Nauka

Kosmos należy do Polek?

Branża kosmiczna jest kolejnym sektorem rynku technologicznego, na którym brakuje kobiet. Jednak coraz więcej znaczących nazwisk, tak w biznesie związanym z lotami w kosmos i badaniami w kosmosie, jak i w astrofizyce, należy do Polek. 

O polskiej branży kosmicznej mówi się na ogół w nieco sensacyjnym tonie. „Nasi” zbudowali mechanizm, który posłuży do badań powierzchni Marsa! „Nasi” stworzyli bazę lunarną pod Poznaniem, imitującą warunki na Księżycu! Są powody do dumy, tym bardziej że urządzenia, instrumenty i przede wszystkim wiedza wykorzystywane do badań kosmosu w wielu wypadkach dają początek praktycznym rozwiązaniom stosowanym np. w przemyśle na Ziemi (jak GPS).

„Houston, mamy problem. Jaki? Domyślcie się”

Ponadto projekty realizowane są na tyle długofalowo, że nawet jeśli bieżący kryzys je opóźni (i staną się przez to bardziej kosztowne), nie sprawi raczej, że nie dojdą do skutku. O czym przekonuję się w rozmowie z Eweliną Ryszawą z firmy Astronika: skonstruowane przez nich wysięgniki dla sond, które będą badać powierzchnię księżyców Jowisza (podobno może tam się znajdować woda, a gdzie woda, tam i życie), miały być testowane tego lata w Niemczech.

Będzie pewnie poślizg o kilka miesięcy, ale sama misja planowana jest na połowę 2022 r., a terminy backupowe – na kolejny rok. Owszem, mniej korzystne, bo w 2022 roku sonda skorzysta z asyst grawitacyjnych Ziemi, Wenus i Marsa, które będą wówczas idealnie ułożone względem siebie, a później może lecieć dłużej, zużyć więcej paliwa, no a instrumenty na pokładzie – w tym ten z Polski – mogą się degradować, bo będą dłużej w użyciu.


Kto śledzi doniesienia z Astroniki, ten Ewelinę Ryszawę zna – blondynka z charakterystycznym „słowiańskim” warkoczem często wypowiada się w imieniu firmy. Ale Polek zajmujących się kosmosem tak od strony biznesu, jak i nauki jest więcej. Wciąż jednak za mało – mówią mi one same.

Własna galaktyka

Temat „kosmicznych Polek” podrzuciła mi astrofizyczka Justyna Średzińska, kiedy spotkałyśmy się przed dwoma laty. Wtedy o deficycie kobiet w sektorach związanych z nowymi technologiami mówiło się głównie w kontekście IT. Justyna robiła doktorat i pracowała jednocześnie w Centrum Nauki Kopernik, gdzie brała udział w pracach zespołu organizującego konkurs dla uczniów CanSat.

Nobel z ekonomii dla kobiety? To za mało

czytaj także

Chodziło o stworzenie zespołu, który zbudowałby i oprogramował własnego satelitę wielkości puszki po napoju (stąd nazwa). W jednej ze szkół Średzińska usłyszała od nauczycielki: „Super, pokażemy to naszym chłopakom”. „A dlaczego tylko chłopakom?” – zapytała. „Bo dziewczyn takie rzeczy nie interesują” – usłyszała w odpowiedzi. – Czyli uczennicom w tej szkole nawet nie daje się szansy, żeby sprawdziły, czy to jest coś dla nich. W ich imieniu podejmuje się decyzję, że mają się tym nie zajmować – podsumowuje Justyna.

Dużo do zrobienia było na poziomie samej komunikacji. CanSat reklamował się filmikami o chłopcach składających sprzęt kosmiczny z podłożonym głosem lektora-mężczyzny. Na plakatach z informacjami o konkursie też byli tylko chłopcy. Nic dziwnego, skoro organizatorzy chcieli pokazać prawdziwych uczestników CanSatu, a nie np. zdjęcia agencyjne. To i podejście samych szkół powodowało, że co roku zgłaszało się tylko kilka dziewczyn. Justyna cały czas pracuje nad zmianą tego stanu rzeczy.

Justyna Średzińska w ESA Centre w Holandii, w tle – imitacja modułu z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Fot. Materiały własne autorki.

– Musimy nauczyć się mówić o kosmosie tak, żeby młode kobiety czuły, że ta wiedza jest w ich zasięgu. Może np. pokazać im naukowczynie, które zrobiły karierę w branży kosmicznej? – mówiła mi Justyna wkrótce po pierwszej zorganizowanej przez siebie „Galaktyce kobiet”.

