Kultura

Na Netflixie thriller „Hiacynt”, historia z Gejerelu

Przy okazji premiery filmu „Hiacynt” Piotra Domalewskiego przypominamy fragment książki Krzysztofa Tomasika „Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u”, wydanej nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Rozpoczęta 15 listopada 1985 roku i powtórzona w dwóch kolejnych latach akcja „Hiacynt” stała się symbolem tego, jak traktowano homoseksualistów w PRL-u, chociaż̇ tak naprawdę bardzo niewiele wiadomo na jej temat. Wciąż nie została porządnie zbadana i opisana. Paradoks polega na tym, że instytucją powołaną do badania represji w tamtym okresie jest Instytut Pamięci Narodowej – który nie tylko nie jest zainteresowany tropieniem prześladowań gejów i lesbijek, ale można odnieść wrażenie, że wręcz takie działania popiera. W efekcie wciąż obracamy się raczej w kręgu legend i spekulacji niż ugruntowanej wiedzy. […]

Od początku lat 90. o „Hiacyncie” zaczęto regularnie pisać w prasie, początkowo głównie w pismach gejowsko-lesbijskich. W efemerydzie „O Zmierzchu” już w 1991 roku apelowano: „Chcemy dotrzeć do ludzi, których akcja dotknęła, i do tych, którzy za nią stali i nią kierowali. Prosimy o listy wszystkich, którzy ucierpieli”. W październiku 1999 roku miesięcznik „Inaczej” poświęcił „Hiacyntowi” raport; zamieszczono wówczas rozmowę z działaczem Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, Waldemarem Zboralskim, który wspominał przesłuchanie: „Przede wszystkim pytano o nazwiska, nazwiska, nazwiska – to głównie interesowało funkcjonariuszy SB. A także o stosowane techniki aktów płciowych. O ulubione pozycje i typ kochanka, który najbardziej podnieca przesłuchiwanego. Tymi pytaniami deptano najintymniejszą sferę człowieka. Już samo zadanie takiego pytania poniżało i upokarzało”.

Także Marek Mrok, opisując historię polskiego ruchu gejowsko-lesbijskiego, wspominał początek operacji z 1985 roku: „W dniach 15 i 16 listopada milicja we współpracy z SB przeprowadziła na polecenie gen. Czesława Kiszczaka słynną represyjną ogólnopolską akcję pod kryptonimem «Hiacynt», mającą za zadanie rejestrację danych personalnych setek gejów. Rzecznik prasowy KG MO w artykule z dnia 12 stycznia 1986 roku, opublikowanym w gazecie «W Służbie Narodu», motywował ją kryminogennością środowiska, szerzącą się prostytucją i niebezpieczeństwem AIDS. Niemniej jednak istnieją uzasadnione powody, aby przypuszczać, iż akcja ta miała na celu zniszczenie i zinwigilowanie rodzącego się ruchu gejowskiego oraz zastraszenie jego potencjalnych zwolenników. Środowisko gejowskie uważano za trudno kontrolowalne i podejrzewano, że w jego ramach działa wielu opozycjonistów politycznych”.

Wraz z upływem lat pojawiły się wspomnienia osób, których akcja „Hiacynt” dotknęła bezpośrednio. Jednym z nich był późniejszy działacz z Trójmiasta, Ryszard Kisiel: „Milicjanci przyszli do mnie rano. Byłem trochę niewyspany po nocy spędzonej z kochankiem i zawieziono mnie na komisariat. Może gdybym był bardziej przytomny, tak by się nie stało. Wiedziałem, że mam prawo odmówić złożenia zeznania, oddania odcisków palców czy zrobienia sobie zdjęcia. Zostałem przesłuchany, założono mi akta i wypuszczono. Tego samego dnia uprzedziłem znajomych, że zaczęła się nagonka na gejów.

Następnego dnia zostałem zaproszony do dwóch przyjaciół gejów. Były też u nich prorektorki z Akademii Medycznej w Gdańsku. Opowiadałem, co mnie spotkało, i instruowałem, jak mają się zachować w razie kontaktu z milicją, która… pojawiła się za chwilę. Jeden z nich odmówił i nie wyszedł z milicjantem, drugi skapitulował.

