunków spłaty kredytu z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Do ponownego wzrostu gospodarczego Argentynę doprowadzić ma 180-dniowy „plan ratunkowy”, będący wynikiem porozumienia sektora przemysłowego, rolniczego i związków zawodowych.

Oto najszybsza deforestacja świata, o której nigdy nie słyszeliście

Na korzyść Alberto Fernándeza zadziałała również skuteczna kampania tożsamościowa, podkreślająca jego związki z klasą średnią i zrozumienie problemów większości Argentyńczyków. Na tle Macriego, biznesmena wywodzącego się z jednej z najbogatszych argentyńskich rodzin, profesor prawa i wykładowca uniwersytecki robił wrażenie niemal przeciętnego obywatela. Z takiej też pozycji krytykował Macriego i jego polityczne zaplecze.

Faktem jest, że uprzywilejowany Macri przekształcał Argentynę w podmiot przyjazny elitom finansowym i zagranicznemu kapitałowi. Miało to doprowadzić do realizacji jego długofalowego marzenia – stworzenia z Argentyny państwa na wzór bogatych krajów zachodnich. Macriemu bliżej było do eleganckich liderów „pierwszego świata” – Obamy, Macrona czy Trudeau – niż do problemów zwykłych ludzi.

Świat walczy z dwutlenkiem węgla, a mafie dalej rabują amazoński las

czytaj także

Trzeba w tym kontekście pamiętać, że upatrywanie priorytetów argentyńskiej polityki zagranicznej w kontaktach z USA i Europą Zachodnią wyraźnie nie odpowiada preferencjom większości obywateli tego państwa. Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez Międzyamerykański Bank Rozwoju Argentyńczycy wyrażają najsilniejszą ze wszystkich Latynosów chęć integracji wewnątrz Ameryki Łacińskiej, kosztem relacji z bogatszymi państwami rozwiniętymi. Alberto Fernández ma tego, zdaje się, świadomość, dlatego otwarcie krytykował prowadzoną przez centroprawicę politykę zagraniczną i obiecał zastąpienie „salonowej” polityki realnymi działaniami, głównie na szczeblu regionalnym.

Trzeba pamiętać, że już w momencie dojścia Macriego do władzy w 2015 roku Argentyńczycy byli społeczeństwem politycznie podzielonym, spierającym się o kierunek, w jakim powinno zmierzać państwo. Macri nie był faworytem, nie uzyskał poparcia prawie połowy społeczeństwa, a wybory wygrał w drugiej turze minimalną różnicą – w dużej mierze dzięki słabej kampanii rywala.

Uniknąć wojny w Wenezueli

czytaj także

Przegrana Macriego w niedzielnych wyborach nie oznacza więc jedynie nieumiejętności pozyskania przez obóz rządzący nowego elektoratu, ale i utratę wyborców sprzed czterech lat. Alberto Fernández zdołał przyciągnąć do siebie szeroki przekrój grup społecznych – ludzi, którzy wyraźnie stracili na rządach centroprawicy, wypadli z klasy średniej, a nawet popadli w ubóstwo.

Mauricio Macri niejednokrotnie podkreślał, że trudności, z jakimi boryka się Argentyna, są efektem ponad dekady zaniedbań, a cztery lata kadencji to za mało, by wyeliminować wszystkie problemy. Jakkolwiek prawdziwa byłaby ta argumentacja, nie wzbudziła wśród Argentyńczyków zrozumienia. Patrząc jednak na wskaźniki makroekonomiczne, tak hołubione przez samego Macriego i bliskich mu neoliberałów, trudno jest się temu specjalnie dziwić.

Sport, modlitwa i indoktrynacja. Na antyaborcyjnym obozie w Kolumbii

Zwycięstwo opozycji skłania też do refleksji na temat przyszłości Argentyny i stojących przed nią wyzwań. Czy Alberto Fernández będzie samodzielnym politykiem? Czy peronistowska recepta na wyjście z kryzysu okaże się skuteczna?

Prognozy rychłego bankructwa Argentyny, formułowane jedynie na podstawie faktu, że do władzy doszła lewica, trzeba oczywiście traktować jako mocno przesadzone. Z drugiej jednak strony doświadczenia ostatnich 30 lat pokazują, że żaden argentyński rząd, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej, nie potrafił skutecznie poradzić sobie z problemami gospodarczymi. Rozchodziło się zarówno o błędne diagnozy, jak i złe praktyki. Peroniści również nie pozostają w tym zakresie bez winy.

Uniknąć wojny w Wenezueli

czytaj także

Zaletą Fernándeza wydaje się jednak fakt, że trafniej od odchodzącego z urzędu Macriego identyfikuje wyzwania, patrząc na problemy państwa z perspektywy żyjących w nim ludzi. Czy wystarczy to jednak na realną sanację Argentyny? Trudno powiedzieć.

***

Magdalena Lisińska – dr nauk społecznych, politolożka i latynoamerykanistka. Pracuje w Instytucie Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ. Naukowo zajmuje się współczesną polityką, a także historią państw latynoamerykańskich, szczególnie zaś Argentyną.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.