W spotkaniu Polek związanych z przemysłem kosmicznym i nowymi technologiami wzięły udział m.in. dr Agata Kołodziejczyk, która stworzyła księżycową bazę badawczą Lunares w Wielkopolsce, czy prof. Agata Różańska z Centrum Astronomii im. M. Kopernika, która odpowiada w Polsce za przygotowania do misji Europejskiej Agencji Kosmicznej ATHENA. W jej ramach w 2028 r. ESA wyśle w kosmos 12-metrowy teleskop, dla którego firma SENER Polska zaprojektuje, wykona i przetestuje prototyp mechanizmu podtrzymująco-zwalniającego.

Dwóch panów w streamingu, nie licząc trzeciego

„Galaktyka kobiet” w warszawskim Planetarium Kopernika doczekała się już pięciu edycji. Gościnią ostatniej była dr Anna Chrobry.

Ładna cudzoziemka musi coś udowodnić

Anna jest project managerką w niemieckiej firmie OHB, ale z jej pomysłów nieświadomie korzystamy wszyscy. Teraz np. zajmuje się projektem 5G. Chodzi o wielką konstelację satelitarną w orbicie LEO, czyli niskiej orbicie okołoziemskiej, w której obiekty zaledwie w 90 minut okrążają Ziemię. Poruszając się tam, satelity potrzebują mniej energii, a sygnał dociera do nich i z powrotem znacznie szybciej. – Jednak satelita na tej wysokości nie jest geostacjonarny, czyli nie utrzymuje się w jednej pozycji. Dlatego, żeby zapewnić stały zasięg, potrzebna jest właśnie gęsta sieć satelitów – wyjaśnia Anna.

W ramach doktoratu z fizyki eksperymentalnej, który uzyskała na Uniwersytecie w Bremie, zrealizowała ambitny projekt dla Niemieckiej Agencji Kosmicznej: urządzenie zainstalowane na samolocie badawczym HALO, które mierzy poziom zanieczyszczeń w wyższych warstwach atmosfery. To właśnie od procesów jej oczyszczania zależy tempo ocieplania się klimatu czy kumulowania się smogu w miastach.

W Airbusie pracowała nad rozwiązaniami termalnymi dla statku Orion. W 2024 r. zabierze on na Księżyc pierwszą w historii mieszaną załogę – mężczyznę i kobietę – w ramach misji Artemis. Dla Anny to szansa na spełnienie kolejnego marzenia: zawsze chciała robić coś dla środowiska (stąd projekt HALO) i wysłać kobietę w kosmos.

Bo „kwestia kobieca” w branży jest dla niej ważna. Nieraz pracowała w stuprocentowo męskich zespołach. – Kiedy do pokoju wchodzi mężczyzna, od razu wiadomo, że jest specjalistą. Kiedy wchodzę ja – kobieta, w dodatku ładna, zadbana, do tego cudzoziemka – muszę na starcie udowodnić, ile jestem warta – mówiła w wywiadzie dla mojego bloga Girls Gone Tech.

Dlatego Anna jest aktywną członkinią istniejącej od 1985 r. społeczności Women in Aerospace (WIA), która skupia kobiety z sektora kosmicznego w Niemczech. WIA zaprasza na swoje spotkania ciekawe gościnie, organizuje warsztaty, ale też degustacje win i, co roku, imprezę z okazji 16 czerwca. Tego dnia, w 1963 r., w kosmos poleciała pierwsza kobieta – Walentyna Tierieszkowa. Bo też jednym z celów założycielki WIA, inżynierki kosmicznej Claudii Kessler, jest wysłanie na orbitę pierwszej Niemki: Anna podkreśla, że kraj, którym od lat rządzi kobieta, i który postawił kobietę na czele swojej agencji kosmicznej (dr Pascale Ehrenfreund), nadal nie miał ani jednej astronautki.

Einstein był dupkiem. A wielu innych mężczyzn nimi nie było

To tak jak Polska. Studentka informatyki z Trójmiasta ma nadzieję to zmienić.

I tak zostanę astronautką

Agnieszka Elwertowska od początku studiów robi wszystko, żeby osiągnąć ten cel. Zaczęło się od HEDGEHOG REXUS Project, realizowanego przez Politechnikę Gdańską we współpracy m.in. z ESA i firmami z branży kosmicznej. Grupa studentów-ochotników pracowała nad urządzeniami pomiarowymi, które 11 marca 2018 r. poleciały w kosmos na pokładzie rakiety sondażowej REXUS.

To Agnieszka stworzyła prototypy mierników wibracji i przepływu ciepła, robiła symulacje termiczne i jest autorką pierwszej wersji pudełka na elektronikę, a przy tym wymyśliła nazwę projektu (część konstrukcji nieco przypominała jeża, bo wystawało z niej dziesięć aluminiowych belek, których drgania miały być mierzone w czasie lotu).

Agnieszka Elwertowska z patchem analogowej misji ARTEMIS. Fot. Materiały własne autorki.