Myśleliśmy, że panie, z racji funkcji, jaką pełniły, zaprotestują czy zainterweniują w jakikolwiek sposób. Tak się jednak nie stało – społeczeństwo było wówczas bardzo zastraszone”. Kisiel dodawał też, jak wyglądała sytuacja jego znajomych: „Niektórzy opowiadali, że milicjanci pojawiali się w ich domach i informowali rodziców, że «mają w domu zboka». Albo informowali zakłady pracy i uczelnie. Trzeba jednak pamiętać, że wśród milicjantów również byli geje, którzy zatrzymywali swoich kolegów – musieli wykonywać rozkazy i to był dla nich pewnie niemały dylemat”.

Właśnie od milicjanta o akcji „Hiacynt” dowiedziała się pewna lesbijka, „mieszkanka małego miasta w kujawsko-pomorskim”, która podzieliła się wspomnieniami w liście do magazynu „Replika” w 2008 roku: „Następnym szokiem, jaki przeżyłam, była opowieść o akcji «Hiacynt», o której dowiedziałam się bezpośrednio od osoby biorącej w niej udział jako milicjant – był to mój rodzony brat.

Nie miał pojęcia, komu o tym wszystkim mówi. Z jego relacji usłyszałam, jak chodzili na patrole «czwórkami» i przeczesywali okolice parków, szaletów publicznych i niektórych lokali w celu legitymowania i zatrzymywania ludzi o skłonnościach homoseksualnych. Najczęściej natrafiali na niedwuznaczne sytuacje. Nierzadko byli to ludzie na stanowiskach i publicznie znani, co dodawało pikanterii, jak mówił mój brat. Czuł do tych ludzi wyraźną awersję i twierdził, że są to «wykolejeńcy psychiczni». Byłam wstrząśnięta jego przekonaniami. Wiem, że zakładano delikwentom esbeckie teczki, by później zeznaniami szantażować konkretne osoby. Można się domyślać, jak byli traktowani na komendach. Akcja «Hiacynt» odbywała się tylko w dużych miastach Polski. Między innymi w Szczecinie, gdzie mój brat stacjonował. Nie miałam ochoty ani odwagi przyznać się mu, że również jestem homoseksualna”.

Rozmówca Mikołaja Milcke’ego, autora jednego z prasowych tekstów o „Hiacyncie”, 15 listopada spędzał w Sopocie: „To był piątek, koło godziny 22.00. Pojechałem ze znajomymi do Trójmiasta. Bawiliśmy się w Sezamie, kiedyś przy Dzierżyńskiego, dziś to ulica 3 Maja. Funkcjonował wtedy jako lokal, w którym spotykali się homoseksualiści. Przyjeżdżali też ludzie z zagranicy. Kawiarnia składała się z dwóch pomieszczeń. My byliśmy w tym drugim. To ważne, bo chcieliśmy się schować w jakimś kącie i zapalić marihuanę. Było już dość głośno, szafy grające dudniły. I ciasno, impreza się rozkręcała. Wyciągaliśmy z kolejnych papierosów tytoń, żeby uzupełnić je trawką, i nagle usłyszeliśmy wrzask z sali obok. Byłem pewien, że wpadli po nas, bo dowiedzieli się, że mamy marihuanę. Do głowy mi nie przyszło, że przyszli po gejów”.

Potem zaczęło się legitymowanie, przewożenie zatrzymanych do komendy przy ul. Kleszczowej w Gdańsku i przesłuchania: „Rozmowa była krótka i bardzo nieprzyjemna. Ewidentnie chcieli pokazać swoją wyższość nad pedałami, poniżyć. No i padały propozycje, żeby powiedzieć, kogo się jeszcze zna, co można o kimś powiedzieć, i jestem przekonany, że tej nocy mnóstwo śmiertelnie wystraszonych ludzi poszło na taką współpracę”.

Pytania o akcję „Hiacynt”

Chociaż „Hiacynt” został przeprowadzony w całej Polsce, wspomnień mężczyzn, którzy padli ofiarą tej akcji, jest zaledwie kilka. Większość nie chce wracać do tamtych wydarzeń, w jakiejś mierze uznawanych za wstydliwe i kompromitujące. W efekcie liczne pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Wiadomo, kiedy akcja dokładnie się rozpoczęła (15 listopada 1985), dużo mniej jasny jest moment jej zakończenia. Nie wiadomo, dlaczego nie odbyła się w 1988 roku ani na ile wiarygodne są informacje, że planowano wznowić represje w 1989 roku, czemu na przeszkodzie stanęła zmieniająca się dynamicznie sytuacja polityczna kraju.

Mówi się też o problemach dużo bardziej prozaicznych: w 1989 roku w Gdańsku pomysł akcji miał spalić na panewce, bo milicjanci z obawy przez HIV zażądali gumowych rękawiczek i masek na twarz, które nie zostały dostarczone na czas.

Będziemy mieli swoich bohaterów [Dunin rozmawia z Tomasikiem]

Osobne pytanie dotyczy tego, czy dla wydarzeń z lat 1986–1987 nie należy stworzyć innej nazwy. Proponował to Zboralski w przywoływanym już wywiadzie: „Nie była to akcja jednorazowa. Jej powtórkę (ja ją nazywam «Hiacynt II», bo prawdziwego kryptonimu nie znam do dzisiaj) przeprowadzono na większą skalę od czerwca do października 1987. Pytała o tę akcję w styczniu 1988 dziennikarka amerykańska Kay Withers z gazety «Baltimore Sun» podczas konferencji prasowej rzecznika ówczesnego rządu”. Jerzy Urban odpowiadał wtedy: „Żadna operacja milicyjna wobec środowiska homoseksualistów nie była prowadzona i żadna taka operacja nie będzie prowadzona w przyszłości”. Wcześniej w „Polityce” jako Jan Rem odpowiedział jednym zdaniem, co sądzi o postulatach tworzącej się społeczności gejowsko-lesbijskiej: „Minister do spraw pederastii nie jest nam potrzebny”.

Najwięcej emocji budzi oczywiście kwestia, gdzie znajdują się zakładane wówczas teczki, nazywane „różowymi”, których liczbę Mikołaj Kozakiewicz ocenił w 1988 roku na 11 tysięcy; do dziś pojawia się ona regularnie w debatach o „Hiacyncie”. W 2004 roku media informowały, że część archiwum odnalazła się w zbiorach policyjnych, zarówno Komendy Głównej Policji, jak i w komendach wojewódzkich, ale niewiele z tego wynikło.

Agnieszka Hamelusz, członkini zespołu prasowego KGP, pytana przez „Politykę” pod koniec 2015 roku o te teczki, odpowiadała, że trwa proces „zbierania danych z całego kraju” i udzielenie informacji na temat zawartości dokumentów nie jest możliwe. Inny trop to Instytut Pamięci Narodowej, którego pracownicy konsekwentnie odpowiadają, że dokumentacja akcji „Hiacynt” nie znajduje się w ich zbiorach.

Dokumenty dotyczące osób represjonowanych powinny zostać wnikliwie opracowane i udostępnione samym zainteresowanym. Ich ujawnienie może w przyszłości zapoczątkować szereg debat, choćby na temat roli gejów i lesbijek w ruchu opozycyjnym. Być może ich historia jest tak samo zapomniana i przemilczana jak działalność kobiet w „Solidarności”. Trzeba było dopiero książek Szminka na sztandarze Ewy Kondratowicz (2001) i Podziemie kobiet Shany Penn (2003), by znaczenie kobiet i ich praca powoli zaczęły być odzyskiwane.

Wiele powiedzieć może już sama analiza używanego w aktach języka. „Różowe teczki” mogą być nieocenionym źródłem informacji, nie tylko na temat stosunku ówczesnej władzy do osób homoseksualnych, ale także życia gejów w latach 80., ich samoświadomości, poczucia wspólnoty interesów i tego, jak duża była ówczesna społeczność mniejszości seksualnych.