Jednocześnie wzięła udział w swojej pierwszej analogowej misji kosmicznej. To „lot w kosmos na Ziemi”. Grupa chętnych zamyka się na dwa tygodnie w ośrodku, gdzie panują warunki podobne do tych np. na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W czasie symulowanego lotu na Marsa w bazie LUNARES w Wielkopolsce Agnieszka była oficerką medyczną misji. Do jej zadań należało monitorowanie stanu zdrowia astronautów – Mierzyłam im m.in. temperaturę i ciśnienie oraz badałam wpływ braku światła słonecznego na ich skórę. Ale brałam też udział w eksperymentach z wykorzystaniem roślin. Mieliśmy sprawdzić, jak wpływa na nie symulowana mikrograwitacja.

W czasie kolejnej takiej misji – ARTEMIS w bazie Analog Astronaut Training Center pod Krakowem – została komandorką, czyli kierowała całym zespołem. Znowu miała prowadzić badania nad zachowaniem roślin w warunkach zmienionej siły ciążenia – tym razem sama skonstruowała urządzenie do takich symulacji. Do zadań astronautów należało też wyizolowanie i degustacja białka z zamrożonych karaluchów – Zjedliśmy to na „raz, dwa, trzy”. Smakowało jak grillowany ser – wspomina Agnieszka.

Wynalazki nie spadają z nieba. To państwo decyduje, co wynajdziemy

Ile można jednak latać w kosmos, nie ruszając się z Ziemi? Elwertowska właśnie wystartowała w konkursie firmy AdvancingX, która przeszkoli i wyśle na lot suborbitalny grupę ochotników – Bez względu na to, czy to się uda, i tak zgłoszę się do programu astronautycznego Europejskiej Agencji Kosmicznej – zapowiada.

A jedne z najbardziej przełomowych badań kosmosu z Ziemi nie doszłyby do skutku, gdyby nie kolejna Polka – prof. Monika Mościbrodzka.

Laboratorium ekstremalnej fizyki

10 kwietnia 2019 r. międzynarodowy zespół astrofizyków zaprezentował słynne, pierwsze w historii zdjęcie cienia czarnej dziury na konferencji Komisji Europejskiej. Wykonali je dzięki Event Horizon Telescope – teleskopowi wielkości naszej planety, będącemu w rzeczywistości siecią radioteleskopów rozsianych po całej kuli ziemskiej, wycelowanych w ten sam punkt na niebie. W efekcie moc obserwacyjna EHT umożliwiłaby osobie w Paryżu przeczytanie tekstu w gazecie znajdującej się w Nowym Jorku.

Ile można jednak latać w kosmos, nie ruszając się z Ziemi?

To dzięki niej zobaczyliśmy cień supermasywnej czarnej dziury w centrum galaktyki M87. Jedyną kobietą na konferencji i jedną z dwojga Polaków w tym projekcie była Monika Mościbrodzka z Radboud University w Nijmegen w Holandii.

Jest, jak sama mówi, autorką najlepszych symulacji graficznych czarnych dziur. – Serio, moje modele okazały się najbliższe temu, co zaobserwowaliśmy w ramach EHT. Nie chodzi tylko o dokładność samego całkowania, choć i tu miałam najlepszy wynik. Także moje algorytmy okazały się najszybsze, a przy tak skomplikowanych operacjach matematycznych tempo pracy ma ogromne znaczenie.

Takie modele powstają na podstawie dwóch parametrów czarnych dziur – masy i spinu (wirowania). Te wartości superkomputer analizuje przy zastosowaniu algorytmu, który bierze pod uwagę obecność w rejonie takich obiektów gazów i plazmy, a oparty jest na równaniach ogólnej teorii względności. Tak powstaje graficzny obraz czarnej dziury, który później porównuje się z obserwacjami i na tej podstawie wylicza masę czy rotację rzeczywistego obiektu.

Prof. Monika Mościbrodzka na konferencji EHT z okazji prezentacji zdjęcia cienia czarnej dziury. Fot. Materiały własne autorki.

EHT pracuje dalej. – Traktujemy czarne dziury jako laboratoria ekstremalnej fizyki – tłumaczy Mościbrodzka. – Materia przybiera tam postać silnie zjonizowanej plazmy, dużo gorętszej niż ta w okolicach Słońca. Czarne dziury mają też bardzo silne pole magnetyczne, nawet sto tysięcy razy silniejsze niż np. to na Ziemi. To zatem idealny poligon, żeby przetestować zasady naszej fizyki. Teoria, która dobrze działa w warunkach ziemskich, ale zawodzi, gdy mamy do czynienia z ekstremami, wymaga weryfikacji.

A nad instrumentami, które sprostają tym ekstremalnym warunkom, pracuje tymczasem Ewelina Ryszawa.