Andrzej Selerowicz, działacz mieszkający wówczas w Wiedniu, narzekał po latach na niewielkie zainteresowanie tym znaczącym wydarzeniem: „Tylko dwie osoby napisały do mnie o akcji «Hiacynt», Waldek Zboralski i Darek Prorok. Nikt poza tym, choć potrafili pisać dziesiątki listów typu «chcę kogoś poznać»”.

Penetracja rozpoznawcza w Szczecinie

Nieznane są kartoteki zakładane mężczyznom w czasie akcji „Hiacynt”, ale w Instytucie Pamięci Narodowej są inne dokumenty z tamtego okresu. Choć tylko cząstkowe, pokazują, jak wyglądała ta operacja od strony milicji. Zachowała się bowiem dokumentacja, którą Komenda Główna Milicji Obywatelskiej słała do swego szczecińskiego oddziału, pochodząca z lat 1985–1987. Pierwsze pisma datowane są na początek października 1985 roku; wtedy przysłano „plan ogólnokrajowej operacji krypt. «Hiacynt» zatwierdzony przez gen. bryg. dr. Zenona Trzcińskiego, Z-cę Komendanta Głównego MO”, nazywanej tu „ogólnokrajową operacją penetracyjno-rozpoznawczą w środowiskach prostytucji homoseksualnej”.

Nakreślono założenia, cele, zakres i sposób przeprowadzenia akcji. Poza datą (15 listopada 1985 od godz. 8.00 do 16 listopada 1985 do godz. 24.00) pojawia się też informacja, że decyzję o zorganizowaniu „Hiacynta” podjęto na naradzie instruktażowo-szkoleniowej w maju 1985 roku w Krakowie. Powody przeprowadzenia operacji opisane są dość ogólnikowo: „Wybór tego tematu spowodowany został niekorzystną sytuacją w zakresie przestępstw dokonywanych przeciwko życiu, zdrowiu i mieniu homoseksualistów oraz niepełnego rozpoznania milicyjnego prostytutek homoseksualnych”.

Brakuje jednak wyjaśnienia, dlaczego akurat wtedy postanowiono zająć się tym problemem, choć morderstwa i kradzieże na homoseksualistach dokumentowano od lat. Dalej jest tylko powtarzanie tego samego innymi słowami: „Hermetyczność środowisk homoseksualnych oraz wędrowność męskich prostytutek homoseksualnych przy aktualnym braku dostatecznej znajomości występujących w tych środowiskach zjawisk kryminogennych utrudnia proces wykrywczy, a tym samym rzutuje na dynamikę przestępstw i stopień wykrywalności ich sprawców. […] W związku z tym zachodzi uzasadniona potrzeba zorganizowania skoordynowanych działań milicyjnych na obszarze całego kraju”.

Nie tylko geje i lesbijki z bohemy. O bogactwie queerowego świata w książkach Krytyki Politycznej

Równie ogólnikowo zostały przedstawione cele operacji. Planowano pobrać odciski palców od męskich prostytutek homoseksualnych „w celu uzyskania materiału porównawczego do badań kryminalistycznych”, zebrać informacje o dokonanych przestępstwach, wytypować i pozyskać tajnych współpracowników. Zalecano kontrole mieszkań oraz „miejsc nawiązywania kontaktów erotycznych przez homoseksualistów, jak: skwerki, dworce, parki, łaźnie, ubikacje miejskie, określone lokale gastronomiczne”. Podpisane przez dyrektora biura kryminalnego KGMO Zbigniewa Jabłońskiego pismo kończy się zdaniem: „Przygotowana operacja winna być autentycznie przydatnym narzędziem rozpoznania środowisk prostytucji homoseksualnej i przynieść efekty w postaci ustalenia sprawców niewykrytych przestępstw”.

Szczecińska milicja przygotowała się do akcji, robiąc zestawienie homoseksualistów i rekapitulując wiedzę na temat samego zjawiska: „Aktualnie w ewidencji homoseksualistów prowadzonych przez Wydz. Kryminalne WUSW i RUSW w Szczecinie znajduje się 413 zarejestrowanych homoseksualistów. Z operacyjnego rozpoznania wynika, że rzeczywista ilość znacznie przekracza stan zaewidencjonowanych. Ponadto m. Szczecin jest terenem działań homoseksualistów przyjezdnych z woj. szczecińskiego i innych województw. Wśród zaewidencjonowanych przeważają homoseksualiści starsi wiekiem, chociaż z rozpoznania wynika, że zboczenie to równie często występuje wśród młodzieży, także młodzież nieposiadająca skłonności homoseksualnych stanowi jednak grupę, spośród której werbowani są za pieniądze partnerzy do praktyk seksualnych”.

Podano konkretne miejsca w Szczecinie uznawane za punkty nawiązywania kontaktów: park im. 22 Lipca (godziny popołudniowo-wieczorno-nocne), szalet przy pl. Hołdu Pruskiego (czynny do godz. 18.00), szalet przy pl. Żołnierza (czynny do 21.30), szalet przy ul. Krzywoustego (czynny do godz. 18.00), dworzec PKP Szczecin Główny (pora wieczorowo-nocna). Spis uzupełniono informacją: „Niekiedy w wyżej podanych miejscach dochodzi do kontaktów seksualnych, ale częściej jest to miejsce nawiązania znajomości, skąd partnerzy udają się do własnych mieszkań, znajomych homoseksualistów, które są melinami homoseksualistów, lub też do samochodów”.

Szacowano, że melin homoseksualnych jest w Szczecinie piętnaście, z czego szczególnie popularna, należąca do Franciszka O., mieściła się przy ul. 9 Maja: „W czasie przeprowadzonych ostatnio wyrywkowych kontroli spotkano w jego mieszkaniu jednocześnie 10-ciu homoseksualistów”. Następnym etapem przygotowań do akcji „Hiacynt” była korespondencja z dwunastoma oddziałami milicyjnymi z terenu województwa szczecińskiego. Kolejne miasta deklarowały, ile mają zarejestrowanych homoseksualistów: Goleniów – 2, Gryfice – 3, Gryfino – 6, Łobez – 1, Nowogard – 1, Police – 13, Stargard – 8, Świnoujście – 4. Z Pyrzyc przyszło pismo, że postanowiono odstąpić od przeprowadzenia akcji: „Z posiadanego rozpoznania operacyjnego wynika, że na terenie RUSW Pyrzyce nie ma aktywnych homoseksualistów lub osób podejrzewanych o prostytucję homoseksualną”.

Jakie rozmiary przyjęła akcja „Hiacynt” w województwie szczecińskim, wiadomo z przedłożonego zwierzchnikom sprawozdania. Przez dwa listopadowe dni 1985 roku skontrolowano 143 mieszkania, 37 lokali gastronomicznych i 17 dworców kolejowych. Wylegitymowano 288 osób, z czego 140 doprowadzano do jednostek MO, sfotografowano 89, a od 90 wzięto odciski palców. 12 mężczyzn zatrzymano w areszcie na 48 godzin, 3 wytypowano na TW, a 9 pozyskano jako osobowe źródła informacji. W wakacje 1986 roku zaczęły się przygotowania do powtórzenia akcji „Hiacynt”, która tym razem miała się odbyć w dniach 26–27 września.

W piśmie wstępnym poinformowano, że „wykorzystując ubiegłoroczne doświadczenia, operacja w br. obejmować będzie obok środowisk prostytucji homoseksualnej – młodzieżowe środowiska kryminogenne ze szczególnym zwróceniem uwagi na przestępców wędrownych”. Generalne założenia pozostały jednak te same.