Kim jesteśmy, skąd przychodzimy

Ewelina trafiła do firmy Astronika, kiedy ta miała już gotowy projekt mechanizmu wbijającego dla penetratora marsjańskiego na sondę NASA InSight. Jednocześnie studiowała na Politechnice Warszawskiej i brała udział w konstruowaniu studenckiego satelity, który poleciał w kosmos – PW-Sat2. To ten projekt, jak mówi, otworzył przed nią drzwi branży kosmicznej.

Raper wyśle satelitę w kosmos, żeby sprawdzić, czy Ziemia jest płaska

Wiedzę zdobytą przy tym uczelnianym projekcie wykorzystywała w pracy i na odwrót. Ostatecznie piąty z ośmiu modeli mechanizmu wbijającego spadł na nią, bo osoba, która za niego odpowiadała, pojechała na planowany wcześniej staż do NASA. – Wszystko się na szczęście udało i, co jest ważne, ten nasz mechanizm dobrze działa. Zrobił do tej pory wiele tysięcy uderzeń – podsumowuje Ewelina.

Pierwsze efekty misji poznaliśmy w lutym tego roku. Z danych zebranych przez sejsmometr sondy wynika, że na Marsie często dochodzi do drgań powierzchni, wywołanych nie, jak na Ziemi, ruchem płyt tektonicznych (na Marsie ich nie ma), ale aktywnością wulkanów.

Ewelina jest dumna, że przyłożyła do tego rękę: – Moim celem w życiu jest robić projekty kosmiczne, bo pozwalają one odpowiedzieć na podstawowe pytania: kim jesteśmy, skąd przychodzimy, czy jesteśmy sami w kosmosie.

Ewelina Ryszawa z lotnym modelem penetratora marsjańskiego. Fot. Materiały własne autorki.

W Astronice jest jedną z sześciu kobiet na czterdziestu zatrudnionych i jedną z trzech na stanowisku stricte inżynierskim.

Dokonania mówią same za siebie?

Ewelina przyznaje, że chciałaby pracować w zespole o bardziej wyrównanej proporcji płci, a jej pracodawca podejmuje starania w tym kierunku. Jednak sektor kosmiczny, tak jak i reszta branży technologicznej, bywa dla kobiet niegościnny już na etapie zdobywania wykształcenia. Wiele z nich rezygnuje, kiedy tak jak ona na studiach, usłyszy od wykładowcy: „Pytania techniczne zadaję tylko mężczyznom, bo panie są dobre w innych rzeczach, na przykład w rodzeniu dzieci”.

– Ale nie lubię, kiedy kobiety, które do czegoś doszły jako inżynierki, opowiadają, jak to im było trudno, tylko po to, aby zbić na tym kapitał – mówi Ewelina. Broni jednak kobiecych inicjatyw i stowarzyszeń, bo dają kobietom szansę na policzenie się i pokazanie swoich osiągnięć. Uważa, że to właśnie dobre projekty i ciężka praca kobiet w branży obronią się same.

Znamienne, że także w astrofizyce figura konserwatywnego profesora, który nie wierzy w możliwości kobiet, trzyma się mocno. Justyna Średzińska, Agata Różańska i Monika Mościbrodzka są doktorantkami prof. Bożeny Czerny. Mościbrodzka podkreśla, że niemal za każdym razem, gdy poznaje astrofizyczkę z Polski, to właśnie Czerny okazuje się jej opiekunką naukową. Gdy takiej sojuszniczki brakuje, bywa, że studentki „znikają” w tajemniczych okolicznościach.

– Na początku studiów, które prowadzą do tej specjalizacji, proporcja płci jest dość wyrównana, ale później, kiedy już mówimy o pracy naukowej, widać liczebną przewagę mężczyzn – mówi Ewelina. –  Może chodzi o podejście naukowców starej daty, którzy bywają uprzedzeni do kobiet?

Średzińska podkreśla, że sama nie czuła się nigdy dyskryminowana, ale zna przypadki, gdy utalentowane naukowczynie pracują pod kierunkiem starszych profesorów i – mimo imponujących osiągnięć własnych – nadal są traktowane jak ich asystentki czy sekretarki.

„Ja? Lepiej poproście kolegę, on sobie poradzi”

Oczywiście przyczyn deficytu kobiet w tym sektorze jest więcej, w tym jedna wspólna dla niego i innych branż technicznych: wychowywanie i kształcenie dziewczynek w przekonaniu, że nauki ścisłe i technologie nie są dla nich. Do tego dochodzi geekowska fankultura wokół kosmosu i sci-fi, która dopiero w ostatnich latach utraciła nieco charakter „męskiego klubu” i to nawet mimo obecnych w popkulturze od lat silnych bohaterek Star Treka czy Battlestar Galactica.

Może zatem przydałaby się polska WIA? Cykliczne spotkania w ramach „Galaktyki kobiet” to może być jej zaczyn.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Karolina Wasielewska

| Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.