Podobnie przebiegła też akcja, choć tym razem więcej miast z województwa szczecińskiego odmówiło przeprowadzenia operacji, uznając, że problem ich nie dotyczy: Kamień Pomorski, Nowogard, Łobez i Pyrzyce. W samym Szczecinie stwierdzono, że „góra” wybrała złą datę: „Operacja w części dot. homoseksualistów nie przyniosła większych efektów pomimo przeprowadzenia jej w identyczny sposób jak w roku ubiegłym i przy użyciu podobnych sił. Wpływ na uzyskanie takich efektów miał prawdopodobnie termin przeprowadzenia działań. W dniu 27.09.1986 r. wypadła pracująca sobota, w związku z czym w dniu 26 września, w piątek, zmniejszona była «aktywność» starszych homoseksualistów w porównaniu z piątkiem przed wolną sobotą. Po drugie w sobotę, w godzinach popołudniowych i wieczornych, na Podzamczu odbywał się wielki festyn pod hasłem «Wieś Miastu». W tym czasie w połowie wytypowanych do kontroli mieszkań nie zastano nikogo”.

Z kolei w 1987 roku początek akcji „Hiacynt” został wyznaczony na 16 października (godz. 6.00), a zakończenie na 17 października (godz. 14.00). Tym razem przysłano podsumowanie ogólnopolskie, w którym przekonywano o sukcesie całego przedsięwzięcia: „Operacja «Hiacynt» w br. przyniosła znaczące wyniki, gdyż zatrzymano za dokonanie różnych przestępstw 282 osoby, do kolegiów skierowano 746 wniosków. Działaniami tymi poszerzono w znacznym stopniu rozpoznanie środowiska homoseksualistów, jak i wędrownego elementu przestępczego, gdyż objęto nimi: 6190 mieszkań, 2988 lokali gastronomicznych, 932 dworce kolejowe, 71 łaźni miejskich, innych typowych miejsc według lokalnego rozpoznania: 1743. Znaczenie prewencyjne działań osiągnięto poprzez wylegitymowanie 14 251 osób, sfotografowanie 640, daktyloskopowanie 875, zatrzymanie do wyjaśnienia na 48 godzin 499 osób. Spadek skontrolowanych mieszkań o 1245 w porównaniu z ub. rokiem jest wynikiem przyjęcia innych kryteriów do typowania”.

Oskarżam PRL

Rok 1987 to moment, kiedy milicja zauważa, że homoseksualiści zaczynają coraz bardziej zdecydowanie się jednoczyć i próbują tworzyć spójny ruch walczący o prawa mniejszości. W sprawozdaniu pojawia się informacja, że we Wrocławiu wystąpiono „do wojewody o rejestrację grupy pn. «Etap», inspiracja w tym zakresie pochodzi z ośrodka wiedeńskiego […]. Z Wiednia też nadchodzi regularnie gazetka «gayowska» pt. «Etap» wydawana w języku polskim. Środowisko to również drogą legalną stara się o zorganizowanie «Społecznego Komitetu Walki z AIDS», który miałby wspomagać w tym zakresie społeczną służbę zdrowia”.

Zauważono także próby organizowania się w Częstochowie („Odbyło się spotkanie organizacyjne z udziałem osobnika o imieniu Janusz z Wiednia. Celem spotkania było zorganizowanie związku homoseksualistów «dla osiągnięcia pełnych praw obywatelskich»”), Lublinie („Klub «Adam-Gaya»”), Łodzi („Podejmowane są próby legalizacji grupy «Etap»”) i Warszawie („Prowadzone były rozmowy z Towarzystwem Rozwoju Rodziny o oficjalne włączenie homoseksualistów do tej organizacji”).

Tak szczegółowa kontrola i alarmistyczny ton są świadectwem, że jednym z nieujawnianych celów akcji „Hiacynt” była chęć przeciwdziałania samoorganizacji osób homoseksualnych. Dowodem na to, że władze starały się przeciwdziałać zrzeszaniu się homoseksualistów, jest także pismo wysłane w sierpniu 1986 roku przez Wydział Kryminalny Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych do lokalnych placówek z prośbą o informowanie o wszelkich działaniach integrujących mniejszości seksualne. Chodziło o storpedowanie inicjatywy zapoczątkowanej przez Dariusza Proroka (pseudonim Krzysztof Darski): „W ostatnim czasie środowiska homoseksualistów w kraju podjęły działania na rzecz integracji i ujęcia swojej działalności w ramy organizacyjne oraz nawiązały kontakty z organizacjami homoseksualnymi z terenu Europy Zachodniej. Jak ustalono, głównym koordynatorem tych działań jest młody homoseksualista występujący pod pseudonimem Dariusz Darski, który utrzymuje kontakty z organizacją pod nazwą Holenderski Związek Integracji Homoseksualizmu – NVIH CCC oraz formą turystyczną dla homoseksualistów «Spartakus»”.

Po „Hiacyncie”

Nie ma pewności, na ile akcja „Hiacynt” spowolniła powstawanie nowoczesnego ruchu LGBT w Polsce – dla niektórych była wręcz wydarzeniem mobilizującym. Ryszard Kisiel mówił, że właśnie wtedy rozpoczął działalność na rzecz mniejszości seksualnych: „Akcja «Hiacynt» spowodowała, że zaczęliśmy się organizować. Może gdyby jej nie było – kto wie, jak potoczyłaby się historia. To wydarzenie mnie zbulwersowało, podburzyło, byłem wściekły na samego siebie, że nie potrafiłem się przeciwstawić milicji. Jeszcze tego samego dnia dzwoniłem do chłopaków i mówiłem, żebyśmy coś zrobili. Nawiązałem kontakt z człowiekiem, który działał w opozycji, a obecnie jest znanym działaczem «Solidarności». Natychmiast przygotował porady prawne dotyczące tego, jak zachować się podczas zatrzymania przez milicję. Skopiowałem wszystko w Iwecie i rozdawałem chłopakom”.

„Bo to grzech”: zanim wstyd przemieni się w dumę

czytaj także

Być może w przyszłości „Hiacynt” stanie się dla polskich gejów i lesbijek swego rodzaju mitem założycielskim, początkiem świadomości mniejszości seksualnych. Andrzej Selerowicz tak tłumaczył znaczenie akcji dla ruchu: „Wcześniej niektórzy twierdzili, że są fantastycznie ukryci. A okazało się, że jeśli milicja chciała kogoś wyciągnąć z podwójnej roli, mogła to zrobić w kaśdej chwili. Nie można całkiem się schować. Pokazało to niektórym, że nie ma sensu żyć w takiej hipokryzji i ukryciu”. Także polityczna ocena akcji jest ciągle jeszcze przed nami. Gdy w 2007 roku dwóch działaczy LGBT – Szymon Niemiec i Jacek Adler – złożyło do Instytutu Pamięci Narodowej wniosek o ściganie Czesława Kiszczaka za wydanie rozkazu rozpoczęcia „Hiacynta”, IPN zdecydował, że akcja była legalna i nie naruszała niczyich praw.

Napisano wówczas: „Jak wynika z ustaleń sprawy, operacja «Hiacynt» miała charakter prewencyjny, jej celem było rozpoznanie zagrożeń kryminalnych w hermetycznych środowiskach osób homoseksualnych i w konsekwencji zapobieganie i zwalczanie przestępczości. Z powyższego powodu działaniom przedsięwziętym przez funkcjonariuszy MO nie sposób przypisać cech bezprawności”. To oświadczenie to niemal kalka tego, w jaki sposób uzasadniano „Hiacynta” w miesięczniku Milicji Obywatelskiej „W Służbie Narodu”. Tym samym IPN bardzo wyraźnie wskazał, komu przysługuje prawo do szacunku i zadośćuczynienia za prześladowania. Po raz kolejny się okazało, że represje za homoseksualizm nie mogą się równać tym z innych powodów.

**
Fragment książki Krzysztofa Tomasika Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u, wydanej nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Krzysztof Tomasik
Krzysztof Tomasik
Publicysta, biografista
Publicysta i biografista, działacz LGBT, członek zespołu Krytyki Politycznej. Autor książek "Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku" (2008), "Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u" (2012), "Seksbomby PRL-u" (2014), "Demony seksu" (2015), "Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka (2016). Redaktor tomu "Mulat w pegeerze" (2011). Prowadził seminaria biograficzne na Uniwersytecie Krytycznym Krytyki Politycznej.
Zamknij